Subskrybuj
Chłopcy nad Bałtykiem w Niemczech, 1933 r. fot. Herbert List / Magnum / Forum
Filozof, psychoterapeuta, pracownik Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, gdzie kieruje Zespołem Filozofii Kultury; autor m.in. książki Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej (2014), za którą otrzymał nominację do Nagrody Literackiej „Nike”. Ostatnio wydał: Ekonomia to...

Co robić po kryzysie męskości

Mimo iż widzę wszystkie koszty i niebezpieczeństwa związane z rewolucją równości, gotów jestem bronić jej do upadłego.

W cieniu wielkiej emancypacyjnej rewolucji, w której feminizm stopniowo zmienia charakter cywilizacji globalnej Północy, przebiega kryzys męskości. Coraz częściej słyszy się głosy mówiące o ogromnych problemach, z którymi męskość się boryka. Dla jednych jest to po prostu „skowyt zranionego patriarchatu”, dla innych katastrofa, dotycząca – bądź co bądź – połowy ludzkości. Dramatyczne opisy, dotyczące zagubienia, męskiej niepewności siebie, osamotnienia, niejasności co do roli w świecie, wreszcie spadku libido i coraz mniejszej średniej liczby plemników w ejakulacie, powtarzają się nie tylko w zakamarkach incelowskiego internetu skupiającego rozżalonych nową sytuacją, nieumiejących się do niej przystosować, najczęściej młodych i najczęściej słabszych ekonomicznie mężczyzn; goszczą coraz częściej na łamach czasopism, stają się tematem naukowych badań i doniesień na różnorodnych konferencjach.

W sferze obiegu informacji, mediów społecznościowych i „społeczeństwa spektaklu” mężczyzna z problemami nadal nie jest postacią pierwszoplanową. Królują postaci triumfujących władców świata: polityków rządzących większością krajów, „kapitanów” biznesu, gwiazd filmu, piłki nożnej i sceny muzycznej, influencerów, wreszcie różnych watażków i bandziorów, o których opowiadają teksty kultury; filmy, seriale i gry wideo. Imaginarium hiperkapitalizmu, w którym większość z nas żyje, podsuwa nam raczej wizerunki mężczyzn silnych i władczych. Co zresztą wielu innych przyprawia o kompleksy, w podobny sposób jak figury modelek z przełomu tysiącleci niszczyły samoakceptację milionów nastolatek.

Można by więc podejrzewać, że mamy tu do czynienia z jeszcze jednym przykładem niesprawiedliwej dystrybucji zasobów, opisywanej przez Piketty’ego; udział w triumfującej męskości lub wykluczenie z niej jest kwestią pozycji społecznej, w której ta czy inna męska osoba się znajduje.

Przykład ten pokazuje jednak przede wszystkim, że nie ma sensu mówić o męskości w oderwaniu od świata, w którym ona funkcjonuje. Problem kryzysu męskości ma charakter systemowy, dotyczy społeczeństwa. Męskość, czy w ogóle płeć, ta biologiczna i ta kulturowa, jawi się zawsze w kontekście. Może to być kontekst niesprawiedliwej dystrybucji dóbr społecznych, ale też wiele innych kontekstów. W mojej perspektywie męskość jest pewnym sposobem istnienia człowieka, który odnosi się do innych sposobów istnienia – kobiecości, dziecięcości, różnych wariacji płci poza binarnym spektrum…

