Subskrybuj
fot. Michal Wozniak/East News
Redaktor miesięcznika „Znak”, doktor filozofii. Współpracuje z magazynem „Kontakt”, pisze również w „Tygodniku Powszechnym” i w Mint Magazine

Na pokładzie statku „Przyszłość”

Do jakiego stopnia jesteśmy jedynie realizatorami, przedmiotami nauki i technologii o z góry zadanym kursie, a do jakiego jej sternikami, panami, projektantami?

Karol Kleczka: Kto tworzy dziś wiodące projekty futurologiczne?

Ustalmy wpierw, o czym właściwie mówimy. Co się kwalifikuje jako projekt futurologiczny? Wystąpienie na TED? Książka z opisem takiej przyszłości? Think tank z futurologią w statucie? Marzenia multimiliardera z  megakorporacjami do wprowadzania tych marzeń w  życie? Stustronicowa agenda corocznego zlotu polityków i celebrytów?

Myślę, że musimy tu dać podstawowe rozróżnienie między po prostu wizjami przyszłości a programami realizacji postulatów, których celem jest doprowadzenie do – przynajmniej częściowego – ziszczenia danego wariantu przyszłości. I  dookreślić, że chodzi o przyszłość globalną, całej ludzkości, a nie przyszłość optymalną z punktu widzenia danego kraju czy biznesu.

W skrócie: wizje od programów odróżnia niekonieczność uwzględnienia w  wizjach racjonalnych związków przyczynowo-skutkowych.

Zacznijmy zatem od wizji. Kiedyś myślenie o przyszłości było zdominowane przez religię, obrazy apokalipsy. A jak jest obecnie z naszą wyobraźnią futurologiczną?

Tak naprawdę o myśleniu o przyszłości w dzisiejszym sensie można mówić od popularyzacji idei Oświecenia. Przez długi czas przyszłość nie była sekularna. W  ogóle nie postrzegano jej w  kategoriach sprawstwa, wyborów, przyczyn i skutków. Po prostu wyobraźnia ludzka pracowała na engine, silniku mitu (zazwyczaj mitu kołowego) albo, później, teologicznej celowości (eschatonu).

Tym bardziej interesujące są przejawy jej wtórnej eschatologizacji u współczesnych technokratów, inżynierów, najambitniejszych ścisłowców. Głównym celem Elona Muska jest uczynienie z Homo sapiens „gatunku multiplanetarnego”. Obaj z Jeffem Bezosem (który planuje zbudowanie w kosmosie habitatów dla biliona osób) powołują się często na „matematykę dziejów” Isaaka Asimova z  jego cyklu powieściowego Fundacja. Sergey Brin i Larry Page, właściciele Google’a, wierzą w Technologiczną Osobliwość i dążą ku niej. Ich „głównym futurystą” jest Ray Kurzweil, głoszący cyfrową nieśmiertelność człowieka. A prawie wszyscy tam są przekonani, że i tak żyjemy we wszechświecie-symulacji Nicka Bostroma.

Te wielkie projekty miliarderów gospodarki cyfrowej bywają trudne do odróżnienia od planów XIX-wiecznego myśliciela Nikołaja Fiodorowa z Filozofii wspólnego czynu, czyli naukowego programu wskrzeszenia całej ludzkości i kolonizacji kosmosu.

Zresztą otwarcie mówią, skąd im się takie ambicje wzięły: bo od dzieciństwa żyli wizjami klasycznego science fiction.

Wizje przyszłości rozwijają się, propagują i giną wedle reguł darwinowskiej selekcji, tj. walki memów, a kryterium selekcyjnym nie jest ich racjonalność, lecz szeroko rozumiana atrakcyjność dla umysłów, które zarażają. „Szeroko”, bo nie chodzi tu o „ładność”, „przyjemność”. Atrakcyjne bywają także horrory, katastrofy, turpizmy etc. Jeśli więc pyta Pan, kto czy co dziś rządzi wyobraźnią współczesnego Zachodu, to odpowiedź jest prosta: popkultura.

