Kiedy szperam w pamięci, żeby przywołać pierwsze zetknięcie z prozą Schulza, obrazy układają się w nieczytelny palimpsest. Pamiętam jazdę autobusem ze Sklepami cynamonowymi na kolanach. Na to nakłada się wyobrażenie Adeli i mroków strychu. Górną warstwą na pergaminie jest sam tekst, językowa plątanina jak gąszcz gałęzi. Jako młodsza siostra starszych sióstr czytałam to co one, zanim przymusiła mnie do tego szkoła, ale tylko jeśli były to książki z kategorii „tych książek” – noszące piętno niezrozumiałych, dziwnych, mrocznych. Skądś wiedziałam, że Sklepy… są jedną z nich. Albo raczej że ich autor taki jest.
Postać Schulza ma chyba przewagę nad jego literaturą. Mam na myśli to, jak funkcjonuje w zbiorowej świadomości. Trochę jak Kafka – fajny motyw na koszulkę albo nazwa dla rockowego bandu. Z ciekawości szukam, czy istnieje jakiś sklep pod wiadomym szyldem. Albo takież sanatorium. W Krakowie można napić się w knajpach Manekiny czy Ulica Krokodyli. Pracowałam kiedyś w agencji reklamowej z Schulzem w nazwie – nie, nie było to nazwisko założyciela. I chociaż WSZYSCY kochają Brunona, to przecież wiadomo, że JA mam z nim najwięcej wspólnego.
No dobrze, troszkę się naigrawam z naszego połączenia dusz. Niemniej mam powody, by czuć do Brunona afekt, jaki może czuć do siebie dwoje nieszczęśników. Nazwałabym to bliskością. Do tego dochodzi zbieżność artystycznych zajawek. Żeby nie było – nie porównuję się do człowieka uznawanego za „artystę genialnego” (©Witkacy) czy „wielkość literatury polskiej” (©Gombrowicz). Ale co poradzę na to, że wracając po latach do jego prozy, wołam co chwilę: „Ej, Bruno, spadaj, to ja pisałam magisterkę o czasie! To ja rozpisywałam metafizykę wiosny w moim wczesnym opowiadaniu! A człowieka psa, jeśli jeszcze nie wymyśliłam, to dlatego, że dumam nad człowiekiem ptakiem. Cholera, to też już było u ciebie”.
Nie napiszę tu nic mądrzejszego od tego, co schulzologia polska i światowa odkryła na temat pisarza z Drohobycza. Ale napiszę o tym, co autorka i czytelniczka z Nowej Huty może wyczytać z jego migotliwej prozy i co może ją łączyć z osobą, z którą dzieli niedolę chronicznej nieśmiałości.
Stópkarz, trickster, doomer
W pracach schulzologicznych portrety osobowości pisarza stanowią ważne ustępy, trudno oderwać jego postać od twórczości. Podsumuję jego osobę kilkoma wyrywkami. Jerzy Ficowski pisze o nim: „Pełen lęków, kompleksów i urazów”. Według Adama Sulikowskiego: „(…) nie był nawet w stanie rozmawiać normalnie, a bywało, że milkł zupełnie przytłoczony cudzym światem wewnętrznym”. A sam o sobie? „(…) znajomości nie umiałem później wyeksploatować z powodu ogromnych zahamowani wewnętrznych” – pisze w 1935 r. do Ostapa Ortwina. „Mam od dawna fobię przed scenami pożegnania i unikam ich zawsze” – wyznaje trzy lata później w liście do Ludwika Lillego. Rozpoznaję się w tych opisach, choć różnica między nami opiera się pewnie na skali oraz dostępie do dobrodziejstw psychiatrii i psychoterapii.
