Subskrybuj
fot. Casa de América / flickr.com / (CC BY-NC-ND 2.0)
Wykładowca i znawca literatury hiszpańskojęzycznej, autor kilku książek (m.in. Mario Vargas Llosa. Biografia, Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody, Historie fandomowe), współautor Piątki z literatury w RMF Classic. Przetłumaczył ponad 80 książek

Czekać i mieć nadzieję

Warto od razu postawić sprawę jasno: „Ñameryka” Martína Caparrósa to książka tej samej rangi co wydany przed paroma laty „Głód” – napisana z wielkim rozmachem i z zastosowaniem bardzo różnych konwencji pisarskich, odważna, polemiczna, subiektywna, ale oparta na solidnej obserwacji i refleksji próba scharakteryzowania dzisiejszej Hispanoameryki. A tak naprawdę rzecz po prostu o współczesnym świecie.

Polskiemu czytelnikowi Caparrósa specjalnie przedstawiać nie trzeba, bowiem Głód (oryginalnie wydany w 2014, u nas dwa lata później nakładem Wydawnictwa Literackiego i w tłumaczeniu Marty Szafrańskiej-Brandt) okazał się dużym wydarzeniem, został dostrzeżony, doczekał się wielu omówień i wywołał dyskusję o problemie niedożywienia znaczącej części ludzkości oraz systemie, który na taką nierówność nie tylko pozwala, ale wręcz ją promuje. To była jedna z tych książek, które choć nie sprzedają się w specjalnie imponującym nakładzie, wywierają wpływ na to, co nazywamy debatą publiczną.

Późniejsze wydawnicze losy w Polsce argentyńskiego reportera i pisarza nie toczyły się zbyt dynamicznie. Księżyc od nowiu do nowiu. Dziennik hiperpodróży i autobiografizujący tom Dziadkowie (obie również nakładem Wydawnictwa Literackiego i w tłumaczeniu Marty Szafrańskiej-Brandt) przeszły, mam wrażenie, bez większego echa, żaden wydawca nie zdecydował się na publikację którejś z jego całkiem licznych powieści ani nawet na wznowienie zupełnie w swoim czasie przeoczonej Tajemnicy markiza Valfierno (2008, Świat Książki, tłum. Teresa Tomczyńska). Warto jednak odnotować, że w przyszłym roku ukaże się po polsku historyczna powieść Argentyńczyka Echeverría (nakładem Art Rage). Słowem: po głośnym i dyskutowanym Głodzie nie pojawiło się nic, co choćby zbliżało się do tego tytułu rangą i recepcją – aż do teraz.

Ñameryka to rzecz pod względem formy i ogólnego pomysłu względem Głodu bliźniacza. W obydwu przypadkach mamy do czynienia z bardzo obszernym tekstem, który trudno jednoznacznie przyporządkować gatunkowo, bo stricte reporterskie rozdziały i passusy przeplatają się tu z czystej wody eseistyką i zaangażowaną publicystyką. Ñameryka przywodzi na myśl tytuły takie jak Heban czy Imperium: tak jak Ryszard Kapuściński po latach reporterskich doświadczeń porwał się na holistyczną i syntetyczną wizję Afryki Subsaharyjskiej i Związku Radzieckiego, tak jego młodszy argentyński kolega bierze na warsztat hiszpańskojęzyczną Amerykę.

