Subskrybuj
Protest przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego w poznańskiej katedrze, 25 października 2020 r. fot. Jakub Kaczmarczyk / PAP
Protest przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego w poznańskiej katedrze, 25 października 2020 r. fot. Jakub Kaczmarczyk / PAP
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"

Dlaczego generacja Z odchodzi od Kościoła?

Najmłodsze pokolenie dorosłych Polaków (18–24 lata) jest wyraźnie mniej religijne od pozostałych, a dodatkowo ta religijność słabnie z roku na rok. Dlaczego tak się dzieje i jakie będą tego konsekwencje?

Tekst ukazał się w wydaniu papierowym pod tytułem Zapaść.


Sekularyzacja w Polsce toczy się powoli od lat 90. – socjologowie nazywali ją sekularyzacją „pełzającą”. Mniej więcej po 2005 r. – śmierci Jana Pawła II – zaczęła nieco przyspieszać. Mocne tąpnięcie nastąpiło jednak dopiero w ostatnich 6–8 latach. Najwyraźniej widać je w najmłodszym pokoleniu, czyli w generacji Z (urodzonych w 1997 r. i później). Skala tego tąpnięcia może zdumiewać. Dziś Polska nazywana jest najszybciej sekularyzującym się krajem na świecie. Jesteśmy świadkami radykalnej zmiany, podobnej do tej, którą Europa Zachodnia przeżyła w latach 60. – religijnej zapaści w ciągu dekady wyraźnie przeobrażającej społeczeństwo.

Więcej niewierzących niż chodzących regularnie do kościoła

Spójrzmy najpierw na garść danych CBOS-u dotyczących „zetek”. Posłużę się tutaj przede wszystkim badaniami dotyczącymi osób w wieku 18–24 lata wyodrębnionych z całej populacji dorosłych, a także tymi przeprowadzonymi na dużej grupie młodzieży szkolnej (17–19 lat).

Najmłodsze pokolenie dorosłych Polaków (18–24 lata) jest wyraźnie mniej religijne od pozostałych, a dodatkowo ta religijność słabnie z roku na rok. Tylko w ciągu 5 lat (2016–2021) liczba wierzących w tej grupie wiekowej spadła z 85% do 71%, a niewierzących wzrosła z 15% do 29%. Liczba praktykujących regularnie obniżyła z 49% do 24%, a zupełnie niepraktykujących skoczyła z 16% do 36% (pozostali to praktykujący od czasu do czasu). Już dziś więc wśród młodych osób jest więcej zdeklarowanych niewierzących niż tych, którzy regularnie chodzą do kościoła. Te trendy widać jeszcze wyraźniej w badaniach młodzieży szkolnej – tam odsetek w ogóle niepraktykujących wyniósł już 49,1%.

Mocne tąpnięcie widać także w statystykach uczestnictwa w lekcjach religii.

Według CBOS-u w 2010 r. 93% młodzieży (17–19 lat) deklarowało udział w lekcjach religii; w 2016 r. było to 70%, a w 2021 r. – 54%. Decyzja o rezygnacji z tych lekcji pojawia się zwłaszcza przy przejściu ze szkoły podstawowej do średniej. W dużych miastach na lekcje religii chodzi już zdecydowana mniejszość wśród licealistów i uczniów techników. Według danych z samorządów zebranych przez KAI w roku szkolnym 2023/2024 na lekcje religii we Wrocławiu zapisało się tylko 15% uczniów szkół ponadpodstawowych; w Warszawie i Poznaniu były to tylko nieco wyższe wskaźniki, nieprzekraczające 30%.

Trend sekularyzacyjny w generacji Z widoczny jest też w wielu innych krajach. W Stanach Zjednoczonych, które przez wiele dekad były nazywane „religijnym wyjątkiem” wśród świeckich, zamożnych państw Zachodu, często mówi się o najmniej religijnej generacji w historii. Według American Survey Center już 34% najmłodszych Amerykanów deklaruje się jako osoby bez religijnej afiliacji (nones) – to kilkukrotnie wyższy wskaźnik niż w najstarszych pokoleniach.

Powody niewiary

Jak doszło do zapaści Kościoła w młodym pokoleniu?

Żeby wyjaśnić zjawisko jakiejś zmiany społecznej, można oczywiście zapytać samych zainteresowanych. W badaniach CBOS-u spytano młodzież szkolną o powody odejścia od Kościoła. W odpowiedziach dominują trzy uzasadnienia decyzji: negatywny stosunek do Kościoła i religijności instytucjonalnej (40%), brak wiary (33%), brak potrzeby, czasu, chęci (27%). Ukazują one niejako trzy typy odchodzących: odrzucających Kościół jako instytucję, świadomych niewierzących oraz tych obojętnych, „apateistów”, którzy nie są wrodzy instytucji ani wierze, ale uważają praktyki religijne za stratę czasu. Przykładowo gdy chodzi o powody ważne dla pierwszej grupy, najwięcej osób wskazywało na uogólniony krytycyzm wobec Kościoła (22%), rzadziej na jego konkretne przewiny – pedofilię (6%), nietolerancję (4%), powiązanie z polityką (4%), materializm (2%). Jednak tym, co wyróżnia najmłodsze pokolenie, są przede wszystkim grupy druga i trzecia, czyli deklaracje anty- czy też areligijności, a nie jedynie antykościelności. Inaczej niż starsze generacje (zwłaszcza te w wieku wyższym niż 45 lat) nie odrzucają Kościoła głównie z powodu jego politycznego zaangażowania czy zachowania kleru.

Oczywiście autodeklaracje nie dają pełnej odpowiedzi na pytanie, co się zmieniło w naszym społeczeństwie. Dlaczego bowiem dzisiejsi 19-latkowie „nie mają potrzeby” praktykowania, podczas gdy 20 lat temu ówcześni maturzyści taką potrzebę – jak się wydaje – mieli (albo przynajmniej ich otoczenie skutecznie egzekwowało od nich taki obowiązek)?

W przestrzeni publicznej krążą dwie narracje na ten temat. Jedna – nazwijmy ją progresywną – mówi o tym, że Kościół dokonał „samosekularyzacji”, tzn. za odpływ wiernych odpowiadają wyłącznie działania samego Kościoła. Jak mówił np. Stanisław Obirek w ostatnim wywiadzie dla Onetu: „Głównymi odpowiedzialnymi za galopującą sekularyzację w Polsce, w tym za rezygnację z lekcji religii, są księża i biskupi. To właśnie arogancki, chamski polski kler, który nie potrafi zmierzyć się z własnymi grzechami, a zwłaszcza przestępstwami pedofilów w sutannach, a przy tym stygmatyzujący różne grupy społeczne za wyimaginowane »grzechy« – mniejszości seksualne, in vitro, aborcja, lista jest, jak wszyscy wiemy, długa – stracił wiarygodność”.

Narracja konserwatywna koncentruje się z kolei na lepiej lub gorzej opisywanych czynnikach zewnętrznych wobec instytucji. Mistrzem widzenia źdźbła w cudzym oku jest abp Marek Jędraszewski, który w wielu wywiadach podkreślał, że sekularyzacja ma u swych źródeł nie zaniedbania Kościoła, ale zmiany poza nim – rosnący dobrobyt, który sprawia, że część ludzi żyje, „jakby Boga nie było”, oraz to, że dorosło „pokolenie pochylonych głów” zapatrzonych w smartfony, w których znajdują „coraz bardziej zlaicyzowany obraz świata”.

Abstrahując od obecnego w wypowiedzi ważnego hierarchy kuriozalnego zamykania oczu na zło, które się dzieje w Kościele, widoczne są braki obydwu tych wyjaśnień.

Narracja progresywna koncentruje się tylko na tych, którzy krytykują Kościół, nie wyjaśniając, skąd biorą się – wspomniane wyżej – grupy apateistów i niewierzących. Narracja konserwatywna z kolei ignoruje w ogóle krytycyzm wobec Kościoła (w ostateczności uważa go za wynik „medialnego ataku”). Obie mają też swoje ideologiczne, tendencyjne ostrze, tzn. progresiści pokazują osoby odchodzące od wiary wyłącznie w jasnym świetle, jako te, które kierują się przede wszystkim moralną wrażliwością i przemyślanymi powodami, a nie jakimiś mniej pożądanymi cechami (6% młodzieży wskazało jako przyczynę swojego odejścia zarówno skandale pedofilskie, jak i „brak chęci, lenistwo”). Kościelni konserwatyści z kolei obciążają oczywiście odpowiedzialnością za zmianę wszystkich poza sobą.