Szczególnym polem jego zahamowań były relacje z kobietami. Muszę przyznać, że nie umiem wyczuć jego postawy. Czy jest feministyczna, czy mizoginistyczna? Gloryfikacja aż do bałwochwalstwa czy fetyszyzacja aż do uprzedmiotowienia? Być może według Schulza kobieta to ktoś nieskończenie lepszy od niego. A może to wyłącznie noga, stopa, pantofelek. Nie oceniam jego upodobań erotycznych, nie sposób nadawać masochizmowi żadnego waloru, po prostu jest. Dlatego szukam dalej. Wiemy, że utrzymywał przyjacielskie relacje z kobietami (choć na bezpieczny, korespondencyjny dystans). Debora Vogel czy Ramona Helpern były dla niego ważnymi rozmówczyniami. Ale ze wspomnienia Ireny Klejlin-Mitelman dowiadujemy się o czynie o znamionach pedofilskich wobec niej, córki jednej z jego przyjaciółek. Swoją narzeczoną Józefinę (faktyczną tłumaczkę Procesu Kafki) podobno uważał za łącznik z rzeczywistością, dzięki któremu nie musiał przejmować się pierdołami (to akurat częsty model relacji artysta–żona). Moje wątpliwości potęguje fakt, że choć mężczyźni w scenach z prozy Schulza to dostają lekceważącego prztyczka w nos, to korzą się u stóp, to i tak właśnie oni perorują i głoszą wielkie idee, podczas gdy szwaczki, Adele i Bianki nie muszą ich wcale rozumieć.
Czy chciałabym go poznać? Bałabym się. Boję się osób bardziej nieśmiałych ode mnie – rozmowa z nimi jest dla mnie większym wyzwaniem niż obcowanie z krzykaczami. Jednocześnie nie chciałabym stracić okazji na wartościową relację. Bruno Schulz był samotnikiem bojącym się osamotnienia. Z doświadczenia wiem, że nie ma tu sprzeczności. Ucieczka przed otoczeniem, przed oceną i odrzuceniem jest strategią bezpieczną. Ale brak towarzysza czy towarzyszki rodzi – jak pisał Romanie Halpern – „strach przed pustką”. Schulz łaknął kontaktu z kimś, kogo mógłby zabrać w Regiony Wielkiej Herezji. Realizował to pragnienie w bezpiecznej, listownej formie. Jednocześnie sam dążył do izolacji, odcięcia się od skrzeczącej rzeczywistości, również po to, by wykroić przestrzeń dla swojej twórczości. Dość łatwo dojść do wniosku, że swój samotniczy mikrokosmos zaludniał bogactwem wyobrażonego świata.
Jego nieśmiałość może być jednak uproszczeniem. W kontaktach z Witkacym pozwalał sobie na autoironię, bufonadę i persyflaż. Wyobrażam sobie, że dobrze się przy tym bawił, jak na słynnej fotografii z Janem Kochanowskim i Romanem Jasińskim. Potem jednak odchorowywał dezynwolturę, zasypując Witkacego w listach pytaniami, czy nie przesadził, nie zraził go do siebie (dziwne, ale nieświadomie zrobiłam dokładnie to samo, kiedy wpadłam na ten memowy śródtytuł i pochwaliłam się nim w relacji na Instagramie, po czym ją usunęłam, bo przestraszyłam się własnego persyflażu).
Zachwycił mnie ten tricksterski rys osobowości Schulza. Znalazłam jego szczególną emanację w jednym z listów do znajomego, Ludwika Lillego. Zachęca go do publikowania fikcyjnych wywiadów z autorami, bo „kto to skontroluje”. Nasze wspólne umiłowanie do mistyfikacji jeszcze rozwinę.
A czy cała jego twórczość nie jest formą igrania, robienia sztuczek na materii wspomnień i wyobraźni? W liście otwartym do Witkacego nazywa swoją strategię panmaskaradą, gdzie „[r]zeczywistość przybiera pewne kształty tylko dla pozoru, dla żartu, dla zabawy”. Sam Józef, alter ego Brunona z kart jego prozy, zostaje oskarżony przez kolegę o przesadę, „blagę, umyślną mistyfikację”, gdy bohater coraz bardziej gmatwa się w opowieściach o tym, jak fantastyczny świat znaczków na listy wkracza w rzeczywistość. Tymczasem właśnie w opowiadaniu Wiosna Schulz robi salto mortale na teren absurdu, pajacuje wraz z uciekinierami panoptykonu – woskowymi figurami, bezrobotnymi z winy bohatera, który podpalił ich lokum. Rekompensuje woskowym Franciszkom Józefom utratę pracy zapomogą na szwarcwaldzkie katarynki.