Gdy pomyślimy o takich serialach jak Czarne lustro albo filmach jak Nie patrz w górę, to okaże się, że popkultura rozpościera przed nami ostatnio dość mroczną przyszłość.

Są takie epoki kulturowe  – jak nasza – gdy ludzie wprost uwielbiają przeżywać w wyobraźni dystopijne opresje i depresje.

Wystarczy spojrzeć na rankingi boxoffice’ów, topki platform streamingowych czy settingi najpopularniejszych gier. Dlaczego w danej epoce dominują w kulturze takie, a nie inne motywy? – to temat dla socjologów i  psychoanalityków. Jeśli czegoś w ogóle uczy tu historia, to braku prostej korelacji fikcji z  realem. W epoce przedwojennej masowa wyobraźnia równie dobrze może żyć obrazami wojny, co wiecznej szczęśliwości; w epoce dobrobytu – zarówno wizjami kontynuacji postępu, jak i nieuchronnej zapaści.

Idąc za Pańską dystynkcją, przejdźmy do programów. Marcin Napiórkowski w książce Naprawić przyszłość twierdzi, że kluczowy spór przebiega między technooptymistami i technopesymistami. Jeśli miałby Pan zarysować mapę wiodących propozycji myślenia o przyszłości – nie wizji, ale programów właśnie – to na jakie szczególnie zwróciłby Pan uwagę?

W  sporze technooptymistów z technopesymistami moim zdaniem kluczowi są technofataliści. W  istocie technofatalizm stanowi bazowy pogląd w ogromnej większości debat, nieświadomie przyjmowaną „normę”. Technooptymizm i  technopesymizm zakładają ocenność i sprawczość, decyzyjność człowieka względem technologii. Technofatalizm ujmuje naukę i technologię jako zmienną niezależną. Możemy sobie mieć takie czy inne poglądy, ale kierunku odkryć naukowych one nie zmienią: zimna fuzja jądrowa albo jest możliwa, albo nie; strong general AI albo powstanie, albo nie; albo da się połączyć grawitację z fizyką kwantową, albo nie da się tego zrobić. A osiowe pytanie brzmi tak: czy i do jakiego stopnia jesteśmy jedynie realizatorami, przedmiotami nauki i technologii o z góry zadanym kursie, a do jakiego jej sternikami, panami, projektantami?

Myślę, że dzisiaj można mówić o czterech programach realizacji określonej przyszłości na tyle spopularyzowanych, że odbijających się w masowej wyobraźni.

Pierwszy to oczywiście program przeciwdziałania zmianom klimatycznym.

Drugi to program kolonizacji kosmosu: orbit Ziemi, powierzchni Księżyca, Marsa.

Trzeci to program automatyzacji i optymalizacji życia ludzkiego, od poziomu społecznego do osobistego.

Czwarty to program zapewnienia ludziom wiecznego życia, głównie dzięki cyfryzacji.

Można się spierać o  szanse ich realizacji – i taki spór jest możliwy, ponieważ, w odróżnieniu od po prostu „wizji przyszłości” tutaj przedstawia się konkretne działania, podaje modele ilościowe, proponuje technologie i budżety.

Filozofowie tacy jak wspomniany już Nick Bostrom czy William MacAskill odpowiedzieliby Panu, że sprawczość człowieka jest przeogromna, a przede wszystkim długodystansowa. Longtermizm stawia za cel poważne potraktowanie przyszłych pokoleń ludzi, w tym tych, którzy pojawią się dopiero w dalekiej przyszłości.

Uważam, że to trik metodologiczny, jeszcze bardziej pompujący pychę technokratów.

