Już sam widok czarnej flagi albo skrzyni pełnej skarbów uruchamia pirackie imaginarium. Zamieszkuje je postać podejrzana, trochę na marginesie, a bardziej niż trochę przez popkulturę ugłaskana. Obrazy przychodzą same: podchmielony Jack Sparrow z kreskami na linii wodnej oka, Długi John Silver z zieloną arą na ramieniu i złowrogi Hook nienawidzący dzieci, a w szczególności Piotrusia Pana. Są i znane z wieczorynki Podróże Kapitana Klipera czy Kapitan Nemo Juliusza Verne’a, znany także pod polskim rodowodem i kojarzony z ejtisowymi syntezatorami. Jednak stereotypowy pirat prędzej użyłby klawikordu do zaśpiewania Twojej Lorelei. Na tawerniane koncerty zabierałby prócz muszkietu dobrze naostrzony kordelas. W trakcie gry widownia obserwowałaby jego upierścienione dłonie i bicepsy pełne prochowych tatuaży, ten ryczałby rytmicznie: „Arrr!”, kładąc na zdarte gardło balsam z grogu.
W tym imaginarium nie ma pirata, który zdobiony galeon zamienił na kuter z psującym się silnikiem. Który ma czarną skórę, a zamiast szabelki dzierży granatnik. Który łupi wycieczkowce i kontenerowce. Tego pirata, któremu odebrano możliwość pracy w roli rybaka, likwidują snajperzy z oddziału Navy SEALs. Jest 2009 r., wszystko dzieje się w odległości 240 mil morskich od północno-wschodniego brzegu Afryki. To pierwszy raz od ponad 200 lat, gdy amerykański statek porywają piraci. Ta historia zostanie zaadaptowana na film. W rolę osaczonego kapitana z kontenerowca „Maersk Alabama” wcieli się Tom Hanks. Produkcja Kapitana Phillipsa zobrazuje konflikt Zachodu z piratami somalijskimi, którym wcześniej odebrano możliwość utrzymywania się z ryb.
Pierwszego pirata, tego z klawikordem i papugą na ramieniu, lubimy. Ten drugi nas przeraża, choć jego praca jest często jedyną szansą na przeżycie całych wiosek.
Obydwaj wzięli się z podobnej utopii. Piraci to ludzie, którzy stanęli na skraju; należący do społeczeństw doprowadzonych do ostateczności. Które na przemoc odpowiadają przemocą, bo dla nich, postawionych pod murem, liczy się już tylko wolność, godność osobista i zarobienie za wszelką cenę. Tymczasem w powszechnym obiegu piraci to raczej ich przyjazne karykatury. Słodkie Robin Hoody, nie brutalni złodzieje. Królowie kolonii, nie scammerzy. Popkultura wchłonęła taki wizerunek z jakiegoś konkretnego powodu, a historie o piratach fascynowały od wieków. Niektórzy naukowcy sądzą nawet, że to one zainspirowały rewolucję francuską i amerykańską. Pomogły przetrwać amerykańskim koloniom i zaprowadzić demokrację. „Czarnobrody” (Edward Teach), zdaniem Jasona Acosty z University of Florida, powinien być traktowany dziś tak samo jak Benjamin Franklin – jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Pirackie, transhistoryczne legendy przetrwały i mają moc, ponieważ ucieleśniają wizję ludzkiej wolności. Pod koniec XVII w. były też alternatywą dla myśli, które powstawały na salonach. Piraci mogli rozjaśniać świadomość, wytyczać nowe ścieżki. Bo w pirackich opowieściach zapisano nie tylko przygody, ale też wizję przyszłości. Oświecenie to epoka intelektualnej syntezy Anglii i Francji, by utrzymać własne państwa w obliczu zmian. Zmian, które zapoczątkowały chwilę wcześniej Wielkie Odkrycia i które z europejskich państw zrobiły imperialne mocarstwa panujące na całym globie. Do tego był potrzebny nowy koncept i nowy ład polityczny. Dlatego to, co piraci zbudowali na Madagaskarze pod koniec XVII w., było na ustach całej Europy. O konsekwencjach pirackiej utopii na małej, odizolowanej od Starego Kontynentu wyspie pisze antropolog David Graeber. Jego eksperyment myślowy można odnaleźć w nieprzetłumaczonej na język polski książce Pirate Enlightenment, or the Real Libertalia (Pirackie Oświecenie lub prawdziwa Libertalia).
