Subskrybuj
Anja Franczak fot. Szymon Rogiński
Anja Franczak fot. Szymon Rogiński
Dziennikarka, reporterka i ekspertka ds. komunikacji. Publikuje m.in. w „Krytyce Politycznej”, „Tygodniku Powszechnym” oraz Miesięczniku ZNAK

Anja Franczak: osoby umierające często wiedzą, że to się dzieje

Rosnąca skala zainteresowania świadomym umieraniem, śmiercią, żałobą w różnych miejscach na Ziemi nie jest przypadkiem. Dla mnie to wyraz kolektywnej podświadomości, która upomina się o utracone, trudne, ale bardzo potrzebne do dobrego życia doświadczenie.

Tekst ukazał się drukowanym wydaniu „Miesięcznika Znak” pod tytułem Z przyczyn naturalnych


Sformułowanie „dobra śmierć” brzmi jak oksymoron. Czym ona właściwie jest?

Nie wiem. Nazwa naszego Instytutu ma być zaproszeniem do zadawania sobie tego pytania i zastanawiania się, czy coś takiego jak dobra śmierć istnieje. Mam swoją osobistą perspektywę na tę sprawę, natomiast dla innych ona nie musi być przekonująca. Moje spojrzenie na śmierć wynika z prywatnych doświadczeń i przemyśleń. Jestem przekonana, że śmierć nie zawsze musi być tragedią. To jest naturalny koniec naszego fizycznego życia, nikt z nas jej nie uniknie i każdy będzie musiał się z nią „zmierzyć”.

Miałam wielkie szczęście, że mogłam towarzyszyć kilku osobom w ich ostatnich tygodniach i dniach życia. Czasami widziałam, że były w stanie głębokiego spokoju, który robił na mnie ogromne wrażenie. Od czego to zależy, czy ktoś w ostatnich dniach czy godzinach swojego życia odnajduje spokój, zaufanie i pogodę ducha albo ich nie odnajduje? – to pytanie mnie fascynuje.

Osoby umierające często wiedzą, że to się dzieje, i w jakiś sposób nazywają swoje doświadczenie – mówią o tym, że za chwilę ich nie będzie, że umrą. Ich otoczenie często nie chce tego słyszeć, wypiera i zagłusza: „Babciu, daj spokój, co ty gadasz”.

Pamiętasz dobrą śmierć w swoim otoczeniu?

Jednym z najważniejszych przykładów dobrego umierania była dla mnie siostra mojej babci. Nie chorowała, po prostu była bardzo stara i czuła, że śmierć jest blisko. Przez ostatni rok życia bardzo otwarcie o niej opowiadała, świadomie rozdawała swoje rzeczy. Mówiła: „Zobacz, te filiżanki za chwilę nie będą mi potrzebne, mogłabyś je przyjąć?”. To nie znaczy, że w jej umieraniu nie było smutku. Jednak przede wszystkim było tam dużo spokoju i akceptacji. To jest możliwe, lecz widzę, że taka postawa nie jest normą w naszym społeczeństwie. Większość umierania odbywa się wciąż w atmosferze walki, oporu, frustracji. W Instytucie Dobrej Śmierci staramy się rozszerzać możliwe podejścia do śmierci, wspólnie wypracowywać, jak odchodzenie, śmierć i przeżywanie żałoby mogą wyglądać.

Wydaje mi się, że śmierć od kilkudziesięciu lat jest nam jako ludziom coraz bardziej obca. Wypchnęliśmy ją ze swoich mieszkań do szpitali, domów spokojnej starości i hospicjów. Zaprzeczamy też upływowi czasu, starości i przemijaniu, chcemy być wiecznie młodzi. Takie postawy chyba nie służą pogłębionej refleksji nad śmiercią?

