Subskrybuj
Timothy Leary, słynny badacz prowadzący eksperymenty z psychodelikami, który po zwolnieniu z uczelni stał się guru kontrkultury i rzecznikiem pokojowej rewolucji opartej na zażywaniu LSD, 1966 r. fot. Bettmann / Getty
Członek zarządu Polskiego Towarzystwa Psychodelicznego, współpracownik Narkopolityki, absolwent socjologii UW, prowadzi audycję Psychodelicje w radiu Newonce. Autor książki Czy psychodeliki uratują świat? (2019)

Krótka historia psychodelików

W latach 50. i 60. wydawało się, że LSD doprowadzi do naukowej i społecznej rewolucji. Dziś wracamy do psychodelików ze skromniejszym oczekiwaniem – mają pomóc w walce z kryzysem zdrowia psychicznego.

W minionej dekadzie niewiele substancji przykuło uwagę badaczy, dziennikarzy i inwestorów w większym stopniu niż psychodeliki, a zwłaszcza psylocybina, czyli substancja czynna zawarta w ponad 200 gatunkach grzybów występujących w różnych częściach świata – również w Polsce. Wyniki coraz bardziej zaawansowanych badań nad ich właściwościami terapeutycznymi są niezwykle obiecujące, dając nadzieję w zmaganiach z pogłębiającym się kryzysem zdrowia psychicznego, a wielkozasięgowe media w zdecydowanej większości przypadków przedstawiają je w pozytywnym świetle, co wpływa na podejście do nich w oczach opinii publicznej. We wrześniu 2021 r. na okładce amerykańskiego „Newsweeka” pokazano grzyby psylocybinowe, opatrując ilustrację stwierdzeniem, że mogą one okazać się największą innowacją w leczeniu depresji od czasu wprowadzenia na rynek prozacu, czyli od ponad trzech dekad.

Grzybki w czasach popkultury

Psychodeliki przez wiele dekad były demonizowane i postrzegano je jako szkodliwe i niebezpieczne narkotyki, a na ich temat w dalszym ciągu krąży wiele mitów. Obecnie wiemy jednak, że cechują się bardzo niską toksycznością i nie wywołują uzależnienia fizycznego, a jakiekolwiek zgony na skutek ich zażycia zdarzają się niezwykle rzadko i zazwyczaj wynikają z wypadków spowodowanych przyjmowaniem ich w nieodpowiedzialny sposób, np. w zbyt dużych dawkach albo bez wcześniejszego zapewnienia bezpiecznych i spokojnych warunków. Zasadniczo osoby używające ich do celów rekreacyjnych bardzo rzadko wymagają jakiejkolwiek pomocy medycznej.

Psychodeliki wzbudzają współcześnie coraz mniej kontrowersji, a coraz większą ciekawość i entuzjazm nie tylko ze strony psychiatrów, psychoterapeutów i pacjentów zainteresowanych ich potencjałem w leczeniu szeregu problemów psychicznych. Interesują również ludzi cieszących się pełnią zdrowia, którzy chcą używać ich jako narzędzia do poprawy dobrostanu i rozwoju osobistego.

O swoich pozytywnych doświadczeniach z tego typu substancjami coraz chętniej opowiadają celebryci, m.in. piosenkarz Sting, który od wielu lat otwarcie mówi o tym, że bardzo korzystny wpływ miał na niego południowoamerykański napój psychodeliczny o nazwie ayahuasca.

Z kolei Mike Tyson twierdzi, że regularne przyjmowanie grzybów psylocybinowych pomaga mu utrzymać formę. Nawet książę Harry niedawno wyznał, że zażywał psychodeliki, aby skuteczniej poradzić sobie z trudnymi emocjami związanymi z tragiczną śmiercią jego matki, czyli księżnej Diany.

W ostatnich latach estetyka i motywy psychodeliczne coraz częściej pojawiają się również w kulturze popularnej, czego przykładem mogą być chociażby filmy Gaspara Noégo czy wysokobudżetowe produkcje science fiction, takie jak Avatar, Anihilacja i Doktor Strange, a także popularne seriale, takie jak Sense8 sióstr Wachowskich i Dziewięcioro nieznajomych. W tym ostatnim terapeutka stosująca niekonwencjonalne metody (w tej roli Nicole Kidman) podaje gościom kalifornijskiego ośrodka terapeutycznego grzyby psylocybinowe, aby w ten sposób pobudzić katartyczny proces powrotu do zdrowia i pomóc im w uwolnieniu się od ciężaru przeszłości.

