Subskrybuj
Ilustracja: Natalia Nosova
Pisarka i krytyczka literacka. Za swój debiut książkowy pt. Żywopłoty otrzymała Nagrodę im. Cypriana Kamila Norwida oraz Nagrodę Literacką KMLU. W 2022 r. opublikowała powieść Ucichło (Wyd. W.A.B)

Tsunami

Jestem tykającą bombą. Moja głowa to tykająca bomba. Mam w głowie tykającą bombę.

Jednak pierwszym dźwiękiem, który usłyszałam, nie było tykanie, tylko cichy chlupot, odgłos gotującej się wody w drugim pokoju, na tyle daleko, by go zignorować.

Z czasem chlupot zmienił się w ciurkanie z niezakręconego kranu, a z kolei ciurkanie w wyraźny odgłos wody uderzającej o krawędzie naczynia albo brzeg. Jak w potrząsanej butelce z napojem gazowanym. Kiedy nieruchomiałam i nie myślałam zbyt wiele, odgłos cichł, woda się uspokajała, a ja wyobrażałam sobie, że mam w głowie jezioro o szklanej spokojnej tafli. Żeby jej nie wzburzyć, starałam się myśleć możliwie jak najmniej i nie poruszać głową. Chodziłam miękko, na przygiętych nogach. Jak kobiety w Afryce z dzbanami na głowie, tyle że zamiast dzbana mam po prostu głowę i w niej noszę wodę.

– Pani głowa jest jak balon – powiedziała mi lekarka.

To była stara kobieta, bardzo zmęczona. Miała suchą skórę układającą się w sęki.

Słowo „balon” jest pełne wody. „Balia” i „baniak” też. Słowo „chlupot” oddaje dokładnie to, co słyszę, gdy poruszam głową. Słowo „tsunami” przypomina to, co się stanie, gdy nadejdzie.

W głowie można mieć różne rzeczy. Można mieć pstro, czyli nic, najlepiej jednak mieć coś – i może być to nawet ciecz, ale innego rodzaju, aksamitna w dotyku, taka, jaka zawsze wypływa na wierzch. Najlepiej mieć olej w głowie, bo olej to energia, a nie ma właściwie nic lepszego niż energia. Na pewno nie należy mieć w głowie wody. Wody nie da się przetworzyć na energię, chyba że w głowie ma się jeszcze młyn, lecz to się podobno nie zdarza. Zazwyczaj pacjentki mają pospolite wodogłowie, bez cech młyna, zazwyczaj woda zaczyna się wylewać przez otwory oczne, nieraz także uszne, w najgorszym razie przez otwór jamowo-gębowy, ale to i tak jest lepsze niż tsunami w głowie, skutkujące całkowitym zalaniem tkanek, które zdarza się wtedy, gdy woda nie ma ujścia i powstaje fala uderzeniowa, rozsadzająca głowę od środka.

– Kurek – powiedziała zmęczona pani doktor. – Wszczepimy pani kurek i będzie po sprawie. Będzie sobie pani upuszczała wodę co i raz, żeby ciśnienie nie narastało. Przyzwyczai się pani.

To mnie uspokoiło. Jeśli do czegoś można się przyzwyczaić, to znaczy, że nie jest tak źle. Pokiwałam głową. Wtedy dodała:

– Ale z tej operacji może się pani nie obudzić, trzeba mieć tego świadomość.

W szpitalu codziennie sprawdzają, czy mam świadomość, bo od tego zależy kwalifikacja do zabiegu.

– Mam – zapewniam gorliwie pielęgniarkę. – Mam pełną świadomość – mówię, bo tak mnie nauczono, a nie dlatego, że to prawda. – Tyle że ja mam synka… – dodaję niepewnie, jednak ona nie reaguje. Jest zajęta. Ściąga z łóżka prześcieradło. Jednym ruchem. – Synek jest malutki, ma oczy… i bródkę…

– Nic nie poradzę – odpowiada zniecierpliwiona. Podchodzi do kolejnego łóżka. – Trzeba mieć świadomość – przestrzega.

– Ale synek! Synek! – powtarzam i robię krok w jej stronę, bo wydaje mi się, że coś w jej ruchach drgnęło i być może jest dla mnie jeszcze nadzieja.

Musiało mi się jednak tylko zdawać, bo ona odwraca się do mnie oburzona.

– Nie pani jedna ma synka. W sali po prawej wszystkie mają synków.

Niektórzy mi mówią:

– To tylko kurek. Wszczepią i po tygodniu będziesz jak nowa.

Ale inni wciąż przypominają:

– Różnie może być, musisz mieć świadomość.

Z kolei ci, którzy osiągnęli w życiu sukces, przychodzą dobrze przygotowani. Wiedzą, że ludzie na czarnym rynku sprzedają wodę odciągniętą z głowy, bo doskonale działa na system korzeniowy roślin i ponoć ma też inne cudowne właściwości.

– W internecie aż huczy od ofert. Zobaczysz, to odmieni twoje życie! – mówią.

– Tyle że ja mogę umrzeć… – przebąkuję, ale i na to mają odpowiedź:

– Każdy może umrzeć, lecz nie każdy może na tym zarobić. Spróbuj myśleć o tym w ten sposób.

Chlupot nie pomaga mi myśleć w ten sposób ani w żaden inny, bo kiedy myślę, przybiera na sile, zaczynam więc spacerować. Idę na przygiętych nogach do sali po prawej. Głowa, ciężka od wody, przechyla mi się raz na jedną, raz na drugą stronę, co pewien czas muszę prostować ją ręką. W sali po prawej jest osiem łóżek ustawionych w równych odstępach, ale kobiet jest więcej, siedzą w grupkach na łóżkach i rozmawiają, żywo gestykulując i chichocząc. Zakrywają przy tym usta dłońmi i uciszają się nawzajem. Nie robią wrażenia chorych, raczej wyglądają, jakby były na koloniach. Na wszystkich szafkach nocnych stoją zdjęcia w ramkach. Kiedy wchodzę, z łóżka najbliżej drzwi wstaje pacjentka i podchodzi do mnie.

– Co masz? – pyta szeptem. Uśmiecha się. Ma długie kasztanowe, lśniące włosy, co wydaje mi się nie na miejscu.

– Synka.

– To lepiej niż córeczkę – odpowiada. – Ale ja pytam nie o to. – Chichocze.

– Wodogłowie – pospiesznie odpowiadam.

Moja diagnoza cieszy pacjentkę, uśmiecha się jeszcze szerzej i teatralnie klaszcze w dłonie, nie wydając dźwięku. Nachyla się i szepcze:

– Musisz zawalczyć o słoik. Lekarze nie będą chcieli dać, ale nie pozwól go sobie odebrać. – Bierze mnie pod rękę i prowadzi na korytarz.

Nie ma tu krzeseł ani ławek, stajemy więc przy zasłoniętym roletami oknie. Parapet jest za wąski, żeby na nim przysiąść, ale jeśli już musimy stać, to lepiej to robić w kącie. – Oni liczą na to, że ty nic nie wiesz – szepcze. Nie rozumiem, co ma na myśli, zatem pacjentka wszystko mi tłumaczy. Wody płodowe stoją ponoć najniżej na rynku. Woda z kolana czy łokcia ma już całkiem przyzwoitą cenę, ale najcenniejsza jest oczywiście woda z głowy i tylko ta potrafi każdy uschnięty badyl przemienić w prawdziwą dżunglę.

– Są też oczywiście tacy – mówi z przejęciem konspiracyjnym szeptem pacjentka – którzy tę wodę dolewają nie tylko do doniczek. Wiesz, co mam na myśli. – Szuka w moich oczach porozumienia, więc kiwam głową, choć nie mam pojęcia, o czym mówi, ale tego mnie nauczono. Grzecznie się godzić, gorliwie potakiwać.

Kiedy mija nas pielęgniarka, pacjentka prostuje się i głośno oznajmia:

– To prawda, pogoda dziś dopisała! – A potem mruga do mnie i odchodzi, gładząc się po ledwie zaokrąglonym brzuchu.

Przychodzi mi do głowy, że pacjentka jest dziwna, być może zupełnie szalona. Stoję jeszcze chwilę przy parapecie i czekam, aż chlupot ucichnie, zanim ruszę na przygiętych nogach do mojej sali.

Z całej rodziny najczęściej odwiedza mnie wuj Alojzy, bo jako jedyny nie ma nic innego do roboty i mieszka blisko szpitala. Synka nie przyprowadzają do mnie nigdy, w końcu to nie miejsce dla dzieci, co do tego wszyscy są zgodni. Na wuja Alojzego mówi się Alek, choć zupełnie to do niego nie pasuje, dlatego ja myślę o nim zawsze „wuj Alojzy”, a do niego zwracam się po prostu „wuju”. Ale zwracam się rzadko. Zanim trafiłam do szpitala, widywaliśmy się tylko przy okazji świąt, nigdy nie rozmawialiśmy w cztery oczy, więc w czasie naszych spotkań na żeńskim oddziale chorób hydrologicznych panuje zazwyczaj krępująca cisza. Wujowi to nie przeszkadza. Gdy siedzi obok mojego łóżka na metalowym stołku, brodę i dłonie podpierając na drewnianej lasce, wydaje się bardzo zadowolony.

Jest jeszcze inny wuj – Alfred – którego widziałam tylko raz, kiedy miałam cztery lata, ale tego nie pamiętam. Wuj Alfred mieszka za granicą i dlatego nie może mnie odwiedzać. Jednak wuj Alojzy dzwoni do niego po każdej wizycie i zdaje mu relacje z naszych rozmów i mojego stanu zdrowia. Wymiany zdań między nami są jednak drętwe, a mój stan zdrowia niezmienny, zatem podejrzewam, że wuj Alojzy chce po prostu wykorzystać jedyną w swoim życiu sytuację, w której wie o czymś więcej niż wuj Alfred. Podobno gdy byli dziećmi, wuj Alfred wiecznie Alojzemu coś…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Pokolenie sztucznej inteligencji