To była ciepła noc z końca wiosny. Siedzieliśmy przy kamiennym stole pod pergolą. Niedaleko Jeziora Garda. Czytałem wówczas wspomnienia z dzieciństwa Fłorienskiego Dla moich dzieci. Niektóre epizody, szczegóły z jego najwcześniejszych lat spędzonych na zakaukaskich stepach, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Dwudziestoletnia Josephine i jedenastolatek Tancredi słuchali rozbawieni, lecz widać było również, że chcą po prostu sprawić mi przyjemność. To zbyt odległe historie, pomyślałem. Potem zaczęli się dopytywać, co zapamiętałem z moich najwcześniejszych lat. Wspomniałem o jakimś zdarzeniu i od razu zdałem sobie sprawę, że brzmi to równie odlegle jak opowieść rosyjskiego autora. Jak bardzo różnił się w gruncie rzeczy zakaukaski step pod koniec XIX w. od Florencji w czasie wojny? Niewiele. Wszystko to należało do epoki, która była niejasna i mglista, jeśli choć trochę tylko poprzedzała ich przyjście na świat.
*
Po tej pierwszej próbie, od razu zarzuconej, myśl, by pisać o sobie samym, nie zaprzątała mojej głowy przez niemal 70 lat aż do dzisiaj. Pisanie miało się dla mnie zawsze łączyć z eksploracją czegoś odległego, również języka, i wydawało mi się to sprawą znacznie pilniejszą niż zajmowanie się czymkolwiek z własnego otoczenia, podobnie zresztą jak mną samym. Jedyny Włoch, Tiepolo, o którym napisałem książkę, pojawił się późno i był malarzem, nie zaś mistrzem języka włoskiego. To, co najbliższe, potrzebuje krętej drogi, by się nam objawić.
Czytając Dla moich dzieci Fłorienskiego, książkę niekiedy wspaniałą i wzruszającą, przyszło mi do głowy, że muszę za wszelką cenę unikać jednego: opowieści linearnej. Pamięć składa się przeważnie z dziur niczym teren pełen kraterów nieczynnych już wulkanów.
Jakakolwiek próba odtworzenia drogi podobnej do tej wytyczonej na mapie jest daremna i ma skłonność do fałszowania wszystkiego, co stopniowo staje się jej częścią.
*
Melisenda [matka autora – przyp. tłum.] powiadała: „Kiedy byliśmy u Petrich”. On, Petri, był przedstawicielem firmy Pirelli we Florencji. Przy pieniądzach, faszysta, Włoch, jakich wielu. Córka, która musiała mieć całkiem inne poglądy, była w szkole podstawowej nauczycielką mojego brata Gina Pietra. Wielkoduszna, wręcz zuchwała, zaproponowała nam schronienie na strychu w czasie, kiedy mój ojciec się ukrywał i istniała obawa, że zabiorą kogoś z rodziny jako zakładnika. O tym strychu zachowałem fizyczne wspomnienie. Spałem na materacu koło okna i usiłowałem wdrapywać się na parapet, by wyglądać na zewnątrz. Czy widziałem, jak strzelają z obu rogów via Cavour? Nie jestem tego pewny, lecz obraz w mojej głowie pozostaje wyraźny. Pierwszy obraz doskonale filmowy. Nie pamiętam natomiast, może dlatego, że wielokrotnie mi o tym opowiadano, by pocisk rozbił szybę w oknie i przeleciał tuż obok, kiedy leżałem na materacu. Zabrakło kilku centymetrów i by mnie zabił. To był czysty przypadek, słyszałem, kiedy opowiadano mi o tym zdarzeniu. Tamtego dnia przypadek okazał się dla mnie łaskawy. Czasami wyprowadzano mnie na zewnątrz. Miałem mówić, że nazywam się Roberto Facchini, tak jak moja ukochana niania.
*
Wracaliśmy z boiska. Dołączyłem do grupy starszych chłopców, którzy pozwalali mi grać razem z nimi w piłkę. W przeciwnym razie przyglądałem się, jak grają. Było wśród nich dwóch braci z Wenecji: Enzo i Nano Turollowie. Rozmawiali o Benedetto Crocem oraz jego dominującej roli we Włoszech i, oczywiście, ignorowali mnie Wtrąciłem się jednak, aby powiedzieć, że esej Crocego o Baudelairze w Poesia e non poesia wydał mi się szczególnie nieudany.