A może dałoby się stworzyć wyjaśnienie, które byłoby wieloczynnikowe? Według mnie zasadnicze znaczenie dla religijnej zmiany w Polsce ma pięć zjawisk – choć nie jest łatwo określić wagę każdego z nich. Są to: 1) moralne odrzucenie Kościoła, zwłaszcza przez młode kobiety; 2) wygaśnięcie narodowo-religijnego ożywienia z czasów pontyfikatu Jana Pawła II; 3) pandemia i jej skutki; 4) makrotrend modernizacji ekonomiczno-społecznej; 5) długotrwałe oddziaływanie „opcji świeckiej”. Wspólnie składają się na to, co Anglosasi nazywają perfect storm, czyli sztorm doskonały, gdy na skutek zbiegu rzadko spotykanych okoliczności dochodzi do drastycznego załamania. Weźmy głęboki wdech i przyjrzyjmy się im po kolei.

Próby wyjaśnienia: pedofilia, aborcja, LGBT

Ostatnie lata to niewątpliwie czas „moralnego odrzucenia Kościoła”. Chodzi oczywiście o skandale pedofilskie (poświęcony im dokument Tomasza Sekielskiego Tylko nie mów nikomu z 2019 r. ma obecnie 24 mln wyświetleń na YouTubie, duży rezonans wywołał cykl reportaży Bielmo Marcina Gutowskiego i towarzyszące mu pozycje książkowe). Jak widzieliśmy, tylko kilka procent pytanej młodzieży wskazuje wprost na skandale pedofilskie jako przyczynę odejścia z Kościoła. Zaryzykowałbym jednak twierdzenie, że może to być mocny argument w dyskusjach rodzinnych – łatwiejszy do sformułowania niż ten o braku wiary (niekiedy raniący wierzących rodziców), a zarazem mający większą moc perswazyjną niż zwykły brak chęci na uczestnictwo w praktykach.

Widoczny jest za to kontrast przekonań generacji Z i nauki Kościoła w dwóch sprawach: aborcji i stosunku do osób LGBT. Czarne protesty (2016) i Strajk Kobiet (2020) przeciwko zaostrzeniu ustawy aborcyjnej zmobilizowały tysiące młodych ludzi. Ks. Janusz Mariański w swoich wieloletnich badaniach maturzystów puławskich wskazuje, jak mocno zmieniły się na przestrzeni kilku lat przekonania w sprawie aborcji. O ile jeszcze w 2016 r. tylko 13,6% maturzystów uważało, że przerywanie ciąży powinno być dozwolone (38,1% twierdziło, że powinno być niedozwolone, reszta odpowiadała „to zależy”), o tyle w 2021 r. – po protestach – te wartości uległy odwróceniu. 39,1% uważało, że aborcja powinna być legalna, a 14,9%, że powinna być zabroniona. Niewątpliwie aborcja stała się ważnym, tożsamościowym tematem dla wielu młodych ludzi, a Kościół zaczął być postrzegany jako ideowy adwersarz. Stąd w czasie Strajku Kobiet – szokujące wielu komentatorów – protesty w kościołach, przerywanie mszy, proaborcyjne napisy na murach kościołów. Młodzież rzadko wskazuje na to, że upolitycznienie Kościoła jest powodem jej krytycyzmu wobec niego. Ale niewątpliwie wyrok obsadzonego przez Zjednoczoną Prawicę Trybunału Konstytucyjnego z 2020 r. ws. aborcji był olbrzymim katalizatorem negatywnych emocji wobec Kościoła. W tym sensie także PiS przyczynił się do przyspieszenia sekularyzacji w Polsce.

Widoczna jest duża akceptacja młodych ludzi dla osób LGBT. Z badania CBOS-u wynika, że większość młodzieży szkolnej – inaczej niż dorośli – akceptuje osoby LGBT i osobiście zna jakiegoś geja lub lesbijkę.

