Czy religia chrześcijańska od początku zawierała w sobie obraz podrzędnej roli kobiet?
Chrześcijaństwo, kiedy zaczęło się rozprzestrzeniać, dawało ludziom wolność. Była to wiara wyzwalająca, za którą wiele kobiet chciało podążać. Jak pokazują antropolodzy, nowe fenomeny religijne często na początku poszerzają zakres wolności kobiet. Jednak w miarę rozwoju instytucji kobiety ponownie umieszczane są na drugim miejscu w hierarchii. I wygląda na to, że coś takiego rzeczywiście miało miejsce, kiedy chrześcijaństwo zaczęło zabiegać o akceptację w starożytnym świecie. Równość kobiet i mężczyzn byłaby niebezpieczna, ponieważ spowodowałaby rewolucję społeczną, a tymczasem chrześcijanom zależało na szerzeniu Ewangelii, ponieważ myśleli, że Chrystus powróci jeszcze za ich życia. Według nich sprawa Jego ponownego przyjścia była pilna, a ich działania nie mogły zostać stłumione przez walkę o zmianę polityki płci.
Poświęcono więc kwestię równości. Rządcy ówczesnego świata obawiali się kobiet i tego, co mogłyby dokonać?
Istniał strach przed siłą kobiecej seksualności, który wzrósł, gdy chrześcijaństwo stało się zinstytucjonalizowaną, znormalizowaną religią. Sytuacja była inna, kiedy jego wyznawanie było nielegalne i stanowiło bardzo radykalną, wywrotową i prześladowaną wiarę. Po zalegalizowaniu chrześcijaństwa zaczęto kontrolować strukturę społeczną także w jego obrębie. Oczywiście to dotyczyło wszystkich ludzi znajdujących się niżej w hierarchii społecznej, nie tylko kobiet, również dzieci i niewolników. Niemniej jednak w kulturze Zachodu, a przynajmniej w tych formach, które są nam dobrze znane, zawsze istniało dążenie do szczególnej kontroli kobiet. I myślę, że nawet pomijając próbę wyjaśnienia instytucjonalnego, ma to coś wspólnego ze strachem przed seksualnością i siłą kobiet. Możemy być matkami. Mamy ogromną moc właśnie ze względu na rolę, jaką odgrywamy w kształtowaniu życia każdego człowieka. Warto się przyjrzeć temu, dlaczego ta nasza siła budzi tyle lęków.
Maryja, najsłynniejsza w historii chrześcijaństwa matka i punkt odniesienia dla wierzących kobiet, jest przedstawiana jako kobieta posłuszna, cichai cnotliwa. W dodatku jako dziewica. Czy uda się kiedykolwiek zdekonstruować ten obraz Maryi tak, aby utożsamiał kobiecą siłę, również tę seksualną, o której przed chwilą powiedziałaś? A może jesteśmy już w trakcie tego procesu?
Nie, nie sądzę, żebyśmy byli w procesie dekonstrukcji Jej wizerunku. Myślę, że problem polega na tym, że sami do końca nie wiemy, czy lepiej zdekonstruować Maryję w ramach istniejącej tradycji, czy stwierdzić, że zmiana wizerunku nie jest możliwa i z jakichś powodów się chrześcijaństwu nie opłaca. Według mnie jeżeli porzucimy wysiłek dekonstrukcji figury Maryi, całą władzę, jaka wynika z siły Jej wizerunku, pozostawimy w rękach konserwatystów. W ten sposób Maryja pozostanie symbolem ucisku, poddaństwa, służalczości. Z pism wczesnego Kościoła wynika, że dziewictwo Maryi stało się kluczowe i odniesione wyłącznie do seksualności dopiero wtedy, gdy Kościół zaczął funkcjonować jako legalna instytucja.
Czyli podejście do rozumienia dziewictwa Maryi zmieniło się ze względu na potrzeby instytucjonalizacji wiary chrześcijańskiej?