Brawurowa opowieść

Nie jest to bowiem książka o Ameryce Łacińskiej jako takiej, tylko o tej jej części, w której używa się języka hiszpańskiego, czyli skolonizowanej niegdyś przez Hiszpanię. Oznacza to odsunięcie na bok relatywnie niewielkich terytoriów anglo- i francuskojęzycznych, głównie w regionie karaibskim, nade wszystko zaś Brazylii. Caparrós rzeczowo uzasadnia tę decyzję: nie chodzi tak naprawdę o portugalskojęzyczność tego kraju, tylko o jego bardzo odmienną historię, inną logikę kolonizacji oraz inną drogę do niepodległości i pierwsze tej niepodległości stulecie. Brazylia to odrębny świat twierdzi, trzeba na nią patrzyć osobno. Autor nie jest jednak przekonany do funkcjonujących już terminów (rzeczywiście, w formule „Ameryka hiszpańska” wybrzmiewa kolonialność i podległość, „Iberoameryka” też jest wątpliwa, „Hispanoameryka” Caparrósowi także nie pasuje), dlatego proponuje swój własny: Ñameryka – w oryginale Ñamérica – bo Ñ to najbardziej charakterystyczna i wyjątkowa litera języka hiszpańskiego. Termin ten sprawdza się znakomicie jako tytuł, przykuwa uwagę (choć może mylić; ñam po hiszpańsku to tyle, co „mniam”: kiedy usłyszałem o książce po raz pierwszy, pomyślałem, że będzie to rzecz o jedzeniu…), nie jestem jednak przekonany, czy w zasadzie konsekwentne stosowanie tej formy w różnych wariantach (także jako przymiotnik „ñamerykański” itd.) nie wprowadza pewnego dysonansu. No ale to drobiazgi.

Dzieło oparte zostało na klarownym planie: składa się z ośmiu rozdziałów reporterskich, które opowiadają o ośmiu hispanoamerykańskich miastach (Mieście Meksyku, boliwijskim El Alto, Bogocie, Caracas, Hawanie, Buenos Aires, Miami – sic!, nieważne, że leży na terenie Stanów Zjednoczonych, skoro jeśli chodzi o mieszkańców, jest ono hispanoamerykańskie na wskroś – oraz Managui), i ośmiu rozdziałów „problemowych”, naświetlających konkretne tematy: ludności, nierówności, przemocy, religii, płci, kultury, polityki, w ostatnim zaś, określanym mianem „prospektu”, autor stawia pytania o przyszłość. Do tego dochodzą rozdziały otwierające i definiujące tematykę oraz ostatni, pod wymownym tytułem Zaraza, który stanowi coś w rodzaju postscriptum: pandemia COVID-19 nie tyle dopisała ciąg dalszy, ile jeszcze mocniej wyjaskrawiła wiele z kwestii podejmowanych przez Caparrósa.

Rozdziały „miejskie” to literatura reportażowa najwyższych lotów, pogłębione portrety współczesnych miast, wykraczające, rzecz jasna, daleko poza zwykłą opisowość; choć i na tym polu Caparrós jest znakomity: relacja z wizyty na meksykańskim targu, pełna kolorów, obrazów i zapachów, to kawał świetnego literackiego tekstu. Poprzez owe portrety miast reporter opowiada o procesach społecznych i kulturowych, które kształtują rzeczywistość mieszkańców (pamiętamy wszak, że w miastach żyje ok. 80% Hispanoamerykanów) – i, co bardzo ważne, są to relacje współczesne. W rozdziale bogotańskim np. poznajemy całą galerię postaci, zaczynamy od właściciela zakładu pogrzebowego i, oczywiście, od razu myślimy sobie: no tak, Kolumbia równa się przemoc. Caparrós jednak oprowadza nas dalej i ostatecznie kończymy tour w uważanej za najlepszą w mieście knajpie, co sumarycznie pozwoli nam dostrzec liczne procesy i zmiany kształtujące to miasto od krwawej dekady lat 80., to zaś naprowadza nas na temat przemocy. Wizyta w Hawanie skłania do gorzkiej refleksji, bo to miejsce „gdzie miało być wszystko, a nie ma nic”, namacalny dowód rewolucyjnej porażki, wizyta w Managui natomiast przypada na moment ostrych walk ulicznych: studenci kontra autorytarny rząd Daniela Ortegi, kolejny przypadek rewolucji, która pożarła swoje dzieci i samą siebie. Pomyśleć by można, że obrazki te posłużą za argumenty podważające sens rewolucyjnych projektów politycznych, jednak finalne partie Ñameryki pokazują wyraźnie, że myśl Caparrósa nie biegnie na skróty. Do tego jeszcze wrócę.

