25 stycznia 2017 r. książka Rok 1984 trafił na szczyt listy bestsellerów Amazona w USA. W kolejnym tygodniu wydawnictwo Penguin USA zamówiło druk 75 tys. egzemplarzy. Craig Burke, dyrektor marketingu w Penguin USA, powiedział w wywiadzie dla „The New York Times” (25 stycznia 2017 r.), że w ciągu minionych siedmiu dni największy wzrost sprzedaży wynosił 9500%. Dramatyczny skok nastąpił po tym, jak kanały informacyjne podały, że sekretarz prasowy Białego Domu Sean Spicer oświadczył, iż prezydent Trump przyciągnął na swoją inaugurację „największą w historii publiczność”. W programie Meet the Press stacji NBC zapytano Kellyanne Conway, dlaczego Spicer wygłosił to łatwe do sprawdzenia kłamstwo. Pani Conway nie zaprzeczyła, jakoby twierdzenie było nieprawdziwe, wyjaśniła jednak, że Spicer zdecydował się przedstawić „fakty alternatywne”. Każdy, kto choć mgliście kojarzył powieść Orwella, może nawet z liceum, dostrzegł podobieństwa między jej twierdzeniem a zabiegami nowomowy i dwójmyślenia, które sprawiały, że słuchacze wierzyli w sprzeczne wersje rzeczywistości. Nawet ci, którzy nie byli w stanie dokładnie sobie przypomnieć, co się działo w książce, wyszukali w Google streszczenia i w mediach społecznościowych rozpętała się burza: pisano o obawach, że wcielenie Wielkiego Brata przejęło kontrolę nad Ameryką. Dlatego tyle osób pośpieszyło na stronę Amazona, by sprawdzić, czy Orwell rzeczywiście przepowiedział ten koszmar.
Ignorancja to siła
Można znaleźć zadziwiające podobieństwa między światem Winstona Smitha a Ameryką w trakcie i po kampanii wyborczej Trumpa.
Kontrowersyjny raport specjalnego prokuratora Roberta Muellera z marca 2019 r. wykazał istnienie niepodważalnych dowodów na ingerencję Rosji w wybory. Mówiąc konkretniej, Agencja Badania Internetu prowadziła z Petersburga program dezinformacji, który obejmował wykorzystanie blogów i innych mediów społecznościowych.
Wiele zarzutów przeciw Hillary Clinton dotyczących niewłaściwego korzystania z rządowych e-maili, kiedy zajmowała swoje stanowisko, pochodziło z blogów tej organizacji. Nie dało się w żaden sposób potwierdzić ich autentyczności, a udawały one amerykańskie fora, niektóre powiązane z rządem USA. W 2018 r. były pracownik agencji wyznał „The Washington Post” (17 lutego 2018 r.): „Od razu czułem się jak postać w książce Rok 1984 George’a Orwella – było to miejsce, gdzie trzeba pisać, że białe jest czarne, a czarne jest białe. Gdy się tam trafiało, od razu ogarniało człowieka uczucie, że jest w jakiejś fabryce, w której kłamstwo, mówienie nieprawdy to przemysłowa linia produkcyjna”. Mogłyby to być słowa Winstona Smitha, a wrażenie, że pierwowzorem agencji było Ministerstwo Prawdy, wzmacniają wyznania Ludmiły Sawczuk. Sawczuk pracowała dla Agencji Badania Internetu, a w 2015 r. zaskarżyła swojego pracodawcę w związku z pogwałceniem kodeksu pracy. Później stała się demaskatorką praktyk, które były równoznaczne z przemocą psychologiczną. W materiale Working in Russian Troll Factory Pushed Reporter to „Edge of Insanity” (Praca w rosyjskiej fabryce trolli pchnęła reporterkę na „skraj szaleństwa”) na portalu Polygraph.info12 powiedziała: „Świadomość, że można wymyślić każdy fakt, a potem patrzeć na jego idealną synchronizację w środkach przekazu w postaci potężnego wypływu informacji i rozpowszechnienie go po całym świecie, zupełnie niszczy psychikę”. To samo spotkało Winstona Smitha.