We wczesnym Kościele dziewictwo Maryi było znakiem tego, że Bóg stworzył coś nowego. Było raczej kojarzone z dziewiczością ziemi. Wraz z Maryją Bóg stworzył nowy ogród Eden.
W pismach św. Teodota z III w. czytamy np.: „Ziemia, która bez nasienia wydała owoc zbawienia! Dziewica, która przewyższa sam raj Edenu!… Ta ziemia była dziewicza i Maryja także jest dziewicą, ale Bóg uznał za stosowne, aby ziemia zrodziła drzewa, podczas gdy Stwórca sam stał się owocem tej Dziewicy według ciała. Ziemia nie przyjęła pędów, zanim wypuściła drzewa, ani Dziewica nie utraciła dziewictwa, rodząc”. Zatem, będąc matką, Maryja ucieleśniała to, co ludzkie, a jako dziewica to, co miało wymiar boski – to, co było nowe. Myślę, że zwłaszcza teraz, w obliczu kryzysu ekologicznego, następuje ponowne odkrycie idei, że Maryja symbolizuje twórczą moc Boga – niekontrolowaną przez żadnego człowieka. Wiesz, Ona nie musiała iść do Józefa i powiedzieć: „Bóg chce, żebym miała dziecko, więc proszę, czy moglibyśmy uprawiać seks?”.
Zatem w opowieści o Maryi jest coś rewolucyjnego?
Maryja zgodziła się na dziecko, choć wiedziała, że będzie to powód do skandalu. Później przeciwstawiła się Józefowi i będąc już w ciąży, wyruszyła w samotną podróż, aby odwiedzić Elżbietę. Mówi się nam, że była miła i posłuszna, bo chciała odwiedzić krewną. Ale anioł nie powiedział Jej: „Twoja kuzynka jest w ciąży, masz tam iść”. Rzekł do Niej tylko coś w tym stylu: „Jest ktoś jeszcze w takiej sytuacji”. Tak jednak reagują kobiety: idziemy i szukamy innej kobiety, która rozumie, co się z nami dzieje.
Nie sądzę, że Maryja poszła, bo miała zamiar opiekować się Elżbietą. Myślę, że poszła, bo anioł jej powiedział, że jest ktoś, kto ją zrozumie. Jej postępowanie trudno uzgodnić z zachowaniem osoby bezwarunkowo posłusznej.
Twoje spojrzenie na rolę Maryi jest o tyle szczególne, że dokonałaś konwersji, świadomie wybierając wiarę katolicką
Zgadza się. Nie zostałam wychowana w wierze katolickiej. Maryja była dla mnie zawsze jak zakazany owoc, bo jako protestantka słyszałam, że katolicy czczą Maryję i że to jest bałwochwalstwo. Lecz kiedy dorastałam, zaczęłam myśleć: czy można być chrześcijanką i czcić kobietę? A potem gdy sama urodziłam dzieci, stało się dla mnie jasne, że Maryja skrywa niezwykłą moc. Wcześniej nie miałam żadnego wizerunku kobiety będącej tak intymną towarzyszką Boga. Według mnie znaczenie, jakie ma w Kościele Maryja, wcale nie umniejsza Jezusowi. Ona dzieli Jego chwałę. Jego przyjście na świat nie mogłoby się wydarzyć bez Niej. Jeżeli tak na to spojrzymy, to Maryja staje się silną kobietą i ogromną inspiracją.
Jak w takim razie powinny patrzeć dziś na Maryję zarówno osoby wierzące, jak i niewierzące?
Powiedziałabym tak: spójrz na Maryję, zobacz ogromną siłę natury. Niezależnie od naszej płci czy stanu cywilnego nosimy w sobie stałe poczucie niewykorzystanego źródła mocy. Tęsknimy za tym i czujemy, że stanowi ono integralną część naszej egzystencji. Jako chrześcijanka powiedziałabym, że ta część jest boska i że dzięki niej nie należę do nikogo innego, tylko do Boga. Nie ma w tym więc miejsca na opresję i kontrolę, jaką niesie ze sobą hierarchiczna struktura komunikacji w Kościele. Musimy zatem ponownie zastanowić się nad tym, jak myślimy o Bogu w obrębie tradycji chrześcijańskiej
W Księdze Rodzaju jest napisane, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, jednak gdy przypatrzymy się wizerunkowi Boga w Kościele katolickim, to okazuje się, że zaszyte są w nim przede wszystkim męskie atrybuty.