Nie wiem, czy Enzo przez chwilę się zawahał. Jednak wkrótce zostaliśmy sami i poszliśmy dalej razem. Wciąż rozmawiając o Baudelairze i Crocem. Nigdy już nie przestaliśmy.
Tamtego dnia odprowadziłem Enza aż do Alby, niedaleko od Canazei, gdzie spędzaliśmy wakacje. Enzo chciał przede wszystkim rozmawiać o Prouście. Pochłonęła go jego twórczość i nic innego go nie obchodziło. Codziennie popadał na nowo w stan zadziwienia i zachwytu.
Nigdy nie słyszałem, by ktoś mówił o jakimś pisarzu w podobny sposób. I od razu wydał mi się to sposób właściwy. Enzo nie był nigdy człowiekiem pióra. Jego zdolność przekonywania ograniczała się bez reszty do słowa mówionego. Tkwiła w brzmieniu głosu, akcencie, stylu wypowiadania poszczególnych słów, które nie formułowały wprawdzie sądu, lecz potrafiły przekazać błyskawicznie w kilku sylabach istotę danej książki.
Od razu zapragnąłem przeczytać Prousta. I przypadek zrządził, że jesienią tamtego roku Gallimard wydał w serii Pléiade ostatni tom W poszukiwaniu straconego czasu. Po raz pierwszy nalegałem wielokrotnie, by rodzice podarowali mi go w prezencie na Boże Narodzenie, nie chciałem niczego innego. Nadszedł dzień, w którym musiałem leżeć w łóżku. Przewróciłem się i dostałem wysięku w kolanie. Ojciec wszedł do mojego pokoju i wręczył mi trzy tomy. Odtąd znajdowałem się w stanie podobnym do tego, o którym opowiadał mi Enzo. Nie chciałem się już oderwać od czytania i nie potrzebowałem żadnej innej książki. Jeśli istnieje jakieś dzieło, w które wszedłem, nie napotykając najmniejszej choćby przeszkody, było to W poszukiwaniu… Na kartach tytułowych wszystkich trzech tomów wypisałem z dumą – użyłem wtedy jeszcze barbarzyńsko pióra – swoje imię i datę: Boże Narodzenie 1954.
Ojciec zauważył od razu moją wyłączną i bezgraniczną namiętność do Prousta. Przez pewien czas żartował sobie z tego i nazywał mnie „Prousto”.
On sam żywił niezmiennie uprzedzenie do W poszukiwaniu…. Podobnie matka, wierna swojemu płodnemu Balzakowi. Mam jeszcze jego tomy wydane w Pléiade, zniszczone i naddarte na skutek częstego czytania.
W ostatnim natomiast okresie swojego życia ojciec trzymał zawsze w zasięgu ręki W poszukiwaniu… Jedyne dzieło literackie, obok tekstów z dziedziny prawa i historii. Nigdy nie porozmawialiśmy o Prouście.
*
16 maja 1946 r. dziadek Ernesto zanotował w zeszycie, w którym prowadził dziennik: „Jakiś czas temu, w pewien szary i deszczowy dzień, Roberto spytał Marii: »Babciu, czy kiedy się umiera, jest zima?«.
Nauczyciel Filippi beszta grupkę uczniów, którzy zabawiali się naciskaniem na dzwonek Scuola-Città. Kiedy przechodzicie przed Scuola-Città, powinniście uchylać kapelusza, a nie wygłupiać się! Nesi (dziewczynka mniej więcej dziesięcioletnia), mówi z całą powagą i spokojem: »Ależ panie nauczycielu, ja nie miałam kapelusza!«.
Babcia każe małemu Roberto odmawiać modlitwę przed snem, chłopczyk na koniec się żegna: »W imię Ojca i Synka, i Ducha Świętego. Przykrywa się kołdrą i wydaje się, że już ma zasnąć, kiedy wychyla głowę i mówi: »Ale Ducha Świętego to ja nie znam«”.