Kiedyś prawda była czymś, co można było ustalić, gdy dostarczyło się sprawdzalne dowody. Takie normy panowały 30 lat temu, kiedy autorzy tekstów w mediach drukowanych i książek powoływali się na konkretne materiały źródłowe – zapisy debat w parlamencie, zeznania świadków zebrane przez grupy dziennikarzy, udokumentowane procesy sądowe, artykuły naukowe itd. – jako podstawę swojej argumentacji. Weryfikowanie przedstawionych twierdzeń przez ich zestawienie ze szczegółami zawartymi w dowodach było praco- i czasochłonne, jednak fakt, że czytelnik wątpiący w autentyczność reportażu mógł to zrobić, odstraszał kłamliwych dziennikarzy i pisarzy. Jednym z ostatnich przypadków, gdy dowody zwyciężyły nad fałszem, była sytuacja z roku 2000, gdy zaprzeczający Holokaustowi David Irving wytoczył wykładowczyni Deborah E. Lipstadt sprawę o zniesławienie. Dowody przedstawione przez prawników Lipstadt doprowadziły do jej zwycięstwa, ale mało brakowało, by przegrała. Później dziennikarz „The Guardian” Jonathan Freedland, który obserwował rozprawy, wspominał (9 marca 2019 r.): „któregoś popołudnia, po wyjściu z sądu, ogarnęło mnie dziwne uczucie. To było doznanie fizyczne, niczym choroba morska. Grunt pod moimi stopami zdawał się niestabilny, jakby rozstępowała się ziemia (…). [Irving] usiłował pozbyć się czegoś, co dla ludzi jest niezbędne do życia – możliwości wyciągania wniosków z dowodów. Twierdził, że w nic nie możemy wierzyć – ani w dokumenty, ani w zeznania dziesiątek tysięcy świadków. A jeśli miał rację, co by zostało z tego, co nazywamy historią?”.
Winston Smith mógłby odpowiedzieć na to pytanie: moglibyśmy się pozbyć historii przez lukę pamięci. Freedland pisał, że poczuł ulgę, gdy usłyszał werdykt niekorzystny dla Irvinga: „Jednak w 2016 r. (…) znowu stało się jasne, że prawda jest atakowana. Nie przez wariata, który uważał się za historyka, ale przez Trumpa, zwolenników brexitu, przez Kreml – jednoczących się w obojętności wobec tego, czy jakieś twierdzenie jest prawdą czy fałszem”. Stało się to możliwe, gdy dyskurs oparty na dowodach został zepchnięty na boczny tor przez media społecznościowe, w których „prawdę” można w nieskończoność przekuwać i podlega ona tylko głosowi większości oraz zbiorowym złudzeniom, nie zaś weryfikacji. Nie dajmy się jednak ponieść wyobrażeniu, że Orwell przewidział amerykański Rok 1984 po roku 2016. Trump jest całkowitą antytezą Wielkiego Brata. Chociażby dlatego, że ten drugi ani razu tak naprawdę nie pojawia się w powieści. Jest cytowany, a jego wizerunek widać na billboardach, lecz Orwell subtelnie sugeruje, że mógłby równie dobrze być wymysłem Partii Wewnętrznej, postacią, która umożliwia jej – z wykorzystaniem kultu jednostki – utrzymanie władzy przez połączenie strachu i lojalności. Trump z pewnością istnieje i zwyciężył, choć z ledwością, w demokratycznych wyborach, czasami wszakże jego słowa brzmią tak, jakby wymyślił go pracownik Ministerstwa Prawdy. W programie CNN (4 czerwca 2019 r.) prezenter porównał kluczowe aksjomaty dwójmyślenia z powieści – „wojna to pokój”, „wolność to niewolnictwo”, „ignorancja to siła” – z nagraniami niektórych wypowiedzi Trumpa, zwłaszcza tych medialnych. „To, co widzicie i co czytacie, nie jest tym, co się dzieje”. Może to przypominać dwójmyślenie, ale przyjrzyjmy się jego definicji według Orwella sformułowanej przez Goldsteina: „Wiedzieć i nie wiedzieć; mieć poczucie absolutnej prawdomówności, a jednocześnie wygłaszać umiejętnie skonstruowane kłamstwa; wyznawać dwa zupełnie sprzeczne poglądy na dany temat i mimo świadomości, że się wzajemnie wykluczają, wierzyć w oba; używać logiki przeciwko logice; odrzucać moralność i zarazem rościć sobie do niej prawo (…) zapomnieć wszystko, czego nie należy wiedzieć, po czym przypominać sobie, kiedy się staje potrzebne, a następnie znów szybko wymazywać z pamięci; przede wszystkim zaś stosować ten proces do samego procesu”.
