Subskrybuj
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Chcę wierzyć

Mitologia UFO, choć dziś nie święci już dawnych tryumfów, wciąż przyciąga miłośników teorii spiskowych. A także tych, którzy w smutnej prozie codzienności chcieliby wreszcie doświadczyć czegoś wzniosłego

Jest ciepły letni wieczór, rok 1947. Na prowizorycznym boisku do baseballa ciemność rozganiają przenośne reflektory. Josh Exley, czarnoskóry zawodnik drużyny Roswell Grays, właśnie ustanowił nieoficjalny rekord w tej dyscyplinie, zdobywając 61. home run w sezonie. Jego radość ze zwycięstwa nie trwa jednak długo. Świętowanie sukcesu mąci tętent koni. Z mroku wyłaniają się postacie w białych szatach z charakterystycznymi szpiczastymi kapturami. To jeźdźcy Ku Klux Klanu, którzy przyjechali po Exleya. Baseballiści bronią jednak swojego kolegi. Miotacz celnymi rzutami trafia twardą piłką w głowy kolejnych rasistów. Ogłuszeni, spadają z koni jeden po drugim.

Zawodnicy zdejmują kaptury napastnikom. Oblicze jednego z nich przeraża ich wszakże tak bardzo, że wszyscy uciekają w popłochu. Pośród nocy zostaje z nim tylko „Ex”. Członek Ku Klux Klanu jest jego egzekutorem. Exley wie, że nie mogło być innego epilogu tej opowieści.

Na miejsce zdarzenia samochodem pędzi Arthur Dales, policjant i przyjaciel Josha Exleya. Nie zdąża; widzi tylko, jak egzekutor wbija szpikulec w tył szyi „Exa”. Mężczyzna upada na suchy piasek. Konający Exley ostrzega Dalesa, żeby nie dotykał jego krwi. Jest ona żrącą substancją, potencjalnie śmiertelnie groźną dla człowieka. Josh Exley tak naprawdę jest zmiennokształtnym kosmitą, który przybrał postać czarnoskórego mężczyzny, aby rozkoszować się baseballem.

„Spójrz, to tylko krew, tylko krew” – mówi Dales. „Ex” patrzy na czerwoną ciecz na swojej dłoni, uśmiecha się i odpływa. Odchodzi jako ten, kim naprawdę chciał zostać – jako mistrz baseballu, którego rekordu nie pobije nikt przez najbliższe dwie dekady. Dales będzie ze sobą nosił ciężar tej chwili przez kolejne lata. Do momentu kiedy z detalami opowie o niej agentowi Foxowi Mulderowi.

To mój ulubiony odcinek Z Archiwum X, serialu, który w latach 90. spopularyzował tematykę UFO (oraz teorie spiskowe na temat współpracy amerykańskiego rządu z przedstawicielami obcych cywilizacji). Był to zresztą pierwszy odcinek, do którego scenariusz napisał David Duchovny grający Foxa Muldera. Aż dziw, że w 45 minutach udało mu się upakować tyle ciepłej ironii i kulturowych odniesień. Jest tu więc oczywisty wątek dyskryminacji rasowej, przedstawienie Ameryki, gdzie wciąż istniała prawna segregacja. Jest łamiąca tabu przyjaźń między białym policjantem i czarnym zawodnikiem. W tym uniwersum not all cops are bastards (nie wszystkie gliny to świnie).

W tle przewija się utwór gospel Come and Go with Me (to That Land) oryginalnie nagrany w 1930 r. Specjalnie do tego odcinka ponownie zarejestrowali go wcielający się w Josha Exleya Jesse L. Martin oraz Mark Snow, autor najbardziej przerażającego tematu muzycznego lat 90., czyli wstępu do Z Archiwum X. Come and Go… jest chrześcijańskim utworem o potrzebie wiary. I want to believe, głosi motto serialu. Aż się chce uwierzyć!

W końcu zarówno nazwa drużyny Roswell Grays, jak i data serialowych wydarzeń to oczywiste odwołania do miejsca i daty najsłynniejszej rzekomej katastrofy statku obcych (zwanych potocznie „szarakami” – stąd w nazwie drużyny Grays).

Co się stało w Roswell

Incydent z Roswell był kulminacją tzw. szaleństwa latających spodków, społecznego zjawiska masowych obserwacji UFO w lecie 1947 r. Powojnie to okres rosnącej nieufności między mocarstwami i rozkręcającej się kolejnej, tym razem zimnej, wojny. W społeczeństwie wciąż pobrzmiewały echa zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki bomb atomowych. Emerytowany sędzia Sądu Najwyższego Owen Roberts bił na alarm, że Stany Zjednoczone zmierzają w kierunku kolejnej wojny światowej, a Albert Einstein wraz z grupą innych prominentnych naukowców ostrzegał przed widmem konfliktu nuklearnego. Ten klimat rozedrganych społecznych emocji – na co zwracali uwagę badacze – mógł mieć przełożenie na to, co ludzie obserwowali (a raczej co im się wydawało, że obserwowali) na niebie latem 1947 r.

24 czerwca Kenneth Arnold miał rzekomo dostrzec dziewięć niezidentyfikowanych, błyszczących obiektów przelatujących obok Mount Rainier, góry w stanie Waszyngton. Opisał, że poruszały się one co najmniej z prędkością 1200 mil na godzinę (około 2000 km/h) i przypominały coś w rodzaju „latających spodków”. Historia została podchwycona przez lokalne media już dzień później, a wkrótce rozpisywały się o niej gazety w całych Stanach Zjednoczonych. Na popularność opowieści wpłynęło prawdopodobnie to, że Arnold był doświadczonym pilotem i szanowanym biznesmenem.

Kolejne dni to następne doniesienia o latających obiektach. Niejaki Byron Savage z Oklahoma City przypomniał sobie, że kilka tygodni wcześniej widział na niebie latający dysk. Stolarz z Kansas City ujrzał kilka spodków podczas pracy na dachu. Fotograf z Eugene w stanie Oregon twierdził, że próbował złapać w obiektywie formację dziwnych obiektów na niebie. W lipcu zainteresowanie prasy wzmogło podzielenie się swoimi relacjami przez kilku oficjeli, m.in. szeryfów, co dało impuls kolejnym „świadkom”. Szacuje się, że od końca czerwca do końca lipca w całych Stanach Zjednoczonych pojawiło się co najmniej 800 tego typu doniesień, a niektóre szacunki mówią nawet o kilku tysiącach.

Co widzieli świadkowie? Nie jest wykluczone, że w przypadku części opowieści obserwatorzy mieli do czynienia z formacjami samolotów. Niektóre z zauważonych „latających spodków” były naturalnymi zjawiskami atmosferycznymi mylnie wziętymi za UFO. Inne to z pewnością złudzenia indukowane siłą sugestii, a pozostałe to zwykłe psikusy. Badacze społeczni twierdzą, że szaleństwo latających spodków z 1947 r. było wzorcowym studium przypadku rodzenia się folkloru – niespójnych, mniej lub bardziej wiarygodnych historii przekazywanych z ust do ust. Część ówczesnych psychiatrów, takich jak Edward Strecker czy Winfred Overholser, opisywała społeczne zjawisko jako „patologiczną otwartość na sugestie” czy wręcz „narodową histerię”. Sam termin „UFO” (unindentified flying object) został ukuty przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych w 1953 r., sześć lat po szaleństwie latających spodków. Była to kategoria odnosząca się do wszystkich niezidentyfikowanych obiektów latających, bez wskazywania ich pochodzenia. Dopiero późniejsze dekady skleiły kategorię UFO ze statkami obcych. Dzisiaj, mówiąc UFO, nie przychodzą nam na myśl np. chmury soczewkowate – obłoki wyglądające jak ogromne dyski, które czasem są mylone ze statkami kosmicznymi. Myślimy niemal wyłącznie o latających talerzach, snopach światła, okaleczonych krowach, chipach w potylicy i oczywiście szarych kosmitach z wielkimi głowami. Wiele z tych tropów zostało w kulturze utrwalonych przez wspomniane Z Archiwum X.

I tu wracamy do Roswell, a właściwie do odległej o nieco ponad 100 km Corony, bo to właśnie tam miało dojść do katastrofy „latającego spodka”. Jak wygląda oficjalna wersja zdarzeń? W czerwcu 1947 r. farmer W.W. „Mac” Brazel znalazł na polu szczątki jakiegoś urządzenia: folię aluminiową, drewniane belki i fragmenty gumy. Wszystko to wrzucił w krzaki i na kilka dni zapomniał o całej sprawie, ale już na początku lipca został zainfekowany zbiorowym szaleństwem. Zebrał kawałki i zawiózł je do biura szeryfa w Roswell. Ten zawiadomił miejscową jednostkę wojskową. Z ramienia wojska na ranczu pojawił się major Jesse Marcel, który skonfiskował graty Brazela.

Jeśli jesteście zainteresowani mitologią UFO, to być może trafiliście na zdjęcia mężczyzny trzymającego w rękach folię aluminiową, która rzekomo jest pozostałościami po statku kosmicznym. To właśnie major Marcel. Nawet dla niewprawionego oka historia o statku kosmicznym ze ścianami z folii śniadaniowej, który przybył z odległych rejonów Galaktyki, wydaje się mało przekonująca.

Później dzieje się jednak coś dziwnego. 8 lipca 1947 r. wojskowy rzecznik prasowy Walter Haut wydaje komunikat, w którym stwierdza, że Stany Zjednoczone weszły w posiadanie szczątków „latającego dysku”, ale jeszcze tego samego dnia armia wycofuje dokument i stwierdza, że w Coronie znaleziono szczątki balonu meteorologicznego. Jest już jednak za późno, bo w gazecie „Roswell Daily Record” na pierwszej stronie pojawia się artykuł o tym, że wojsko przechwyciło latający spodek. Jak nietrudno się domyślić, właśnie te wydarzenia stają się podstawą jednej z największych w dziejach teorii spiskowych. Co zdarzyło się w okolicy Roswell zdaniem jej zwolenników?

Renesans ufologii

Temat zniknął z oficjalnego obiegu na trzy dekady, co samo w sobie jest dość tajemnicze, ale w lutym 1978 r. ufolog Stanton Friedman, symbol stacji telewizyjnej Discovery w latach 90. i wczesnych 2000., przeprowadza wywiad z emerytowanym Jessem Marcelem, wojskowym od zdjęcia z folią śniadaniową. To znaczy ze szczątkami statku obcych, skoro, jak twierdził

w wywiadzie, pozostałości, które zebrał z pola pod Roswell, były pochodzenia pozaziemskiego. W tym samym roku tabloid „National Enquirer” przedrukowuje bez komentarza artykuł z lipca 1947 r. z „Roswell Daily Record”. Historia dostaje drugie życie.

Dwa lata później pojawia się książka The Roswell Incident (Zdarzenie w Roswell) autorstwa Charlesa Berlitza i Williama L. Moore’a. Ci sami autorzy wcześniej pisali książki m.in. o Trójkącie Bermudzkim. Trójkącie, w którym nie dzieje i nie działo się nic nadzwyczajnego, bo jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę przelatujących tam samolotów i przepływających statków, to liczba katastrof statystycznie nie różni się od innych miejsc na Ziemi. Berlitz i Moore w swojej nowej publikacji postawili tezę, że statek kosmiczny leciał nad pustynią w Nowym Meksyku, obserwując przeprowadzane tam próby broni jądrowej, został jednak trafiony przez piorun. W kolejnych latach pojawiają się odmienne wersje zdarzeń. W jednej z nich ciała obcych zostały wyrzucone z pojazdu jeszcze przed zderzeniem z Ziemią. Pod koniec lat 80. wspomniany Friedman rozmawia z byłym pracownikiem zakładu pogrzebowego Glennem Dennisem, który twierdzi, że dostał zlecenie od wojska na wykonanie kilku małych trumien (w domyśle: na ciała obcych). Mniej więcej w tym samym czasie pojawia się również wypowiedź świadka, który rzekomo widział, jak armia pojmała żywych jeszcze obcych. Na początku lat 90. ukazują się kolejne książki. W jednej z nich statki kosmiczne były już dwa.

No dobrze, ale czym tak naprawdę był obiekt z Roswell? Najprawdopodobniej były to szczątki balonu wojskowego z tajnego projektu „Mogul”, mającego za zadanie wykrywać próby nuklearne prowadzone w Związku Radzieckim. Być może więc pierwotna wersja z „latającym dyskiem”, wpisującym się w konwencje społecznego szaleństwa, miała być przykrywką dla tajnych operacji? Ktoś w sztabie przeszarżował, pamiętajmy, że wszędzie pracują tylko ludzie. Oczywiście z pominięciem agencji współpracujących z szarakami. (Żartowałem. A może nie? Nigdy się nie dowiecie).

Oficjalne, znacznie bardziej prawdopodobne rozstrzygnięcie nie miało już zresztą znaczenia, ponieważ oto konsolidował się współczesny mit z właściwym sobie ekosystemem instytucji i praktyk: książkami pośledniej jakości i przekazywanymi z ust do ust legendami miejskimi. Narrację wspierała kapitalistyczna machina oferująca koszulki, breloczki, magnesy na lodówkę i kieliszki na wódkę. Wszystko okraszone wielką głową przybysza z kosmosu.

UFO po polsku

Mitologia UFO ma również swoje polskie odsłony. Jedną z nich jest wieś Emilcin. W tej niewielkiej miejscowości niedaleko Puław rzekomo miał miejsce kontakt z obcą cywilizacją.

Wydarzenie zostało opisane m.in. przez Jacka Ambrożewskiego w książce Mała ilustrowana kronika polskich zjawisk paranormalnych, a jego opis jest obezwładniająco uroczy. Rankiem 10 maja 1978 r. rolnik Jan Wolski jechał furmanką, kiedy jego oczom ukazały się dwie niewysokie postacie. Istoty o zielonej skórze, ze skośnymi oczami oraz błonami między palcami wskoczyły na wóz. Jak później wspominał Wolski, obcy porozumiewali się między sobą niezrozumiałym językiem, który – zgodnie z jego słowami – brzmiał „drobniutko, a gęsto”. Rolnik nic sobie jednak nie robił z takich pasażerów na gapę i jechał dalej. Cóż, być może to po prostu przejaw polskiej gościnności.