*
Frau Bloch: pierwsze niemieckie nazwisko, jakie usłyszałem. Była przyjaciółką rodziców i mojej matki chrzestnej, którą nazywałem ciotką Pimpi i którą uwielbiałem, szczególnie dlatego, że opowiadała mi historie o Żelaznym Kruku.
Minęły lata i Frau Bloch pozostała wśród nazwisk z mojego najwcześniejszego dzieciństwa. Ukazały się Listy do Felicji Kafki, w których Grete Bloch odgrywa ważną i niełatwą do zrozumienia rolę. Brakowało jeszcze wielu listów, które napisał do niej Kafka. Stopniowo odkryłem ze zdziwieniem, że Grete Bloch była osobą, którą nazywaliśmy Frau Bloch. Zanim została aresztowana i wysłana do Auschwitz, gdzie zginęła, Grete Bloch wręczyła walizeczkę mężowi mojej matki chrzestnej, prawnikowi Ernestowi Heinitzowi, który dla mnie był wujem Ernesto. W walizeczce znajdowały się listy Kafki. I to właśnie Heinitzowi, człowiekowi, który bardziej niż ktokolwiek inny ze znanych mi ludzi ucieleśnia absolutną uczciwość, Grete wyznała, że miała z Kafką syna, który urodził się w 1914 i zmarł w 1921 r. Na temat owego fantomatycznego syna kafkolodzy łamią sobie głowy, poszukując śladów jego istnienia, których jednak nigdy nie udało się odnaleźć. Pozostaje list napisany przez Grete Bloch do przyjaciela, Wolfganga Schockena, mieszkającego w Palestynie, datowany na kwiecień 1940 r. Można w nim przeczytać: „Odwiedziłam w tamtym czasie grób człowieka, który był dla mnie nieskończenie ważny i który zmarł w 1924 roku. Dziś jeszcze uważam go za mistrza. Był ojcem mojego syna, który odszedł nagle w Monachium, w 1921, w wieku siedmiu lat. Człowiek ten umarł daleko ode mnie i od syna, odseparowano mnie od niego już w czasie wojny i nigdy więcej go nie zobaczyłam – nie licząc kilku godzin – gdyż cierpiał na śmiertelną chorobę, na którą później zmarł, daleko ode mnie, w swoim kraju”. Opis pasuje doskonale do Kafki, który jednak „nie zmarł w swoim kraju”. Podobny błąd łatwo wszakże zrozumieć. W liście z listopada 1913 r., skierowanym przez Kafkę do „Liebes Fraülein” Grete Bloch, pojawia się nagle pytanie: „Czy nie czuje Pani przyjemności w nasilaniu jak tylko to możliwe bólu?”. Mógłby to być, dodawał, sposób, by „wypalić ranę”, jak czyni to „medycyna najbardziej pozbawiona wszelkich ludzkich odruchów”.
*
Nie wiem kiedy, lecz z pewnością bardzo wcześnie, postanowiłem, że będę nazywać się Memè Scianca. Nigdy nie udało mi się odtworzyć, skąd wzięło się to imię i nazwisko. Inspiracji nie stanowiła żadna postać. I trudno było uznać, że brzmi szczególnie pochlebnie. Memè przywodził na myśl kryminalistę, Scianca – kalectwo [sciancato: kulawy – przyp. tłum.]. Wykluczone, by tak nazywał się jakiś rycerz albo bohater. A w moim otoczeniu nikt nie nosił podobnego imienia, co eliminowało wszelką rywalizację.
Czasami wracałem do tego myślą. Memè to popularny, śmieszny przydomek, taki jak Totò. Memè był przydomkiem barona Charlusa. Dla Guermantes był on Memè. W przeciwnym razie musieliby nazywać go jego pierwszym, pompatycznie brzmiącym imieniem: Palmed. Ale Scianca? Nie było dla mnie jasne, skąd się wzięło, dopóki pewien kobiecy głos nie powiedział mi, że od samego początku widział w nim związek ze słowem występującym w hinduizmie: w sanskrycie śankha znaczy muszla, służąca jako naczynie do wody. Podziurawionej używano w czasie bitwy ze względu na dźwięk, jaki można było z niej wydobyć, niczym z rogu lub trąby.