Często cytowane trzywyrazowe przykłady dwójmyślenia z powieści to destylaty czegoś o wiele bardziej złożonego. Jak to ujmuje Orwell, jest to „proces”, a jego najpotworniejszy przykład w praktyce pojawia się pod koniec powieści w dialogu między O’Brienem a Winstonem Smithem. O’Brien jest wybitnym praktykiem dwójmyślenia jako „procesu”, metody wykorzystywanej do niszczenia i podważania wszystkich pojęć, które Winston wcześniej uważał za oczywistą prawdę. O’Brien jest zły, jednak jest też inteligentnym geniuszem słowa, wcielającym w życie przedstawione przez Orwella kroki dwójmyślenia ze sprawnością językowego szachisty.
Krótkie cytaty z Trumpa, zwykle niewiele dłuższe niż jedno zdanie, mogą się zdawać echem dwójmyślenia, lecz powinniśmy je postrzegać jako wypowiedzi człowieka, któremu trudno jest przełożyć nie do końca zrozumiałe dla niego pojęcia, konkretne lub abstrakcyjne, na sensownie brzmiące zdanie.
Jak to ujmuje Orwell, specjaliści od dwójmyślenia są „świadomi” rygorystycznych procedur zapewnień i unieważnień, zaprzeczeń, zapominania i pamiętania, wykorzystania logiki przeciw logice. Tacy specjaliści to elita, członkowie Partii Wewnętrznej wybrani ze względu na swoją sprawność intelektualną. W porównaniu z nimi zespół Trumpa stale walczy jako tylna straż z jego nieświadomymi neologizmami, błędami w przypisywaniu autorstwa oraz przejawami braku zrozumienia pod przykrywką populistycznego patosu. W przeciwieństwie do O’Briena i innych członków Partii Wewnętrznej ci ludzie nie praktykują dwójmyślenia świadomie. Chodzi tu raczej o coś w rodzaju wirusa rozprzestrzenianego przez prezydenta za pośrednictwem różnych oświadczeń prasowych Białego Domu.
Brexit i dwójmyślenie
Na początku czerwca 2019 r. Trump odwiedził Wielką Brytanię, Irlandię i Francję, by pomówić o wspólnych interesach, zjeść obiad z rodziną królewską i upamiętnić 75. rocznicę lądowania w Normandii. W wywiadzie prasowym stwierdził, że jeśli chodzi o pobrexitową umowę handlową z Wielką Brytanią, to państwowa służba zdrowia będzie uwzględniona w negocjacjach, czyli najwyraźniej zgadzał się z komunikatem ambasadora USA w Wielkiej Brytanii Woody’ego Johnsona sprzed paru dni o wzięciu pod uwagę wszystkich brytyjskich sektorów gospodarki w przyszłych relacjach handlowych. Dzień później Trump udzielał wywiadu swojemu czołobitnemu miłośnikowi Piersowi Morganowi i zrobił zwrot o 180 stopni, ale nie dlatego, że złagodził stanowisko. Jego początkowe zrozumienie znaczenia „państwowej służby zdrowia” odpowiadało mniej więcej wiedzy amerykańskiego czterolatka. Doradcy wyjaśnili mu później, dlaczego jego komentarze wywołały poruszenie wśród brytyjskich polityków z różnych ugrupowań. Wszystko zmieniło się w jeszcze gorszą farsę tego samego dnia, gdy Trump odwiedził Irlandię, by spotkać się z premierem Leo Varadkarem. Podczas emitowanej w telewizji rozmowy Trump wyraził współczucie dla Varadkara, odwołując się do problemów z „murem”. Uspokajająco wypowiedział się o sytuacji po brexicie: „Cóż, mamy problem z granicą w Stanach Zjednoczonych i wy też go tu macie (…). Myślę (…), że wszystko bardzo dobrze się ułoży, również jeśli chodzi o wasz mur” („The Guardian”, 5 czerwca 2019 r.). Mur między USA a Meksykiem był kluczowym elementem kampanii wyborczej Trumpa. Jak obiecywał, miała to być bariera nie do pokonania dla hord kryminalistów, gwałcicieli i dilerów narkotykowych, a zapłacić za nią miał Meksyk. Varadkar, wyraźnie zażenowany, poinformował prezydenta o różnicach między Meksykiem a Irlandią Północną. Trump nie szerzył w sposób wyrachowany fake newsów czy dwójmyślenia; było to raczej widowisko, podczas którego przywódca wolnego świata niechcący ujawnił swoją głupotę.
