Subskrybuj
Ilustracja: Paweł Ponichtera
Reżyserka teatralna (dawniej), filmowa (obecnie), scenarzystka, finalistka konkursu Biuro Literackie/Połów/ Prozatorskie Debiuty 2023. Wyreżyserowała kilkadziesiąt spektakli w Polsce i na świecie, od scen narodowych po spektakle w pociągach, lasach, więzieniach, obozach dla uchodźców

Miniatury

Robiło się coraz ciszej. Mniej wiadomości. Mniej rozmów. Mniej myśli. Mniej wzburzeń. Aż ucichło. Po czterech latach rozstanie się dokonało.

Bar z burzą za oknem

W barze nie było już nikogo. Barman stawiał ostatnie krzesła na mokrych blatach drewnianych stolików.

Przepraszam, że zawracam głowę.

Jestem Krzysztof. Chciałem zapytać, czy nie jesteś może osobą, która mieszkała w Gostyninie na Bierzewicach, z którą kiedyś jeździłem na rowerze i zbierałem śmieci na Białym. Jeśli to nie ty, to przepraszam.

Żałuję, ale to nie ja. W oddali błysnęło. Miło wspominam tę znajomość, bo bardzo pani podobna do tamtej osoby. Deszcz mocno bębnił w szybę. Silna burza. Tak.

Siedzieli już tylko w milczeniu. To, co przychodziło im do głowy, albo nie nadawało się do wypowiedzenia, albo nie znalazło odpowiednich dla siebie słów. Patrzyli w noc, każde w swojej niemej obecności, która wcale nie była cicha.

Tak zupełnie niezobowiązująco, życzę ci wszystkiego, co sobie tylko wyśnisz. Pomyślała, że dziś wyśniła sobie burzę. W barze zgasły ostatnie światła. Dobranoc. Dobranoc.

Gub śrubki

Gablota z ogłoszeniami nie odbijała niczego, nawet światła jaskrawych jarzeniówek. Jak słońce może blikować w słoninie? Może dlatego, że tłoczyło się przed nią kilka osób, szczelnie zasłaniając sobą pobrudzone szkło. A może dlatego, że była zatłuszczona lepkimi paluchami bezrobotnych i nigdy, nigdy dotąd nie była czyszczona. Zakłady przetwórstwa drobiowego w Szczecinie, Zakłady Metalurgii, fabryki, manufaktury, budki z ciuchami, kantory (sprzątanie), szpitale (sprzątanie). Żadnych biur, stenotypii, sekretarki nieposzukiwane.

Gdy mówili Krystynie, że Szczecin jest ziemią obiecaną, wszystko w jej głowie było rajem. Dziś, dwadzieścia siedem dni później, wlecze się po szczecińskich ulicach z Grażyną, prostytutką-przewodniczką. Poznały się w kawiarni i tak zostało. Spała u niej z poduszką na głowie, by nie słyszeć, nie widzieć. Metalurgia brzmi źle, są sposoby łatwiejsze – doradza jej ten tłustawy, upadły anioł. Ktoś, kto przyglądałby się Krystynie, stojącej przed brudną gablotą urzędu dla bezrobotnych, zobaczyłby głośne przełknięcie śliny. Przełknięcie dumy, ideału i marzenia. Są dźwięki, które się widzi, i obrazy, które się słyszy.

Mżyło. Jej jedyny płaszcz po chwili pokrył się siateczką drobnych kropli. Zakłady Metalurgiczne znajdowały się w przeciwległej części miasta, jeśli centrum uczynić punktem odniesienia. Poszły razem, mimo że Grażynę bolały nogi i nie widziała sensu w tym poświęceniu. Nie wiadomo, co zniechęcało ją bardziej.

Kierownik zmiany, który je przyjmował, najchętniej od razu poszedłby z nimi na wino i znacznie więcej. Wskazał im miejsce przy maszynie i w kilka minut objaśnił zasady wkręcania, wykręcania, wsuwania i naciągania części metalowych na dłuższe i krótsze pręty. Nowe pracownice zostały znienawidzone przez kobiety ze zmiany, zanim nawet zdążyły się obejrzeć. Krystyna nie miała wyjścia. Stawką było śniadanie, bilet na tramwaj i zakaz myślenia, że powrót do domu rodzinnego stałby się koniecznością.

Grażyna zniknęła, Krystyna usiadła na wysokim zydlu. Chciała udowodnić samej sobie, że urodziła się z umiejętnością nakręcania nakładek na gwinty. Gdy Grażyna pojawiła się, poprawiając spódnicę na swoich opasłych, grubych udach, Krystyna miała już pełne pół pudełka. „Gub śrubki” – szepnęła Grażyna. Krystyna nie dosłyszała. „Gub śrubki. Oni muszą wiedzieć, że się tu nie nadajemy”.

Kierownik zmiany wypchnął je za drzwi. Krystyna zobaczyła kątem oka, jak jego brudna dłoń poklepuje Grażynę po jej tłustym tyłku. Na pocieszenie Grażyna zabrała Krystynę na kolację, zjadły ją, wspominając hojność kierownika zmiany. Krystyna rozejrzała się uważnie dokoła. Szczecin, mimo deszczu, zaczął wyglądać jak ziemia obiecana.

Restauracja w Cannes

Długo patrzył na patroszonego bażanta. Krwawe wnętrzności z hałasem lądowały w blaszanym wiadrze. Sprawne ręce kucharza mogłyby być rękami wybitnego dyrygenta. Symfonia na tasak i flaki. Pomyślał, że kuchnia tej ekskluzywnej francuskiej restauracji wszystko czyni wyższym i lepszym. Narodowa spuścizna daje tutejszym pracownikom mentalne prawo do poczucia wyższości. Składane w kącie kuchni serwetki z cytatami z rosyjskich XIX-wiecznych imperialnych książek, w które wkrótce wsiąknie tłuszcz serwowanych frytek. Smukłe dozownice do mydła z przyciskiem w kolorze złota. Przywiercone do blatów ostrzałki do noży, nożyków, otwieraczy. Drewniane skrzynie ze świeżym groszkiem, równo ustawione w wysokie wieże.

Wszystko w tym pałacu smaku i przyjemności służy jednemu: celebrowaniu różnic, kto komu co serwuje i kto od kogo co dostaje. Wszystko to, i znacznie więcej, daje mu poczucie, że trafił dobrze. Że trafił najlepiej. Ktoś go pchnął, ktoś zaklął, ktoś strzelił go w ucho, zabolało bardziej niż od ojca, ktoś nazwał go skończonym idiotą, ktoś opluł, przypalił mu skrawek fartucha, będzie musiał odkupić, ktoś ukradł mu zegarek, schowany w szafce na zapleczu, ktoś doniósł na niego, ktoś go oczernił, ktoś inny nastraszył, okłamał. Detale francuskiej restauracji pozostawały niezmienne.

I potem przyszła ta niedziela, gdy dostał 500 euro napiwku od księcia Monako, bo dobrze mu z oczu patrzy i świetnie serwuje zupę najbogatszym tego świata. Długo dziękował losowi, że pracuje w najlepszej restauracji świata.

Cocktail parties

Szef filii dużej francuskiej firmy był nowy w Damaszku. Bycie nowym w Damaszku oznacza trzy warunki: poznać mapę miasta, zwyczaje i osobistości.

Gdy jest się samotnym facetem, w lokalnych itinerariach zazwyczaj odhacza się nocne kluby, dobrej klasy hotele i VIP dark roomy. Szef filii dużej francuskiej firmy w Damaszku przyjechał tam jednak z żoną. Jego mapa obejmowała sklepy z materiałami na sukienki i obrusy, targi ze starociami i sklepy z przyprawami. Uwagę skupił na organizacji cocktail parties w ogrodzie swojej rezydencji, co w zasadzie spajało wszystko w jedno.

Przekazał swojemu kierowcy pakiet zaproszeń in blanco, które ten przez cały dzień rozwoził po ambasadach i konsulatach. Z czasem trasa zabierała mu do dwóch dni, oddawała zaś liczne uśmiechy gości z listy wydłużającej się o lokalne urzędy, kluby, uniwersytety i teatry. W ogrodach u szefa filii dużej francuskiej firmy w Damaszku zbierała się śmietanka towarzyska. To tutaj stopniowo zaczęto załatwiać sprawy ważne dla stolicy i państwa, tutaj zagajano ważne rozmowy, umawiano kontrakty, aranżowano małżeństwa i schadzki. Szef filii dużej francuskiej firmy w Damaszku czasami przy lampce limoncello, które przywoził ze sobą z Paryża, zastanawiał się, jak łatwo to wszystko poszło,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką
Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez patriarchatu