Jak to zwykle bywa, startowy postulat ogólnie jest słuszny. Pojawił się w reakcji na rozmaite ekscesy ostatnich pokoleń, przyzwyczajonych do życia na kredyt i przerzucania kosztów „poza horyzont” – geograficzny lub czasowy. Jest to zresztą postulat mocno rezonujący z ideologiami konserwatywnymi i narodowymi. Odpowiedzialność polityczna i gospodarcza rozciąga się tam na całe continuum pokoleń, daleko poza tych, którzy akurat teraz głosują, pracują, konsumują. Naród w tym ujęciu to wspólnota nieograniczona ludzkim doświadczeniem czasowości, należą do niej tak samo ci, którzy już zmarli, jak też ci, którzy jeszcze się nie narodzili. Jak u św. Tomasza z Akwinu: tylko Bóg widzi naraz wszystkie punkty w czasie – porusza się w więcej niż jednym wymiarze czasu. Tylko On więc mógłby świadczyć za „tych, co przyjdą po nas”.

Ta boska perspektywa dobrze wprowadza w fundamentalny problem longtermizmu. Ma on dwa wymiary: polityczny i metodologiczny.

Na czym polegają te problemy?

Ludzie żyjący obecnie mają tę przewagę, że mogą głosować. Zmarli i  nienarodzeni nie mają głosu w  demokracji. Ktoś musi wypowiadać się za nich, wprost lub pośrednio. Takim pośrednim głosem zmarłych jest tradycja. Nie istnieje natomiast analogiczny mechanizm doważający interesy jeszcze nienarodzonych. Konsekwencją propozycji longtermistów jest wprowadzenie takiego oto jego substytutu: za przyszłe pokolenia udział we władzy mieliby mieć naukowcy, filozofowie, technolodzy – ci, którzy „wiedzą, jak będzie”.

Trudno nie dostrzec w tym powrotu do starego schematu „władzy nielicznych oświeconych dla dobra ogółu” – od królów-filozofów Platona, przez Partię rządzącą w imieniu proletariatu do chińskich technokratów.

Z tym wiąże się problem metodologiczny. Osiągnięcia polityków i  naukowców działających dla dobra przyszłej ludzkości kosztem im współczesnych są, delikatnie mówiąc, mało chwalebne. Jakiż to przełom w  modelowaniu tak ogromnych, złożonych i nieliniowych procesów nastąpił ostatnio, że znowu powinniśmy zaufać samozwańczym projektantom naszej przyszłości? Co chwila dostajemy dowody na coś wręcz przeciwnego: że oto kolejny supernaukowy i  konieczny projekt przyszłości przynosi fatalne skutki – jak np. chiński wielki program demograficzny jednego dziecka. A dopiero boska nieomylność usprawiedliwiałaby takie przesunięcie priorytetów władzy.

Jaki praktyczny wniosek można wynieść z longtermizmu? Chyba tylko ten, że warto znaleźć sposób wdrożenia każdego obywatela z osobna w myślenie „w imieniu” przyszłych pokoleń, tak by głosując, miał z tyłu głowy interesy także nienarodzonych. Longtermizm prawidłowo rozpoznał tu pewną pustkę, brak, zanik. Dotychczas bowiem odpowiadała za to dowartościowanie potomków instytucja wielopokoleniowej rodziny.

Z podobnego punktu widzenia wychodzą aktywiści wspomnianego przez Pana programu przeciwdziałania bądź spowalniania postępu zmian klimatycznych.

Przynajmniej niektórzy. Dlaczego na froncie politycznych walk klimatycznych znajdują się dzieci, nastolatki? Po pierwsze, bo w cywilizacji postpiśmiennej najskuteczniejsze są perswazje emocjonalne. Po drugie  – ponieważ młodzi słusznie czują się „opuszczeni przez przodków”. Duża część konsumentów i głosujących nie bierze dziś bowiem pod uwagę w swoich wyborach interesów dzieci, wnuków. Bo ich po prostu nie ma.

Może to też spadkobierstwo jakiegoś rodzaju zsekularyzowanej eschatologii. Chyba w masowej wyobraźni ludzi Zachodu kres znanego nam świata wyznacza właśnie katastrofa klimatyczna. Czy słusznie?

Czy jest słuszne, że w ogóle oczekujemy końca? W jakim momencie przeszliśmy od modelu człowieka, świata i  historii „otwartego”  – w którym oczywiście istnieją rozmaite zagrożenia, ale sny, marzenia, plany są „otwarte”, zwrócone ku możliwościom, szansom  – do modelu „zamkniętego”, w którym w  sposób konieczny następuje „cięcie” i  nie ma w  ogóle sensu marzyć, planować poza tym horyzontem?

Proszę zauważyć, że nawet w szczycie zimnej wojny i zagrożenia zagładą nuklearną zarówno zachodni, jak i  wschodni (tj. demoludów) sposób myślenia były „otwarte”.

Może wszyscy zginiemy w wymianie ciosów atomowych, może nie, ale jeśli nie, to przed nami latające samochody, podbój kosmosu, miasta podwodne itd. albo powszechna szczęśliwość ludu pracującego w komunizmie. „Epoka atomowa” niosła w sobie oba te znaczenia.

Można wskazać kilka etapów pośrednich prowadzących do tego „zamknięcia”. Bodaj najpierw pojawiło się poczucie wyczerpania kulturowego – przestaliśmy generować nowe wizje przyszłości, także w popkulturze; zamiast tego zaczęliśmy powracać do „starych” przyszłości, recyklingować je w kółko. Potem dostaliśmy nadbudowę teoretyczną: koniec historii Fukuyamy. W praktyce politycznej mieliśmy TINe˛: there is no alternative. Wreszcie przyszła refleksja technologiczna, najdobitniej wyrażona przez Petera Thiela: że od lat 50.– 60. XX w. zamiast postępu mamy jedynie optymalizację kosztową (globalizację) i doskonalenie marketingu. Że wyczerpał się napęd w naukach podstawowych – z przyczyn zewnętrznych, przygodnych, a może z uwagi na samą naturę rzeczywistości. Od strony ekonomii podobną diagnozę stawia Robert J. Gordon.

Pod spodem tego wszystkiego płyną zaś powolne, głębokie rzeki demografii: społeczeństwa Zachodu się starzeją, mają coraz mniej dzieci, a to dzieci są kolonizatorami przyszłości, one wyznaczają jej „wagę” wobec „wagi” przeszłości zamieszkiwanej przez starców.

Longtermiści zdają się operować modelem „otwartym”, skoro analizując „egzystencjalne zagrożenia” dla ludzkości (globalne pandemie, superinteligencja, uderzenie asteroidy), kierują się dalekim dystansem czasowym. Gdyby był Pan miliarderem z Doliny Krzemowej, które z tych zagrożeń uznałby Pan za na tyle istotne, by przekazywać na zapobieganie mu własne naddatkowe zyski?

Chociaż nie jestem fanem Billa Gatesa, uważam, że podejście Fundacji Gatesów po 2010 r. było najsensowniejsze: skupienie się na problemach, których rozwiązanie jest w zasięgu naszych wysiłków, tylko że wymaga znacząco większych nakładów finansowych, i poprawi jakość życia jak największej liczby osób w sposób już dzisiaj mierzalny. Jest to też najbliższe klasycznemu efektywnemu altruizmowi. Projekty o niemierzalnych rezultatach nie mieszczą się w jego definicji.

Najpewniej więc rozdzieliłbym fundusze tak: 90% na powyższe cele i 10% na badania związane z odleglejszymi zagrożeniami. Ale właśnie – badania. Cały wysiłek powinien tam pójść najpierw na wypracowanie jak najlepszej i  jak najbardziej obiektywnej metodologii szacowania tych zagrożeń i modelowania działań zapobiegających.