Kościół, który głosem abp. Jędraszewskiego mówi o „tęczowej zarazie”, wydaje się w tym kontekście instytucją odklejoną od codzienności, a co gorsza, siejącą nietolerancję i agresję.

Tutaj tacy komentatorzy jak Obirek mają oczywiście rację.

Istotnym trendem jest też zrównanie poziomu religijności młodych chłopców i dziewcząt. Dotąd zwykle to dziewczyny i kobiety deklarowały wyższą religijność – co miało znaczenie dla przekazu religii między pokoleniami, który kulturowo uchodził za kobiecą powinność – to matka zwykle uczyła pacierza i dbała o religijne rytuały w domu. Towarzyszył temu pewien rodzaj społecznego przyzwolenia dla unikania praktyk religijnych przez mężczyzn. Tymczasem dziewczyny z generacji Z są bardziej lewicowe (30% dziewczyn deklaruje takie poglądy, przy 16% chłopaków) i znacznie bardziej tolerancyjne (81% dziewczyn akceptuje osoby LGBT, a tylko 6% odczuwa niechęć; u chłopców te wskaźniki to odpowiednio 38% i 37%). Kościół głoszący homofobiczne hasła odstręcza więc „zetki”.

Amerykański socjolog Ronald Inglehart w książce z 2020 r. Religion’s Sudden Decline. What’s Causing It and What Comes Next (Nagły upadek religii. Co go powoduje i co przyjdzie później) przekonuje, że jednym z najważniejszych czynników sekularyzacji w ostatnich latach jest właśnie ten obyczajowy zwrot: od norm „sprzyjających reprodukcji” do norm „indywidualnego wyboru”. Wielkie religie sprzyjały zwykle tradycyjnym modelom rodziny nastawionym na dużą dzietność i stygmatyzowały zachowania seksualne niezwiązane z reprodukcją. Tymczasem nowoczesne społeczeństwa wybierają bardziej indywidualistyczny model, promujący równość płci, tolerancyjny wobec osób LGBT, rozwodów czy aborcji. To według Ingleharta podminowuje tradycyjny światopogląd religijny.

Koniec Polski JP2, pandemia, dobrobyt i media społecznościowe

Sekularyzacja nie wynika jednak wyłącznie z innego podejścia młodego pokolenia do aborcji czy osób LGBT.

Sądzę, że mamy do czynienia z powolnym wygasaniem narodowo-religijnego ożywienia. Starsze pokolenia Polaków miały swego rodzaju „szczepionkę antysekularyzacyjną” z czasów masowych mobilizacji Kościoła, zwłaszcza od wyboru Jana Pawła II na papieża w 1978 r. Kolejne „40 tłustych lat Kościoła” – jak określa to historyk Antoni Dudek – łączyło się z wielkimi wydarzeniami, pozytywnymi przeżyciami, poczuciem solidarności i dumy narodowej. Ta forma „kościelności” w dość naturalny sposób wygasła w kolejnych latach i nie zdołały jej podtrzymać wydarzenia w rodzaju Światowych Dni Młodzieży ani pielgrzymek kolejnych papieży. Jan Paweł II zaś z postaci z narodowego panteonu spadł do rangi śmiesznego bohatera memosfery dla młodszych pokoleń albo postaci uwikłanej w krycie pedofilii. Nie widać innych tak skutecznych „szczepionek”, pozytywnych i masowych wzorców religijnych. Na pewno taką szczepionką nie okazały się lekcje religii w szkołach.

Pandemia koronawirusa zaburzyła rutynę praktyk i osłabiła społeczny nacisk na regularne chodzenie do kościoła. Dane z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego pokazują szybki spadek w niedzielnym chodzeniu na msze: między przedpandemicznym 2019 r. a 2022 r. liczba tzw. dominicantes (uczestniczących w nabożeństwach) spadła z 36,9% do 29,5%. Trudno jednoznacznie oddzielić tu wpływ samej pandemii od innych czynników z tego czasu (doniesienia o pedofilii etc.). Odpłynęło jednak z pewnością z Kościoła wielu ludzi słabiej z nim związanych, tzw. katolików kulturowych. Choć niektóre teorie społeczne zakładają, że religia służy opanowywaniu niepokoju i ludzie potrzebują jej w sytuacji niepewności (a w tym czasie oprócz pandemii wybuchła wojna w sąsiedniej Ukrainie), to z pewnością w tym przypadku nie odnotowaliśmy takiej zależności.