Anthony Scaramucci był najbardziej przewrotnie orwellowską postacią w obozie Trumpa, a jego działania były nieumyślnie przezabawne. Zatrudniony jako dyrektor ds. informacji w Białym Domu w 2017 r., dorównywał działaczom Partii Wewnętrznej swoimi seriami gróźb albo podszytymi wzgardą oszczerstwami, jednak jego próby stosowania dwójmyślenia udaremniało zaburzenie mające w sobie coś z zespołu Tourette’a i koprolalii (niedającej się opanować uporczywej potrzeby wyrzucania z siebie przekleństw, wyzwisk i obelg). Wywyższył się nad swojego głównego rywala w Białym Domu Steve’a Bannona, twierdząc, że ten ostatni „ssie własnego fiuta” oraz, co bardziej znaczące, „jest dosłownie [sic] świnią z Folwarku zwierzęcego George’a Orwella, która staje na dwóch nogach w chwili, gdy zyskuje władzę” („Vanity Fair”, 1 lutego 2018 r.). O dziwo nikt nie skomentował tego, jak trafne i ironiczne było pojawienie się Scaramucciego w programie Celebrity Big Brother po jego zwolnieniu przez Trumpa.
Orwell w Roku 1984 nie kpi z Partii Wewnętrznej. Jej strategie są planowane i realizowane z błyskotliwą zręcznością; nie sugeruje on, że inteligencja i zło wzajemnie się wykluczają. W porównaniu z nią gabinet Trumpa to banda nieuków.
Kiedy ta książka trafi do druku, rząd brytyjski lub – co mniej prawdopodobne – elektorat być może podejmie już decyzję co do przyszłości Wielkiej Brytanii w kolejnym pokoleniu, zwłaszcza jeśli chodzi o trójkąt relacji z UE oraz resztą świata. Wyrachowane dwójmyślenie – a nie bufonowata improwizowana wersja Trumpa – było powszechne w odniesieniu do brexitu jeszcze przed referendum. I choć euroentuzjaści czasami pogrywali z prawdą, ich występki bledną wobec tego, co zrobili zwolennicy wystąpienia z UE. Najsłynniejsze było naklejone na autobus hasło o oszczędnościach w wysokości 350 mln funtów tygodniowo. Każda późniejsza próba potraktowania go jak niewinnej pomyłki zostawała udaremniana przez aroganckie wyznanie Nigela Farage’a w programie Good Morning Britain w dzień po głosowaniu: oświadczył wtedy, że wszyscy powiązani z ruchem Leave wiedzieli, iż jest to kłamstwo. Europoseł Daniel Hannan zapewniał głosujących przed referendum, że „absolutnie nikt nie mówi o zagrożeniu dla naszego miejsca na jednolitym rynku”, a niedługo po wynikach Boris Johnson obiecywał, że „nadal będzie funkcjonował wolny handel i będziemy mieć dostęp do jednolitego rynku”. Między innymi Michael Gove twierdził, że Turcja wkrótce zostanie nowym członkiem UE, a 79 mln jej obywateli (czyli wszyscy) zapewne ruszy prosto do Wielkiej Brytanii. Każdy, kto choćby słyszał o kandydaturze Turcji do członkostwa, ma świadomość, że przyjęcie tego kraju do UE było beznadziejnie opóźniane od 1999 r., a następnie stało się niemożliwe w związku z naruszeniem warunków członkostwa przez autorytarny reżim Erdoğana. Problem irlandzkiej granicy trafił do „luki pamięci”, przynajmniej do czasu, aż pojawił się ponownie w czasie negocjacji po referendum. Jedyna różnica między Orwellowskim dwójmyśleniem a wersją powstałą wokół brexitu jest taka, że to pierwsze ma na celu odmówienie obywatelom dostępu do prawdy, druga zaś polega na tym, że ludzie prowadzący kampanię oraz głosujący współpracują w otwartym samooszukiwaniu się i podtrzymywaniu ułudy. Przechodzenie między kłamstwem a zapominaniem oraz posiadaniem jednocześnie dwóch sprzecznych opinii, zastępowanie logiki jej brakiem – wszystko to spełnia warunki „procesu” opisanego przez Goldsteina, ale podczas gdy Partia Wewnętrzna nie dawała dostępu do dowodów, kampania za brexitem odniosła sukces najwyraźniej dzięki założeniu, że elektorat uzna za prawo demokracji radosne przyjęcie kłamstwa nad prawdę. Jak obawiał się po cichu Orwell, spełnienie marzenia Smitha o zyskującym moc, wyzwolonym proletariacie najwyraźniej doprowadziło do czegoś niemal równie potwornego jak reżim, który zastąpiło.