Oświecenie przez morze
Okres nazywany Złotym Wiekiem Piractwa trwał nie dłużej niż kilka dekad (1695–1725). Niektórzy wydłużają go, za początkową datę uznając rok 1650. Piraci, bukanierzy i korsarze najpierw byli żeglarzami, kupcami, oficerami marynarki. Niektórych porwano na statki wbrew ich woli. Na okrętach panowały przymus i brutalna dyscyplina. Szerzyły się choroby. Perspektywa więzienia bywała bardziej kusząca – weselsze towarzystwo i bez szans na utonięcie. Żeglarze zatrudnieni przez marynarkę jedli zepsute jedzenie, byli słabi, a ich wypłaty rzadko okazywały się terminowe. Od lat 20. XVII w. zaczęli się buntować – piszą Peter Linebaugh i Marcus Rediker w Wielogłowej hydrze. Jednym tylko kursem pirat w przybliżeniu mógł zyskać od 10 do 20 funtów, informuje Peter Lehr w Pirates. A New History, from Viking to Somali Raiders (Piraci. Nowa historia – od Wikingów do somalijskich łupieżców). Uczciwy majtek marynarki tylko pięć – za trzy miesiące ciężkiej i niewdzięcznej pracy.
Nie wszyscy jednak decydowali się na piractwo. Taki styl życia gwarantował w razie ujęcia wyrok śmierci. Pirat był terrorystą. Wrogiem gatunku ludzkiego – głosił An Act For The More Effectuall Suppressions of Piracy (Ustawa o skuteczniejszym zwalczaniu piractwa) z 1698 r. Piraci jednak świadomie odrzucali państwo, które ich deptało, nie oferowało żadnej możliwości rozwoju ani wzbogacenia się. W tamtych latach jeśli urodziłeś się w biednej rodzinie, do końca życia przymierałeś głodem. A łupienie obcych statków pozwalało stać się bogatym w ciągu roku lub dwóch – pisze Rebecca Simon w Why We Love Pirates (Dlaczego kochamy piratów). Dlatego kariery pirackie trwały zwykle nie dłużej niż kilka lat: Henry Every (1694–1696), Edward Teach, zwany Czarnobrodym (1716–1718), Bartholomew Roberts (1719–1722), Thomas Tew (1692–1695), Edward Low (1721–1724), Anne Bony (1717–1720). Wyjątkiem była trwająca niemal dekadę kariera chińskiej piratki Zheng Yi Sao. Zaczynała jako prostytutka, by następnie w 1801 r. wyjść za pirata, a wreszcie (po jego śmierci sześć lat później) zostać potężną admirałką, zawiadującą czterystoma dżonkami. Miała na pieńku z Brytyjską Kompanią Wschodnioindyjską, Portugalczykami i dynastią Qing. Ostatecznie w 1810 r. przyjęła od niej szczodre warunki kapitulacji i żyła w dostatku aż do 68. roku życia. Zwykle piraci nie kończyli jednak tak dobrze. Ginęli w walce, na stryczku lub podczas sztormu. Niektórzy próbowali się wkupić z powrotem w łaski gubernatorów, oferując swoje usługi w roli łowców piratów. Inni wchodzili w intratne interesy z Ameryką. W późniejszych latach, gdy jej oficjele próbowali skończyć z finansowaniem piratów, okazało się, że stany Pensylwania, Karolina Północna i Południowa oraz Rhode Island siedzą w tym biznesie po uszy, a wręcz kwitną dzięki handlowi z morskimi terrorystami. Po zgromadzonych w archiwach dokumentach, którym przyglądała się Simon, można sądzić, że wykończenie piratów oznaczałoby wykończenie niektórych miast. Piraci inwestowali w plantacje, a niektórzy z nich szukali spokojnej przystani, gdzie mogliby żyć jak „równy z równym”.
Piraci antycypowali nurty ideowe, które miały dopiero dojść do głosu. Zanim Monteskiusz spopularyzował ideę trójpodziału władzy, w Anglii wystawiono komedię o piratach i ich stylu dowodzenia.
Sztuka The Successful Pyrate debiutowała w Londynie w 1712 r. Wyśmiewano w niej piracki styl życia (albo tak go oswajano), ale widzowie mogli poznać, prawdopodobnie po raz pierwszy, idee samorządności. Zderzyć się z protooświeceniowymi koncepcjami budowania państwa. Pirackie załogi same wybierały kapitana, a nierzadko jeszcze resztę administracji statku: radnego i kwatermistrza. Głosowano. Pomysły te powstały w izolacji od głównego nurtu politycznego, a ich zaistnienie umożliwiło morze. W 1609 r. holenderski myśliciel i doradca Kompanii Wschodnioindyjskiej Hugo Grotius opublikował traktat Mare Liberum (Morze otwarte). Był to element strategii Holendrów, by uzyskać wpływy na Oceanie Spokojnym. Autor uznał w nim, że ocean jest terytorium niczyim, co stanowiło podstawę międzynarodowej doktryny prawnej. Zasada ta naturalnie zrodziła wiele konsekwencji, które objęły przede wszystkim załogi pracujące na statkach. Nagle były one poza zasięgiem praw swoich państw. Mogła zapanować hydrarchia, morski, wielogłowy proletariat. „Proces ten był powolny, nierówny i trudny do prześledzenia – piszą Linebaugh i Rediker. – Nie tylko dlatego, że ilekroć alternatywny porządek wspólnoty żeglarzy wyścibiał łeb – czy to w buncie, w strajku czy poprzez piractwo – łeb ten ucinano. Marynarzom zabrało wiele czasu, zanim – jak ktoś to ujął – »wybór należał do nich«, to znaczy zanim zdobyli autonomiczną zdolność do organizacji statku i jego miniaturowego społeczeństwa tak, jak sami chcieli” (tłum. Ł. Moll).
Mit Libertalii
Marzenia o równości i lepszym życiu stworzyły mit Libertalii, pirackiego państwa, którego bała się Europa. Jego podstawowym źródłem jest fabularyzowana historia (A General History of the Robberies and Murders of the most notorious Pyrates; Powszechna historia grabieży i mordów najbardziej sławetnych piratow) kapitana Charlesa Johnsona. Imię i nazwisko to pseudonim, pod którym, na co wiele wskazuje, ukrywał się Daniel Defoe, najbardziej znany z Przypadków Robinsona Crusoe (1719) i Dziennika roku zarazy (1722). Defoe krytykował nietolerancję religijną w nowożytnej Anglii, za co spotkały go areszt i publiczny pręgierz. Sprzeciwiał się społecznej nieodpowiedzialności, chwalił wolność słowa. Piraci w jego książkach to heroiczne istoty, buntownicy o złotych sercach, którzy gonią, jak on, za lepszym światem.
Na czele Libertalii miał stać monsieur Misson. Człowiek pełen pogardy dla kleru, z którego szponów wyrwał przyszłego przyjaciela – signora Caracciliego. Piratami zostali przez przypadek. Ich kapitan zginął w trakcie walki, a oni zarekwirowali łupy nieprzyjaciela. Na znak, że są prawi, wywiesili nawet białą flagę z godłem Boga i Wolności. Załoga dzieliła się majątkiem po równo, unikała kłótni, a o utworzeniu osady na północno-wschodnim brzegu Madagaskaru zdecydowała przez głosowanie. Siedlisko połączone z portem posłuży im na starość lub gdy siły ich opuszczą. O wsparcie przy budowie poprosili lokalną królową z Wyspy Johanna, której pomogli wcześniej w wojnie z Mohillijczykami. Misson nazwał piracki kraj Libertalią, a ludziom swym nadał miano Liberów, „chcąc zatrzeć [między nimi] różnice”. Była to w końcu grupa wielokulturowa, w której swobodnie żyły również osoby czarnoskóre i byli niewolnicy. Razem pływali po łupy. Po jednej z wypraw, straciwszy znaczną część załogi, ale zyskując dodatkowy statek, złoto i portugalskich jeńców, Misson dostrzegł obcy slup. Łódź od razu wciągnęła czarną flagę i odpaliła działo. Po tej groźbie można było sądzić, że to kolejni piraci. Misson wysłał negocjatora i wkrótce na pokład Francuza zawitał kapitan Thomas Tew. Po rozmowie uzgodnili jeden kurs – na Libertalię.
Wspólnie zasiadali na radach. Byli zaprawieni w bojach i w łagodzeniu sporów. Powołali niezawisłe sądy, gdyż domyślali się, że kłótnie podyktowane emocjami w końcu ich zniszczą.
Missona wybrano na Lorda Konserwatora. Miał władzę naczelną, ale niedożywotnio i bez dziedziczenia, tylko na trzy lata. Konserwator zaś dał Tewowi tytuł admirała, a Caracciolego mianował premierem. Do Rady powołał najzdolniejszych z Liberów bez względu na narodowość i kolor skóry. Zdecydowano wprowadzić demokrację, ustrój, „w którym ludzie sami ustanawiają i wykładają swoje prawo”. Misson głosił, że występuje nie przeciwko uciskanym, lecz przeciwko ciemiężcom. Argumentował: „Nie okupię swego bezpieczeństwa takim barbarzyństwem”. Na znak tego wypuścił portugalskich jeńców i oddał im statek.