Longtermizm jest przez niektórych postrzegany jako moralnie ekscentryczna propozycja – kolonizacja kosmosu może się okazać ważniejsza np. od pomocy ludziom żyjącym tu i teraz – ponieważ taka kolonizacja jest kartą ubezpieczeniową dla ludzkości w przypadku, gdyby Ziemia przestała być miejscem do życia. Przewrotnie taki scenariusz pokazuje zakończenie filmu Nie patrz w górę, gdzie złowrogi miliarder – noszący cechy Elona Muska – ratuje się wraz z innymi przedstawicielami elit ze zniszczonej Ziemi.

Powiedzmy, że już dzisiaj wprowadzamy do takich etycznych kalkulacji władzy zagrożenie uderzeniem w  Ziemię wielkiej asteroidy. Ponieważ jest to zagrożenie absolutne, tzn. unieważniające wszystkie inne zagrożenia – nie ma przecież sensu przejmować się głodem w Afryce czy stanem raf koralowych, skoro całe życie na Ziemi ulegnie zagładzie – jedynym czynnikiem ważącym w  owych kalkulacjach staje się prawdopodobieństwo takiej katastrofy ostatecznej. W  czyje ręce przechodzi wtedy władza absolutna? Tych, którzy „sterują” szacunkiem zagrożenia, czyli technokratów. A ściślej: członków establishmentu polityczno-naukowo-medialnego.

Na trochę mniejszą skalę obserwowaliśmy te procesy podczas pandemii. Niezmiernie trudno oprzeć się takiej pokusie. I subiektywnie to wcale nie musi być cyniczna uzurpacja – raczej poczucie misji, odpowiedzialności za los świata. Nie powinniśmy tworzyć mechanizmów władzy wymagających od ludzi anielskiej natury.

Ludzkość ciągle się czegoś boi: a to wojny jądrowej, przeludnienia albo dziury ozonowej. Część z tych historii stanowią swego rodzaju „nieudane futurologie” – antycypowaliśmy jakieś zjawiska, które jednak nie nadeszły. Czy tego typu wizje można ocenić jako przejawy nieuzasadnionego społecznie lęku, czy raczej jako przypadki, w których strach mobilizuje do działania, np. prawnych zakazów proliferacji broni jądrowej albo odgórnego zmniejszenia emisji freonów?

Lęk to nie futurologia. Mówimy tu o porządku emocji, przeciwstawionym porządkowi rozumu.

Te lęki egzystencjalne ludzkości to też stosunkowo niedawny fenomen. O  kulturze globalnej w  naszym rozumieniu – a i to zawężonej do Zachodu – możemy mówić od XIX w. Do powszechnej świadomości te lęki zaczęły przeciekać dopiero po Hiroszimie. A XX w. to zarazem epoka komercyjnej eksploatacji podświadomości i  doskonalenia metod manipulacji emocjonalnej. I lęk jest tu najskuteczniejszym narzędziem. Można nim mobilizować ku niemal każdemu celowi. Wydaje mi się więc wysoce nieprawdopodobne, by lęki klimatyczne czy pandemiczne były ostatnimi. Myślę, że częstotliwość i amplituda tych fal lękowych będą tylko rosły. Podobnie jak skuteczność technik wpływu na konsumentów i wyborców. Po prostu nie widzę mechanizmu, który mógłby spowodować powszechne porzucenie tak skutecznych narzędzi, zatrzymanie tego kognitywnego wyścigu zbrojeń.

Przeciwdziałania są słabe i ograniczone do indywidualnych, ekscentrycznych lifestyle’ów. Ten i ów deklaruje: nie oglądam, nie słucham, nie czytam mass mediów, bo chcę zachować zdrowie psychiczne i  kontrolę nad swoim umysłem. Zamiast codziennych pobudzeń emocjonalnych chcę otrzymywać tylko informacje o tym, co mnie interesuje, i z tych źródeł, do których sam mam zaufanie.