Kiedy furmanka wjechała na pobliską polanę, Wolski dostrzegł w oddali unoszący się obiekt przypominający autobus. Przybysze gestem zaprosili go do środka. Tam kazali mu się rozebrać, badali go czymś, co przypominało talerzyki. Po badaniach zaproponowali mu jedzenie, które przypominało sopel. Jan Wolski podziękował, ukłonił się i chwilę później poszedł do domu.

Innym miejscem ważnym na ufologicznej mapie Polski jest wieś Wylatowo. W lipcu 2000 r. jeden z mieszkańców pracował przy budowie domu. Nagle światła w całej okolicy zgasły, co umożliwiło mężczyźnie dostrzeżenie skrzącego się czerwienią obiektu unoszącego się nad polem. Następnego dnia w zbożu odnaleziono wygnieciony piktogram. W okolicach wsi kręgi pojawiały się przez kilka lat.

Wydarzenia z Wylatowa były zresztą jednym z impulsów do założenia fundacji Nautilus, odpowiedzialnej za wzniesienie w 2005 r. pomnika w Emilcinie, pamiątki międzygwiezdnego kontaktu na ziemiach polskich. W okolicy niewielkiego monumentu znajdują się przestrzeń do grillowania, mała ścianka wspinaczkowa oraz zarastające boisko do koszykówki. Stworzona w 2001 r. organizacja była pierwszą w Polsce, która podejmowała „niewygodne tematy”. UFO, reinkarnacja, „nocne zmory”, „autostopowicze widmo”, jasnowidzenie, bilokacja, prekognicja, telepatia, yeti, chupacabra – oto zagadnienia podejmowane przez członków Nautilusa. Archiwum X jak się patrzy.

Powstanie Nautilusa było konsekwencją popularności audycji radiowej o tej samej nazwie. Jak mówił Onetowi jeden z członków organizacji: „Wielu ludzi utrzymuje, że audycja zmieniła ich życie”. Co ciekawe, strona fundacji wciąż jest aktualizowana, choć przypomina duchologiczny projekt artystyczny, swoim designem cofający nas do początków XXI w. Jeden z ostatnich artykułów z marca 2023 r. nosi tytuł Wolskiego zahipnotyzował Witold Wawrzonek i tak powstała historia „Ufo w Emilcinie”. Jak widać – podobnie jak w przypadku Roswell – spory co do genezy wydarzeń wciąż trwają.

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o pas transmisyjny kodów kulturowych między Stanami Zjednoczonymi a Polską. Warto jednak zauważyć, że czas kiedy Jan Wolski w Emilcinie rzekomo natknął się na przedstawicieli obcej cywilizacji, to ten sam rok, na początku którego w USA Stanton Friedman przeprowadza wywiad z Jessem Marcelem (tym od latającego spodka z folii śniadaniowej) oraz w którym w „National Enquirer” pojawia się przedruk z „Roswell Daily Record”. Czy amerykańska kultura przesiąkała na naszą stronę żelaznej kurtyny na tyle skutecznie, żeby mieć wpływ na historie opowiadane przez polskich rolników? Być może, chociaż zdaję sobie sprawę z ryzykowności takiej hipotezy.

Łatwiej byłoby z przypisaniem oddziaływania kulturowego USA na wydarzenia w Wylatowie. Dzieją się one chwilę po kulminacji antenowej popularności Z Archiwum X oraz w okresie nasycania rynku medialnego niesamowitymi opowieściami z Discovery Channel. Ostatecznie to historie snute w Stanach Zjednoczonych od dekad są podszewką kultury świata Zachodu. Świata, do którego Polska jeszcze bardziej niż dziś aspirowała kilkanaście lat po gospodarczej i politycznej transformacji.

Magnes mitologii

Współczesne Roswell upodobniło się do pozaziemskiego lunaparku. Przed wejściem do miejscowego McDonalda turystów witają figury szaraków, w niemal każdym sklepiku znajdziemy jakieś nawiązanie do mitologii UFO. W centrum miasta znajduje się International UFO Museum and Research Center wypełnione po brzegi tak badziewnymi, jak uroczymi eksponatami, które lokalni kuratorzy najpewniej rozmieszczali metodą luźnych skojarzeń. Są więc kosmici zawieszeni w rurach z plexi, mający zapewne przypominać eksponaty w formalinie, jest i zrobiony z opon zielony obcy wykonany techniką, którą znamy w Polsce z przydomowych gumo-rzeźb łabędzi….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wyobraź sobie