*
Szliśmy wzdłuż Avisio, wartkiego potoku o zawsze czystej wodzie. Dobrze znałem jego szum. Ojciec trzymał mnie za rękę i od czasu do czasu coś mówił. Nie można było zrozumieć, do kogo się zwracał, gdyż byliśmy przecież sami. Dziś już wiem. Powtarzał, przerabiał albo rezygnował z przerabiania części swojej książki I glossatori e la teoria della sovranità, która w ostatecznej wersji ukazała się w 1951 r. To musiało być lato poprzedniego roku i miałem wtedy dziewięć lat.
Zacząłem czytać naprawdę książki ojca dopiero wiele lat po jego śmierci, ale niektóre ich fragmenty krążyły we mnie od czasów tamtych spacerów. Pewne wyrażenia, jak czynność prawna, wydawały mi się tajemnicze i nieuchwytne. Inne natomiast, jak glosatorzy, fascynowały mnie. Nic o nich nie wiedziałem, oprócz tego, że coś komentowali swoimi glosami. I takie myślenie o tekście, który rodzi się z innego tekstu, opracowuje go na nowo, dodaje coś, czego przedtem w nim nie było, wydało mi się godne naśladowania.
Lektura zajęła niezauważalnie miejsce moich samotnych zabaw. Popołudnia były pustą przestrzenią, którą musiałem jakoś wypełnić. Prace domowe odrabiałem na ogół w czasie lekcji. Kryjąc się w ostatniej ławce, przygotowywałem zadania na następny dzień. Wyjście ze szkoły oznaczało zapomnienie o niej aż do kolejnego poranka. Zaczynały się dla mnie wtedy rozkoszne godziny samotności.
Zabawy były dwie i miały swoje warianty: wojna i piłka można. Co się tyczy wojny, bawiłem się papierowymi żołnierzami wyciętymi z kartonów, które kupowało się w sklepie piśmienniczym; należeli oni do najrozmaitszych pułków, krajowych i kolonialnych, dawnych lub całkiem współczesnych. Zachwycały mnie ich rysunek, barwy wskazujące na rozmaite kraje, nieruchomy wyraz twarzy. Zachwyciliby mnie również dzisiaj, gdybym tylko zdołał ich odnaleźć.
Zabawa – jakakolwiek zabawa – prowadzi do skrajnego skupienia, do eliminacji wszystkiego, co do niej nie należy. To pierwszy narkotyk, którego sami sobie dostarczamy, pierwszy spośród wielu.
I dla każdego dziecka jest oczywiste, że przedkłada go nad wszystko inne. Lecz stopniowo pojawia się coś nowego. Dla mnie były to książki, które zawsze mnie pociągały, chociaż w grę wchodziły jedynie chwilowe intuicje. Możliwość zanurzenia się w książce z taką samą intensywnością jak w zabawie stanowiła stopniową zdobycz.
A jednak nadszedł pewien dzień, a raczej noc, kiedy lektura pochłonęła mnie bardziej jeszcze niż moje ulubione zabawy. Spałem w tzw. pokoju gościnnym u dziadków Codignola, w głębi długiego korytarza kończącego się oszklonymi drzwiami, za którymi, na prawo, znajdował się niedostępny gabinet dziadka Ernesta, na lewo zaś właśnie ów pokój gościnny, gdzie nocowałem głównie ja. Pośrodku przeszklenie wychodziło na ogród przy via delle Mantellate, a dalej na wzgórza. To było dla mnie miejsce eksterytorialne, odizolowane od dziadków, rodziców, rodzeństwa. I to tam zdarzyło mi się przeczytać Wichrowe wzgórza. W popularnej edycji, w serii Amena wydawnictwa Garzanti, noszącej wypisaną piórem datę moich dwunastych urodzin. Na okładce figurowali Merle Oberon i Laurence Olivier, Katarzyna i Heathcliff, sfotografowani w jaskrawych kolorach, nałożonych na biel i czerń filmu.