Nie wszyscy entuzjaści i popularyzatorzy w wystarczającym stopniu ostrzegają przed potencjalnymi zagrożeniami związanymi z ich przyjmowaniem, takimi jak ryzyko wystąpienia silnie negatywnych i przytłaczających doświadczeń (w języku angielskim nazywa się je bad trips, czyli złymi podróżami), które mogą pozostawić długofalowy ślad w psychice i wymagać pomocy ze strony ekspertów w dziedzinie zdrowia psychicznego. Innym niebezpieczeństwem jest możliwość aktywacji lub pogłębienia symptomów schizofrenii, choroby afektywnej dwubiegunowej i innych zaburzeń psychotycznych u osób z predyspozycjami. Współczesny szum medialny wokół tych substancji trwa od kilkunastu lat, ale przybrał na sile w 2016 r. po publikacji sensacyjnych artykułów, w których naukowcy z Johns Hopkins University i New York University poinformowali, że po zaledwie jednej sesji z psylocybiną zaobserwowali natychmiastowy i długofalowy spadek przygnębienia i niepokoju u 80% pacjentów onkologicznych w kryzysie egzystencjalnym spowodowanym nadchodzącą śmiercią. W tym samym roku zespół z Londynu przeprowadził pilotażowe badanie dotyczące wpływu tej substancji na ludzi cierpiących na depresję lekooporną, z których większość poczuła szybką i znaczącą poprawę nastroju, a efekty kuracji utrzymywały się co najmniej przez kilka tygodni.

Wyniki wstępnych badań były tak obiecujące, że amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration – FDA) w 2018 r. przyznała antydepresyjnej kuracji z użyciem psylocybiny status „terapii przełomowej”, który pozwala znacząco przyspieszyć proces rejestracji nowych leków.

Rok wcześniej przyznano go również leczeniu stresu pourazowego za pomocą MDMA, czyli substancji czynnej zawartej w tabletkach ecstasy. Jeśli dalsze eksperymenty przyniosą równie dobre rezultaty, substancje te prawdopodobnie w ciągu kilku najbliższych lat zostaną oficjalnie wprowadzone do systemu opieki zdrowotnej i staną się jedną z dostępnych opcji leczenia. Nie dąży się jednak do tego, żeby były wydawane na receptę i przyjmowane na własną rękę. Znacznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym pacjenci będą mogli korzystać z nich wyłącznie w specjalnych ośrodkach pod okiem ekspertów, którzy najpierw ich odpowiednio przygotują, następnie zapewnią im empatyczne wsparcie interpersonalne podczas sesji psychodelicznej, a na koniec pomogą im zintegrować doświadczenie i przenieść je do codziennego życia.

Pierwsze eksperymenty

Terapeutyczne zastosowania psychodelików nie są niczym nowym. Rdzenne ludy z różnych części świata od tysięcy lat używały ich podczas ceremonii związanych z uzdrawianiem albo dywinacją, ale świat zachodni zainteresował się nimi stosunkowo niedawno. Pod koniec XIX w. zaczęto badać odmienne stany świadomości wywołane za pomocą meskaliny, jednak znacznie bardziej rewolucyjne okazało się LSD, czyli dietyloamid kwasu lizergowego, który szwajcarski chemik Albert Hofmann z firmy farmaceutycznej Sandoz przypadkowo zsyntetyzował w 1938 r. podczas prób opracowania nowych leków pobudzających układ oddechowy i układ krążenia.

W latach 50. i 60. naukowcy opublikowali na ten temat ponad tysiąc artykułów, opierając się na eksperymentach z udziałem mniej więcej 40 tys. ludzi, z nadzieją, że ich użycie zapoczątkuje nową erę badań nad mózgiem. Przy okazji miało to też zrewolucjonizować naszą wiedzę o źródłach zaburzeń psychicznych i potencjalnych sposobach ich leczenia. Początkowo traktowali je jako halucynogeny, czyli substancje prowadzące do omamów, albo jako psychozomimetyki wywołujące stan przypominający psychozę, które mogłyby pomóc psychiatrom lepiej zrozumieć pacjentów i dostarczyć nowych informacji o biologicznych przyczynach chorób takich jak np. schizofrenia.