To opowiadanie ma dla mnie szczególne znaczenie. Jest wariactwem, popisem i sztubacką zabawą. Ale tym, co lubię w nim najbardziej, jest koncept wiosny jako metafizycznego czasu urojeń. To szał bujnych opowieści. „Głupia, niewybredna wiosna! Zarasta wszystko bez wyboru, plącze sens z bezsensem. Wiecznie błaznująca – z głupia frant, bezdennie lekkomyślna”. Schulz wywodzi źródło każdej fabuły z pachnących darnią podziemi. Wiosna rośnie na historiach. Między korzeniami pulsują mity i mruczą, poruszają ziemią i czekają, aż ktoś je posłyszy.
Mi-ty-… co?
Egzemplarz Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą, jakim dysponuję, to wydanie z opracowaniem dla klas licealnych. Podebrałam je koleżance przy okazji jej przeprowadzki. Wydawca opatrzył tekst jakże pomocnymi wskazówkami, dzięki którym czytelniczki i czytelnicy unikną pięknej przygody, jaką jest błądzenie po Schulzowskiej prozie, poddawanie się wrażeniom i afektom, wiązanie nitek między skojarzeniami. „Bianka – wszechwiedza”. „Księga – misja”. „Motyw rozpasanej kobiecości”. „Ojciec – kreator, stwórca”. Na marginesach wielokrotnie pojawia się i „Mityzacja rzeczywistości”. Gdyby ktoś wezwał Łapczyńską do tablicy, żeby wytłumaczyła, czym jest owa mityzacja, zaczęłaby się gubić, z Schulza przeskoczyłaby myślami do Eliadego i próbowała sklecić ze dwa sensowne zdania, że coś tam „w owym czasie”, że opowieść, przeszłość, a jak przeszłość, to Lévinas, więc i judaizm, no dobra, zgłaszam enpe. Schulzologowie i schulzolożki mają ten temat rozpisany na dziesiątki artykułów i książek. Wiążą pojęcie mitu u pisarza z tradycją judaistyczną: czasem wielkiego powrotu, cyklicznym pochodem (Jarzębski), okresem doskonałości, zanim stworzenie wymknęło się z rąk Stwórcy (Lindenbaum), pierwotnością utraconą (Słownik schulzowski). Jest to więc czysty początek spoza czasu historycznego, niezainfekowany ludzkim zepsuciem.
Patrzę na półkę w bibliotece w okolicach sygnatury SCH i kręci mi się w głowie od rozległości tych powiązań: tu kabała, tam Jung. Tu mesjanizm, a za chwilę Piłsudski. Podziwiam pracę badaczek i badaczy. Jednocześnie cenię zwykłe czytelnicze doświadczenie, chcę po prostu wyczuć, co chce powiedzieć mi Schulz, gdy szczeliną w jego prozie wkrada się blask, jakim bije Księga, więc daję nura w tekst.
Świat dzieciństwa ukazany w splątanej, zamglonej narracji, pełnej napięć między tym, co wysokie, a tym, co niskie, wydaje mi się przede wszystkim precyzyjnie wyrysowaną opowieścią. Mit przynależy do rzeczywistości fantazmatów, a jednak odnosi do kwestii fundamentalnych, chce dotknąć istoty świata, ludzkiego doświadczenia. Schulz oparł opowieść na matrycy pojęć mesjanizmu niekoniecznie ze względu na przesadną religijność, być może przez kulturową przynależność. Albo tak sobie po prostu wymyślił i ten pomysł mu się podobał – dla mnie jest to wystarczająco dobre wytłumaczenie. Mit w rozumieniu Schulza to właśnie bajanie o sensie świata. A więc kreacja, wyobraźnia, fantazja. Nawet jeśli biografizowana, to cudownie fantastyczna. Oto program, który jest i moim programem: bądźmy po stronie wyobraźni, wytwarzajmy fikcję, aby dotknąć „prawdy”. Ale Schulz dodaje także, że funkcją literatury jest regeneracja pierwotnych mitów. Podobnie jak w opowiadaniu Wiosna – sączyć soki odwiecznych opowieści jak rośliny życiodajne substancje z gleby. Czy ma na myśli ich przepisywanie, reinterpretowanie? Czy mają być fabularnym szkieletem? Budzi się we mnie przekora: chcę być po stronie wyobraźni, ale niekoniecznie okablowanej mitologicznym zasilaniem. Z jednej strony może nie potrafimy funkcjonować poza mitami i archetypami, które na stałe sformatowały nasze myślenie. Z drugiej strony nie mogą być one przecież dane raz na zawsze. Możemy je świadomie odrzucać. Przykładowo nie zadowala mnie historia zbudowana na schemacie: głupia baba zeżarła jabłko, chociaż było mówione, żeby nie zrywać. Jestem chętna na wszelkie rebelianckie ruchy wobec skostniałej struktury storytellingu.