Dawniej wiedza o umieraniu i śmierci była przekazywana z pokolenia na pokolenie, chłonęliśmy ją w domach, gdzie umierający rodzice czy dziadkowie albo trumna na katafalku nie były tak rzadkim widokiem jak dziś. W pewnym momencie to zostało przerwane. Może przyczyniły się do tego industrializacja, migracje do miast i zanik wielopokoleniowych rodzin. Z pewnością swój udział miał też rozwój medycyny, rosnące wskaźniki hospitalizacji i rozwój branży funeralnej, czyli powstanie zakładów pogrzebowych, które wykonują za nas dużą część pracy przy ciele zmarłego czy zmarłej, „wybawiając” nas od kontaktu ze zwłokami. Trzeba pamiętać, że oczywiście są sytuacje, w których szpital jest dobrym miejscem do umierania – jeżeli osoba potrzebuje intensywnej czy specjalistycznej opieki medycznej, której rodzina nie jest w stanie zapewnić, to zrozumiałe, że powinna pozostać w placówce. Jednak zdarza się i tak, że umierający mógłby wrócić do domu, aby odchodzić wśród bliskich i w znajomej, oswojonej przestrzeni, ale rodzina jest tak przerażona tą perspektywą, że kompletnie zamyka się na takie rozwiązanie.

Czego konkretnie się boimy?

Na przykład tego, że nie wiemy, jak wygląda moment umierania, jakie są jego objawy, po czym poznać, że to już, i jak reagować. Nie wiemy też, jak się zająć ciałem bezpośrednio po śmierci. Co z nim zrobić, jak dotykać zmarłego, jakie czynności wykonać, a czego unikać. Jako społeczeństwo zafundowaliśmy sobie odcięcie od śmierci.

W kontrze do niego z wielką fascynacją obserwuję w ostatnich latach ruchy, które próbują odzyskać to doświadczenie. Pojawiają się takie profesje jak doula śmierci czy towarzyszki umierania. Wszystkie te nurty, które po angielsku opisuje się czasami jako Death Positive Movement. Takich inicjatyw jak Instytut Dobrej Śmierci jest bardzo dużo w różnych krajach. W Polsce na razie jesteśmy jedyni, choć pewnie z czasem to się zmieni. Rosnąca skala zainteresowania świadomym umieraniem, śmiercią, żałobą w różnych miejscach na Ziemi nie jest przypadkiem. Dla mnie to wyraz kolektywnej podświadomości, która upomina się o utracone, trudne, ale bardzo potrzebne do dobrego życia doświadczenie.

To podświadome wołanie o wypełnienie pustki, którą sami stworzyliśmy, wymazując śmierć z naszego doświadczenia?

Tak, i wołanie o bliskość. Widzimy to w naszej pracy. W Instytucie Dobrej Śmieci organizujemy wiele wydarzeń edukacyjnych. Jednym z nich jest jednodniowy warsztat pt. Czułe pożegnanie. Jest o tym, jak opiekować się osobą tuż po śmierci, czyli co zrobić w pierwszych minutach i godzinach, zanim przyjedzie zakład pogrzebowy.

Jest jakiś zestaw czynności i zachowań, który powinniśmy zastosować?

Istotą naszego warsztatu jest pokazanie, że najważniejsze nie jest tylko wykonanie praktycznych czynności higienicznych. Koncentrujemy się na warstwie rytualnej, związanej z obrzędem, uważnością i duchowością – niezależnie od tego, kto w co wierzy. Zaczynamy zresztą od rozmowy o żałobie – tego, czym ona jest, jak bardzo szukamy w niej utrzymania emocjonalnej więzi ze zmarłą czy zmarłym. Jednym z pierwszych kroków do jej podtrzymania może być właśnie opieka nad ciałem tuż po śmierci.

W jaki sposób ćwiczycie ją podczas warsztatu?

Po części teoretycznej ćwiczymy to w praktyce. Jedna osoba z naszego zespołu leży bez ruchu, a pozostali uczestnicy i uczestniczki próbują zaopiekować się bezwładnym ciałem. Ćwiczymy, jak myć taką osobę przy użyciu rękawiczki i ciepłej wody. Zwracamy uwagę na to, by np. dodać do wody jej ulubione olejki czy mydło. Później ćwiczymy, jak ją ubierać – to nie jest proste, ale nie jest też bardzo trudne. Są pewne łatwe chwyty, które można zastosować. Zastanawiamy się również, co miłego możemy zrobić dla tej osoby. Jeżeli lubiła np. konkretny krem, to smarujemy ją tym kremem. Jeżeli lubiła określone upięcie włosów – robimy jej tę fryzurę. Jeżeli nosiła makijaż – malujemy ją. Może miała jakąś ważną dla siebie książkę? Wtedy dbamy, by się przy niej znalazła. Jeżeli lubiła konkretne kwiaty – osypujemy ją nimi. Z tego powstaje rytuał czułości. To dużo więcej niż tzw. toaleta pośmiertna w zakładzie pogrzebowym, stanowiąca przede wszystkim zabieg techniczny.

Zależy nam nie tylko na „wyćwiczeniu” czynności, ale także, a może zwłaszcza, na pokazaniu, że to symboliczny akt, który jest o czymś ważnym. O tym, że chociaż przyszła śmierć, nadal jest miłość. O wnoszeniu troski i szacunku w tę sytuację. Zależy nam także na oswojeniu ludzi z myślą, że kiedyś w ten sposób staną przed ciałem kogoś bliskiego, kto już nie żyje. Będą go pielęgnować, dotykać i żegnać tuż po śmierci. To bardzo trudna, ale też intymna, ważna i metafizyczna chwila. Na naszym warsztacie dzieją się niesamowite rzeczy. Ludzie przychodzą na niego zazwyczaj w dużym napięciu. W ich oczach widać pytanie: „Czy ja na pewno chcę tutaj być?”, widać lęk i niepewność. Podczas pracy otwiera się jednak wspólnotowa przestrzeń troski, która jest bardzo piękna. Widzimy i słyszymy, że uczestnicy wychodzą z dużym wzruszeniem, ulgą i przekonaniem, iż warto odzyskać kontakt ze śmiercią, bo to nie tylko coś strasznego, lecz też ogromnie wartościowego.

Opieka nad ciałem wymaga fizycznego zaangażowania – związanego z dotykaniem, bliskością, patrzeniem, uważnością. Czy w swojej pracy widzi Pani, że nowe technologie i przeniesienie się do świata wirtualnego sprawiły, iż coraz trudniej przychodzi nam przełamywanie bariery spojrzenia, dotyku, wejścia w fizyczny kontakt z drugim człowiekiem? Może stąd bierze się też opór przed śmiercią, bo oznacza ona taki właśnie fizyczny kontakt?

Może być w tym sporo prawdy. Uważam też, że takie doświadczenie – zajmowania się ciałem bezpośrednio po śmierci – nie jest dla wszystkich. Nie chodzi mi o to, że teraz każdy powinien to robić.

Są osoby, które nie chcą konfrontować się z umieraniem, śmiercią, nie mają siły czy odwagi na dotykanie ciała zmarłego. Nie można ich do tego zmuszać.

W tym sensie dobrze, że istnieją profesjonalne firmy zajmujące się takimi usługami. Jest jednak sporo osób, które nie wyobrażają sobie, że ktoś obcy po śmierci bliskiej osoby wykonuje przy niej takie czynności. Mają wewnętrzną potrzebę, żeby same coś dać, dokonać tego rytuału.

Myślę, że spotkanie się ze śmiercią bliskiej osoby i z żałobą po niej to zawsze jednocześnie bardzo głębokie i trudne spotkanie z własną bezradnością. Nie mamy przecież wpływu na to, że istnieje śmierć i kiedy ona przychodzi. W takiej sytuacji pomagają nam działania, dzięki którym odzyskujemy sprawczość – gdy możemy o czymś zdecydować, zrobić coś po swojemu. Ten aspekt rytuałów już jest wsparciem w żałobie.

Śmierć i rytuały, które jej dotyczą, to kwestie mocno związane z religią. Czy w związku z coraz większą sekularyzacją widzi Pani mocne oddzielenie pośmiertnych rytuałów religijnych od tych świeckich?

Z mojej perspektywy prawie wszystko można ze sobą połączyć, jeśli tylko jest do tego chęć oraz otwartość, szacunek i akceptacja innych potrzeb. Raz w roku prowadzimy szkolenie dla świeckich, humanistycznych celebrantek i celebrantów. Jednak oni regularnie współpracują z księżmi. Przecież w obrębie jednej rodziny niejednokrotnie mamy różne potrzeby bliskich: są osoby, które chcą osobisty rytuał w ramach świeckiej ceremonii, ale jest też babcia, która oczekuje mszy i odmawiania różańca. Istnieją możliwości i sposoby, by to połączyć. Zdarzają się księża otwarci na współpracę, więc podczas ceremonii pogrzebowej może pojawić się i kapłan, i celebrantka. Można też zorganizować to tak, że jednego dnia jest ceremonia rodzinna, a następnego – pochówek z mszą, albo odwrotnie: najpierw jest msza, a później ceremonia świecka na cmentarzu. Możliwości jest bardzo wiele. Nie chodzi o to, by rytuały sobie przeciwstawiać i przez to wzajemnie wykluczać, lecz o ich rozszerzenie i uświadomienie sobie, jakie są potrzeby osób w żałobie. Wśród tych potrzeb są i takie, że ktoś chce dać coś od siebie: przeczytać list, wygłosić mowę, puścić ulubioną muzykę osoby zmarłej, poprzez charakter ceremonii odzwierciedlić osobowość tego, kto odszedł. Podkreślanie więzi, mówienie o tym, co zostaje po tym człowieku, dzielenie się wspomnieniami z nim związanymi – wszystkie te aspekty staramy się wpleść w ceremonie, które prowadzimy.

Gdy dostaje Pani zlecenie na przygotowanie ceremonii pogrzebowej, od czego Pani zaczyna?

Podchodzę do tego kompleksowo. Spędzam z rodziną osoby zmarłej wiele godzin. Chcę jak najwięcej dowiedzieć się o niej i poznać jej bliskich. Razem z nimi od zera planuję przebieg ceremonii. Często jest dużo materiałów do przygotowania. Nierzadko wymyślamy rzeczy proste, ale nieoczywiste, kreatywne.

Na przykład?

Kilka miesięcy temu prowadziłam ceremonię pogrzebową młodego mężczyzny, który był didżejem. Miał swój indywidualny styl, także ubioru: zawsze nosił czapkę, do której przymocowane były przypinki, miał też swoje didżejskie logo. W trakcie przygotowań współpracowałam z jego przyjacielem, który jest grafikiem. Przerobił logotyp w taki sposób, że dodał do niego skrzydła. Z tego projektu wyprodukowaliśmy przypinki. Na końcu ceremonii, zanim wszyscy zaczęli wracać do swojego codziennego życia, brali z koszyka taką przypinkę ze sobą. W kolejnych dniach na swojej grupie na WhatsAppie dzielili się zdjęciami pokazującymi, gdzie ją umieścili i jakie mają wspomnienie ze zmarłym w związku z tą sytuacją. To wzmacniało ich wewnętrzną więź ze zmarłym i dodatkowo budowało też ich wspólnotę, świadomość, że są w tym doświadczeniu razem i mogą się wspierać.

Czasami po ceremonii ludzie wychodzą z jakąś drobną symboliczną rzeczą, która przypomina im o zmarłej, a innym razem prosimy ich, by coś przynieśli. Gdy np. umiera osoba, która uwielbiała robić na drutach i obdzielała rodzinę i przyjaciół własnoręcznie wykonanymi ubraniami, to prosimy ich, by przynieśli te rzeczy albo nawet włożyli je.

Wielokrotnie słyszałam od osób, z którymi pracuję, że zgłosiły się do nas, bo w ofertach domów pogrzebowych nie znajdują adekwatnego pożegnania dla swojej bliskiej osoby. Szukają więc kogoś, kto obmyśli to z nimi indywidualnie.

Z jakich jeszcze elementów składa się ceremonia?

Poza małymi rytuałami, jak np. obsypywanie kwiatami, zapalanie świec, puszczanie muzyki, którą zmarły lubił, ważnym elementem są również mowy pożegnalne. Jedna z nich należy zazwyczaj do mnie jako celebrantki, ale często pojawiają się również przemówienia przyjaciół i rodziny. Tworzenie mowy pożegnalnej to prawdziwa sztuka. Na ten temat też prowadzimy kilkudniowe warsztaty. Jak stworzyć wraz z rodziną zmarłego taką atmosferę, by znaleźć skarb, który kryje się w jego historii, symboliczne znaczenia? Mowa pożegnalna to nie jest życiorys osoby zakończony słowami „spoczywaj w pokoju”. Należy ją stworzyć w taki sposób, by odzwierciedlała psychologiczną strukturę żałoby. W niej często występuje wahadło między bólem na jednym krańcu i czymś pięknym na przeciwległym krańcu. Na przykład przypomina nam się coś dobrego, co jest związane z osobą umarłą, a za chwilę pojawiają się łzy smutku i bólu. Mowa pogrzebowa też musi mieć dramaturgię tego wahadła. Nie powinno być tak, że w jednej części mówimy tylko o bólu i nieprzyjemnych odczuciach, a w drugiej tylko o dobrych.

Wszystko to powinno się przeplatać, budować złożoną opowieść i dramaturgię. To jest ogromny warsztat. Na przykład w Anglii od dawna istnieje zawód, który nazywa się ritual celebrant, i jest wiele instytucji szkolących w tej profesji. W Polsce Instytut Dobrej Śmierci przeciera nowe szlaki w tym obszarze.

Wspomniała Pani o wahadle żałoby, o przeciwstawnych uczuciach, których w niej doświadczamy. Czym jeszcze charakteryzuje się żałoba?

Najszersza jej definicja brzmiałaby: żałoba to wszystko to, co robimy, aby móc żyć dalej po stracie. Na jej temat wciąż krąży wiele stereotypowych przekonań. Mówi się np., że trwa określony czas, zazwyczaj rok. Krążą też informacje, że składa się z konkretnych etapów i że one są linearne. Wszystkie te teorie mają swoje źródło głównie w latach 60. XX w. Wtedy pojawiały się różne publikacje, które próbowały opisać, czym jest żałoba. Osoby, które wtedy się nią zajmowały, były pionierami, wykonały bardzo ważną pracę. Lecz tak jak w każdej innej dziedzinie nauki późniejsze pokolenia to pogłębiają, weryfikują i wiedzą o tym zjawisku coraz więcej. Na pewno od tamtego czasu mocno poparte badaniami stało się to, że żałoba nie jest procesem linearnym – nie możemy przewidzieć, jak dokładnie będzie wyglądać, nie możemy jej też przyspieszyć.

Druga koncepcja żałoby, która zdominowała dyskurs o niej, to przekonanie, że żałobę trzeba „przepracować” i wtedy ona w pewnym momencie się skończy, „wyjdziemy” z niej. Dzisiaj wiemy, że w przypadku wielu osób takie podejście się nie sprawdza.

To może się sprawdzać, jeżeli mówimy o dalszych relacjach, np. umarł nasz wujek, z którym mieliśmy niewielki kontakt. Wtedy rzeczywiście żałoba może trwać jakiś czas, a później się kończyć. Jednak w przypadku bardzo głębokich relacji, np. śmierci partnera czy partnerki, z którymi spędziliśmy wiele lat w dużej zażyłości, albo dziecka czy rodziców, to nie jest coś, co od pewnego momentu zostaje zamknięte. Ta strata staje się częścią nas, naszej biografii, historii i tożsamości. I to jest w porządku, nie trzeba tego eliminować. Ale to też nie znaczy, że ta strata na zawsze będzie boleć tak intensywnie jak na początku czy na zawsze stanie się centralnym tematem i utrudni życie z lekkością.

To jakie są najnowsze i najbardziej adekwatne teorie dotyczące żałoby?

Współczesne ujęcia podkreślają, że w tym procesie wiele rzeczy dzieje się równolegle. Rano może być tak, a wieczorem zupełnie inaczej. W jednej godzinie możemy odczuwać smutek i płakać, a w kolejnej wygłupiać się z przyjaciółmi. Albo nawet przeżywać te dwa stany równocześnie. To jest właśnie to wahadło. Póki ono jest w ruchu, to znak, że mamy do czynienia ze zdrowym, naturalnym procesem. Jeżeli zaś zatrzymuje się ono w jednej skrajności, to może być sygnał, że osoba potrzebuje pomocy.

Jedna z najbardziej popularnych obecnie teorii żałoby nazywa się Dual Process Model of Grief, czyli modelem podwójnego procesu. Opisuje on, że w żałobie równolegle, świadomie albo nieświadomie, dzieją się dwa procesy. Jeden z nich jest skierowany na stratę. Jest więc związany zarówno z bolesnymi uczuciami po stracie, jak też z przyjemnymi wspomnieniami dotyczącymi zmarłej. Myślenie o tym wywołuje i płacz, i śmiech. Drugi z nich ukierunkowany jest na to, jak żyć dalej – chodzić do pracy, jeść, opiekować się dziećmi, spotykać się z przyjaciółmi. Według tej koncepcji osoba w żałobie jest w tańcu pomiędzy tymi dwoma procesami.

Wahadło jest żywe, bo żałoba jest żywa – ona nie jest śmiercią. Czasami jesteśmy w niej skupieni na stracie, a czasami na tym, jak o niej nie myśleć i żyć dalej. To jest zdrowe, potrzebne i normalne.

Gdy wahadło zablokuje się po jednej stronie – ktoś jest tylko w mroku albo, przeciwnie, cały czas wymyśla sobie nowe aktywności, byle tylko nie pomyśleć o stracie – wtedy warto szukać wsparcia. Żadne ekstremum nie jest zdrowe.

Kim są osoby, które korzystają z pomocy Waszego Instytutu?

Część naszych wydarzeń jest otwarta dla wszystkich, a część jest skierowana np. tylko do osób, które pracują w zawodach medycznych, terapeutycznych czy w zakładach pogrzebowych, czyli mają do czynienia ze śmiercią i żałobą w swojej pracy. Podczas zajęć otwartych dla wszystkich koncentrujemy się na podstawowej edukacji o żałobie i umieraniu.

Oprócz warsztatu Czułe pożegnanie, o którym już mówiłam, mamy też warsztat Obok ciebie na ostatnim etapie życia, poświęcony procesowi umierania – jak go rozpoznać, jak on może wyglądać, jak opiekować się bliskimi w tym czasie. Na te wydarzenia przychodzą bardzo różne osoby. Częściowo to ci, którzy mają w rodzinie kogoś starego lub chorego. Poszukują wzmocnienia i chcą się świadomie przygotować na to, co przed nimi. Są też ludzie, którzy czysto filozoficznie interesują się tym tematem. Pojawiają się osoby, które kogoś straciły i wierzą, że mogłyby inaczej zmierzyć się z tym doświadczeniem – chcą być lepiej przygotowane na przyszłość, lepiej przeżyć śmierć i żałobę. W dużej mierze z oferty Instytutu korzystają ludzie świadomi, którzy czują, że śmierć jest naturalnym, ważnym elementem życia i że zdrowo jest się z nią spotykać, którzy w tej konfrontacji widzą wartość. Wiedzą, że ich czas na ziemi jest ograniczony i zadają sobie pytanie, jak chcą go spędzić. Są w grupie naszych odwiedzających ludzie, którzy mają w sobie dużą otwartość na te tematy, ale i tacy, którzy przyznają, iż strach przed śmiercią, swoją czy kogoś bliskiego, ich paraliżuje. Trudno im to wytrzymać, lecz podejrzewają, że zbliżenie się do tego tematu może pomóc osłabić te odczucia. I często tak jest – boimy się zazwyczaj tego, o czym mało wiemy, czego nie znamy. Nasza fantazja rodzi wtedy potwory.

Czy w swoich mowach pogrzebowych mówi Pani w naturalny sposób o przyczynach śmierci, niezależnie od tego, jakie były? Kiedyś istniało ogromne tabu związane np. z samobójstwem. W przypadku takiej śmierci zarówno rodzina, jak i duchowni unikali mówienia o niej. Słyszało się tylko „zmarł nagle”, „zginął tragicznie”.

Ludzie, którzy do nas przychodzą, raczej otwarcie opowiadają o przyczynach śmierci swoich bliskich, więc w moich mowach też mówię o tym naturalnie. Nazywanie rzeczy po imieniu, w tym przyczyn śmierci, nie musi oznaczać, że to brutalne czy makabryczne. Można to zrobić w bardzo spokojny i wspierający sposób. Samobójstwo to jedna z możliwych przyczyn śmierci, jeden ze sposobów, w jaki ludzie umierają. Nie mogę i nie chcę tego oceniać. Staram się uważać na przeciwny proces, gdy śmierć zaczyna przesłaniać człowieka, którego dotyczy.

Czasami dramatyczne okoliczności śmierci, jak np. wypadek, i wybijanie jej przyczyn na pierwszy plan zasłaniają osobę, to, jaka była, co sobą przynosiła światu.

To, co mogę robić jako celebrantka, to wpleść w mowę sposoby nadawania konkretnej śmierci – i przede wszystkim konkretnemu życiu – znaczenia, interpretacji tego zdarzenia, które otrzymuję od rodziny. I tutaj pojawia się jeszcze jeden czynnik kunsztu mowy pożegnalnej: należy unikać zawężania znaczenia, nie przedstawiać „jedynej słusznej wersji”, lecz starać się wszystko opisać tak, aby różne osoby mogły odnaleźć w niej swoją perspektywę. Może było tak, ale może było też inaczej.

W książce Soroczka Angelika Kuźniak opisuje starsze kobiety przygotowujące się na własną śmierć. Dla wielu z nich wszystko, co związane z rytuałem, obrzędem i tradycją, ma ogromne znaczenie – odpowiedni ubiór do trumny, konkretna rzecz włożona w ręce na ostatnią drogę, pieśni śpiewane przez płaczki, to, co ksiądz powie w kazaniu, itd. Czy Pani praca również polega na „podpowiadaniu” rozwiązań w tych kwestiach?

Dla mnie w pracy najważniejsze jest to, by spotkać ludzi w miejscu, w którym są, i pójść za tym, czego szukają i potrzebują. Moją rolą nie jest narzucanie ani sugerowanie czegokolwiek. Oczywiście mogę dzielić się swoimi pomysłami, i tylko tyle. Myślę, że w tym wszystkim nie chodzi o konkretne ubranie ani o pieśń samą w sobie. To zawsze kwestia tego, jakie znaczenie ma ubranie czy pieśń dla tych ludzi. Osobiście nie wierzę w to, że jakiekolwiek rzeczy same w sobie mają magiczną moc. Chodzi raczej o to, co wspólnota i ludzie wokół tego tworzą. Wtedy dzieją się najbardziej fascynujące rzeczy, często takie, jakich nie da się racjonalnie wytłumaczyć.

Na przykład?

Mam na myśli głęboko poruszającą atmosferę, która powstaje z energii między ludźmi w sali. Zdarzają się też dziwne, poruszające znaki. Ostatnio pytałam bliskich zmarłej, jak myślą, gdzie ona teraz jest. Niektórzy mówili, że jej energia jest wszędzie, inni – że w niebie, kolejni – że w naturze. W mowie pogrzebowej cytowałam ich zdania i powiedziałam też, że zmarła teraz może jest zarówno w promieniach słońca, jak i w kroplach deszczu. Kilka minut później wszyscy wyszliśmy z sali, a na zewnątrz równolegle świeciło słońce i padał deszcz. W takich chwilach wszyscy mają ciarki. Oczywiście to mógł być przypadek, jednak w takim momencie każdy, łącznie ze mną, chce wierzyć, że jest w tym coś więcej. To są przepiękne chwile. Nie ma potrzeby, by je tłumaczyć, wystarczy je zauważyć. Jeżeli chodzi o rytuały, to myślę, że potrzebujemy redefinicji tego słowa. Ono w dzisiejszych czasach występuje w dwóch skrajnie różnych znaczeniach. Z jednej strony ludziom się szybko kojarzy z praktykami ezoterycznymi. Z drugiej strony zaś jest używane do zupełnie zwyczajnych czynności i spraw: parzenia sobie rano kawy, aplikowania mgiełki na twarz itd.

Które znaczenie według Pani jest bardziej odpowiednie?

Zwykłe rzeczy, które robimy codziennie, jak wklepywanie kremu czy picie kawy i czytanie gazety, nie są rytuałami. Jeśli natomiast jest coś, co codziennie robię dla siebie albo dla innych, ale ma to wymiar symboliczny, wtedy jest rytuałem. Jeśli codziennie świadomie parzę kawę w taki sposób, jak mnie nauczyła babcia, ta czynność ma wymiar rytualny. Jeśli codziennie zapalam świeczkę z myślą o babci, która zmarła, to jest rytuał. Gdy codziennie mijam przystanek autobusowy, na którym widywałam wujka, i wtedy np. kładę sobie dłoń na sercu i mówię w myślach: „Pamiętam o tobie”, to też jest rytuał. Powiedziałabym, że rytuały to akty symboliczne, które nie są użyteczne, lecz mają dla nas ogromne znaczenie. Są językiem naszej duszy, połączeniem świadomego i nieświadomego, świata materialnego i czegoś nieuchwytnego.

Uciekła Pani od pytania, czym jest dobra śmierć w ogóle. A czym ona jest dla Pani osobiście?

Zastanawiam się, czy kategoria dobra i zła w przypadku śmierci ma w ogóle sens. Ona jest tak inna od wszystkiego, co znamy, że chyba nie musimy jej oceniać. Jest zawsze czymś zupełnie nieznanym, czymś poza kategoriami naszego myślenia i poza naszym językiem.

Dobre umieranie w mojej osobistej definicji to coś, czego chciałabym doświadczyć świadomie. Nie chciałabym, by zdarzyło się nagle albo we śnie. Oczywiście boję się śmierci, ale jestem jej też bardzo ciekawa. Wszystkie spotkania z osobami zmarłymi równolegle powiększają we mnie szacunek i fascynację. Czuję, że jest w tym tajemnica i misterium. Widziałam kilka zmarłych osób, wokół których panowała nieziemska atmosfera spokoju. Niektóre z nich miały uśmiech na twarzy. Widziałam dużo sytuacji, które pokazały mi, że umieranie i śmierć nie muszą być straszne. Jestem absolutnie pewna, że to nie jest koniec, że to po prostu przejście. Takie podejście to też źródło spokoju. Sądzę, że ludziom, którzy wierzą wyłącznie w świat materialny, może być trudniej zachować spokój w obliczu śmierci.

Niewiele myślę o tym, gdzie i jak umrę. Natomiast sporo zastanawiam się nad dobrym pochówkiem. Chciałabym, aby moje ciało było pochowane w naturze. Z wielkim entuzjazmem śledzę to, co dzieje się w Kanadzie, Irlandii i Anglii. Tam powstaje coraz więcej tzw. natural burial grounds. Jest łąka albo las, które są sklasyfikowane jako teren cmentarny. Można tam pochować ludzi, nie ma murów ani plastikowych kwiatów, za to chodzą dziki, sarny i zające. Chciałabym zostać pochowana w takim miejscu, bez trumny, jedynie zawinięta w całun. Jednocześnie czuję się już tak silnie związana z Polską, że chciałabym być pochowana tutaj, więc mam kłopot, bo takich miejsc w tymkraju jeszcze nie ma. Muszę więc żyć przynajmniej do momentu, kiedy pojawi się reforma prawa cmentarnego.

Od wielu lat, gdy odwiedzam dziadka na cmentarzu, czuję, że ta przestrzeń jest nienaturalna i obca. Grobowce są umieszczone ciasno przy sobie, aby dostać się na jeden grób, trzeba niemal przejść po innym. Brakuje nie tylko przestrzeni, ale i drzew, zieleni, intymności.

Kamień, beton, plastik – cmentarze w wielu miejscach samym swoim wyglądem i zaprojektowaniem negują cykl życia, tak jakby miały zapobiec rozkładowi, a nie sprawić, że ciało wraca do obiegu materii w przyrodzie. Zdarzają się stare cmentarze, gdzie jest jeszcze wiele drzew, odpowiednia przestrzeń, niestety, nowe wciąż tworzy się w odcięciu od natury. W nowej części cmentarza w Otwocku, gdzie leżą przodkowie mojego męża, wycięto wszystkie drzewa. Ostatnio widziałam starszą kobietę, która latem przyszła na grób męża i nie miała gdzie schronić się przed słońcem. Siedziała na kompletnej „patelni”. Zrobiło mi się smutno i pomyślałam, że cmentarze wymagają gruntownej reformy – to, że są związane ze śmiercią, nie powinno oznaczać, że utrudniają nam życie.

Co mogą zrobić osoby, które wypierają temat śmierci, umierania i żałoby, a jednocześnie gdzieś wewnątrz czują, że nie jest to dla nich dobre?

Zacząć słuchać głosu, który spod tych warstw wyparcia jednak woła o kontakt z tematem śmierci. Nikogo nie można zmuszać do konfrontowania się z czymkolwiek ani do edukacji w jakimś kierunku. Tylko jeśli sami czujemy taką potrzebę i ciekawość, ma to sens. Wszystkich, którzy chcieliby odzyskać doświadczenie śmierci, ale nie wiedzą, od czego zacząć, zapraszam do Death Cafe – na nasze regularne spotkania zarówno online, jak i na żywo w różnych miastach Polski. W bezpiecznej i luźnej atmosferze, przy kawie, dyskutujemy o śmierci, odchodzeniu, obawach, jakie się z tym wiążą. Zapraszamy też do uczestniczenia w naszych spotkaniach online W końcu o końcu, na których ekspertki i eksperci z IDs ́ dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem. Te spotkania sprawiają, że potwory związane ze śmiercią, które produkuje nasza wyobraźnia, stają się coraz mniejsze.


Anja Franczak

Kulturoznawczyni, towarzyszka w żałobie, współzałożycielka Instytutu Dobrej Śmierci, którego działania mają na celu oswojenie tematu umierania, śmierci i żałoby

 

Artykuł pojawił się w numerze: Cieszyć się kruchością życia