Tamta noc nie miała końca. Chciałem za wszelką cenę czytać dalej, zanurzyć się w opowieści będącej pierwszą miłosną historią, która mnie urzekła. Wcześniej moimi ulubionymi książkami były raczej Klub Pickwicka albo absurdalne historie Cavoli a merenda autorstwa Sto [pseudonim Sergia Tofana – przyp. tłum.]. Przypuszczam, że aż dotąd nie wiedziałem dokładnie, czym jest namiętność – i tamtej nocy się dowiedziałem. To było jedno z tych objawień, którego nie dostarczyłaby żadna zabawa. Książka Brontë otwierała mi drogę prowadzącą do nieznanego i fascynującego świata, o którym nikt nie mówił i który odkryć można było przede wszystkim w kinie. Lecz książka była czymś innym. Drążyła głębiej.
*
Również eros przyszedł z książek wcześniej niż z kina. Orland szalony z ilustracjami Gustave’ a Doré, w grubym tomie w czerwonej oprawie. Otwierałem go w stanie uniesienia. Zawsze dziwiłem się, że wydanie to uważano za przeznaczone dla dzieci, a przecież było ono znakomitą okazją do odkrycia kobiecego ciała. Miałem wrażenie, że jest ono częścią bajkowych, a czasami przerażających pejzaży, jak gdyby stanowiło jego dopełnienie. Chodziło zawsze o istoty o pełnych, kuszących kształtach. Obraz nagiej Angeliki otoczonej przez monstra i przylegającej do skały, podczas gdy Roger przebija mieczem jednego z potworów, wystarczał, by zorientować moje życie erotyczne. Wydało mi się od razu oczywiste, że wokół tych ciał krążą przygody bohaterów, wojowniczych niewiernych lub zwykłych czytelników poezji.
*
Florencja stanowiła ograniczoną przestrzeń, którą przemierzyć można było na piechotę. Wychodziłem z domu, przechodziłem przez aleję, mijałem zaraz dom dziadków przy via delle Mantellate, szedłem dalej via Cavour albo via San Gallo i byłem już przy Baptysterium lub pałacu Strozzich, gdzie w Gabinetto Vieusseux zaopatrywałem się w książki, albo na via Tornabuoni, gdzie kupowałem panini tartufati u Procacciego. Mogłem sobie wyobrazić, że Florencja ma również swoje peryferie, lecz nigdy ich nie widziałem. Byłoby to obce terytorium.
Miastem natomiast był Rzym. Z przygnębiającymi przedmieściami, widocznymi z pociągu, dużymi i brzydkimi domami, które nazywano „koszarami”, i mnóstwem dzielnic, gdzie można się było zapuszczać i każda z nich była odrębnym krajem: Janikulum, Awentyn, Eskwilyn, Zatybrze, Testaccio, Oppio, Monte Mario. Definitywnej lekcji na temat Rzymu udzielił mi pewnego dnia nieświadomie ojciec, kiedy mu powiedziałem, że w centrum Rzymu nie zawsze można dostrzec nazwy ulic. Często wręcz ich brakuje. „Trzeba już wcześniej je znać”, powiedział ojciec pospiesznie. Znacznie później odkryłem, że miał rację.
*
Zabójstwo Giovanniego Gentilego [faszyzujący filozof zamordowany przez komunistyczną partyzantkę – przyp. tłum.] było haniebnym czynem, jeszcze bardziej haniebnym z powodu licznych politycznych usprawiedliwień, które nietrudno było wynaleźć i które, w rozmaitych pokrętnych odmianach, powracają nieodmiennie aż do dzisiaj. Pierwszą reakcją prefekta Manganiella był natychmiastowy odwet. Trzech antyfaszystowskich profesorów miało być jak najszybciej aresztowanych i rozstrzelanych: mój ojciec, Ranuccio Bianchi Bandinelli, archeolog i historyk sztuki starożytnej, Renato Biasutti, geograf.