Zbudowano port, domy, budynki rządu i arsenału. Utopia nabierała kształtów, lecz piraci nie przestawali łupić. Tew i Misson razem napadali na statki i uwalniali czarnych niewolników. Rabowali zapasy i kosztowności, lecz te drugie nie miały większej wagi w społeczeństwie, „gdzie wszystko było wspólne, a prywatna własność nieodgraniczona”. W międzyczasie w Libertalii osiedliły się rodziny krajowców z głębi wyspy, którzy wyznawali Allaha. Zaznajamiali się już od jakiegoś czasu, wymieniając „rum, siekierki, baję i paciorki” na bydło i kobiety. Kobiety uprowadzano także ze statków, np. z łodzi należącej do imperium Wielkich Mogołów, ale narracja Johnsona zawsze łagodzi takie brutalne sceny: „Uprowadzili sto dziewczyn w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, które towarzyszyły rodzicom w pielgrzymce. Lamentowanie przy rozłączaniu z rodziną tak wstrząsnęło Missonem, że gotów był tego zaniechać, lecz wszystkich miał przeciwko sobie”. I to na tym statku zrabowali też diamenty, jedwabne tkaniny, korzenie, dywany, klejnoty i sztabki złota. Tylko co piratom po nich?
Dobra passa zakończyła się, gdy piracki port zaatakowały portugalskie statki, a potem jeszcze krajowcy. W tym czasie część Liberów była na łowach, a część szukała dawnej załogi. Misson był zmuszony z Libertalii uciec. Dopiero w obcym siedlisku spotkał kapitana Tewa, który odnalazł zaginionych i ich kwatermistrza. Wspólnie zdecydowali spieniężyć swój pomysł – popłynąć do Ameryki o mandat na założenie kolonii. Missonowi było to nie w smak. W trakcie tego rejsu statek Francuza dopadła wichura i pięknoduch zginął. Tew dotarł do Ameryki i jeszcze długo sobie radził, opływając w luksusy. Dopóki nie połasił się na kolejny statek Wielkich Mogołów. W trakcie abordażu został śmiertelnie trafiony pociskiem, który rozerwał mu brzuch.
Piraci scammerzy i ich dzieci
Utopia to sen o wspólnocie bez tarć. To opowieść, która kompensuje sprawy niewystarczające w zewnętrznym świecie. Z perspektywy historycznej przyjrzenie się utopii pozwala wniknąć w moment, w którym ona powstawała. Johnson jawnie romantyzuje i ubarwia historię piratów z Libertalii. Nakłada na nią własne pragnienia i poglądy, ale wtedy pewnie były to pragnienia powszechne. Może jeszcze nieprzebudzone, czekające na jakiegoś wprawnego pisarza, który ubierze je w słowa. Sen, by zakończyć niesprawiedliwość – feudalizm zastąpić kapitalizmem. Stworzyć świat, w którym ziści się zohydzona dziś maksyma, że każdy jest kowalem własnego losu. Piraci byli idealnym nośnikiem tych marzeń.
Jednocześnie nie ma dowodów archeologicznych wskazujących na istnienie samej Libertalii – zaawansowanych fortyfikacji czy pałaców na miarę europejskich. Wiemy jednak, że na wschodzie wyspy żyli uciekinierzy, uchodźcy różnych klas, którzy zawierali związki małżeńskie z rdzennymi mieszkankami wyspy. Zdaniem Davida Graebera te egalitarne społeczności Madagaskaru w XVII i XVIII w. to prawdziwa Libertalia: potomkowie piratów i Malgaszek, którzy zaadaptowali zwyczaje pirackie – jak np. składanie przysiąg i dzielenie się władzą. Mąż z dalekich krain dawał Malgaszce wysoki status i wpływ na społeczność, dlatego zdaniem Graebera to kobiety w pewnym momencie historycznym stanowiły kręgosłup tamtejszych społeczności. Edukowały piratów z lokalnej polityki, uczyły obyczajów, a gdy zostały zdradzone (do czego dochodziło wielokrotnie), potrafiły się zemścić. Mogły podać truciznę lub rzucić czar na niegodnych białych mężów, którym z początku musiała bardzo odpowiadać propozycja wspólnego, poliamorycznego życia. Poza tym obdarowując żony, piraci mogli łatwo pozbyć się nadmiaru kosztowności, których nie sposób było w tamtych latach spieniężyć, a także przenieść organizację panującą na statkach na ląd. Chwilkę odetchnąć, założyć rodzinę i zamieszać się w lokalną politykę, by zaraz ogłosić się, na złość swoim byłym zwierzchnikom, królem Madagaskaru.