Szczególnie fascynujący aspekt tego festiwalu fałszu to fakt, że jego uczestnicy są w stanie traktować teraźniejszość i przeszłość tak, jak magik traktuje talię kart. Wszystkie wspomniane wyżej osoby zdają się mieć dostosowane do własnych potrzeb luki pamięci, pozwalające się pozbywać własnych wypowiedzi z przeszłości i wymazywać sprzeczności między obecnymi opiniami a dawnymi obietnicami czy też faktami. Niewiele osób jest w stanie wyjaśnić, jak i dlaczego ich poglądy dotyczące prawdopodobnych skutków brexitu nie tyle się zmieniły, ile tajemniczo zniknęły. W ramach stosowania dwójmyślenia i aby utrzymać zaufanie oraz przychylność naiwnego najwyraźniej elektoratu będą „zapominać wszystko, czego nie należy wiedzieć, po czym przypominać to sobie, kiedy się staje potrzebne, a następnie znów szybko wymazywać z pamięci; przede wszystkim zaś stosować ten proces do samego procesu”.
Chińskie „luki pamięci”
Od absurdu po wyrafinowaną potworność… Jak powiedział Orwell Warburgowi, to „mogłoby” się wydarzyć i wydarzyło się we wschodniej Azji – zgodnie z przewidywaniami Orwella z 1945 r. tam znajdowało się państwo mające „potencjał”, by stać się trzecim supermocarstwem: Chiny. W poddanej Chinom Korei Północnej sytuacja wygląda tak, jakby Rok 1984 został napisany na nowo przez przeniesionego do współczesności autora Drakuli ze skłonnością do mrocznego surrealizmu. Jak już jasno napisałem, Chiny to odnosząca ciągłe sukcesy anomalia. Na równych warunkach, a czasami z wykorzystaniem oszustw konkurują jako gracz w wolnorynkowym globalnym kapitalizmie i osiągnęły drugą pozycję w lidze najpotężniejszych gospodarczo krajów świata. Decyzje władz i zmiany losów kraju sprawiają, że wszystkie inne państwa, w tym USA, przyglądają im się z niepokojem. To, co się dzieje w Chinach, ma wpływ na resztę świata. Jednak każda firma i organizacja tam, nawet jeśli nie należy bezpośrednio do partii, jest przez nią kontrolowana.
W Roku 1984 Orwell stworzył pierwszy fikcyjny system elektronicznego masowego nadzoru. Z wyjątkiem proli każdy ma teleekran, który może oglądać i który cały czas ogląda jego – nie da się go wyłączyć. Ekrany nie są wyposażone w noktowizory, lecz ten brak rekompensują niezwykle czułe mikrofony. Rozmowy i szepty są nagrywane, nawet ruchy ciała – bicie serca, drganie mięśnia – mogą zostać przełożone na obraz tego, co robi monitorowana osoba w ciemności. Pierwsi czytelnicy uważali, że to szaleńcze dystopijne proroctwo oparte na niewinnej zabawce, jaką jest telewizor. W 2018 r. w Rongcheng, zachodniej prowincji Szantung, niektórym obywatelom odmówiono sprzedaży biletów kolejowych na stacji. Kiedy spytali dlaczego, przedstawiono im pełen zapis wykroczeń, jakie doprowadziły do odebrania im prawa do podróży – m.in. przechodzenie przez jezdnię w niedozwolonym miejscu czy nieopłacenie mandatu za parkowanie. Pod tym względem nowy system – testowany właśnie w Rongcheng – wydaje się raczej nieprzyjemną wersją tego, co się dzieje na Zachodzie: np. ocena kredytowa jest na stałe zapisana w sieci i ogranicza naszą zdolność nabywania produktów i usług. Tyle że wersja chińska sięga głębiej. Monitory rozmieszczone po całym Rongcheng są tak zaprogramowane, by nagrywać niedopuszczalne w społeczeństwie zachowania, a także czytać z ruchu warg komentarze świadczące o politycznym buncie. Pozornie niewinna kłótnia z sąsiadem może stać się przyczyną przyznania obywatelowi punktów karnych, a jeśli zgromadzi on ich więcej, skutkiem będą karne regulacje dotyczące tego, co mu wolno, a czego nie. Krytykowanie miejscowych władz, a zatem pośrednio partii, mogłoby się wiązać z zarzutami o przestępstwo. Tego rodzaju autorytaryzm w Chinach jest typowy od czasów Mao, jednak państwo dysponuje obecnie technologią, dzięki której jest niemal wszechmocne. Poziom wyrafinowania czujników rozpoznających twarze w eksperymencie w Rongcheng oznacza, że w każdej chwili każda osoba w mieście jest monitorowana i podsłuchiwana. Dane zgromadzone na temat obywateli wykorzystywane są do dodawania lub odbierania punktów „kredytu społecznego” z puli tysiąca przyznanego każdej osobie na początku operacji. Korzystając z analogii do naszego systemu punktów karnych wlepianych posiadaczom prawa jazdy, chiński obywatel, którego nagrano podczas rozpowszechniania buntowniczych plotek i który nie usłucha ostrzeżeń, w końcu straci cały swój „kredyt społeczny” i nie będzie miał już prawa istnieć. „Wielki Brat” naprawdę patrzy, jeśli jest się obywatelem Rongcheng. Jak to zwykle bywa z testami, celem jest wprowadzenie systemu w całych Chinach. Jak na razie nie ma danych świadczących o tym, by zawiódł.
W 1979 r. Rok 1984 stał się w Chinach dostępny, jednak tłumaczenie było w zasadzie przeróbką partyjnych specjalistów zniekształcającą wszelkie oczywiste podobieństwa między utworem Orwella a państwem maoistycznym. Książka trafiła do specjalnych sekcji bibliotek i księgarń przeznaczonych tylko dla legitymowanych członków partii. W 1985 r. uznano, że laobaixing – w uproszczeniu chińscy prole – mogą mieć do niej dostęp; był to pusty gest fałszywej liberalizacji, który zbiegł się w czasie z rywalizacją gospodarczą z Zachodem. Zakładano, że ludzie z laobaixingu nigdy o powieści nie słyszeli – z pewnością nie wspominano o niej w szkołach czy mediach – i że nie będą nią zainteresowani. Od 2018 r. oferowane są wersje w języku angielskim – władze zakładają, że znaczna część bogatszych i lepiej wykształconych dwujęzycznych obywateli, którzy mogą obecnie podróżować za granicę, spotkała się z książką w czasie wyjazdów. Nie była to w zasadzie liberalizacja, ale staranne reżyserowanie gustów i lojalności obywateli. Ludzie, którzy najprawdopodobniej kupiliby książkę, to ci, których dotychczasowe i aktualne sukcesy zależą od wierności partii. Nawet jeśli dostrzegą podobieństwa między przewidywaniami Orwella a dzisiejszymi Chinami, to raczej nie okażą publicznie, że sympatyzują z jego punktem widzenia. Jednocześnie studenci uniwersyteccy uczestniczący np. w kursach literatury porównawczej przypuszczalnie będą mieli dostęp do Roku 1984, lecz ich status turystów kulturalnych świadczy o przynależności do partyjnej elity. Kiedy wrócą do domu, zapewne nie będą wygłaszać opinii o powieści Orwella. Mogłoby to bowiem zagrozić ich zaangażowaniu w ochronę państwa i partii, a to ono zapewnia im dobry standard życia.
Ponurą ironię można dostrzec w podobieństwach między programami realizowanymi przez Chiny w celu zneutralizowania wpływu powieści a sposobami Orwellowskiej Partii Wewnętrznej na zapewnienie własnego przetrwania przez manipulowanie wrażeniami i reakcjami członków Partii Zewnętrznej.
Jedynym miejscem, gdzie można by zacząć debatę o Roku 1984 jako potwornym lustrzanym odbiciu dzisiejszych Chin, są media społecznościowe. Władze kraju wprost zakazały dostępu do Google’a, YouTube’a i Facebooka. Jeśli chiński obywatel usiłuje wpisać tytuł książki na innych stronach internetowych literami lub cyframi – 1, 9, 8, 4 – to jego dostęp do strony lub próba przesłania wiadomości zostają zablokowane.
Można by to uznać za wyraz uznania dla powieści, biorąc pod uwagę, że masakrę na placu Tiananmen, do której doszło ponad 30 lat temu, w 1989 r., spotkał podobny los. W Chinach wciąż istnieje plac Tiananmen, jednak zabójstwa z 4 czerwca 1989 r., a także protesty polityczne, które je poprzedzały, zostały wymazane z historii, przynajmniej dla Chińczyków.
Każda próba znalezienia w sieci nazw czy wydarzeń w jakikolwiek sposób związanych z Tiananmen skutkuje komunikatem w rodzaju „brak wyników”. Wszystkie inne zapisy wydarzeń – drukowane lub w postaci wspomnień osób w nich uczestniczących – również zostały usunięte. Sporo zachodnich dziennikarzy widziało masakry, a zdjęcie tzw. Nieznanego Buntownika stojącego z uniesioną głową naprzeciw czołgu powtarza się w wielu przedstawieniach najnowszej historii Chin – w sieci oraz mediach drukowanych. Nie sposób wyobrazić sobie, by uprzywilejowana chińska elita podczas podróży za granicę nie trafiła na ten obraz, a także na niezliczone opowieści o tym, co naprawdę się wydarzyło, kiedy partia stłumiła protesty i zamordowała buntowników. Być może na chwilę dotrze do nich, co się stało, lecz partia zakłada, że przekroczywszy granicę kraju, wymażą z pamięci tę informację. Próby nadzoru w Rongcheng pokazują, że technologia będzie w stanie wykryć potencjalnie wywrotowe rozpowszechnianie takiej wiedzy i rozmowy na ten temat. Pod tym względem teleekrany Orwella, zdolne rozkodować oddychanie i ruch jako formy komunikacji, okazują się wizją niezwykle proroczą. Podobnie jest z pracą wykonywaną przez Winstona Smitha. To jeden z wielu ludzi, od których oczekuje się pisania przeszłości na nowo i pozbywania się prawdziwych wydarzeń przez tzw. luki pamięci. W pewnym momencie Smith natrafia na autentyczny artykuł z „The Times”, który dowodzi, że trzej mężczyźni skazani za zdradę w procesach pokazowych byli niewinni. Wie, że ma dostęp do prawdy, uświadamia sobie jednak, że dzielenie się nią lub jej rozpowszechnianie byłoby daremnym trudem i zapewne samobójstwem. W ten sam sposób uprzywilejowani turyści traktują po powrocie do Chin informacje o masakrze na placu Tiananmen. Przypomina to ostatnie strony Folwarku zwierzęcego, powieści, której także próżno szukać w dyskusjach w sieci oraz niedostępnej w Chinach. Napoleon i inni członkowie partii kłócą się z ludźmi w domu. Nie wiemy, jak potoczyła się dyskusja, ale jej przyczyna jest całkiem jasna. Ludzie chcą prowadzić handel z imperium Napoleona i są gotowi zacisnąć zęby mimo pogardy, jaką mają dla Folwarku. Tak samo jest z kapitalistycznymi państwami „liberalno- -demokratycznymi”, które chcą poprawić stan własnej gospodarki dzięki umowom handlowym z przerażającym ustrojem totalitarnym. Weźmy to pod uwagę: każdy przywódca czy przywódczyni kraju wchodzący w negocjacje z Pekinem ma pełną świadomość tego, co naprawdę wydarzyło się na placu Tiananmen, oraz wie, że Chiny wykonują najwięcej wyroków śmierci na świecie za przestępstwa polityczne. Czy ktoś z nich poruszyłby te niezręczne tematy podczas negocjacji? Oczywiście, że nie. Kai Strittmatter twierdzi, że partia karmi się słabościami Zachodu. I wygrywa.
Wróćmy do słów Orwella w rozmowie z Warburgiem w sanatorium Cranham. „Nie dopuśćcie do tego. To zależy od was”. Zawiedliśmy go, ponieważ nie chcemy albo nie mamy odwagi przejmować się tym, że jego powieść urzeczywistnia się w Azji Wschodniej.
Fragment książki Orwell. Człowiek naszych czasów, która niedawno ukazała się nakładem Znaku Koncept. Tytuł, śródtytuły i skróty od redakcji.
Tłumaczyła Aleksandra Żak