Wszyscy zostali dwukrotnie uratowani: najpierw przez Benedetta Gentilego, który w dzień zabójstwa poszedł do Manganiella i wymógł na nim obietnicę, iż postanowiona już kara śmierci zostanie zawieszona pod warunkiem, że duża manifestacja z okazji 1 Maja się nie odbędzie. Gest Benedetta, skutek również usilnych starań matki Erminii, był znakiem wielkoduszności i rozsądku. Ale nie wystarczył. Wyrok jedynie zawieszono i każdego dnia mógł zostać wykonany. Więźniowie jednak raz jeszcze się uratowali. 6 maja, 20 dni po aresztowaniu, wypuszczono ich z więzienia Le Murate. Tym razem uratował ich niemiecki konsul Gerhard Wolf. To nie była jego pierwsza akcja tego rodzaju. Również Bernard Berenson, łakomy kąsek dla Niemców, znalazł się pod ochroną Wolfa. Wielokrotnie konsul oświadczał nieustraszenie, że Berenson uciekł do Portugalii, on natomiast ukrywał się niedaleko, w majątku markizów Serlupich. Ze wszystkich dostępnych dokumentów i zeznań wynika, że Wolf ocalił wielu z tych, którzy mieli zostać deportowani, Żydzi do obozów koncentracyjnych, inni do obozów pracy przymusowej w Niemczech. Przypadek trzech profesorów, aresztowanych po zabójstwie Gentilego, był trudny i delikatny. Zamach odbił się głośnym echem. Florencja żyła w strachu przed majorem Carità [wł. miłosierdzie – przyp. tłum.], tym żywym oksymoronem, który na via Bolognese 64, w Villa Triste, z niezmiennym zapałem torturował i masakrował codziennie każdego, kto wzbudził jego podejrzenie. Co się tyczy trzech profesorów, był gorącym zwolennikiem ich natychmiastowego rozstrzelania. Stanowiliby dla niego wspaniałe trofeum. Katastrofa mogła się wydarzyć w każdej chwili. Gerhard Wolf był już od dawna w kontakcie z Bianchim Bandinellim. Przede wszystkim zaś pamiętał, że podczas wizyty Hitlera i Mussoliniego we Florencji 9 maja 1938 r. Bianchi Bandinelli który posługiwał się doskonałym niemieckim, miał za zadanie pokazać Führerowi arcydzieła w Uffizi.
*
Ojciec został aresztowany o siódmej rano w willi San Domenico – i tego samego dnia ktoś go uratował. Podczas gdy tajna policja przeszukiwała willę, jej szef, który był uczniem Francesca [ojca autora – przyp. tłum.], szepnął do mojej matki, żeby mu powiedziała, gdzie mogą być kompromitujące ojca papiery. Trzeba je bowiem natychmiast zniszczyć. Potem skierował swoich ludzi w inną stronę. Melisenda spaliła wszystko. Kilka dni później jej brat Pippo, cały czas poszukiwany jako jeden z przywódców Komitetu Wyzwolenia Narodowego, skrzyczał ją. To były „historyczne dokumenty”, oznajmił. Matka nigdy nie lubiła podobnych słów.
*
Była konkretna przyczyna, dla której wybrano Bianchiego Bandinellego, nie zaś kogokolwiek innego, aby towarzyszył Hitlerowi w roli przewodnika po muzeach. Postanowiono tak nie tylko ze względu na jego „światową dezynwolturę”, jak zapewniano go w ministerstwie. Pięć lat wcześniej Bianchi Bandinelli był gościem pozbawionego tronu Kaisera w zamku w Doorn. W wymuszonej bezczynności na wygnaniu Wilhelm II niczego tak nie pragnął jak rozmawiać o Etruskach i Atlantydzie z ekspertem, który utwierdzał go w jego poglądach, na ogół zresztą dziwacznych. Kaiser oświadczył więc, że jest nadzwyczajnie zadowolony z Bianchiego Bandinellego.