Różne aspekty tzw. modernizacji społeczeństwa także wiązane są z sekularyzacją. Wzrost zamożności ma wpływać na „poczucie bezpieczeństwa”, a ono z kolei na osłabienie religijności (a zatem abp Jędraszewski powtarza po prostu tezy klasycznej książki Ronalda Ingleharta i Pippy Norris Sacrum i profanum). Polska w ostatnich latach stała się istotnie zamożniejszym krajem, niskie bezrobocie i 500+ także wpłynęły na poczucie życiowej stabilności. Religijność jest niższa właśnie w „zmodernizowanych” grupach, tj. w wielkich miastach i wśród osób lepiej wykształconych. Modernizacja oznacza także indywidualizację społeczeństwa. Socjolożka religii Grace Davie zwraca uwagę, że na Zachodzie słabnie przynależność zarówno do Kościołów, jak i do związków zawodowych czy organizacji społecznych. Być może rewolucja technologiczna – te przeklęte smartfony – także jest czynnikiem rosnącej indywidualizacji, która odbija się na partycypacji w praktykach religijnych.

Jest wreszcie „długie trwanie” opcji świeckiej – co najmniej od epoki oświecenia jasno stawia się szereg wyzwań dla myślenia religijnego (Jak pogodzić hipotezę Boga z istnieniem cierpienia w świecie? Czy nauka nie oferuje lepszych wyjaśnień dla rzekomych nadprzyrodzonych zdarzeń w świecie niż religia? Czy wyznawana przez nas wiara nie jest tylko wynikiem przypadkowej okoliczności urodzenia się w danym miejscu na świecie? Czy Kościół to w jakimkolwiek sensie „boska” instytucja, skoro przez wieki spowodował tyle zła?). Zaryzykowałbym tezę, że takie kwestie rozpalają wyobraźnię zwłaszcza w czasie wchodzenia w dorosłość. Internet oferuje tu dostęp do informacji, argumentów, wielości postaw. A także przestrzeń, gdzie można spotkać osoby podobnie myślące, nawet samemu mieszkając w konserwatywnym środowisku. Być może stąd stosunkowo wysoka liczba osób, które deklarują w młodym pokoleniu konsekwentną niewiarę, a nie tylko obojętność wobec kwestii religijnych czy krytycyzm wobec Kościoła. Sprzyjają temu też głośne apostazje osób publicznych (od Dawida Podsiadły po znaną youtuberkę Arlenę Witt).

Rola rodziców

Oczywiście „niebo w płomieniach” i rozmaite wątpliwości wobec religijnej doktryny nie pojawiły się nagle w ostatnich latach – to doświadczenie wielu pokoleń. Dlaczego zatem wcześniej nie kończyły się one masowym zarzuceniem praktyk? Najwyraźniej zmiana nie dokonuje się tylko w młodych ludziach – polega też na tym, że niknie presja na praktyki religijne ze strony rodziców generacji Z. Część tych procesów sekularyzacyjnych (pandemia, moralna krytyka Kościoła) oddziałuje zarówno na rodziców, jak i na dzieci; malejąca liczba praktykujących prowadzi do zanikania konformizującej normy chodzenia do kościoła. Wreszcie mamy do czynienia ze zmianą statusu dziecka / nastolatka w naszej kulturze – rosnącym szacunkiem dla jego autonomii, możliwości podejmowania samodzielnych decyzji etc. Według badań CBOS-u tylko 20% młodzieży deklaruje, że rodzice wymagają, by chodzili do kościoła; znacznie większy odsetek wskazań miały takie oczekiwania jak to, że będą pomagać w domu (77%) czy kontynuować naukę po ukończeniu szkoły średniej (72%).

Znaczenie starszego pokolenia widać także w badaniach pokazujących znaczenie praktyk religijnych rodziców dla postaw dziecka. CBOS zbadał oddziaływanie, jakie mają praktyki matki na stosunek dziecka do religii. Nawiasem mówiąc, nawet profesjonalne sondażownie zakładają wiodącą religijną rolę kobiety – o wpływ ojca bowiem w ogóle nie pytają. I tak: jeśli matka nie praktykuje, to w 92% przypadków dziecko także nie praktykuje, a w 66% jest niewierzące. Jeśli zaś matka praktykuje regularnie (co najmniej raz w tygodniu), to zdecydowana większość dzieci też praktykuje (78%), w tym sporo regularnie (48%). To punkt dla konserwatystów, którzy często mówią o roli rodziny w przekazie wiary. Choć jednocześnie – jak pokazują Vern L. Bengtson, Norella Putney i Susan Harris w książce Families and Faith (Wiara i rodzina) badającej przekaz wiary pomiędzy pokoleniami – nie wystarczy sama regularna praktyka religijna rodziców. Najskuteczniej przekazuje się wiarę tam, gdzie rodzice i dzieci mają ze sobą bliski kontakt, chodzenie do kościoła nie dokonuje się pod przymusem, rodzice nie są hipokrytami (ich deklaracje i praktyki religijne się nie rozmijają), a ojciec nie jest zimnym, autorytarnym typem. CBOS powinien to sobie wziąć do serca przy kolejnych badaniach i zapytać o rolę ojców.

Młodzi wierzący pytani o to, jakie są najważniejsze źródła (przyczyny) ich wiary, zwracają uwagę właśnie na „wychowanie religijne i tradycję w rodzinie” (58,2%), na dalszych miejscach zaś są bardziej zindywidualizowane odpowiedzi, np. „osobiste doświadczenia religijne, codzienna modlitwa, relacja z Bogiem” (24,3%) czy „dotychczasowe przeżycia i doświadczenia życiowe” (24%; podaję za badaniami Wioletty Szymczak i Tomasza Adamczyka). Osoby niewierzące znacznie chętniej podkreślają znaczenie osobistych przemyśleń i swojej autonomicznej decyzji – choć jak widać z badań nad międzygeneracyjnym przekazem wiary, dziedziczy się w pewnym stopniu zarówno wiarę, jak i niewiarę.

Czy młodzi wrócą do Kościoła na starość?

Amerykański socjolog Rodney Stark w książce Triumph of Faith (Tryumf wiary) z 2015 r. ze swadą przekonywał: „Młodzi ludzie, zwłaszcza ci przed trzydziestką, jak dotąd, a pewnie dalej tak będzie, rzadziej chodzą do kościoła niż starsi Amerykanie. Dlaczego? Ponieważ zwykle nie są jeszcze po ślubie, w soboty siedzą do późna na mieście, a w niedzielę rano odsypiają. Jednakże pokolenie za pokoleniem Amerykanie, gdy byli już po ślubie i mieli dzieci, do kościołów wracali”. Również w Polsce obserwowano stałą zależność, że poziom religijnych praktyk rósł wraz z wiekiem.

Czy „zetki” wrócą zatem do kościołów? Niekoniecznie – jak przekonuje Daniel A. Cox z American Survey Center, a jego argumenty wydają się pasować także do polskiego przypadku. Po pierwsze, Kościół (w USA Kościoły) stracił dużą część społecznego zaufania i moralnego autorytetu. Wcześniej owi imprezowicze wracali do instytucji, która była darzona społecznym szacunkiem. Obecność na niedzielnej mszy świadczyła też niejako o powadze owego dorosłego obywatela. Dziś nie jest to już takie oczywiste. Po drugie, współcześni nones są znacznie bardziej krytyczni wobec religii i jej znaczenia np. dla wychowania dzieci niż wcześniejsze pokolenia, nawet te, które były na bakier z religijnymi praktykami. Wydaje się, że także w Polsce młode osoby deklarujące jednoznacznie niewiarę mogą być bardziej asertywne w swojej decyzji o tym, by nie chrzcić dzieci i nie posyłać ich na religię. Po trzecie, generacja Z decyduje o odejściu od Kościoła na bardzo wczesnym etapie, zwykle mając ok. 14–16 lat. Nie ma więc często wielu formatywnych religijnych doświadczeń, które stanowią punkt zaczepienia dla późniejszego powrotu do religii.