Rozdziały „problemowe” mają formę hybrydową czy też – by użyć określenia stosowanego przez autora – „metyską”, łączą bowiem bardzo różne konwencje. Tu także pojawiają się reporterskie wstawki: pisząc o niewydolności hispanoamerykańskich państw, Caparrós relacjonuje wizytę na wielkim wysypisku, gdzie ubodzy zbierają żywność; a kiedy opowiada o gospodarce, dzieli się obserwacjami z rekonesansu na wielkiej plantacji bananowej. Te obrazy wplecione są w eseistyczny wywód, ilustrują tezy bądź obserwacje. Caparrós operuje bardzo różnorodnymi danymi, często liczbowymi, acz zachowuje czujność, statystyki wszak, jak wiadomo, jednocześnie mogą wiele powiedzieć i bardzo zmylić. To tekst zdradzający wielką erudycję, autor przywołuje lektury i wypowiedzi (niestety, nie podając źródeł, tom pozbawiony jest jakiejkolwiek bibliografii; wyobrażam sobie, że jej stworzenie w przypadku dzieła będącego efektem dekad lektur to zadanie raczej niewykonalne, lecz skąd pochodzą przywoływane cytaty – chciałoby się wiedzieć). Nade wszystko jednak mamy tu do czynienia z pewnym tokiem myśli, z obserwacją i refleksją; Caparrós stawia tezy, czasem bardzo stanowcze, a także pytania, czasem naprawdę prowokujące.

Wszystko to napisane jest stylem, do którego wybitnie pasuje przymiotnik „brawurowy”. Caparrós wiele gotów jest zrobić dla efektu, dla odważnej frazy, niejednokrotnie szarżuje, jednak szczęśliwie nie dostrzegam w Ñameryce tego, co ciąży na wielu jego tekstach, głównie powieściach: nie ma tu gadulstwa. Tekst jest ogromny, prawda, ale pełen treści. Tu trzeba wyrazić uznanie dla Wojciecha Charchalisa, tłumacza: w moim odczuciu utrafił w adekwatny ton, a do tego zmagać się musiał z mnóstwem odniesień kulturowych i językowych, których nie da się przetłumaczyć, trzeba je jakoś dopowiedzieć i naświetlić.

Cztery fale

Rzetelne streszczenie Ñamerykiprzekracza ramy tego tekstu, proponuję więc tylko rzut oka z lotu ptaka na treść i parę punktowych nurów w problematykę, by pewne kwestie nieco porządniej zgłębić. Zdefiniowawszy pojęcie Ñameryki, Caparrós przechodzi do nakreślenia portretu zamieszkującej ją ludności – i są to partie najbardziej polemiczne. Autor posługuje się metaforą fali: kontynent został zasiedlony w czterech etapach, czterema falami: pierwsi ludzie przybiły z Azji, i to jest fala indiańska, druga – Europejczycy w fazie podboju i kolonizacji, trzecia – czarnoskórzy niewolnicy, czwarta – migranci z Europy, ale też Azji, którzy napłynęli milionami na przełomie XIX i XX w.; jest jeszcze piąta fala, znak naszych czasów: fala odpływająca, Latynosi emigrujący ze swoich krajów do USA i do Europy. W tym, oczywiście, nie ma nic polemicznego, wątpliwości może budzić to, jak Caparrós odnosi się do ludności indiańskiej. „Nikt nie jest rdzenny. Wszyscy jesteśmy migrantami…” – pisze, a nieco dalej dodaje: „Nie mówię, że »rdzenni« nie mają prawa do godnego życia; mówię, że mają takie samo prawo do godnego życia jak każdy inny – ni mniejsze, ni większe niż te miliony biedaków bez czystości krwi, przemieszane, tak…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Najlepsze miejsce do życia