Jeśli pomyślę o Bogu jako o surowym, patriarchalnym ojcu, a o Maryi jako o uległej służebnicy, i że jako wierząca kobieta powinnam być jak Maryja, będzie to ogromnie destrukcyjne. Lecz jeśli pomyślimy o Bogu jako o Tym, który wyzwala Maryję z niewoli patriarchatu i czyni z Niej centrum nowego stworzenia, to sądzę, że możemy pracować nad czymś naprawdę ważnym.
Jednak zarówno mężczyźni w Kościele, jak i jego władze przeciwstawiają się takiemu przedstawianiu Maryi. Twierdzą, że to złamanie największej tradycji doktrynalnej. Ale przecież to nie jest doktryna. To niezdrowa inkulturacja.
Co w takim razie mogą zrobić wierzące kobiety, które chcą przełamać taki wizerunek Boga i Maryi?
Myślę, że my, teolożki, mamy obowiązek czujnie przyglądać się tradycyjnej wykładni. Zaproponować innym kobietom wspólne spotkania i dyskusje. Robią tak np. muzułmanki i Żydówki, które szukają nowych znaczeń, studiując swoje święte pisma. Może nie interesują się za bardzo socjologią czy feminizmem, lecz czytają te pisma i mówią: wmawiają nam, że tak napisano, choć to nieprawda, widzimy w tekście coś innego. Możemy więc wspólnie sprzeciwiać się autorytetom i udowadniać, że z doktrynalnego punktu widzenia nie mają racji. Możemy przywoływać teologiczne teksty, które istnieją, mimo że przez wieki je pomijano. Sądzę, że jeśli podejdziemy do tematu na poważnie, to sama teologia stanie się dla kobiet bardzo bogatym zasobem. Kościół katolicki jest wyjątkowy pod względem liczby kobiet, których imiona i pisma się zachowały: Mechtylda z Magdeburga, Marguerite Porete, Katarzyna ze Sieny, Teresa z Ávili czy bardziej współczesna Dorothy Day. Proponuję nazwać je ludowymi teolożkami i korzystać z ich doświadczeń i refleksji.
Religijnym autorytetom znacznie trudniej odrzucać nasze stanowisko, gdy korzystamy z teologicznych argumentów, niż wtedy, kiedy w dyskusji z nimi posługujemy się jedynie świecką teorią feministyczną. Co nie znaczy, że nie uczymy się od feminizmu. Wiele z niego czerpiemy. Podobnie jak kiedyś Tomasz z Akwinu czerpał od Arystotelesa i od filozofów żydowskich. Chrześcijaństwo jest nieustannym dialogiem z innymi kulturami oraz z innymi tradycjami intelektualnymi. I to w nim kocham.
Twoja chęć dialogu z innymi kobietami była motywacją do stworzenia The Catholic Women Speak – internetowej społeczności, w której to kobiety, katoliczki, mają głos.
Tak, bo uważam, że jedyne, czego nie wolno nam robić, to milczeć. Musimy ze sobą rozmawiać. W Polsce pracowałam z wieloma kobietami, i to w momencie kiedy biskupi naciskali na wprowadzenie twardego prawa antyaborcyjnego. Jeżeli pracujesz dla katolickiej instytucji, jako kobieta nie masz prawa głosu. Dlatego ja muszę mówić, bo mnie ta presja nie dotyczy – pracowałam na publicznej uczelni, a w dodatku niedawno przeszłam na emeryturę. Oczywiście wiąże się to z tym, że często władze kościelne nie chcą, żebym przyjeżdżała i przemawiała w ich diecezjach czy w Watykanie, ale mnie to nie obchodzi.
W dużej mierze nie zapraszają Cię, bo zarzucają Ci, że jesteś za aborcją.
Nie jestem zwolenniczką aborcji. Naprawdę nie. I traktuję tę kwestię z najwyższą etyczną powagą.
Jednocześnie uważam, że w Kościele katolickim nie ma zrozumienia dla dylematów, przed jakimi stają kobiety. I myślę, że skrajnie prawicowi politycy to wykorzystują, a Kościół wchodzi z nimi w bardzo niezdrowy związek, którego źródłem jest pragnienie kontrolowania kobiecej seksualności i reprodukcji.
W Argentynie rozmawiałam kilkukrotnie z jezuitą Jorge Seiboldem – przyjacielem papieża Franciszka, który kiedyś był jego nauczycielem greki, i kiedy zapytałam go, co sądzi o aborcji, powiedział, że trzeba pamiętać, iż życie ludzkie jest czasami bardziej złożone, niż jesteśmy sobie w stanie to wyobrazić.
I czasami trzeba podjąć bardzo trudne decyzje. Nawet przed pandemią i kryzysem gospodarczym co roku prawie 300 tys. kobiet na świecie umierało podczas porodu lub z powodu powikłania ciąży. Większość z nich to kobiety bardzo ubogie, co nie jest równoznaczne z tym, że problem ten dotyczy wyłącznie krajów biednych. W Stanach Zjednoczonych uboga czarnoskóra kobieta mierzy się ze znacznie większym ryzykiem śmierci z przyczyn związanych z jej życiem reprodukcyjnym niż bogata i biała kobieta. Bogaci zawsze mogą kupić to, czego potrzebują. Nie godzę się na tragedię kobiet, bo sama mam czworo dzieci. Dwa razy prawie umarłam przy porodzie. Życie reprodukcyjne kobiet nie jest romantyczne. Dla wielu z nich łączy się z największym dramatem, jakiego doświadczają. Kościół katolicki musi się w tej kwestii przebudzić. I to dobrze, że papież Franciszek mówi o tym, iż mamy być jak dobry Samarytanin, że powinniśmy pobrudzić sobie ręce. To co powiesz na pobrudzenie sobie rąk wraz z kobietami, które rodzą i umierają?
W oficjalnych dokumentach nauczania Kościoła nie ma nic, co mówiłoby o trudnościach w życiu reprodukcyjnym kobiet. Wiem, bo długo je przeszukiwałam i nic takiego w nich nie znalazłam. Mówi się tylko o tym, że aborcja i antykoncepcja są złe, jednak o trudnościach i cierpieniach kobiet związanych z macierzyństwem nie ma nic. Musimy odważyć się zadać pytanie, na jakim etapie życie rozwijające się w łonie matki może mieć takie same roszczenia etyczne jak ona. To, co wiemy wszyscy na pewno, to fakt, że kobieta ma prawo do życia. Jeszcze gdyby Kościół powiedział: „Takie jest nasze nauczanie – ocenę zostawiamy sumieniu”, można by starać się to zrozumieć. Jednak najgorsze w jego stanowisku jest to, że wchodzi w kwestie stanowienia prawa. To jest według mnie skrajnie niechrześcijańskie podejście do seksualności kobiet.
W Kościele katolickim tylko mężczyźni księża mają władzę odpuszczania grzechów i wyłącznie oni, odprawiając mszę św., mogą bezpośrednio uczestniczyć w cudzie eucharystycznym. Hierarchowie tłumaczą, że kobiety mają swoją rolę w Kościele. Na czym ona polega jeżeli to, co najważniejsze, jest udziałem mężczyzn?
Kiedy się nad tym zastanowić, to serce Kościoła, obecne w Eucharystii, może istnieć w pełni bez żadnej kobiety, ponieważ tylko mężczyźni mogą być kapłanami i ludem jednocześnie. Żadne zgromadzenie żeńskie nie może tego zrobić, ponieważ zawsze muszą mieć księdza, reprezentanta płci męskiej, żeby doświadczyć tego, co najważniejsze w chrześcijaństwie – Eucharystii. W Kościele nie potrzeba kobiet – taką wysnuć można by konstatację. Właściwie są one potrzebne tylko po to, żeby miały dzieci, najlepiej płci męskiej, czyli kolejnych księży. To naprawdę jest bardzo głęboki problem.
Jaka jest zatem przyszłość kobiet w Kościele?
Wierzę, że wyświęcanie kobiet na księży zmieniłoby dynamikę Kościoła. I to nie dlatego, że kobiety są z natury milsze od mężczyzn. Uważam, że powinniśmy skończyć z romantycznym wizerunkiem kobiet. Kobiety na stanowiskach kierowniczych czasem się dobrze sprawdzają, a czasem nie, czasem są empatyczne, a czasem wręcz przeciwnie – podobnie jak mężczyźni.
Obecnie kapłaństwo w Kościele jest skrajnie dysfunkcyjne. Mam na myśli klerykalizm, o czym wielokrotnie mówił papież Franciszek.
We współczesnym klerykalizmie istnieje niebezpieczna koncepcja męsko-boskich przywilejów. Wierzę, że wyświęcanie kobiet zmieni tę sytuację, rozbroi to niezdrowe powiązanie. Będzie to jednak proces bardzo powolny i często rozczarowujący.
Dlaczego?
Myślę, że musimy być realistami i zdawać sobie sprawę z tego, że jak kobiety będą mogły być wyświęcane, to pojawią się również złe kapłanki – klerykalne i nadużywające władzy. Nie ma co do tego wątpliwości.
Kiedy możemy spodziewać się zmiany roli kobiet w Kościele katolickim i kobiet kapłanek?
Do takich zmian w kościelnych instytucjach dojdzie dopiero wtedy, gdy będzie wystarczająco dużo kobiet, aby rzucić wyzwanie obecnej strukturze. Te kobiety, które teraz pełnią funkcję pionierek w tych zmaganiach, są starannie wyselekcjonowane. Bywają bardzo ostrożne w swoich wypowiedziach i uważają na to, z kim się spotykają, z kim są kojarzone. Zazwyczaj nie wypowiadają się więc radykalnie. Dlatego czeka nas długi proces zmian, który będzie trwał nawet wtedy, kiedy kobiety już będą wyświęcane na diakonki.
Czy jest jednak nadzieja, że za naszego życia zobaczymy kobiety księży?
W Kościele procesy zmian potrafią trwać wieki. Wystarczy spojrzeć na sprawy Galileusza czy Lutra. Zanim rozsądek zwycięży nad dogmatami, może minąć i 100 lat. Jednak wierzę w cuda i jestem przekonana, że gdy coś jest wyraźnie niespójne i irracjonalne, ostatecznie zawsze okazuje się nietrwałe.
Mam nadzieję, że tak też będzie z tematem kobiet kapłanek. Wykluczenie możliwości święceń dla kobiet nie może trwać wiecznie, ponieważ Kościół katolicki naprawdę ceni rozum i uczciwość.
Często myślę o kobietach w Kościele jak o budlei – roślinie, która stopniowo, powoli, wypuszcza coraz silniejsze korzenie w głąb budynku i wnika w jego strukturę. Z pozoru budleja wygląda pięknie, ładnie pachnie i przyciąga pszczoły, ale potem okazuje się, że potrafi też skruszyć fundamenty budynku. My, kobiety, musimy zapuścić korzenie i po prostu się rozwijać.
Jak traktować list Jana Pawła II Ordinatio sacerdotalis z 1994 r., w którym odmawia on kobietom prawa do święceń? Wiele osób traktuje ten dokument jako nieomylne nauczanie ex cathedra, które nie może ulec zmianie.
Jeśli chodzi o Ordinatio sacerdotalis, wśród teologów toczy się szeroka dyskusja na temat tego, czy spełnia ono kryteria nieomylności. Kwestia nieomylności jest złożona i sporna. Od czasu ogłoszenia w XIX w. samej doktryny o nieomylności papieża wydano tylko dwa nieomylne orzeczenia ex cathedra. Są to dogmaty maryjne o Niepokalanym Poczęciu i Wniebowzięciu, które w Kościele katolickim pozostają głębokimi tajemnicami. Oba cieszyły się powszechnym poparciem w całej historii katolicyzmu.
W średniowieczu toczyły się intensywne dyskusje teologiczne na temat Niepokalanego Poczęcia, jednak zarówno ono, jak i Wniebowzięcie były celebrowane przez katolików w różnej formie od wielu stuleci, mimo że nie określono dokładnie charakteru poczęcia Maryi przez jej matkę św. Annę. Zatem oświadczenia Magisteriów na temat tych dogmatów maryjnych spełniają kryteria akceptacji przez wiernych (sensus fidei).
W przeciwieństwie do nich kwestia święceń kobiet jest nowa. Pojawiła się dopiero wraz z radykalnymi zmianami w statusie kobiet oraz wraz z teologicznym i naukowym zrozumieniem różnicy płci w XX w. Tematowi dopuszczenia kobiet do święceń nigdy nie poświęcono wystarczająco dużo czasu. Studiując te kwestie przez wiele lat, uważam, że w doktrynie istnieje zasadnicza niespójność, z czym zgadza się wielu teologów. Nawet Komisja Biblijna powołana przez papieża Pawła VI w latach 70. XX w. nie znalazła żadnego argumentu za ordynacją kobiet lub przeciw niej.
Czy religia w takiej formie, jaką ją znamy teraz, nie wydaje Ci się stworzona przez mężczyzn z myślą o innych mężczyznach?
Nie uważam, żeby religia została wymyślona, podobnie jak nie wytworzono miłości czy pożądania, czy jakiegokolwiek innego aspektu bycia człowiekiem. Religia wyraża tęsknotę za znaczeniem i transcendencją i jest częścią ludzkiej psychiki oraz kondycji ludzkiej. Oczywiście możemy poszukać wyjaśnienia tej tęsknoty za pomocą teorii ewolucji i psychologii – i to jest jak najbardziej w porządku. Myślę jednak, że pragnienie Boga jest istotną częścią ludzkiego doświadczenia. Wierzę, że zostaliśmy stworzeni z tym pragnieniem.
Jednak religie, które zostały zinstytucjonalizowane, pomogły i nadal pomagają umacniać patriarchat.
Myślę, że patriarchat jest zjawiskiem uniwersalnym, wynikającym poniekąd z powszechnej obserwacji, że kobiety rodzą dzieci, a mężczyźni są fizycznie silniejsi – i z przekonania, że ta fizyczna siła stanowi podstawę męskiej władzy. Tragedia polega na tym, że w rzeczywistości zarówno chrześcijańska historia biblijna, jak i historia wczesnego Kościoła radykalnie podważały patriarchat oraz leżące u jego podstaw idee boskości i ojcostwa. Jednak kiedy chrześcijaństwo stało się światową religią, zamieniło się w najbardziej zagorzałego obrońcę patriarchalnego status quo. Niemniej na przestrzeni wieków istniały i istnieją także dziś ruchy i jednostki chrześcijańskie, które podtrzymywały przy życiu jego radykalne antypatriarchalne przesłanie. To samo można powiedzieć o innych religiach świata. Myślę, że kiedy spojrzymy na współczesną świecką rzeczywistość pełną wojen i bezwzględnej ekonomii oraz coraz bardziej zawiłą politykę, zobaczymy, że odrzucenie religii niekoniecznie prowadzi do większej sprawiedliwości społecznej. Wyzwanie polega na odrzuceniu zepsutych form religii – a jest ich bardzo wiele!
Tina Beattie – emerytowana profesorka Catholic Studies na University of Roehampton w Wielkiej Brytanii, autorka m.in. New Catholic Feminism. Theology and Theory oraz Theology After Postmodernity. Divining the Void, założycielka Catholic Women Speak – organizacji zbierającej i upowszechniającej głos kobiet w Kościele