A gdyby mit u Schulza potraktować nieco mniej górnolotnie, trochę bardziej intuicyjnie, jako mit kolorowego dzieciństwa z pociesznym tatkiem, z Adelą, która wzbudza pierwsze podrygi namiętności. Oto arkadia, świat widziany oczami dziecka, a więc przejaskrawiony, nienazwany, pełen odkryć, zachwytów i uniesień. Nie można odmówić prozie Schulza przecież tego, że wykorzystuje właśnie to podstawowe tworzywo wspomnieniowe i być może idealizuje przeszłość aż do miana genialnej epoki. Uciekanie w bezpieczny czas dzieciństwa, gdy rzeczywistość tu i teraz wywołuje poczucie niższości, jest nieprzychylna i wroga, wydaje się zrozumiałe. Dziś jednak, jako pokolenie piszących, wybieramy inną strategię: rozliczamy się z dzieciństwem. Odrzucamy ojców, demiurgów alkoholowego terroru albo odtwórców toksycznego wzorca mężczyzny. Rozliczamy się z matkami nieobecnymi i nieczułymi. Kto z nas miał szczęście dorastać w stabilnym domu? A jeśli ktoś rzeczywiście mógł się cieszyć dzieciństwem szczęśliwym – to kto by teraz o tym pisał? Można na ten proces jednak spojrzeć jak na wykuwanie się nowego mitu, mitu DDA, dziecka skrzywdzonego, dźwigającego wychowawcze porażki ojca i matki aż po dorosłość.
Z Ulicy Krokodyli pod kombinat
Pytanie o arkadię zadałam nieco prowokacyjnie. Należy oddać „Bruniemu” sprawiedliwość – z kart Sklepów… czy Sanatorium… wcale nie wyłania się wyłącznie niewinność. Choć interpretacje kierujące uwagę ku wykładni kabalistycznej podkreślają, że genialna epoka jest czasem czystości, to mnie pociąga rewers tego obrazka: świat pełen zwariowanych wykrzywień i kopnięć, fetyszystycznych fantazji, zapachu ptasich odchodów, upalnej duchoty, ciemnego poddasza, dziwacznych manekinów i wreszcie – zepsucia ulicy Krokodylej. Krokodyl – ciekawostka – w mistyce judaistycznej symbolizował Egipt, a więc popęd, nieczystość, zło.
I tu, wracając akurat z Amsterdamu, miasta-krokodyla, przekopuję się po latach przez opowiadanie o słynnej ulicy i dokonuję odkrycia istotnego dla mnie – autorki Bestiariusza nowohuckiego: „Rdzenni mieszkańcy miasta trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny, przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez istną lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich efemerycznych środowiskach. (…) Dzielnica ta była »eldoradem« takich dezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru godności własnej”.
Oto Bruno Schulz antycypował Nową Hutę. Czy w głowie Adama Ważyka, opisującego mieszkańców tego miasta w Poemacie dla dorosłych, kołatały się słowa z Ulicy Krokodyli?