Przypomina mi się tu scena z filmu Spotlight opowiadającego o bostońskim śledztwie ws. pedofilii w Kościele. Jeden z dziennikarzy grany przez Marka Ruffallo pod wpływem ujawnionych informacji mówi: „Kiedy byłem dzieckiem, naprawdę lubiłem chodzić do kościoła. Przestałem z typowych powodów. Myślałem jednak zawsze, że kiedyś do niego wrócę. Naprawdę w to wierzyłem. Ale po tym wszystkim coś się we mnie załamało”. Utrata wiarygodności przez Kościół może prowadzić do trwałego zerwania, niezwiązanego z pokoleniowym cyklem religijności.

Bardziej tolerancyjni, mniej aktywni społecznie

Jakie są właściwie konsekwencje sekularyzacji dla generacji Z, ale i szerzej dla naszego społeczeństwa?

Sekularyzacja wydaje się czasem procesem, który zmienia wszystko, a czasem procesem, który nie zmienia prawie nic; głębokim i płytkim zarazem. Wydaje się zmieniać wszystko, skoro ludzie z nastawienia na zaświaty, na wiarę w Boga i życie wieczne, na cel, jakim jest zbawienie, przestawiają się na myślenie o życiu tu i teraz, które kończy się wraz ze śmiercią. Powinna być to poważna zmiana w tym, jak rozumiemy życie i jego sens, nasze priorytety i cele. W rzeczywistości rzecz jest bardziej skomplikowana. Ani wierzący nie zajmują się tylko kontemplacją transcendencji, ani niewierzącym nie są obce metafizyczne intuicje. I pierwsi, i drudzy często sens własnego życia wiążą z innymi sprawami: rodziną, zdrowiem, dobrą pracą, relacjami z ludźmi etc., a niekoniecznie z tym, czy istnieje Bóg. Prawdopodobnie egzystencjalne znaczenie tego procesu ma znaczenie dla nielicznych, nastrojonych na to, by szukać raczej sensu „kosmicznego” i transcendentnego niż tego płynącego z codziennych, drobnych spraw.

Sekularyzacja ma pewne moralne znaczenie. Nie wpływa raczej na nasze rozumienie, czym są uczciwość, sprawiedliwość czy pomoc drugiej osobie. Widocznie koreluje jednak z naszym podejściem do kwestii obyczajowych, związanych z płcią i seksualnością. Jak zauważa wspominany już Ronald Inglehart: „Ma miejsce erozja tradycyjnej religijnej moralności, ale rozwijająca się kultura ma też swoje jasne zasady moralne. Rozwód nie jest dłużej stygmatyzowany jako grzech, ale seksualne molestowanie kobiet, które większość społeczeństw niegdyś ignorowała bądź milcząco akceptowała, stało się czymś społecznie nieakceptowanym w tych krajach – stało się grzechem na miarę tego, czym był niegdyś rozwód”.

Sekularyzacja ma też ewidentne znaczenie polityczne. Już widać, że kolejne lata będą czasem nowego układania relacji państwa z Kościołem; i to nie tylko dla nowej koalicji rządowej w Polsce. Emblematyczna była niedawna sytuacja, gdy Andrzej Duda podpisał ustawę o refundacji zapłodnienia in vitro, mimo listu przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Stanisława Gądeckiego, w którym zachęcał on prezydenta do weta. Najwyraźniej nawet Zjednoczona Prawica uznała, że czasem opłaca się postawić hierarchom.

A co z generacją Z? Dane pochodzące z USA sugerują ambiwalentne skutki odchodzenia od religii. Z jednej strony badania Verna Bengtsona pokazują, że niereligijni młodzi ludzie są z reguły bardziej tolerancyjni i mniej autorytarni niż religijni. Co jest logiczne, biorąc pod uwagę np. niechętny stosunek wielu wyznań chrześcijańskich do osób LGBT. Z drugiej strony badania Pew Research Center dowodzą, że regularne praktyki religijne – choć nie sama identyfikacja z jakimś wyzwaniem – sprzyjają społecznemu zaangażowaniu, uczestnictwu w stowarzyszeniach, klubach sportowych, organizacjach charytatywnych etc. Także polskie badania sugerują, że mimo sporej bierności naszego społeczeństwa akurat ludzie regularnie praktykujący częściej deklarują zaangażowanie w organizacje społeczne czy poświęcanie swojego czasu i pieniędzy na cele wspólnotowe. Uspołecznienie związane z praktyką religijną (zaangażowaniem w różne grupy itp.) zdaje się też służyć dobrostanowi psychicznemu.

Co dalej?

Niedawno podczas omawiania w siedzibie krakowskiego KIK-u wyników kolejnych badań nt. religijności Polaków (rezultaty projektu koordynowanego przez Piotra Ciacka zostaną opublikowane w tym roku) pojawiły się też płynące z nich rekomendacje dla Kościoła: transparentność w walce z pedofilią, zerwanie z polityką, nowy, dialogiczny sposób komunikacji z ludźmi, praca w terenie, inwestycja w małe wspólnoty i rady parafialne. To wszystko wydaje się słuszne – i godne realizacji – ale jednocześnie spóźnione. Takie zmiany – jak pokazują doświadczenia Kościoła na Zachodzie – trwają długo, a w tym czasie pojawia się rosnąca grupa osób, które układają sobie życie, nie czując potrzeby kościelnej przynależności. I choć werbalnie wspierają ewangeliczne zmiany w Kościele (bo kto właściwie – poza niektórymi hierarchami – nie życzyłby sobie, aby Kościół transparentnie rozliczał się z pedofilią?), to niekoniecznie do niego wrócą.

Nie widać na razie, by odpływ młodzieży z Kościoła miał się zatrzymać. W wielu środowiskach wielkomiejskich nową normą jest dystans wobec Kościoła – konformizm i społeczna presja, które dotąd sprzyjały religijności, mogą stać się teraz powodem dalszej erozji religijnego zaangażowania.

Oczywiście istnieją (i to spore) wyspy religijności – wciąż jest to np. region południowo-wschodniej Polski, działają sprawnie wielkomiejskie duszpasterstwa. Co ciekawe, w Polsce, jak w wielu krajach na Zachodzie, rośnie też znaczenie szkół religijnych, które stają się miejscem dla lokalnych elit (internet niedawno obiegło zdjęcie córki Mateusza Morawieckiego w warszawskiej szkole ss. nazaretanek). Rzut oka na rankingi pokazuje, że zwłaszcza na etapie szkoły podstawowej należą one często do najlepszych szkół w mieście (w Krakowie cztery z pięciu najlepszych podstawówek to szkoły katolickie). Choć zapewniają one jakiś rodzaj formacji religijnej, to jednocześnie powiązanie szkolnego przymusu z religią jest także niezłym źródłem antyreligijnego buntu. Nie będą one raczej stanowić antysekularyzacyjnej szczepionki.

Być może katolicyzm powróci jako nośnik tożsamości wraz z rosnącą wielokulturowością Polski. Może pojawiać się na sztandarach jako zbiór haseł, rytuałów i symboli, które trzeba chronić przed obcymi. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której jako jego obrońcy wystąpią politycy Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji lub ich ideowi spadkobiercy. Będzie to jednak smutny obraz, w którym katolicka powszechność zostanie sprowadzona do narodowego partykularyzmu i pałki na wroga.

Na razie zapaść trwa.


Korzystałem m.in. z raportów CBOS-u: Opinie i Diagnozy. Nr 49 „Młodzież 2021”, Religijność młodych na tle ogółu społeczeństwa (2021), Dlaczego Polacy odchodzą z Kościoła (2022), raportu KAI Kościół w Polsce 2023, artykułu D. Coxa Generation Z and Future of Faith, https://www.americansurveycenter.org/research/generation-z-future-of-faith/; Religion’s Relationship to Happiness, CivicEngagement and Health Around The World, https://www.pewresearch.org/religion/2019/01/31/religions-relationship-to-happiness-civic-engagement-and-health-around-the-world/ (dostęp: 7.01.2024)

Niedługo nakładem Znaku ukaże się książka Michała Jędrzejek Bóg umarł. Dlaczego odchodzimy od religii

Artykuł pojawił się w numerze: W kulturze ciągłej terapii