Okej, ale taki lifestyle stawia trzy dość wysokie progi. Po pierwsze, ogromna większość, skoro już została uzależniona od cykli coraz silniejszych wzbudzeń, nie potrafi się z nich wyrwać, podobnie jak nie sposób intelektualnie zarządzić sobie: „kończę z  alkoholizmem”. Po drugie, wymaga to pewnych kompetencji w  poruszaniu się w infosferze, umiejętności „autoredagowania contentu”: komponowania dla siebie strumieni treści, selekcjonowania źródeł, świadomej kreacji profili, stawiania odpowiednich filtrów etc. Po trzecie, wiąże się z dodatkowym wydatkiem – te czyste jakościowe źródła najczęściej są płatne. Podczas gdy mass media zarabiają na nas „pośrednio”: na naszej uwadze, czasie, danych – dlatego są „darmowe”.

Zachodzi tu też korelacja ze zmianą dominującej kultury: z kultury opartej na piśmie na kulturę opartą na przekazie audiowizualnym. Ta pierwsza bardziej sprzyjała argumentacjom logicznym i  myśleniu kategoriami, abstraktami; ta druga – myśleniu emocjonalnemu i doraźnemu, o tym, co widać, słychać, czuć.

Ale pierwotną przyczyną ciągłych wzbudzeń lękowych jest po prostu odkrycie skutecznych metod wpływu i manipulacji emocjonalnej przez środki masowego przekazu oraz tych, którzy ich używają do swoich celów.

W swoim eseju Po piśmie kreśli Pan obraz wychodzenia z piśmiennej podmiotowości na rzecz bezpośredniego transferu treści, co prowadzi do zaniku samego podmiotu. W takim ujęciu projektowanie przyszłości zdaje się zadaniem opartym na jakimś błędzie antropologicznym, skoro budujemy przyszłość osób będących być może kimś radykalnie innym od nas.

Przewidzieć systemy wartości społeczeństw za 100, 200, tysiąc lat jest znacznie trudniej, niż przewidzieć przyszłe technologie. Technologia stanowi zaledwie fundament lifestyle’u, którego pochodną są hierarchie wartości.

Z mojego ujęcia zmian cywilizacyjnych w Po piśmie istotnie płynie dodatkow y wniosek o zaniku tradycyjnie rozumianej podmiotowości. Niewykluczone, że to narastające przekonanie do technokratycznego zarządzania ludzkością, włącznie z uzurpacją prawa do przemawiania w imieniu miliardów możliwych przyszłych obywateli, stanowi odpowiedź na owo rozpoznanie. Ktoś przecież musi wziąć na siebie odpowiedzialność. Jeśli nie ludzie sami, to kto?

To bardzo dobre pytanie. Pozostając w proponowanym przez Pana „myślunku postpiśmiennym”, wszelki dyskurs o przyszłości straci na znaczeniu, skoro większość z nas będzie żyć, koncentrując się na odbieraniu wrażeń, a zatem na teraźniejszości. Jak w takim modelu można konstruować wychylone w przyszłość wizje samych siebie, skoro pojęcie podmiotu traci znaczenie, podobnie jak horyzont czasowy?

Nie można. Toteż coraz rzadziej to robimy. I dlatego do zmobilizowania do myślenia o przyszłości konieczne są coraz mocniejsze, coraz bardziej emocjonalne bodźcowania.

Sytuacja przedstawia się tak: w myślunku pisma żyje coraz mniej ludzi – możemy ich nazwać „elitą”, odsuwając na razie pejoratywne konotacje terminu. Nadal są oni w stanie myśleć racjonalnie o przyszłości, planować – to zresztą wciąż daje im przewagę, dzięki której gromadzą bogactwo i  władzę. Dostrzegają długoterminowe zagrożenia. Czy prawidłowo je oceniają, to inna rzecz; ale oni w ogóle potrafią budować takie modele. I zarazem widzą, że te logiczne, wieloetapowe rozumowania o abstraktach nie mają szansy przebić się do postpiśmiennych. A póki co trzeba się liczyć z głosem mas; miliardy „przeżywaczy” nie zostały całkowicie spacyfikowane i oderwane od realu. Trzeba więc na nie wpłynąć inaczej. Jak? Tym, co trafia do postpiśmiennych: emocjami, lękami, bodźcami bezpośrednimi.