Niepokój zmierzchu

Mężczyźni, przede wszystkim ci mieszkający na globalnej północy, utracili dominującą pozycję. Twierdzę, że już ją utracili, mimo że nadal zwykle zarabiają więcej niż kobiety, że szybciej robią kariery i często mają mocniejszą niż kobiety pozycję w społecznej strukturze. Utracili ją, bowiem ich dominacja nie jest już traktowana jako coś naturalnego, nie jest bezrefleksyjnie przyjmowana za prawomocną, nie ma na nią powszechnego przyzwolenia. Wręcz odwrotnie, budzi bunt wśród kobiet, dzieci, a nawet wśród samych mężczyzn. Coraz bardziej powszechnie wypowiadane żądanie równości kwestionuje dominację jakiejkolwiek grupy, ta męska traktowana jest jako szczególnie opresywna. Patriarchat stał się synonimem niesprawiedliwości. Trzeba zauważyć, jak ogromne jest to osiągnięcie rewolucji feministycznej – w obrębie globalnej Północy nierówność pomiędzy mężczyznami a kobietami jest uznawana za opresję być może najważniejszą, wymagającą najostrzejszego zwalczania. Trzeba też zauważyć ogromną zmianę, jaka tu zaszła. W XIX i I poł. XX w. za najbardziej niesprawiedliwą uważano nierówność społeczną – konflikt między pozbawionymi majątku pracującymi a właścicielami kapitału. Temu konfliktowi podporządkowane były wszystkie inne, również dotyczące sytuacji kobiet. Co oznaczało, że tak w ruchach rewolucyjnych, jak w partiach mieszczańskich pierwsze skrzypce grali mężczyźni. W II poł. XX w. oś konfliktu się zmieniła, a dominująca pozycja mężczyzn została zakwestionowana.

Podobna była sytuacja dawnej arystokracji w dobie mieszczańskich rewolucji. Utraciwszy „naturalne” prawo do dominacji, „szlachetnie urodzeni” musieli pogodzić się z tym, że przyjmą warunki emancypującej się, nowej klasy. Że to ona, niesiona dynamiką zdobywania pozycji, dyktuje warunki. Nawet jeśli części baronów i książąt udawało się zamienić swoje dawne przywileje na kapitał, grali już zgodnie z warunkami narzuconymi przez burżuazję. Wtapiali się w nią. Ci, którzy tego nie potrafili, degradowali się i w taki czy inny sposób znikali w tyglu gotującego się społeczeństwa nowoczesności.

Grupa, która traci dominującą pozycję, przeżywa niepokój. Niepokój wynika z tego, że zachowania, dotychczas uważane za zgodne z przyrodzonym porządkiem rzeczy, pozwalające celebrować wyższość i dobrotliwie spoglądać na tych i te stojących niżej, nagle okazują się opresywne, a te i ci, którzy mieli świetnie czuć się na swoich podrzędnych miejscach, nagle buntują się i głośno dają wyraz swojemu niezadowoleniu. Bez „naturalnego” usprawiedliwienia swego istnienia dotychczasowy hegemon odnajduje się w egzystencjalnej pustce i musi czepiać się choćby skrawka akceptacji swojego dotychczasowego „subalterna”, mającego teraz moralną wyższość ofiary.

O ile bowiem grupa społeczna niesiona dynamiką emancypacyjną czerpie nową pewność siebie ze swojej dotychczasowej krzywdy, o tyle ci, których pozycja została zakwestionowana, tracą oparcie w rozumianym przez siebie (i innych) porządku moralnym i pogrążają się w niepewności przesyconej poczuciem winy. W takiej właśnie sytuacji w obrębie globalnej Północy znaleźli się mężczyźni.

Grupy rekonstrukcyjne patriarchatu

Oczywiście ta sytuacja niepokoju może być przeżywana na różne sposoby. Może prowadzić do stałego osłabienia pewności siebie, rodząc różnego rodzaju „spleeny” i neurozy. Może też być negowana, rodząc zachowania przesycone nadmierną asertywnością czy wręcz agresywnością. Może wreszcie skłaniać do wpisywania się w jakiś większy, tradycyjny porządek moralny, przywracający owo świeżo utracone poczucie legitymizacji.

Czasem więc mężczyźni, zwracając się ku przyszłości, dołączają do feministycznej rewolucji, stając się nawet jej heroldami. Z jednej strony odpowiadają pozytywnie na potrzebę zmiany, intuicyjnie czując, że niesie ona wizję świata bardziej sprawiedliwego, z drugiej – tropią tych, którzy ciągle nie zerwali z oczu „łusek patriarchatu”. Czasem jednak, wręcz odwrotnie, poszukują uzasadnień w przeszłości i tworzą „grupy rekonstrukcyjne” o charakterze męskich stowarzyszeń, często zresztą religijnych, w rodzaju Wojowników Maryi czy Fundacji Patriarchat. Z poczuciem wybraństwa, w upadłym świecie, który według nich zwariował, pielęgnują tam męskie cnoty, pozostawiając kobietom – kobiece.

Często, dystansując się od przemian kulturowych, zacięcie walczą o karierę, pieniądze i pozycję na mniej lub bardziej wolnym rynku, świadomie lub nieświadomie wykorzystując ciągle uprzywilejowaną pozycję mężczyzn. Nawet jeśli pojawiają się w nich wątpliwości, są przekonani, że zwycięzcom i tak wszystko się wybacza.

Potrafią zresztą głosić „emancypacyjne” poglądy, gdy uznają, że tego oczekuje od nich nowy moralny porządek, w którym się znaleźli, zazwyczaj wyrażający się w nowej kulturze korporacyjnej, szczególnie firm przychodzących z zachodniej Europy czy USA. Może jednak być tak, że traktują te równościowe wyznania wiary zupełnie instrumentalnie, jako sposób na wzmocnienie swojej indywidualnej pozycji.

Wielu natomiast, bardzo wielu, tonie w narastającym poczuciu bezradności, odnajdując się w incelowskich sieciach i razem z innymi tam napotykanymi snując mściwe fantazje na temat odrzucających ich kobiet. To w tych grupach najsilniej ujawnia się niesprawiedliwa dystrybucja dóbr. Bo żeby umówić się z kobietą, uważają, trzeba mieć na markowe ciuchy, na kolację w restauracji, na samochód… A oni tego nie mają. To upokarza, zaś odwet za upokorzenie jawi się w postaci nienawiści do kobiet właśnie.

Ci silni, często pozornie odcinając się od słabych, lecz agresywnych, wykorzystują ich jednak i zawierają z nimi ciche sojusze w klimacie „męskiej szatni”, by zwalczać kobiecą konkurencję w rynkowych przestrzeniach.

Skąd się wzięła męska hegemonia

Hegemonia mężczyzn i opresja kobiet mają swoje historyczne źródła. Sięgają one głęboko i niekoniecznie wynikają ze złej woli. Ogromna część dziejów ludzkości przebiegała w świecie, w którym biologiczne uwarunkowania odgrywały istotną, wręcz kluczową, rolę. Taki był świat ludów tradycyjnych – rdzennych w dzisiejszym języku – ale też nie tak dawny świat wspólnot przednowoczesnych. Wszystkie one żyły w sporej izolacji jedne od drugich, były podatne na oddziaływanie żywiołów i klęsk, mogących zagrozić ich istnieniu. W obrębie samych społeczeństw takimi żywiołami – nie przychodzącymi z zewnątrz, lecz rodzącymi się między ludźmi – była przede wszystkim przemoc i seksualność, nierozdzielnie związana z prokreacją, a więc z problemem trwania wspólnot w czasie. Od okiełznania przemocy i regulowania wszystkiego, co związane z seksualnością, zależała krucha równowaga i długie trwanie każdej społeczności. Wbrew malowanym na różowo wizjom pierwotnych idylli problem przemocy jako koniecznego elementu istnienia dotyczył przez wieki – i dotyczy zresztą dziś – ogromnej większości społeczeństw ludzkich. Największym bowiem zagrożeniem dla jednych ludzi byli zwykle inni ludzie. Mogący przemocą zniewolić, obrabować, zgwałcić, zabić… Każda społeczność, jeśli nie żyła w prawie całkowitej izolacji od innych społeczności, musiała więc dysponować wyspecjalizowanymi grupami, zdolnymi prowadzić walkę. Tradycyjna antropologia historyczna ujmowała to w taki sposób, że dopóki nie pojawiła się broń palna i inne podobne maszyny, ta walka prowadzona była fizycznie. A znaczy to, że predestynowani do niej byli fizycznie silniejsi. Zwykle byli to mężczyźni. Dzisiaj ten pogląd jest dyskutowany, kobietom przypisuje się bardziej aktywną rolę. Podejrzewać jednak można, że niezależnie od tego, iż różnorodność rozwiązań była o wiele większa, niż jeszcze niedawno uważaliśmy, to mężczyźni częściej prowadzili wojny. Na to wskazuje też obserwacja tego, co zdarzyło się z próbami „równościowego” wprowadzania kobiet do współczesnych oddziałów pierwszoliniowych. Tak w armii izraelskiej, jak brytyjskiej czy amerykańskiej – a więc tych, w których równościowe postulaty traktowano najpoważniej – w oddziałach komandosów, spadochroniarzy i im podobnych podjęto…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Daj chłopaka, takiego chłopaka