„Ze wsi, z miasteczek wagonami jadą zbudować hutę, wyczarować miasto, wykopać z ziemi nowe Eldorado, armią pionierską, zbieraną hałastrą tłoczą się w szopach, barakach, hotelach, człapią i gwiżdżą w błotnistych ulicach: wielka migracja, skudlona ambicja, (…) wypchnięta nagle z mroków średniowiecza masa wędrowna, Polska nieczłowiecza wyjąca z nudy w grudniowe wieczory…”
Ważyk pisał tonem wyższościowego dupka. Schulz jako obserwator typu „też-bym-tak- -chciał-ale-się-wstydzę”. Dla mnie jednak „tandetna odmiana człowieka” z Schulza ma walor apoteozy. Mrowią mi trzewia, gdy stykam się z takimi wyobrażeniami. Zazdroszczę i znowu chcę wykrzyczeć: „Bruno, jarają nas te same rzeczy!”. Może przed laty substancja człowieka z Ulicy Krokodyli wsiąkła we mnie, zapuściła korzenie w podświadomości i na stałe ukształtowała oczekiwania wobec moich bohaterów i bohaterek w ogóle, bym w końcu „efemeryczne środowisko” Bestiariusza… zaludniła produktem ludzkopodobnym?
Bruno, ty onirysto!
À propos antycypacji. Schulz do 1933 r. znany był szerszej opinii publicznej tylko jako rysownik i autor grafik. Tutaj dawał ożyć swoim wyobrażeniom o wszechmocnych kobietach depczących starców, mężczyzn, sobowtórów Brunona. Był to „Poemat okrucieństwa nóg” – jak pisał Witkacy. On sam fascynował się grafikami z Xięgi bałwochwalczej i figurą sadystycznej Unduli do tego stopnia, że przeniósł ją, zdaniem Jana Gondowicza, na pole literackie w swoim Nienasyceniu. Jednocześnie Witkiewicz odnotowywał, że nic mu nie wiadomo o próbach pisarskich swojego przyjaciela.
Tymczasem w 1922 r. niejaki Marceli Weron publikuje opowiadanie Undula w czasopiśmie dla przemysłowców naftowych. Nie jest to tylko tekst inspirowany grafikami z Xięgi… (o których wystawie można przeczytać dalej). Na 11 lat przed ukazaniem się Sklepów cynamonowych Weron pisze: „Wielkie czarne karakony stoją nieruchomo i patrzą bezmyślnie w światło. Wydają się martwe. Z nagła te płaskie bezgłowe kadłuby zaczynają biec niesamowitym krabim biegiem i przecinają na ukos podłogę”. Brzmi znajomo? W opowiadaniu pojawia się i Adela, nadąsana pokojówka, a narrator kieruje spojrzenie na jej łydkę i pantofelek. Jest tu sensualnie odmalowany klimat nieruchomej zimy (jak w opowiadaniu Ptaki?). Jest sen, ciemność, płomień lampy, są korytarze i pokoje, dom rodzinny – przedzieranie się do mitu, autentyku. Jest Demiurg. I w końcu – Undula. Doskonała i gniewna. Rozkazuje, poniewiera. Dokładnie jak w Xsiędze bałwochwalczej. Oto badaczka Łesia Chomycz w 2019 r. odkryła przed nami faktyczny debiut Schulza, gdzie erotyzm wyrażony jest dużo bardziej jednoznacznie niż w późniejszych jego dziełach, podobnie cierpienie i ból narratora, wypowiedziane wprost, nazwane po imieniu. Wygląda na to, że Schulz w 1922 r. dopiero „dojrzewał do dzieciństwa”. Stanął na progu „mgły mitologicznej”, „genialnej epoki”. Przez kolejną dekadę w schulzowskich zwojach mózgowych musiały się dziać zachwycające zjawiska.
Dlaczego zdecydował się na publikację pod pseudonimem? Hipoteza 1: Szwagier nafciarz pogroził: nie będziesz mi tu wstydu przynosić. Hipoteza 2: Bruno pogroził sam sobie tymi samymi słowy. Hipoteza 3: Bruno trickster nie mógł się powstrzymać, żeby nie przybłaznować. Napisać opowiadanie do własnej wystawy, zmylić, zakpić – jak się okazało – z pokoleń osób szulcofilskich, których zaistnienie być może antycypował. Albo bez myśli o badaczach i badaczkach – po prostu chciał zasmakować przyjemności z owej panmaskarady. Znam to uczucie. Jest w tym żart, performance. Jak smakołyk, przed którym nie można się powstrzymać. Do każdej mojej pobocznej działalności, zanim ją nawet uskuteczniłam, najpierw wymyślałam pseudonimy: Tulla Pokriefke, Enigmatic E., ELO Ela, Elka Tygrys, Natrix Natrix – więcej mam nicków niż projektów. Maskarada inicjuje i multiplikuje artystyczny gest. Jeśli Bruno jest rzeczywiście moim soul mate, to skłaniam się ku hipotezie numer trzy.
Nie wiem, czy zdołam opisać wszystkie motywy z twórczości Schulza, które są dla mnie istotne. Spróbuję choćby skrótowo: noc, ciemność, sen, czas. Wszystko to, co stanowi o oniryczności jego prozy, choć ten walor może także dotyczyć scen rozgrywających się w świetle dnia. Przypomina mi się Waldemar Bawołek i jego słowa rzucone ot tak, gdy opowiadaliśmy sobie sny, a ja przywołałam moją ulubioną książkę Adama Wiedemanna Sceny łóżkowe: My, oniryści. Jest coś w substancji snu, co mnie uwodzi. Być może podczas snu doświadczyliśmy pierwotnego zetknięcia z fabularną fantazją, opowieścią. Zaskakujemy siebie samych swoją wyobraźnią, tym, co nam uczyniła własna głowa. Do kogo mam mieć pretensje, gdy przyśnił mi się mój szef w negliżu? Oczywiście do siebie, bo tak sobie radzę z daddy issues, rzecze Freud zza kozetki. A co, gdy przyśni mi się genialny wiersz? Istota snów jawi mi się jako coś otwierającego, nieprzywiązującego do podświadomości. Być może marzenie senne jest domostwem wszelkiej opowieści, a jego prawidła – przeskoki w czasie, zmiany tożsamości, zawieszenie praw logiki – powinny stanowić ramy dla wszelkiej narracji. Nie, nie, nie, odpowiedzą mi realiści i realistki. Należy pisać tak, aby odtwarzać rzeczywistość. Okej, piszcie sobie, jak chcecie, ja wolę fikołki wyobraźni.
O czym jeszcze nie wspomniałam?
O przeróżnych niewidzialnych liniach rozpiętych między naszymi życiami. Ja też jestem przywiązana do jednego miejsca. Kraków, życie rozpisane na 2–3 dzielnice. Przestałam się łudzić, że gdzieś się przeprowadzę. A gdyby tak zamieszkać w Paryżu czy w Wiedniu, jak spróbował Bruno, jak marzę sobie i ja, ale – powiedzmy sobie szczerze – są to tylko fantazje. Obce otoczenie zagłusza, oszałamia, nie pozwala myśleć. Więc ani ja, ani Bruno nie wyjechaliśmy nigdzie na dłużej niż na miesiąc z hakiem.
O tym, że znalazłam Autentyk. W czeskim antykwariacie kupiłam Księgę w czerwonej oprawie, jeden z periodyków popularnonaukowych zapisanych szwabachą. Ostatnie strony zarezerwowane na ogłoszenia zapełnione są historiami równie barwnymi co ta o szalonym poroście włosów Anny Csillag. Na zdjęciach widnieją cudowne przemiany rysów twarzy dzięki upiornym uprzężom oraz przykłady użycia narzędzia o nazwie Sanax Vibrator.
O tym, że Schulz był małym-dorosłym, dzieckiem w przebraniu mężczyzny, sam siebie portretował nieraz w niskorosłym wydaniu, a rysunki te od razu przywodzą mi na myśl Oskara Matzeratha z Blaszanego bębenka, moją pierwszą literacką miłość (zresztą pseudonim Tulli Pokriefke, pod którym w czasach liceum wysłałam do wydawcy moje opowiadania spisane ołówkiem, łączy się właśnie z twórczością Güntera Grassa).
O tym, że Bruno też miał słabą orientację w terenie.
O tym, że moja prababcia miała na imię Adela.
Ale nie zerwałam z nikim zaręczyn, nie miałam ojca sklepikarza, nigdy nie zachwycałam się klaserami ze znaczkami. Xięgę podobieństw podaję zatem dalej, do zapisania kolejnymi czytelniczymi wyznaniami (albo wierutnymi kłamstwami, jeśli ktoś dzieli z Brunonem tricksterską naturę).