I powiedzmy, że jakaś grupa interesów w elitach, rozpoznawszy te mechanizmy, chce je wykorzystać do własnych celów. Czy przeżywacz może odróżnić „słuszne” pobudzenia emocjonalne od „niesłusznych”, gdy uzasadnieniem dla nich są scholastyczne teologie, 100 tomów dzieł Marksa, Lenina i Stalina albo komputerowe modele złożonych i nieliniowych procesów? Nawet gdy wykona pewien wysiłek, zatrzyma się na poziomie kibicowania w  medialnych pojedynkach ekspertów z ekspertami. Założywszy, że publiczne spory są nadal dopuszczane.

Tak naprawdę chodzi tu o  nowy model władzy w  warunkach, gdy problemy stojące przed nami rzeczywiście są globalne, nie do rozwiązania indywidualnymi zrywami państw czy firm oraz niedostrzegalne zmysłami, lecz jedynie na drodze rozumowej analizy; a zarazem gdy – na skutek przemian technologicznych i lifestyle’owych  – zanika podmiot demokratyczny: człowiek zdolny do samodzielnego myślenia w szerokich kategoriach politycznych, obywatelskich, społecznych.

Nie chciałbym, by mój sceptycyzm wobec rozwiązań longtermistów został odebrany jako sceptycyzm wobec samego problemu rosnącej nieadekwatności modelu władzy dla tak zmieniającej się cywilizacji i człowieka.

Uważam go za podstawowy problem naszego pokolenia. Od wykształcenia nowego modelu władzy  – skutecznej, posiadającej legitymizację i zapewniającej kontynuację, a  przynajmniej ewolucję kluczowych wartości Zachodu – zależy, czy poradzimy sobie także z tymi problemami, które wywołują owe lęki egzystencjalne.

Tu powraca postawione przez Pana na początku pytanie. W jakim stopniu jesteśmy sternikami kursu przyszłości, a w jakim tylko pasażerami czy może – czym straszą antyutopijne wizje – galernikami?

Nie chodzi mi o „kurs przyszłości” jako przebieg historyczny, bo na niego składa się mnóstwo wydarzeń przygodnych (wybuch wulkanu zaciemniający planetę, pandemia, nieoczekiwane „czarne łabędzie” w gospodarce i geopolityce) oraz zależności z dziedzin miękkich (nieliniowe procesy społeczne, kulturowe).
Chodzi stricte o technologię.

Czym jest technologia? Żeby nie wchodzić tu w  filozoficzne rozważania, zgódźmy się, że powszechne jej rozumienie jest takie: technologia to praktyczny użytek czyniony przez człowieka z odkryć naukowych. Mamy więc dwie składowe odpowiadające za finalny rezultat, czyli widzialną, materialną cywilizację technologiczną: owa natura rzeczywistości odkrywana przez naukę oraz natura człowieka, czyli jego konstytucja biologiczna i  umysłowa. Istnieje między nimi fundamentalna różnica: pierwsza składowa jest zmienną niezależną, druga  – zależną. Człowiek ani jego epistemologia nie zmieniają natury rzeczywistości (pomijam tu najbardziej ekscentryczne interpretacje roli obserwatora w fizyce kwantowej), natomiast zarówno biologia człowieka, jak i  jego umysł podlegają coraz szybszym zmianom  – pośrednim lub bezpośrednim – na skutek kolejnych odkryć naukowych. Zmiany bezpośrednie to ingerencje medyczne, stosowanie środków wpływających na pracę mózgu czy manipulacje genetyczne (CRISPR i pochodne). Zmiany pośrednie to te wynikające z szeroko rozumianego lifestyle’u, w którym zawsze odbijają się ograniczenia i możliwości wprowadzonych już do użytku technologii.

