Subskrybuj
Kadr z "Nie patrz w górę", satyry na technokratyczne elity. fot. Niko Tavernise / Netflix
Redaktor miesięcznika „Znak”, doktor filozofii. Współpracuje z magazynem „Kontakt”, pisze również w „Tygodniku Powszechnym” i w Mint Magazine

Przyszłość pod znakiem zapytania

Czy bardziej prawdopodobna jest nasza śmierć w wypadku samochodowym, czy upadek ludzkiej cywilizacji? To tylko jedno z pytań, na które starają się znaleźć odpowiedź longtermiści. Filozofowie kreślą dalekosiężne wizje przyszłości, a także pokazują, ile możemy nauczyć się z przeszłości.

Ile jeszcze mamy do przeżycia?

Longtermiści kierują swoją uwagę na przyszłość, przy czym dla zobrazowania skali rozwoju przypominają, ile już za nami. Ziemię zamieszkuje obecnie ok. 8 mld ludzi. To potężna liczba, ale jak ma się do wszystkich przeszłych pokoleń?

Aby dokonać tych wyliczeń, demografowie Toshiko Kaneda i Carl Haub przyjęli datę 200 tys. lat p.n.e. jako początek ludzkości. Przez ten czas na Ziemi żyło ponad 117 mld ludzi. To oznacza, że my i nam współcześni stanowimy 6,8% przedstawicieli całego gatunku ludzkiego.

Ilu nadejdzie po nas? Zmiennych, które wziąć trzeba pod uwagę, jest sporo (możliwość nastąpienia globalnej katastrofy, spowolnienia wzrostu gospodarczego, międzynarodowe konflikty itd.), jednak longtermistom udało się przynajmniej wyznaczyć prawdopodobny horyzont. Zakładają, że czeka nas jeszcze aż 800 tys. lat, ponieważ średnia długość życia ssaków wynosi w sumie 1 mln lat.

Jak szybko rozwija się ludzkość?

William MacAskill w książce What We Owe the Future wylicza, że jeszcze 200 lat temu ludzie zazwyczaj nie dożywali 30. urodzin, a 80% naszych przodków żyło w ubóstwie. Dziś te proporcje się odwróciły, skrajnej biedy doświadcza ok. 10% ludzi. Jesteśmy też dobrze skomunikowani. Mieszkańcy Imperium Rzymskiego i cesarstwa Chin władanego przez dynastię Han stanowili u progu naszej ery w sumie ok. 30% populacji całego ówczesnego świata. Mimo to nie zdawali sobie nawzajem sprawy ze swojego istnienia. Obecnie odkrycie jakiegoś zaginionego plemienia, które nie ma kontaktu z innymi cywilizacjami, jest trudne do wyobrażenia.

Ludzkość doświadcza stałego wzrostu ekonomicznego, który w ostatnich dekadach wynosił ok. 3% rocznie (wg danych Banku Światowego z 2021 r.). MacAskill podkreśla, że to sytuacja bez precedensu, ponieważ przez pierwsze 290 tys. lat swojego istnienia wskaźnik globalnego wzrostu był bliski zeru. Przełom stanowiła rewolucja przemysłowa w XIX w., radykalnie przyspieszając wzrost. Przez ostatnie stulecie udało się doskoczyć do wyniku 2% globalnego wzrostu gospodarczego rocznie, a w trakcie dwóch dekad XXI w. – a więc w perspektywie longtermistów niemal w mgnieniu oka – do 3%. Mówimy o zmianach ekonomicznych, lecz te nie dzieją się w próżni. Dynamiczny rozwój gospodarczy i naukowy jest okupiony zwiększonym zapotrzebowaniem na energię, a co za tym idzie, rosnącą emisją dwutlenku węgla. Nie sposób oczekiwać, że środowisko naturalne jeszcze długo wytrzyma z takim przyspieszeniem, ostre hamowanie nastąpiło też na skutek pandemii COVID-19. Perspektywa, którą posługuje się MacAskill, prowadzi go do wniosku, że choć ludzkość może przeżyć jeszcze wiele lat, to jednak dynamika globalnego rozwoju odczuwalnie spadnie.

Czy w przyszłości znikną religie?

Ogromną rolę w rozwoju ludzkości odgrywa dzietność, a na nią nieprzeceniony wpływ ma religia. „Dzięki połączeniu wysokiego wskaźnika konwersji i wysokiej liczby urodzeń chrześcijaństwo stało się dominującą religią w Europie w niezwykle krótkim czasie” – pisze MacAskill, argumentując, że przez wieki udawało się chrześcijaństwu utrzymać tempo przyrostu nowych wyznawców wynoszące aż 40% na dekadę. Klasyk socjologii religii Rodney Stark szacował w swojej fundamentalnej pracy The Rise of Christianity, że w ok. 40 r. Ziemię zamieszkiwał zaledwie tysiąc wyznawców Chrystusa, by w niewiele ponad 300 lat później przekroczyć liczbę 34 mln. Szybki wzrost doprowadził do politycznych przemian, które kilka stuleci wcześniej wydawały się zupełnie niewyobrażalne. Z czasem ten współczynnik wzrostu spadał, choć w XX w. udało się go utrzymać np. mormonom. „Żyję w ekstremalnie zeświecczonej bańce i naiwnie sądziłem, że proporcja ateistów wyraźnie wzrośnie. Ale się na to nie zanosi. Ateiści zazwyczaj mają mniej dzieci od osób religijnych, zwłaszcza fundamentalistów i mieszkańców biedniejszych krajów, a to ma znaczenie w długim dystansie czasowym” – podkreśla MacAskill. Filozof przywołuje obliczenia Pew Research Center, które wskazują, że do 2050 r. wskaźnik osób niezwiązanych z religią może spaść z 16% do 13% globalnie. Głównym powodem nie jest jednak rozbudowany apostolat różnych wyznań, ale niska liczba urodzeń w krajach, gdzie dominują osoby niewierzące.

Co się stanie, jeśli wyginie 99% ludzi?

Longtermiści rozważają wiele apokaliptycznych scenariuszy. MacAskill zastanawia się nad źródłami możliwego „załamania cywilizacyjnego”, czyli wydarzenia, które doprowadzi do zastopowania rozwoju technologicznego. Czy na skutek globalnej tragedii, w której mogłoby zginąć 99% Ziemian, cywilizacja się załamie? 1% ludzkości to nadal ok. 80 mln ludzi, a świat po współczesnej katastrofie i tak byłby bogatszy o doświadczenia i wiedzę zebrane przez wszystkie lata rozwoju cywilizacji.

Jakie mogą być źródła takiej katastrofy? Jednym jest ryzyko konfliktu nuklearnego, ale MacAskill zwraca uwagę, że dziś towarzyszą nam inne lęki. Poważnym problemem okazuje się ciągle rosnące zużycie paliw kopalnych, wpływających długofalowo na jakość środowiska. Rewolucja neolityczna, czyli przejście od kultur łowców-zbieraczy do rolnictwa, wiązała się z wypaleniem potężnych połaci lasów w celach prowadzenia upraw, a dwutlenek węgla pozostały w atmosferze spowodował ocieplenie atmosfery o 0,16 stopnia. Długofalowy wpływ, jaki wywołujemy obecnie, jest o wiele większy. Jeśli ryzyko wyginięcia ludzkości w tym stuleciu mogłoby wynieść tylko 1 na 1000, to i tak będzie ono dziesięć razy wyższe niż ryzyko, że zginiesz w wypadku samochodowym, jak szacują naukowcy zgromadzeni wokół oksfordzkiego czasopisma „Bandolier”.

Dlaczego jeszcze nie spotkaliśmy kosmitów?

Zanim ochłodzi się Słońce, Ziemia ma przed sobą jeszcze setki milionów lat. Longtermiści zastanawiają się zatem, czy po ewentualnym upadku ludzkości pojawi się inny rozumny gatunek, który mógłby wyewoluować z małp. Homo sapiens wystarczyło na to ok. 8 mln lat, czy zatem ktoś nas zastąpi? To mało prawdopodobne. Badacze z kierowanego przez Nicka Bostroma Future of Humanity Institute przywołują paradoks Enrica Fermiego. Fizyk w 1950 r. zauważył wyraźną dysproporcję pomiędzy wielkością i wiekiem wszechświata a brakiem świadectw na rzecz istnienia pozaziemskich cywilizacji. Możliwą odpowiedź na ten problem stanowi niezwykła złożoność naszej ścieżki ewolucji, zaś planet umożliwiających taki rozwój jak nasza Ziemia jest niezwykle mało. Warunki do powstania rozumnego gatunku, takiego jak ludzie, są więc na tyle rzadkie, że nasze pojawienie się w historii można rozpatrywać niemal w kategoriach cudu.

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości