Subskrybuj
Tomasz Stawiszyński Ilustracje: Aleksandra Stanglewicz fot. Paweł Wodzyński/ DDTVN/East News
Filozof i publicysta, autor audycji Godzina filozofów w TOK FM. Napisał m.in. Ucieczkę od bezradności (2021), Reguły na czas chaosu (2022), a także Misję Sowy. Tosia, Franek i sekrety filozofii (2022). Prowadzi podkast Skądinąd

„Dzienniczek lektur” mojej mamy

Nie pamiętam, ile dokładnie miałem lat, kiedy mama po raz pierwszy pokazała mi swój „Dzienniczek lektur”. Może pięć, może sześć, w każdym razie sam właśnie zaczynałem wkraczać w niesamowity świat czytania i prawdopodobnie któregoś dnia mama po prostu wydobyła z szuflady ten stary zeszyt w płóciennej, spękanej okładce.

„Elżbieta Wrzesińska. Dzienni­czek lektur” – wykaligrafowano na pierwszej stronie pismem tak równym i starannym, że od razu wzbudziło mój podziw. Do dzisiaj zresztą budzi – jako niedościgły ideał, a przy tym wyraz głębokiego szacunku dla słowa i myśli prze­jawiającego się w niemal medyta­cyjnej uważności przy stawianiu każdej litery, która tworzy wyraz, a potem następny, a w końcu zdanie i cały tekst.

Podpis na okładce to była jednak tylko zapowiedź gęsto tym równym i starannym pismem pokrytych kartek, a one z kolei stanowiły tylko uzupełnienie własnoręcznie wykonanych przez mamę ilustracji. Najpiękniejszych ilustracji, jakie w życiu widziałem. Czy raczej nie tyle ilustracji, ile przechowywanych gdzieś w szu­fladzie w bloku na warszawskiej Chomiczówce i prawie nikomu w związku z tym nieznanych arcy­dzieł. Czy naprawdę narysowała to moja mama? Okładki zaprojekto­wane w wyobraźni i przeniesione na papier; sceny jakby żywe, dyna­miczne, a przecież unieruchomione w rysunkowym obiektywie; kraj­ obrazy nieznane, a zarazem znane, choć zapytany, nie potrafiłbym powiedzieć, skąd dokładnie. I to wszystko powołane do istnienia za pomocą wyłącznie kredek i ołówka – takich samych jak te, którymi sam się niewprawnie posługiwałem, smarując bez ładu jakieś barwne miszmasze. Tutaj tymczasem: harmonia kolorów, regularność, rekonstrukcje niczym lustrzane odbicia istot i zdarzeń bytujących w dopiero się wówczas przede mną otwierającym królestwie literatury.

Przez wiele lat „Dzienniczek…” był obiektem mojej fascynacji, pró­bowałem nawet sam prowadzić własny, ale niestety, nie odziedzi­czyłem po mamie zdolności plastycznych, a może zwyczajnie nie starczało mi samozaparcia, żeby wyćwiczyć choćby jakąś bazową rzemieślniczą sprawność.

Naj­bardziej jednak frapował mnie przesączający się przez ten zeszyt czas. W nim właśnie bodaj po raz pierwszy świadomie spostrzegłem osobliwą pracę przemijania.

Nie było to wtedy dla mnie – kilkulatka – wprawdzie jeszcze do pojęcia, że życie jest pasmem bezpowrotnych strat, ale w tych pożółkłych stro­nach, w tych nieco wyblakłych, wypłowiałych rysunkach zaczy­nałem już rozpoznawać fundamentalne własności świata: następstwo chwil, obecność rzeczy przeszłych, teraźniejszych, przyszłych. Jak to możliwe, że to jest szkolny zeszyt mojej mamy? – zastanawiałem się, trzymając go w dłoniach. Jak to możliwe, że ona także kiedyś siedziała w klasie, na lekcjach, że była dzieckiem, że miała jakieś inne zupełnie życie, w innej postaci, i że dopiero wskutek jakichś osobliwych metamorfoz…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Cieszyć się kruchością życia