Jeżeli taka konceptualizacja jest ogólnie słuszna, to trudno oprzeć się wnioskowi, że w skończonym czasie człowiek, a w istocie każdy gatunek technologiczny, stanie się „produktem” technologii, a  nie jej użytkownikiem, jak to dotychczas rozumieliśmy. Kształt tego produktu asymptotycznie będzie zmierzał do optimum wyznaczonego przez niezmienne obiektywne prawa natury. Albo wiem z definicji znajomość i korzystanie z wiedzy o naturze rzeczywistości daje przewagę w konkurencji z podmiotami, które tej wiedzy nie posiadają lub z jakichś względów z niej nie korzystają.

Czy możemy się jakoś przeciwstawić takiemu rozumowaniu, które sprowadza człowieka do produktu technologii?

Musielibyśmy zakwestionować którąś z  przesłanek. Najczęściej podważana jest ta dotycząca natury człowieka  – przypisuje się jej mianowicie bliżej nieokreślone „wyższe” jakości, transcendujące biologię i teorię informacji; fenomen samoświadomości oferuje tu dobry wytrych. Pojawiają się też argumenty kulturowo-polityczne: że np. ludzkość jako całość będzie zdolna w jakiś sposób „umówić się” na niewykorzystywanie pewnych odkryć naukowych, w ten sposób sprawując kontrolę nad kształtem człowieczeństwa, zachowując jego specyfikę. Jako pozytywny przykład podaje się tu powstrzymanie proliferacji i stosowania broni atomowej; dzisiaj zaś podejmuje się wysiłki, by analogiczne umowy zbudować dla dwóch kolejnych technologii o potencjale redefinicji lub zniszczenia człowieka: głębokiej inżynierii genetycznej i sztucznej inteligencji.

Moim zdaniem ten kontrargument jest niewystarczający, a ściślej: ograniczony czasowo. Aby się utrzymał, musielibyśmy przyjąć, że wszyscy ludzie po wsze czasy będą się stosować do tych umów. Natomiast dla mojej konceptualizacji wystarczy, by ktokolwiek kiedykolwiek postąpił naprzód na ścieżce możliwych, bo już odkrytych, technologii. Różnica polega więc jedynie na tempie zmian, nie na ich kierunku czy nieuchronności. Nadto istotnym aspektem postępu jest tanienie i upraszczanie technologii. Co zrazu wymagało mobilizacji zasobów całego państwa, teraz jest już w zasięgu co bogatszych indywiduów (stąd m.in. rosnąca groźba niepaństwowego terroryzmu nuklearnego). Jakiego rodzaju inwigilacji i globalnej kontroli byłoby trzeba, aby utrzymać zakaz np. manipulacji genomem człowieka albo śmiercionośnego wykorzystania wirusów, kiedy każdy może się tym zabawiać u siebie w domu?

Znaleźliśmy się w  takim momencie historycznym, gdy kumulacja i  szybkość wpływu technologii na lifestyle i  naturę człowieka zmuszają nas do rozpoznania tej zależności i przyjęcia wobec niej jakiejś postawy, de facto politycznej. Coś oto przejmuje władzę nad kierunkiem rozwoju społeczeństw, całej cywilizacji. Nikt na to nie głosował, nikt tego nie wybierał. Nie było nawet najazdu i  kapitulacji. Po prostu: takich odkryć dokonano – więc pojawiły się takie technologie – więc żyjemy, myślimy i czujemy w taki, nie inny sposób  – więc takimi ludźmi jesteśmy.

—

Jacek Dukaj
Prozaik, eseista, krytyk. Autor m.in. Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu, Wrońca oraz licznych opowiadań, a także esejów zgromadzonych m.in. w tomie Po piśmie. Tłumacz-reinterpretator Serca ciemności Conrada, założyciel studia Nolensum

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości