Książka Chrześcijaństwo. Amoralna religia, będąca zapisem rozmów Artura Nowaka z Ireneuszem Ziemińskim (N&Z), wzbudziła spore zainteresowanie jeszcze przed oficjalną premierą. To przełożyło się na powodzenie publikacji na rynku czytelniczym. W środowiskach, które w książce zostały wywołane do tablicy, nie doczekała się ona jednak otwartej debaty, która pozwoliłaby na rzeczową konfrontację z radykalnymi tezami autorów. Mam na myśli reakcje szeroko rozumianej teologii, zwłaszcza katolickiej.
Fundamentalna teza książki, wyrażona w tytule, a jeszcze dosadniej w ilustracji na okładce, nie pozostawia złudzeń co do treści zamieszczonych wewnątrz. Zakładając nawet publicystyczny czy popularnonaukowy charakter książki, można by oczekiwać od niej rzetelności, uczciwości i niepreferowania szkodliwych domysłów. Tym bardziej że obaj autorzy występują w roli dociekliwych badaczy „amoralnego chrześcijaństwa”. Ponieważ okładkowy Przestępca (czyli Jezus) jest główną przyczyną owej amoralności, dlatego ich teza jest jednoznaczna: „Nie ma podstaw, aby przeciwstawiać zły Kościół dobremu Jezusowi”.
Jak czytać Biblię
Nikt nie powinien mieć dzisiaj wątpliwości, że w Biblii pomieszczone zostały mity, które w sposób obrazowy, przenośny, metaforyczny czy nawet zmyślony mają przekazywać prawdy religijne. Mity są obecne nie tylko w Starym, ale także w Nowym Testamencie. Każdy, kto ma w tym względzie podstawową wiedzę, nie powinien czy wręcz nie może traktować mitów jako wydarzeń historycznych.
Już w tej materii Nowak i Ziemiński popełniają moim zdaniem przewrotny i świadomy błąd dosłownego traktowania biblijnego przekazu. Szczegółowo rozpatrują mitologiczne i legendarne narracje w aspektach, które nie legły u podstaw konstrukcji konkretnego opowiadania i w związku z tym mają charakter dalece przypadkowy. To nie przeszkadza im w traktowaniu biblijnych opisów jako reportaży, odnoszących się nawet do wydarzeń w raju.
Sięgając do Księgi Rodzaju, nasi autorzy stwierdzają więc, że co prawda Bóg stworzył świat, jednak „na początku nie zamierzał w ogóle stwarzać kobiety, tchnął bowiem życie w mężczyznę, a potem w kolejne istoty żywe”. Z czasem jednak „Bóg skorygował pierwotny plan”. Uczynił to jednak w sposób, który ufundował nierówność pomiędzy płciami. „Kobieta (issa) jest zatem dosłownie wzięta z mężczyzny (is) jako ktoś od niego mniej ważny, drugorzędny i podporządkowany jego woli, znajdujący się u niego na służbie”. W konsekwencji mamy oczywistą nierówność, a „źródłem tej nierówności, utrzymującej się nadal także w społeczeństwach demokratycznych, jest biblijny mit stworzenia człowieka”. Do tego dochodzi jeszcze historia z grzechem pierworodnym, gdzie mamy do czynienia „z Bogiem, który przypomina politycznego satrapę, narzucającego poddanym surowe prawo, żąda jego przestrzegania i grozi represjami nieposłusznym”. W zaistniałej sytuacji biedny „mężczyzna uległ kobiecie, przez co stał się jej ofiarą”.
Nie bardzo wiadomo, czy N&Z patrzą na biblijną prehistorię z perspektywy badaczy Biblii, czy też mówią czytelnikowi o swojej własnej konstrukcji obrazu Boga, zbudowanej – według ich pomysłu – na podstawie starożytnego tekstu.
Wydaje się, że chcą pokazać współczesnym chrześcijanom, w jakiego Boga wierzą, Boga, który już na samym początku się pogubił. Panowie N&Z, według z góry powziętego planu, zdają się interpretować rajską historię, a nie rajski mit, z którym mamy do czynienia. Pokazuje ona – w ich odbiorze – że to właśnie Ewa nie przestraszyła się boskiego zakazu, ale wbrew Bogu otworzyła przed ludzkością skarbnicę wiedzy. Dlatego wszyscy powinniśmy „być wdzięczni Ewie” i pozytywnie myśleć o grzechu pierworodnym, „który w rzeczywistości oznaczał nasze prawdziwe narodzenie, przebudzenie się do wolności”. O tym właśnie mówi „historia Adama i Ewy. Zamiast więc widzieć w niej przebudzenie ludzkich indywidualności, Kościół odczytuje ją jako upadek”. Z tego powodu Ziemiński ma „bardzo wiele sympatii dla Adama i Ewy”, co więcej, stwierdza, że jego zdaniem „prawdziwe stworzenie człowieka jako istoty wolnej i ponoszącej odpowiedzialność za swój los nastąpiło dopiero wtedy, gdy zbuntowali się przeciwko arbitralnemu zakazowi Boga”.
Nasi autorzy sięgają z pełną świadomością po powszechne – niestety, wciąż – odczytywanie mitu o stworzeniu jako wydarzeń mniej lub bardziej historycznych, co sprzyja tego rodzaju krytyce tekstu i snuciu najbardziej fantazyjnych domysłów. Wszak doskonale wiadomo, że nie było raju z Adamem i Ewą, nie było boskiego zakazu, nie było takiego pierwszego grzechu człowieka; po prostu nie było. Dla Kościoła oznacza to ni mniej, ni więcej, że trzeba wciąż na nowo analizować antropogenezę w świetle wiary w stworzenie czy też przemyśleć rzeczywistość grzechu pierworodnego, którą katechizm określa mianem „istotnej prawdy wiary”.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że N&Z zajmują się krytyką samego mitu, wytykając najdrobniejsze błędy jego starożytnemu autorowi, odkrywając nawet, że Bóg nie mógł grozić śmiercią Adamowi i Ewie, skoro „pierwsi ludzie nie mogli przecież wiedzieć, czym jest śmierć”. Gdyby nasz tandem zajął się pisaniem mitu o stworzeniu, z pewnością uniknąłby takich wpadek. Poza tym wymyśliłby lepszego Boga. Takich propozycji korekt jest w książce oczywiście więcej.
Abraham
Ojciec narodu Abraham jest kluczową postacią Starego Testamentu. W omawianej publikacji poświęcono mu wiele miejsca w kontekście próby, na jaką miał go wystawić sam Bóg. Mając świadomość legend otulających ojca narodu, wbrew fundamentalnym zasadom egzegetycznym, N&Z traktują (zgodnie z przyjętą metodologiczną ideologią) zapisy na jego temat jako relacje historyczne. Ochoczo przyjmują przekonania wielu egzegetów kaznodziejów, że historia ofiary Abrahama – ofiary z jego syna Izaaka – wyglądała tak, jak została opisana w Księdze Rodzaju. I wykorzystują to do oceny zarówno Boga, jak i Abrahama. Ten ostatni, jak podkreślają, był gotów „zabić swego syna, by spełnić Boży nakaz”, przez co okazał się „istotą bezmyślną, pozbawioną serca, jakimś ślepym narzędziem w ręku kapryśnego Boga”. „Zaparł się ojcowskiej miłości” i był gotów „złożyć syna w rytualnej ofierze”, a to „z punktu widzenia naszego rozumienia ojcostwa (…) rzecz zatrważająca”. I tu właściwie rzeczona rozmowa mogłaby się zakończyć, gdyż nie ma wątpliwości, że „przykład ten niszczy wszelką etykę, a wiarę w Boga czyni amoralną”. Jeszcze wielokrotnie nasi interlokutorzy nawiążą do „historii” Abrahama, „który w imię posłuszeństwa absurdalnemu żądaniu Boga gotów był zabić syna”.
Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że opowiadanie (mit, legenda) o Abrahamie i Izaaku jest nie tylko opowieścią o (wzorcowej) wierze Abrahama, ale także (a może przede wszystkim) protestem rodzącego się judaizmu przeciwko składaniu dzieci bóstwom w ofierze, co było powszechną praktyką w religiach narodów sąsiednich, w czasach współczesnych protoplaście.
To bez wątpienia była potężna rewolucja, wyprzedzająca o stulecia konstytucje wielu religii, sama w sobie wcale nie tak oczywista nawet dla Żydów. W 11. rozdziale Księgi Sędziów czytamy, że Jefte złożył ślub Jahwe, obiecując Mu ofiarę całopalną z pierwszego człowieka napotkanego po odniesionym zwycięstwie. Słowa dotrzymał, mimo że owym człowiekiem okazała się jego własna córka.
Mają rację nasi autorzy, że w interpretacjach kościelnych (np. w katechizmie) motyw krwawej (choć niedokonanej) ofiary z Izaaka jest wyraźnie obecny. Są to przede wszystkim zapowiedzi „odkupieńczej ofiary, złożonej przez Boga ze swego Syna na krzyżu, by wybawić ludzkość z grzechu”. Przemyślenie na nowo wykładanej w powszechnym nauczaniu idei odkupienia polegającego na tym, że Bóg „wydał na śmierć swego jedynego Syna, aby nas wykupić z niewoli grzechu (…) dlatego, że żadna inna ofiara nie była go godna, tylko męka i śmierć Syna mogły go zadowolić, sprawiając, że przebaczy nam zdradę i grzech”, wydaje się dla Kościoła palącym zadaniem. Nowak i Ziemiński swoją prostolinijnością (która, niestety, czasem przybiera formę karykaturalną) dostrzegają w chrześcijańskiej idei zbawienia daleko idące i szokujące konsekwencje. Mówią wprost o okrucieństwie, o poważnym problemie psychicznym samego Boga. Trudno nie dostrzec, że tego rodzaju sformułowania nie są dobrą drogą do prowadzenia dialogu czy choćby rozmowy ze światem, dla którego biblijne mity są czymś „więcej niż mit”. Nie można badań naukowych czy nawet publicystycznych analiz świata judaistyczno-chrześcijańskiego traktować na równi z popularnonaukową analizą starożytnych mitów greckich czy rzymskich. Nie można, jeśli oczywiście chce się zachować elementarny szacunek dla ludzi, którzy według Biblii ukształtowali swój los. Chyba że jest się ateistycznym dogmatykiem, który nie ma wątpliwości, że miliardy ludzi wierzących, przeżywających dobrze i pięknie swoje życie, tkwiło i tkwi w poznawczym i moralnym błędzie, sprzeniewierzając się przy tym swojemu najgłębszemu ludzkiemu powołaniu. I nie chodzi tu w żadnym razie o ochronę uczuć religijnych, ale o szczególną rzetelność i uczciwość w prowadzonych dociekaniach.
Jezus
Jezus to bohater z okładki kontrowersyjnej publikacji, która nie pozostawia wątpliwości co do jego negatywnej czy wręcz przestępczej roli w dziejach znacznej części ludzkości. Zdumiewa niezachwiane przekonanie Ziemińskiego – marginalne we współczesnej biblistyce – że Jezus na arenie społeczno-religijnych idei Izraela pojawił się jako działacz polityczny, jako rewolucjonista, który nie zrobił rewolucji, ponieważ nie widział możliwości jej powodzenia: „Uważam Jezusa bardziej za przywódcę politycznego niż religijnego”. Potęga Rzymu była zbyt wielka, by narodowa rebelia się powiodła. Stąd też Ziemiński wyznaje: „W tym sensie broniłbym Jezusa jako trzeźwego przywódcę narodu, który chce obronić jego biologiczny byt”. Sytuacja geopolityczna nie stwarzała nadziei na przeprowadzenie jakichkolwiek działań militarnych, które nie groziłyby totalną porażką, a w konsekwencji możliwą eksterminacją narodu. Dominujący w ewangeliach staje się „obraz Jezusa jako trzeźwego politycznego buntownika”. Mimo to, a może właśnie dlatego Jezus pozostał rewolucjonistą niespełnionym, który nie przestał myśleć o powodzeniu swojego przewrotu, choć w zaistniałej „sytuacji musiał poszukiwać rozwiązań alternatywnych”. N&Z wiedzą nawet, że „Jezus marzy o wspólnocie ludzi podporządkowanych Bogu, której będzie przewodził jego ziemski wikariusz – Piotr”. Mimo politycznych intuicji nie miał żadnego genialnego pomysłu. „Nie głosił wcale bardziej wzniosłej etyki niż przedstawiciele innych religii”. Rozczarowuje, kiedy kobietę kananejską przyrównuje do psa, w istocie swej niższą od Izraelity, a wysłuchuje jej prośby tylko dlatego, że uwierzyła w jego mesjańskie posłannictwo. Nakaz, że „człowiek ma obowiązek czcić Boga czy wprost go miłować, jest niewolniczy”. Mimo politycznych ambicji „Jezus był radykalnym fundamentalistą religijnym”, gotowym oddać „celowo swoich wiernych w szpony szatana, aby wypróbować ich wiarę”. Nie ma on też „żadnego zrozumienia dla ludzkich słabości”, „nie potrafi wczuć się w dramaty przeżywane przez cierpiących i bezbronnych ludzi”. Można powiedzieć, że „w gruncie rzeczy nie szczędził inwektyw nikomu” , choć – twierdzą też – wobec faryzeuszy nie był już tak surowy.
W świetle powyższych interpretacji trzeba uznać, że autorzy ewangelii nie sprostali zadaniu, którego się podjęli. Wszak należeli do organizacji, która była u początku swej przestępczej działalności, i nie zadbali o to, by obraz Założyciela był idealny. Zrobili to celowo czy po prostu tak im wyszło? Pewnie się pogubili i ujawnili to, czego ujawniać nie powinni. Ale jak wiadomo, jednoznaczne stwierdzenie, co z nauki ewangelii można uznać za pochodzące bezpośrednio z ziemskiego nauczania Jezusa, a co zostało przez pierwotny Kościół jemu przypisane czy wręcz włożone w jego usta, przy nawet najlepszych intencjach i zaangażowaniu naukowych osiągnięć jest praktycznie niemożliwe. Nasi autorzy zdają sobie z tego sprawę, jednak zgodnie z przyjętą przez nich metodą, opierając się na kulturowo-kaznodziejskich obrazach i opiniach, najpierw definiują nauczanie Ewangelii jako niemoralne, by następnie uznać, że jej autorem jest Jezus. I od niego wywodzą całe zło Kościoła, nie tylko w jego początkach, lecz także, a może przede wszystkim dzisiaj.
Przestępstwo pierwsze – przykazanie miłości Boga i bliźniego
Całe zło Ewangelii ma swoje źródło w przykazaniu miłości, z którym N&Z ochoczo się rozprawiają. Argumentują: Jezus połączył dwa starotestamentowe przykazania miłowania Boga i miłowania bliźniego w jedno podwójne przykazanie. Dał „w ten sposób do zrozumienia, że obowiązki wobec człowieka są wtórne względem obowiązków wobec Boga, a nawet, że nie da się kochać ludzi, jeśli wcześniej nie ukochaliśmy Boga”. Stąd też „rozprawę z przykazaniem miłości bliźniego powinniśmy rozpocząć od zwrócenia uwagi na samo słowo »przykazanie «, które może się okazać pomocnym kluczem do rozumienia nie tylko chrześcijaństwa czy judaizmu, ale także innych religii, traktujących ludzi w dużej mierze jako istoty niedojrzałe, naiwne, dziecinne, które trzeba prowadzić za rączkę”. Przykazanie miłości swoją moc czerpie nie z fundamentalnej relacji szacunku do ludzi, „lecz stąd, że Bóg nakazał nam ich miłować”. A to – jak podkreślają N&Z – jest bez wątpienia powodem dehumanizacji i odebraniem człowiekowi podmiotowej autonomii. Miłość bliźniego wypływająca z miłości ku Bogu jest instrumentalizacją ludzi, jest nade wszystko uczczeniem Boga i sposobem na osiągniecie zbawienia. Stąd prosta droga do odkrycia, że miłość bliźniego ze względu na Boga jest niemoralna, a przykazanie miłości bliźniego jest pełne ciemnych stron. Na dodatek gdy chodzi o „przykazanie miłości bliźniego, trudno w nim dostrzec zasadę szczególnie oryginalną”, a jeśli „w miłości bliźniego widzimy przykazanie Boże, to staje się ono elementem pobożności raczej i odniesienia do Boga niż zasadą moralną”. Dramatyzm takiej sytuacji potęguje fakt, że „przynaglenie człowieka do bycia przyzwoitym jest zbudowane na lęku”. Wierzący postępują dobrze, „zachowując posłuszeństwo przykazaniom czy może nawet tylko dlatego, żeby uniknąć ognia piekielnego”. W takiej perspektywie N&Z stwierdzają, że przypowieści biblijne na temat (miłości) bliźniego ich rozczarowują.
Z owego rozczarowania wywodzą karykaturalne nauczanie, że „człowieka należy afirmować tylko wtedy, jeśli mieszka w nim Chrystus”. „Z perspektywy etyki bardziej humanistycznej niż religijnej jest to trudne do zrozumienia, gdyż dajemy głodnemu kawałek chleba po prostu dlatego, że jest głodny, bez żadnych dodatkowych racji. Nie musimy w nim widzieć ukrytego Boga, żeby mu pomóc”. Oczywiście. Ale ponieważ w Ewangelii Chrystus utożsamia się z każdym najmniejszym, to tym samym zachęca czy wręcz zobowiązuje, by każdemu (bez wyjątku) przyjść z pomocą, jeśli nawet pojawi się tysiąc argumentów, by tego nie robić. N&Z nie ustępują i powtarzają (wcielając się w wierzących), że „moja motywacja do czynienia dobra musi być wsparta religijnie”. Zawężają krąg beneficjentów. „W przykazaniu miłości bliźniego nie chodzi zatem o wszystkich ludzi, lecz jedynie o osoby należące do ściśle określonej grupy, którą z jakiegoś powodu uważamy za bliską nam samym. Bliźnimi nie są zatem obcy czy wyznawcy innych religii”. Tych niebliźnich trzeba przede wszystkim wyzwolić z błędnych wierzeń i doprowadzić do prawdziwego Boga. A tak w ogóle „w nauczaniu Jezusa: nie ma…