Raz jeszcze zadecydował snobizm. Ten, kogo cenił Kaiser, mógł obsługiwać również Führera. Kiedy Bianchi Bandinelli poznał obu, zauważył, że łączy ich „taka sama mentalność, dziecinna i skłonna do fantazjowania”. Obaj utrzymywali, że cywilizacja północna miała „pierwotne i jedyne centrum, gdzie się narodziła i skąd promieniowała”, zaginioną Atlantydę. Tak argumentował Hitler na Wystawie Rzymskiej Cywilizacji, spoglądając na wyroby złotnicze z Castel Trosino, które Bianchi Bandinelli opisał mu „jako barbarzyńskie” i będące pierwszym dowodem osiedlenia się plemion germańskich w Italii. Temat nadzwyczaj gorący. Tymczasem „Mussolini, który słuchał uważnie, nie wydawał się zbyt przekonany i powtarzał »l’Atlantìde, l’Atlantìde«, stawiając akcent na ostatniej sylabie pod ewidentnym wpływem powieści Benoît”.
Precedens z Führerem stanowił dla Wolfa potężny argument. Jak można było rozstrzelać uczonego, który towarzyszył Führerowi w jego słynnej wizycie w Rzymie i Florencji? Wolf powiadomił o tym wysokie kręgi i tak oto trzech profesorów zostało uratowanych.
*
W o wiele w większym stopniu niż tłumaczem czy cicerone, Bianchi Bandinelli był dla Hitlera, w czasie jego wizyty we Włoszech, podobnie jak dla Mussoliniego, interlokutorem. Spotkał go także przywilej jechania z nimi dwoma samochodem, w którym siedział na rozkładanym krzesełku. Okazja idealna do dokonania zamachu. Bianchi Bandinelli opowiada, że zastanawiał się nad tym długo, lecz w końcu się nie zdecydował.
W Rzymie, kiedy nadeszła chwila „przekąski” w Galerii Borghese, Mussolini dał mu znać, by usiadł obok gościa: „Po mojej lewej stronie Hitler, po prawej Goebbels, dalej Ciano, wreszcie kilka jeszcze innych postaci, których nie rozpoznałem; stół był w kształcie podkowy i niemal naprzeciwko Ciana zasiadał Himmler”. Przekąska wyglądała tak: „Na stole były wszelkiego rodzaju słodycze, ale Hitler pił jedynie herbatę i jadł suche, smutno wyglądające herbatniki, które podano mu oddzielnie. Rozmowa nie toczyła się zbyt żywo i ja, nie bez wahania, podałem gościowi talerz z kandyzowanymi kasztanami, który stał naprzeciwko nas i, w odpowiedzi na pytanie Führera wyjaśniłem, co to takiego. Wówczas Goebbels wychylił się do przodu i zaczął go zachęcać, by się poczęstował, mówiąc mu, że to są właśnie owe słynne kasztany, które tak lubił Göring. Opowiedział, że za każdym razem, kiedy Göring przyjeżdżał do Włoch, kupował ich kilka kilo, kiedy zaś wieczorem szedł spać, kładł około tuzina na stoliku i otwierał szeroko okna, aby nocny chłód zniechęcił go do wstania; mimo to dwanaście marrons glacés szybko znikało. Göring gasił światło i usiłował zasnąć. Ale dręczyła go chęć zjedzenia słodyczy i sen nie przychodził. Wreszcie, w nocnym chłodzie panującym w pokoju, po godzinnej walce z sobą samym, w czasie której z jednej strony stawiał sobie za punkt honoru powstrzymanie się od zjedzenia kasztanów, z drugiej pokusa stawała się coraz silniejsza, Göring ulegał w końcu łakomstwu, wyskakiwał z łóżka, chwytał paczkę z kasztanami i pochłaniał je w mgnieniu oka.
Historyjka ta wywołała wybuchy śmiechu u wszystkich z wyjątkiem Hitlera; uśmiechał się lekko i wydawało się, że ledwie jej słucha. Chciał być może pozostać bezstronnym, wiedział bowiem o wzajemnej nienawiści, jaką darzyli się Göring i Goebbels. Kiedy jednak śmiechy ustały, rozległ się matowy i flegmatyczny głos Himmlera, który spytał: »Ja, Herr Reichsminister, niech pan powie, panie ministrze, skąd pan to wszystko wie?«. A na to Goebbels półgłosem: »Ich hab’ihn bespitzeln lassen (kazałem go szpiegować)«”.
*
„Tak, dobrze go znałem”, powiedział mi kiedyś Erich Linder, gdy rozmawialiśmy o konsulu Wolfie. Niektórzy twierdzili, że Linder był wówczas najsławniejszym i najpotężniejszym agentem literackim w Europie. Reprezentował wielu najwybitniejszych autorów włoskich i niemal wszystkie agencje i wydawnictwa angielskie, amerykańskie i niemieckie. Jedynie Francja pozostawała poza jego zasięgiem, była bowiem krajem, który z trudem gotów był uznać rolę agenta literackiego. We Włoszech, gdzie działał, Linder mógł z łatwością zbudować i zniszczyć sukces danej oficyny wydawniczej. Lecz był to jedyny znany mi przypadek monopolisty, który nie wykorzystywał swojej pozycji. I nikt nigdy nie mógł mu czegoś takiego zarzucić. Utrzymywanie z nim kontaktu było dla każdego wydawcy obowiązkowe, codzienne i niełatwe. Każdego dnia trzeba było negocjować warunki propozycji, terminów, opcji, odnowienia umów. I wszystko działo się płynnie była to wprawdzie płynność burzliwa, pełna wstrząsów i przeszkód, lecz nigdy niezdana na przypadek. Przekonałem się o tym w pierwszym okresie działalności Adelphi w latach 60. i 70.
Zupełnie kimś innym był Linder w roku 1944. Miał 20 lat, nosił pumpy. Urodził się we Lwowie. Ojciec był Rumunem, matka Polką. Dorastał w Wiedniu, potem w Trieście i Mediolanie. Przedwcześnie dojrzały, już w wieku 15 lat interesował się książkami i ich wydawaniem. Będąc Żydem, usiłował przekroczyć granicę ze Szwajcarią, lecz został cofnięty. W listopadzie 1943 r. konsul Wolf zatrudnił go we Florencji jako tłumacza. Jak to się stało, że ów młody człowiek wywodzący się z Europy Środkowej, ukrywający się Żyd, rozpoczął pracę w niemieckim konsulacie, kiedy wojna stawała się szczególnie okrutna? Polecił go Ranuccio Bianchi Bandinelli, którego najwyraźniej konsul się słuchał.
Pomysł był ewidentnie śmiały. Oznaczał trafienie do nory wilka. Lecz Wolf był dobrotliwym wilkiem. Tłumacza i konsula połączyło doskonałe porozumienie. Mieli nawet wspólny rytuał. Co wieczór – opowiadał mi Linder – spotykali się na partii szachów. Tymczasem alianci zbliżali się coraz bardziej do Rzymu. Linder zaczął szykować się do przekroczenia linii frontu, by dostać się na południe.
Miał zniknąć pewnego ranka w efekcie skomplikowanej operacji. Ale jedna rzecz go dręczyła. Jak zachować się w stosunku do Wolfa, który dotąd go chronił?
Ostatniego wieczoru, po skończonej partii, Linder wstał i chciał coś powiedzieć. Uprzedzając jego zamiar, Wolf pożegnał się z nim jednym słowem: „Adieu”. I wyszedł. Wiedział już wszystko.
*
Nieprzenikniona i przezroczysta klisza oddziela wszystko, co przeżyłem we Florencji do końca 1954 r., od całej reszty. Jakkolwiek odległa, owa reszta, która zaczęła się wraz z wyjazdem do Rzymu, stanowi już część dnia dzisiejszego.
Pył, który wznosi się z ruin Por Santa Maria. I woń zburzonych domów. Dalej Arno i Ponte Vecchio. To ostatni obraz trwającej jeszcze wojny, który mi pozostał. Chociaż wszystko zostało odbudowane, wysprzątane, wypełniło się sklepami, tamten pył, tamta woń pozostają nieodłączne od wszelkiego wspomnienia.
Tłumaczyła Joanna Ugniewska
Tytuł i skróty od redakcji. Prezentowany tekst stanowi fragment książki Memè Scianca, która ukaże się po polsku w serii Biblioteka Mnemosyne wydawnictwa słowo/obraz terytoria.
© 2021, Heirs of Roberto Calasso. First published by Adelphi Edizioni S.p.A., Milano. All rights reserved