Jednym z nich był Humphry Osmond, który na początku lat 50. zainicjował w Kanadzie badania nad potencjalnym zastosowaniem LSD i meskaliny w leczeniu uzależnienia od alkoholu, opierając się na obserwacji, że alkoholicy często przestają pić po wstrząsającym doświadczeniu majacz pojawiających się na skutek przerwania ciągu alkoholowego, czyli po tzw. delirium tremens.

Podawał im więc te substancje w celu wywołania farmakologicznego odpowiednika tego stanu, aby zmotywować ich do wyjścia z nałogu. Szybko zauważył jednak, że czynione przez nich postępy nie wynikały z przeżyć przypominających psychozę, tylko raczej z głębokich wglądów psychologicznych, które często miały charakter duchowy. Osmond doszedł również do wniosku, że powodowane przez LSD i meskalinę zmiany w percepcji nie są halucynacjami w ścisłym rozumieniu, czyli spostrzeżeniami zmysłowymi pozbawionymi jakiegokolwiek związku z rzeczywistością. Ich działanie polega przede wszystkim na intensyfikacji doznań i procesów mentalnych, przez co nawet trudno dostępne treści psychiczne stają się bardziej wyraziste i widoczne.

Jego eksperymentami zainteresował się pisarz Aldous Huxley, który pod okiem Osmonda w 1953 r. przyjął meskalinę, a następnie opisał wywołane przez nią doświadczenia estetyczne i duchowe w popularnej książce Drzwi percepcji. Od dawna interesował się różnymi tradycjami religijnymi i uznał, że przeżycie meskalinowe pod wieloma względami przypomina uniesienia opisywane przez mistyków z różnych epok i powoduje, że nasz sposób obcowania ze światem staje się szerszy i pełniejszy (tak bardzo wierzył w pozytywną transformującą moc psychodelików, że na łożu śmierci poprosił żonę, aby podała mu LSD). Osmond i Huxley zdawali sobie sprawę z nieadekwatności dotychczasowej terminologii, więc próbowali wymyślić bardziej stosowną nazwę dla tej grupy środków psychoaktywnych. Pierwszy z nich w 1956 r. zasugerował słowo „psychodeliki” pochodzące od greckich wyrazów psyche oznaczającego „umysł” i delein tłumaczonego jako „objawiać”.

Osmond wraz z innymi badaczami z Kanady i USA opracował metodę polegającą na jednorazowym albo kilkukrotnym podaniu wysokiej dawki substancji czynnej w celu wywołania intensywnych i poruszających doświadczeń, które z założenia mają spowodować przemianę w pacjencie i popchnąć go ku wprowadzeniu konstruktywnych zmian w jego życiu. Ich metoda zyskała miano terapii psychodelicznej. Zwolennikiem wprowadzenia LSD do kuracji dla alkoholików był m.in. Bill Wilson, czyli jeden z założycieli wspólnoty AA, w której panuje przekonanie, że kluczową rolę w procesie wychodzenia z nałogu odgrywają aspekty duchowe i gotowość do poddania się sile wyższej.

Europejscy naukowcy pozostawali w większym stopniu osadzeni w klasycznym podejściu psychoanalitycznym i uważali, że niskie dawki psychodelików podawane regularnie w ramach długofalowej psychoterapii pomagają pacjentom w dotarciu do wypartych treści. Dzięki temu mogą oni spojrzeć na swoje problemy z innej perspektywy i uzyskać głębszą refleksję nad własnym charakterem, relacjami międzyludzkimi czy sposobem interpretowania trudnych wydarzeń z przeszłości. Swoje podejście nazwali terapią psycholityczną, czyli „poluźniającą umysł”.

Kontrkulturowa rewolucja

Ówczesne doniesienia medialne na temat psychodelików były bardzo pozytywne i entuzjastyczne: przedstawiano je jako nowe cudowne leki i obiecujące narzędzie terapeutyczne. Firma Sandoz nieodpłatnie udostępniała LSD naukowcom w zamian za wyniki badań nad jego potencjalnymi zastosowaniami w medycynie. W 1957 r. amerykański bankier Gordon Wasson opisał w wysokonakładowym magazynie „Life” swoje doświadczenia duchowe pod wpływem meksykańskich grzybów zawierających psylocybinę, przez co szerokie rzesze ludzi ze świata zachodniego zaczęły odwiedzać Amerykę Środkową, aby ich spróbować.

Jednym z nich był psycholog Timothy Leary. Spożył je w Meksyku w 1960 r., doświadczając pod ich wpływem wewnętrznej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Psychodeliki. Nadzieja dla duszy i umysłu?