Takich przypadków było co najmniej kilka: pirat urodzony na Jamajce – James Plaintain, który uznał się królem Ranter Bay. Albo nawet rzekomy polski hrabia i szachista Maurycy Beniowski. Po ucieczce z Syberii dogadał się z Ludwikiem XV, że zdobędzie dla niego Madagaskar. Stacjonował w Zatoce Antongili i relacjonował dworowi francuskiemu, że panuje jako władca nad okolicą. W rzeczywistości jednak, jak pisze Graeber, opłacał ludność francuskim zaopatrzeniem, a nawet przekupił tłumacza Francuskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej i ówczesnego „historyka” regionu Nicolasa May eura, by ten podtrzymywał jego wersję. Jest więc sporo mistyfikacji w historii kolonizowanego Madagaskaru, w które niekiedy łatwo było uwierzyć. Kilka dekad wcześniej obserwatorzy donosili, że lokalne kobiety w pirackim porcie Sainte-Marie chodziły w sukniach z drogich tkanin, poobwieszane złotem.
Na Sainte-Marie siedział i zawiadywał nim dawny pirat Adam Baldridge. Wiódł tu przez kilka lat względnie spokojne życie, nawiązując sojusze z lokalnymi grupami, dzieląc się tym, co miał. Niestety, w końcu je zdradził. Póki wojował na wyspie w sprawach krajowców, brał jeńców i wysyłał ich statkiem do znajomych handlarzy w Nowym Jorku. Gdy jednak wojny między plemionami dobiegały końca, nie miał ludzi, których mógłby sprzedać. W końcu zamknął na łajbie dobrze mu znane kobiety i dzieci. Ludzie wzięli odwet i całej załodze Baldridge’a poderżnęli gardła, a on sam uciekł do Ameryki. Jak go dziś nazwać: romantycznym utopistą czy bezwzględnym handlarzem niewolników? Film z jego postacią byłby pochwałą zaradności czy #selflove w tropikach?
Po Baldridge’u historia toczyła się dalej. Dzieci ze związków piratów, nazywani Zana-Malata, stworzyły osobną kastę społeczną. Po namowie matek zaczęły rościć sobie na wyspie prawo do władzy i utworzyły prawdziwe królestwo, w którym panowały zasady znane ze stylu życia ich ojców – król jako wódz wojenny (po głosowaniu dowodzi tylko w czasie bitew) czy rytuał przysięgi zakończony piciem prochu strzelniczego z wodą morską. Na czele Królestwa Betsimisaraka stał Ratsimilaho. W wielu źródłach uznawany za syna, znanego z mitu Charlesa Johnsona, Thomasa Tewa. W wojnie przeciwko klanowi Tsikoa i plemieniu pod dowództwem Ramangano prowadził armię wyposażoną w pirackie muszkiety. Były to jednak kiepskie strzelby, które nierzadko przy wypaleniu zabijały właścicieli. Ratsimilaho używał ich jednak ze sprytem, bardziej jako broni magicznej. Przeciwnik, widząc zaawansowane technologicznie uzbrojenie, miał się sam na jego widok poddać. Panowanie linii pirackiego potomka nie trwało jednak długo. Wkrótce do Madagaskaru zawitali na dobre Francuzi i Anglicy.
Sztuka konwersacji
Po rozpadzie ZSRR zmieniła się geopolityka na całym świecie. Somalijczycy obalili brutalnego dyktatora, a kraj pogrążył się w wojnie domowej. Na mocy traktatów ONZ kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy próbowało w latach 90. w Somalii „przywrócić nadzieję”. Wojska ONZ walczyły z lokalnymi gangami. Po czym się wycofały, a kraj wdał się jeszcze w konflikt zbrojny z Etiopią.
W Somalii od lat panują głód i bieda. To jeden z krajów dotkniętych największym kryzysem humanitarnym od dekad. Jest nawiedzany przez wstrząsy klimatyczne – susze i powodzie. Każdego dnia rośnie liczba uchodźców, którzy szukają schronienia w sąsiadujących państwach. Jednocześnie panuje bezprawie; lokalne władze i organizacje terrorystyczne (jak Asz-Szabab, powiązana z Al Kaidą) popierają piractwo. Stało się ono jedyną szansą zarobku.
