Subskrybuj
Szkoła Służących z 1907 r., fot. Biblioteka Narodowa
Dziennikarka, reporterka i ekspertka ds. komunikacji. Publikuje m.in. w „Krytyce Politycznej”, „Tygodniku Powszechnym” oraz Miesięczniku ZNAK

Wciąż czujemy, czym jest mezalians

Martyna Słowik: W latach 90. XX w., po transformacji ustrojowej oraz gospodarczej, mówiło się o końcu społeczeństwa klasowego…

Alicja Urbanik-Kopeć: To największy mit tamtej dekady, w dodatku w wielu środowiskach karmimy się nim do dzisiaj.

Jednak podziały klasowe są chyba obecnie mniejsze niż w XIX w. i odgrywają drugoplanową rolę w życiu publicznym i prywatnym?

Są może mniej sztywne, jednak nadal istnieją. W latach akcesji Polski do Unii Europejskiej i kilka lat po naszym wejściu do Wspólnoty dużo mówiło się o tzw. równości szans. To hasło było wszechobecne, a wiele i wielu z nas w nie uwierzyło. Zaszczepione w okresie potransformacyjnym przekonanie, że jesteśmy kowalami własnego losu, że jeżeli tylko będziemy wystarczająco dużo pracować, to wszyscy osiągniemy sukces, wciąż bywa szkodliwe.

Dlaczego?

Widać to chociażby w prekariacie, tzw. niższej klasie średniej. To ludzie pracujący na umowach śmieciowych lub samozatrudnieni, którzy mają aspiracje czy kapitał kulturowy, ale mierzą się z ciągłą niepewnością sytuacji życiowej. Mimo to próbują desperacko należeć do klasy średniej i tak też o sobie myślą.

Stąd wynikają chociażby takie problemy jak błędna ocena narracji partii politycznych.

Mnóstwo ludzi rozpoznaje swoje interesy w narracji ugrupowań w rzeczywistości mówiących do wyższej klasy średniej. Ci ludzie są np. przeciwni wprowadzeniu trzeciego progu podatkowego, choć sami nigdy nie znajdą się w zasięgu jego oddziaływania, albo są przeciwni podatkowi katastralnemu – podatkowi od wartości nieruchomości, który miałby być wprowadzony od drugiego posiadanego mieszkania – choć sami nie mają nawet jednego własnego.

Bronią ulg dla wyższej klasy średniej, bo aspiracyjnie sami chcą do niej należeć.

Prawda jest jednak taka, że dalej funkcjonujemy w społeczeństwie klasowym. Owszem, przeszliśmy przez okres Polski Ludowej, którego celem było zasypanie podziałów klasowych, a czy to się udało czy nie, jest dzisiaj szeroko dyskutowane. Z jednej strony tłumienie od góry różnic społecznych wciąż pozostaje zadrą w oczach wielu ludzi z wyższych warstw – oni postrzegają PRL jako system niesprawiedliwy, który umniejszał znaczenie i umiejętności jednostek. Z drugiej strony to „podnoszenie dołów” i ogrom awansów klasowych, szczególnie ludzi ze wsi czy z klasy robotniczej, nigdy by się nie wydarzyły, gdyby nie Polska Ludowa. Mimo to myślę, że wciąż odtwarzamy XIX-wieczne podziały klasowe, tylko w innych szatach.

Cofnijmy się do XIX w. Jak wtedy wyglądały klasy?

W XIX w., wraz z ogromnym rozwojem miast, nie tylko zmienia się sposób życia, ale też wytwarzają się nowe klasy społeczne – miejska klasa robotnicza, mocno rozbudowane mieszczaństwo niższe, średnie, wyższe, miejska inteligencja.

Ogólnie można powiedzieć, że społeczeństwo dzieli się na klasy wyższe i ludowe. Do tych drugich należeli chłopi, ludzie mieszkający poza miastami albo proletariat miejski, który zaczął się formować na dobre w II poł. XIX w. Byli to na ogół imigranci ze wsi, którzy przybywali do miast powiększających się wraz z rozwojem przemysłu. Istotną część proletariatu miejskiego stanowili robotnicy i robotnice fabryczne. Była to grupa podzielona płciowo mniej więcej pół na pół. Poza nimi istniała jeszcze ogromna rzesza ludzi, którzy zajmowali się ogólnie pojętą pracą fizyczną w usługach miejskich.

Zatrzymajmy się przy kobietach. Kim były wtedy te pracujące z najniższych klas?

Pierwsza grupa to służące. Pod koniec XIX w. 70% kobiet pracujących na służbie domowej – a było to jedno z podstawowych zajęć – stanowiły imigrantki ze wsi w pierwszym pokoleniu. Druga to kobiety pracujące jako szwaczki, krawcowe, wytwórczynie koronek, rękawiczek, kapeluszy, ozdób, czyli zatrudnione w szeroko rozumianym przemyśle włókienniczym. Warto pamiętać, że w II poł. XIX w., mimo umasowienia produkcji, ona w dalszym ciągu była ręczna – wiele kobiet wytwarzało ubrania własnymi rękami, nie robiły tego jeszcze maszyny. Dlatego to był ogromny segment. Poza tym były jeszcze kobiety pracujące opiekuńczo jako nianie, mamki, opiekunki w ochronkach i świetlicach. To kolejna grupa kobiet z klasy ludowej. Do tej klasy zaliczało się też kobiety pracujące w sklepach, barach, restauracjach, pracownice seksualne, tancerki.

Co z mężczyznami z klasy ludowej przybyłymi do miast? Czym się zajmowali?

Byli pracownikami fizycznymi: pracowali w portach miejskich przy załadunku i rozładunku towarów, zarabiali jako tragarze, gońcy, pracownicy budowlani. To była ta najniższa klasa robotnicza.

Kto był wyżej od nich?

Uboższe mieszczaństwo. Cała rzesza ludzi, którzy np. posiadają różnego rodzaju zakłady. Zaczynając od sklepikarzy przez handlarzy, rzemieślników o różnym stopniu specjalizacji i zamożności – od szewców do zegarmistrzów czy introligatorów. Dalej było zamożne mieszczaństwo, przedsiębiorcy, właściciele wielkich domów handlowych, firm i fabryk. Wyżej albo też równolegle była inteligencja miejska, która niekoniecznie identyfikowała się przez stan posiadania, lecz raczej przez wykształcenie i wiedzę. To cały wachlarz profesji, zaczynając od tych cieszących się mniejszym prestiżem społecznym, jak urzędnicy miejscy, kanceliści i inni pracownicy biurowi. W dzisiejszej nomenklaturze korporacyjnej nadalibyśmy ich stanowiskom przedrostek junior. W tej grupie – inteligencji miejskiej – znajdują się też wszystkie zawody wykwalifikowane i otoczone wówczas dużym szacunkiem, czyli prawnicy, lekarze, dziennikarze, nauczyciele, inżynierowie.

Przenieśmy się na chwilę z miasta na wieś.

W 1864 r. nastąpiło w Królestwie Polskim uwłaszczenie chłopów, zakazano pańszczyzny. Chłopi stali się więc wolni. Mogli się przemieszczać, również wyjeżdżać do miasta. Ale na wsiach, poza chłopami, mieszkało jeszcze ziemiaństwo. Ludzie posiadający tytuły, wywodzący się ze szlachty. Oni byli posiadaczami ziemskimi. To bardzo zróżnicowana grupa – od osób pochodzących ze szlachty zagrodowej, której niełatwo się utrzymać, ale jednak czerpie swoje zyski z posiadanej ziemi, po majętne rody arystokratyczne, których nazwiska kojarzymy do dzisiaj – Tyszkiewiczowie, Radziwiłłowie, Zamoyscy. Pod koniec XIX w. trudno powiedzieć, kto stoi na szczycie społeczeństwa – wskazanie, czy dana osoba jest jego istotnym członkiem, niekoniecznie zależy bowiem od pozycji społecznej związanej z nazwiskiem i tytułem, bardziej ma związek z posiadanym majątkiem. Powstają wpływowe rodziny biznesowe, m.in. Blochów i Kronenbergów, których majątki utworzyły się na bazie rozwijającego się wtedy przemysłu, np. stalowego, węglowego, kolejowego. One zyskują większe znaczenie i wyższą pozycję społeczną niż nawet najbardziej znamienite rody arystokratyczne, których pozycja staje się trudna – część z nich emigruje za granicę, np. do Francji. Ogromne znaczenie dla kształtowania kultury polskiej ma też inteligencja miejska, która ma stosunkowo niewielkie zasoby finansowe i ograniczone pole działania.

Mówi Pani, że w XIX w. podziały klasowe były jasne i sztywne. Jednocześnie wydaje mi się, że na tzw. punktach styku ten podział się rozmywa i trudno stwierdzić,czy ktoś należy do  uboższego mieszczaństwa czy też jednak do klasy robotniczej. Dało się to jakoś rozpoznać?

Oczywiście istniały atrybuty, dzięki którym można było wywnioskować, do jakiej klasy przypisać danego człowieka.

Na przykład normą w klasach wyższych niż robotnicza było zatrudnianie służącej domowej. Często robili to ludzie, którzy de facto nie mieli wystarczających środków, lecz chcieli utrzymać swój status. Bywało, że policjant, tramwajarz czy aptekarz zatrudniali służące i im nie płacili, nie licząc zapewnienia skromnego posiłku czy dachu nad głową.

Innymi wyznacznikami statusu wśród mieszczaństwa były też lampa do czytania i dywan w pokoju – chodziło o zaznaczenie, że ma się środki na dbanie o wygodę, a także przyzwyczajenia inteligenckie, więc wieczorami lubi się czytać.

Społeczeństwo miało rozpoznawać, kto pochodzi z jakiej klasy społecznej, poprzez kapitał kulturowy – sposób wysławiania się i gestykulację, zainteresowania, preferencje estetyczne. Ten sposób myślenia świetnie pokazuje Reymont w Ziemi obiecanej, gdzie odmalowuje niemieckich i żydowskich fabrykantów, mimo że bogatych jak krezusi, jako niewyrafinowanych, głupich, pazernych parweniuszy. Naprawdę godni naśladowania są polscy ziemianie, choć ubodzy. I tu dochodzimy do dyskryminacji – człowiek, choćby nie wiem jak wiele wysiłku poświęcił na poprawienie swojego losu, dorobił się wielkiego majątku, nie mógł wejść do klasy wyższej, bo nie był przez nią akceptowany z powodu braku akumulowanego przez pokolenia kapitału kulturowego. Wiemy to z Lalki, wiemy to z Ziemi obiecanej. Choć w XIX w. zaczynało się okazywać, że ten majątek jednak ma większe znaczenie i pozwala na awans w pewnych okolicznościach. Ku poważnemu zaniepokojeniu klas wyższych.

W książce Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym opisuje Pani, jak wyglądały w warunkach XIX-wiecznych klas społecznych relacje damsko-męskie oraz zawieranie związków małżeńskich. Po lekturze trudno oprzeć się wrażeniu, że sytuacja kobiet była w tym względzie niełatwa. W dodatku to właśnie w ich zachowaniu tropiono interesowność i przerzucano na nie odpowiedzialność za osiągnięcie satysfakcjonujących warunków życia. Dlaczego tak się działo?

Odpowiedź jest krótka: z powodu panującego patriarchatu. Społeczeństwo patriarchalne najpierw narzuca kobietom bardzo wysokie oczekiwania względem tego, jakie mają być i jak mają żyć, a następnie je z nich bezlitośnie rozlicza. W XIX w. funkcjonował system, w którym kobiety z klas niższych miały, paradoksalnie, większe możliwości decydowania o sobie niż te z klas wyższych, jednak w mniej korzystnych warunkach życia. Robotnice, służące, szwaczki, choć prowadziły życie wypełnione ciężką pracą i biedą, były mobilne i zdolne do samodzielnej egzystencji. Inaczej niż kobiety z klas wyższych.

Pamiętajmy, że w poł. XIX w. kobiety nadal nie posiadają niemal żadnych narzędzi do samostanowienia – i to zmienia się powoli przez ostatnie dwie dekady tego stulecia i pierwszą dekadę wieku XX. Kobiety nie mają prawa do głosowania i do edukacji wyższej, a w wyższych warstwach społecznych nie funkcjonuje norma kulturowa, która pozwalałaby im pracować. Ponadto prawnie kobiety nie mają władzy nad swoim majątkiem – w momencie wzięcia ślubu ich własność przechodzi na męża. Chyba że podpisuje się różnego rodzaju skomplikowane intercyzy – piszę o tym w książce – ale to raczej była domena osób z arystokracji. Trzeba było posiadać naprawdę dużo, aby mieć pieniądze i chęć zatrudnienia prawnika, który załatwiał takie rzeczy. Jak ktoś wchodził w małżeństwo z jedną pierzyną i pierścionkiem po babci, to intercyzy nie były potrzebne. Z powyższych powodów kobiety nie posiadały licznych praw, które pozwalałyby im stanowić o własnym życiu, a co za tym idzie – miały bardzo mocno ograniczone możliwości awansu społecznego. Jedyną otwartą drogą pozostawało małżeństwo.

Które stało się ważną transakcją, determinującą ich dalsze życie?

Tak, to rodzaj transakcji życiowej, która może być bardzo korzystna. Każda ze stron musi mieć coś do zaoferowania: czasami u kobiet są to młodość, uroda, potencjał do urodzenia wielu dzieci. Innym razem wielki majątek rodzinny czy szacowne nazwisko albo korzystne związki rodzinne, które będą sprzyjały zawodowym sprawom męża.

W ogłoszeniach matrymonialnych z tamtego czasu bardzo dobrze widać tę transakcyjność. Jeden z mężczyzn pisał: „Poślubię kobietę, która ma fotel dentystyczny”. Chciał zostać dentystą, ale nie miał pieniędzy na sprzęt, więc szukał córki dentysty, by ułatwić sobie start w karierze. „Poślubię kobietę, która ma aptekę”. „Poślubię kobietę, która ma patent na leśnika”. To akurat małe rzeczy, których ludzie poszukiwali w transakcji małżeńskiej, przy czym były też większe. Śluby transakcyjne widać było w przypadku klasy przemysłowców. Spójrzmy na Karola Scheiblera, jednego z największych fabrykantów łódzkich, którego imperium przemysłowe w latach 80. XIX w. było warte 14 mln rubli. To na nim Reymont wzorował postać niemieckiego fabrykanta Hermana Bucholca w Ziemi obiecanej. Fabryk by jednak nie było, gdyby nie ślub Scheiblera z Anną Werner, córką Christiana Wernera, właściciela cukrowni w Leśmierzu oraz dwóch farbiarni. Anna wniosła w posagu 20 tys. rubli, które stanowiły 60% majątku zainwestowanego przez Karola w budowę fabryki.

Dochodziło też do mezaliansów, często bezlitośnie komentowanych albo wręcz skazujących – przede wszystkim kobiety – na ostracyzm społeczny.

Stopień ich „skandaliczności” zależał od tego, kto z kim się wiązał. Powszechne i przełykane z lekkim uśmiechem pod nosem były małżeństwa wielkich nazwisk z wielkimi majątkami. Można było być finansowo podupadłym arystokratą i ożenić się z kobietą z miejskiej burżuazji. Na przykład wszystkie cztery córki Jana Blocha, „króla kolei żelaznych”, wyszły za arystokratów. To była idealna transakcja: kobieta przejmuje nazwisko, więc zostaje arystokratką, a mężczyzna przejmuje majątek żony. Prasa obwołała zresztą ich związki „transakcją sprzedaży nazwiska”. To nie była tylko specyfika polska. W XIX w. funkcjonowało już pojęcie dollar princess, była nią m.in. prababcia księżnej Diany, amerykańska dziedziczka Frances Ellen Work. Tym mianem określało się bogate Amerykanki, które wychodziły za mąż za człowieka z utytułowanej europejskiej rodziny – wymieniały gotówkę za klasę.

Warto zauważyć, że problemy z mezaliansem pojawiały się wtedy, gdy to nie była dobra, „uzasadniona” transakcja. Istniał też specyficzny rodzaj mezaliansu – część mężczyzn żeniła się ze swoimi służącymi albo z kobietami pracującymi seksualnie.

W książce przytaczam wyniki ankiet przeprowadzonych w latach 1899 i 1903 na temat życia seksualnego wśród warszawskich studentów. Pokazały one nie tylko to, że nie czekali oni z inicjacją do ślubu, ale również fakt, że obcowali z kobietami znajdującymi się wobec nich w relacji podległości. Ponad 50% z nich pierwszy stosunek przeżyło ze służącą domową, a 25% – z boną, szwaczką lub pracownicą seksualną.

Przy tym raczej rzadko zastanawiali się, czy te kobiety życzą sobie takich kontaktów – wiele z nich było wymuszonych, służące przekupywano, zastraszano. Tylko nieliczne takie relacje kończyły się ślubem ze służącą (znacznie częściej nieślubnym dzieckiem), co było najbardziej piętnowanym, niepożądanym rodzajem mezaliansu.

Współcześnie małżeństwo chcemy postrzegać jako decyzję romantyczną, związaną z uczuciami, emocjami czy psychiką,a nie jako transakcję, dzięki której możemy zyskać majątkowo. Czy to znaczy, że transakcyjność związków zniknęła?

Wiele razy podczas wywiadów spotkałam się z opiniami, że w kwestii małżeństw i związków XIX w. był cyniczny, a dzisiaj tak to nie wygląda. To nieprawda. Transakcyjność związków, podobnie jak klasy społeczne, wcale nie zniknęła. Być może mniej się o niej mówi i jest to bardziej subtelne, ale nadal obecne.

„Umawiasz się z dziewczyną, która robi paznokcie? Przecież jesteś prawnikiem pracującym w renomowanej korporacji!”, „Chcesz jechać na nurkowanie do egzotycznych krajów, a twój partner nie był za granicą?” To wszystko są przecież podziały klasowe.

Rozpoznajemy, że związek fryzjerki z prawnikiem z korporacji to mezalians, podobnie jak związek menedżerki w dużej firmie z robotnikiem budowlanym.

Słowo „mezalians” ma bardzo negatywny wydźwięk, bo w taki sposób używano go w XIX w., sugerując, że jedna strona nie jest warta drugiej, bo pochodzi z innej klasy społecznej. Dziś wiemy, że to nieprawda. Zapominamy natomiast, że zaznaczenie różnicy nie oznacza wartościowania. Uważamy to za nietakt i udajemy, że tej różnicy nie ma, co prowadzi do zawiedzionych oczekiwań i frustracji w relacjach.

Gdy pisałam o Janie Blochu i jego córkach, które wychodziły za arystokratów, to przypomniałam sobie, że Dominika Kulczyk przez 12 lat była żoną księcia Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego. Nie twierdzę, że to małżeństwo transakcyjne, jednak ten element, że z jednej strony było nazwisko, a z drugiej – ogromne pieniądze z biznesu, na pewno w jakiejś mierze pozostawał istotny. Zresztą transakcyjność to nie jest jednoznacznie cyniczny i negatywny proces. Chodzi po prostu o to, że obie strony w społeczeństwie kapitalistycznym, patriarchalnym i klasowym przynoszą do związku jakieś korzyści i jakieś wymagania. One się ze sobą łączą. I nawet jeśli nie omawiamy tego wprost, to nad wieloma rzeczami związanymi z aspektami finansowymi małżeństwa wciąż się przecież zastanawiamy. Wie to każdy, kto kiedyś liczył swoją zdolność kredytową.

Wykonywane zawody i zarobki uzyskiwane z pracy wciąż w dużej mierze determinują miejsce na drabinie społecznej. Zajęcia takie jak opieka nad dziećmi, osobami starszymi, sprzątanie itd. nie tylko mają niski prestiż, ale są też niskopłatne. Statystyki pokazują, że większość osób, które je wykonują, to kobiety. Jak dzisiaj przynależność do poszczególnych klas społecznych wpływa na relacje damsko-męskie i sytuację kobiet?

Na pewno mobilność klasowa kobiet jest większa niż dawniej i większa niż współczesnych mężczyzn. Kobiety, zwłaszcza te ze wsi i miasteczek, pragną awansu i go dokonują – są często ambitniejsze niż młodzi mężczyźni z mniejszych ośrodków. Standardem jest już to, że wyjeżdżają do większych miast, starają się zdobyć wykształcenie, dostać dobrą pracę i zrobić karierę. Za mąż wychodzą później i mają mniej dzieci. Na uczelniach wyższych od lat studiuje więcej kobiet niż mężczyzn. Choć tutaj niestety widać też inną prawidłowość: więcej kobiet studiuje do poziomu studiów magisterskich, więcej jest też doktorantek. Na kolejnych etapach zdobywania stopni naukowych więcej jest już mężczyzn, oni też są w większości zatrudnionych na uczelni, ponieważ kobiety tracą miejsce w pracy intelektualnej przygniecione obowiązkami rodzicielskimi.

Patriarchat i społeczeństwo klasowe są ze sobą mocno związane, kapitalizm także wspomaga patriarchat. Tak jak w XIX w., tak i dziś kobiety wykonują zawody usługowo-opiekuńcze, słabo płatne i często lekceważone. Służące domowe, opiekunki, nauczycielki, guwernantki, praczki – w XIX w. te zawody były nisko płatne ze względu na to, że społeczeństwo negatywnie różnicowało kobiety ze wszystkich klas społecznych. Uznawało je za słabsze, mniej inteligentne, mniej zaradne i mniej stabilne. Zawody, które wykonywały, musiały jakoś tę różnicę uwidaczniać – przez małe wynagrodzenia. W rzeczywistości praca na służbie była jednak ciężką fizyczną harówką, wymagającą odpowiedniego zestawu umiejętności, który nie jest dostępny instynktownie. Nie istniały wtedy pralki, zmywarki i lodówki, nie było centralnego ogrzewania, a piece były na węgiel lub drewno i trzeba było umieć je obsługiwać. Dzisiaj do opinii publicznej przebijają się postulaty wyceniania niewidocznej pracy kobiet i odpowiedniego docenienia zawodów opiekuńczych, lecz zwykle to chwilowe zrywy, nie idzie za tym żadne działanie państwa.

Patriarchat wciąż utrudnia kobietom dokonanie awansu klasowego?

Awans klasowy już sam w sobie nie jest łatwy. Klasy społeczne charakteryzują się naturalną inercją, która próbuje utrzymać status quo. Osobom z wyższych warstw jest przecież lepiej, gdy należy do nich jak najmniej osób i mogą korzystać z pracy oraz zasobów klas niższych. Niekoniecznie dzieje się to świadomie.

Kobiety, które aktywnie dążą do awansu społecznego, walczą na dwóch frontach. Z jednej strony właśnie z podziałami klasowymi i trudnościami piętrzącymi się na drodze do awansu, a z drugiej – z patriarchatem, który mówi im, że nadają się do mniej wykwalifikowanych i płatnych zawodów np. opiekuńczych. To nie przypadek, że nauczycielki, pielęgniarki czy pracownice sklepów wielkopowierzchniowych zarabiają tak mało. Jasne, możemy powiedzieć, że kobiety mają dzisiaj otwarty rynek pracy i również mogą podejmować zajęcia bardziej wykwalifikowane. Jednak często jest to tylko ułuda wolności – dane pokazują, że na wyższych stanowiskach też płaci im się mniej niż mężczyznom. W Unii Europejskiej średnio o 12,7%, w Polsce średnio o 4,5%. Ponadto nawet w krajach o dużym pakiecie socjalnym to kobiety na rynku pracy ponoszą ogromne koszty tego, że mają dzieci. Od momentu gdy rodzą pierwsze dziecko, ich przychody zaczynają spadać – idą na urlop macierzyński, a po nim często znikają na dłużej z rynku pracy. Prywatna niania i żłobek wymagają sporych nakładów finansowych, więc wiele kobiet nie wraca do zawodu, tylko zajmuje się dzieckiem, bo nie stać ich na zapłacenie za opiekę. Nawet gdy wracają do pracy, muszą łączyć role i to w przeważającej mierze na nich spoczywa społeczna odpowiedzialność za dziecko. Od nich oczekuje się, że gdy jest chore, zwolnią się z pracy, zaopiekują się nim, odrobią z nim lekcje.

Oczywistą drogą do zapewnienia sobie sukcesu życiowego w tej sytuacji kulturowo-ekonomicznej jest wybranie partnera, na którego – jak to się dzisiaj określa – „można liczyć”, który „jest odpowiedzialny”. Czyli takiego, jaki finansowo, emocjonalnie i społecznie wesprze nas w sytuacji, gdy na rynku pracy będziemy towarem drugiej kategorii.

Sporo pisze Pani o systemie posagowym w XIX w. i jego ogromnej roli w zawieraniu małżeństw. To kobieta musiała wnieść do małżeństwa posag, który po ślubie przechodził na własność męża. Nierzadko para przez jakiś czas żyła właśnie z tego majątku. W dzisiejszych czasach również są pary, w których kobieta utrzymuje rodzinę. Bywa, że mówi się już o tym otwarcie, jednak często nadal funkcjonuje mechanizm ochrony dumy mężczyzny i zachowywania idealnego – zgodnego z kulturowymi stereotypami płci – obrazu rodziny na zewnątrz.

Mimo że kultura patriarchalna wprowadziła do społeczeństwa mechanizmy powodujące, że to kobiety są na niższym poziomie finansowym, to odwrotne przypadki też się zdarzały i w XIX w. były nawet częste. O tym jednak głośno się nie mówiło z powodu norm kulturowych, wedle których mężczyzna jest bogatszy, starszy, zaradniejszy, ma większe wpływy, a kobieta jest bezbronną istotą, którą należy się opiekować. Ta koncepcja w dalszym ciągu trzyma się mocno. Często niestety kobiety te normy internalizują i same pielęgnują w partnerach poczucie wyższości. Przewaga w związku – ekonomiczna, zawodowa – na korzyść mężczyzn jest postrzegana jako neutralna, a ta na korzyść kobiet – jako coś negatywnego. Mechanizm chronienia męskiego ego od XIX w. pozostaje ten sam.

Co by Pani powiedziała osobom, które dzisiaj wypierają istnienie klas społecznych czy im zaprzeczają?

Na pewno nie jestem właściwą osobą, by dawać jakiekolwiek rady, gdyż sama pochodzę z warszawskiej klasy średniej – to uprzywilejowane miejsce w społeczeństwie. Nie musiałam w życiu dokonywać awansu klasowego, co jest ogromnym darem, niebędącym ani moją zasługą, ani winą.

Uważam jednak, że jako społeczeństwo zaprzeczamy dzisiaj istnieniu klas społecznych i dzieje się to na naszą zgubę. Podziały klasowe nie są dobrym sposobem na organizację społeczeństwa, ale zaprzeczanie ich istnieniu nie ma sensu. Jeśli zdajemy sobie sprawę z podziałów, wiemy, gdzie one przebiegają i na jakich zasadach funkcjonują, to możemy z nimi walczyć i się wobec nich określać. Wybierać polityków, którzy reprezentować będą potrzeby klasy społecznej, do jakiej należymy (a prawdopodobnie nie jest to arystokracja), wspierać organizacje walczące z wykluczeniem, wspomagające rozwój i edukację dzieci ze środowisk zagrożonych marginalizacją. Możemy trenować naszą wrażliwość społeczną i widzieć działanie przywileju.

To, co dokonało się w naszych czasach, a zaczęło się już w XIX w., to rozdzielenie kapitału ekonomicznego i kulturowego. Ten drugi nie akumuluje się przez własną pracę, tylko jest wynoszony ze środowiska, w którym obracamy się od dziecka. Kapitał kulturowy staje się obecnie mniej istotny, można też prościej go „nadrobić”, ze względu na łatwiejszy niż kiedyś dostęp do edukacji, podróży, nauki języków obcych. Mimo iż wszelkie prognozy wskazują, że w najbliższych latach przepaść między najbogatszymi a najbiedniejszymi na świecie będzie się nadal pogłębiać, uważam, że dzisiaj dokonanie awansu klasowego w Polsce jest łatwiejsze, a przynajmniej mamy na niego większe szanse niż w XIX w. – choćby z powodu kulejącej, lecz dalej powszechnej, darmowej edukacji. Nie jest to ogromne pocieszenie i postęp jest zbyt wolny, ale pozostaje faktem. Innym plusem, który widzę w obecnej sytuacji, jest to, że coraz częściej i głośniej mówi się o tym, iż pięcie się po drabinie awansu społecznego nie powinno być jedyną drogą do dobrego życia. Nie każdy może, chce i powinien wziąć przysłowiowy kredyt i założyć firmę czy zostać programistą. Coraz więcej jest przymiarek do tego, by tworzyć społeczeństwa socjalno-opiekuńcze, w których w niższych klasach społecznych żyje się godnie i nie trzeba całego swojego czasu i energii życiowej poświęcać tylko na to, by przeskoczyć szczebelek wyżej, bo dobry standard życia nie jest już warunkowany klasowo.

—

Alicja Urbanik-Kopeć

Dr kulturoznawstwa, pracuje w Instytucie Historii Nauki PAN. Autorka książek m.in. Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu. Praca seksualna w XIX wieku na ziemiach polskich (2021), Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym (2022)

Artykuł pojawił się w numerze: Co z ciebie wyrośnie