Prości ludzie, którzy od zawsze żyli z ryb, mówią, że tych już nie ma. Zagraniczne i nowoczesne wielkie kutry splądrowały zasoby morza pod osłoną nocy, wykorzystując anarchię panującą w kraju. Można o tym przeczytać w raporcie Study of Illegal, Unreported and Unregulated Fishing (IUU) in Territorial Waters of Somalia przygotowanym przez organizację TransAfrica oraz u Petera Lehra. O tym, jak międzynarodowe załogi niszczyły łodzie i sieci somalijskich rybaków. Jak im grożono i ich przeganiano. Ludzie znów stanęli pod murem doprowadzeni do ostateczności. Stworzyli utopię.
W akcie protestu i w odwecie młodzi piraci, przy użyciu prowizorycznego sprzętu, wskakiwali na kontenerowce, oczekując wcale nie okupu. Chcieli zapłaty za „grzywny”, które nakładają za „nielegalny połów ryb”.
Tak było w sierpniu 2005 r., gdy grupa funkcjonująca jako National Volunteer Coast Guard of Somalia „wymierzyła” załodze trzech tajwańskich statków „mandaty”. Pięć tys. dolarów od głowy, a na łajbach było 48 osób. Robinhoodyzm jednak legł w gruzach, gdy wskoczyli na kontenerowiec ONZ transportujący żywność. Statek miał pomóc Somalijczykom podnieść się po gigantycznym tsunami rok wcześniej. Ta historia wydaje się domykać odwieczny piracki krąg, z którego nie mogło też kilka wieków wcześniej wyrwać się USA.
Na początku piraci chcą tylko przetrwać, wykonać gest buntu. Z czasem opanowuje ich chciwość. Ich romantyczny zryw upolitycznia zbrodnię. Zbrodnie rosną w siłę i kryminalizują politykę, prowadząc do rządów mafiozów, spekulantów i krętaczy. Zmęczeni bezprawiem ludzie wytwarzają kolejną utopię – zdrowe silne państwo. Czy cokolwiek nowego można dziś wziąć z Libertalii?
Pirate Enlightenment Graebera jako praca antropologiczna, poprzedzona kilkuletnimi badaniami terenowymi na Madagaskarze, sytuuje się gdzieś między fantastyką, eksperymentem myślowym a rekonstrukcją historii. Myślę, że niesie jasny przekaz: ludzka kultura jest plastyczna, a utworzenie państwa zawsze poprzedzają przedpolityczne relacje. To one utrzymują państwo, a kiedy zostaną doprowadzone do ostateczności, kończą je lub zmieniają. Jednak najpierw należy spełnić szereg warunków. Państwowość wymaga od społeczności umiejętności prowadzenia ze sobą rozmowy i szukania konsensusu, a także interesowania się sobą nawzajem. Jak to zrobić we współczesnych społecznościach wiecznego niedoczasu, gdy zewsząd słychać hasła o indywidualnym sukcesie?
Malgasze kultywowali od zawsze zwyczaj kabary napędzany ciekawością wobec drugiego człowieka. Kabary to rodzaj spotkania, na którym celebruje się konwersację, mówienie samo w sobie. Nie wiemy, jak stary jest ten rytuał, ale pisali o nim dawni podróżnicy. Graeber widział w nim źródło otwartości wobec innego, wobec piratów. Inaczej Malgasze nie przyjęliby ich pod swoje dachy. Kabary mogło trwać kilka godzin, czasem wiele dni. Rytuał organizowano spontanicznie w każdej sprawie wymagającej wspólnej dyskusji, jak handel z Europejczykami czy odwet. Służył także w trakcie różnych uroczystości, jednak jego właściwym sensem było szukanie dialogu i cementowanie społeczności. Tworzenie atmosfery dzielenia się. Za czasów trwania kolonii Francuzi próbowali wykorzenić kabary. Dlatego tak bardzo przybrał na sile, gdy lokalna ludność zaczęła walczyć o swoją niepodległość w latach 60. XX w.
Dziś taką praktykę można by nazwać małą polityką. Dotyczy ona każdego z nas, bo wszystkich łączą relacje z innymi. Rozmowy, a szczególnie z obcymi, tworzą nowe możliwości i pęknięcia w systemie. Są szybsze i zwinniejsze niż państwo czy wolny rynek.