W dyskusjach na temat twórczości Masłowskiej rzadko podnosi się zagadnienia metafizyczne. Metatekstowe, metarefleksyjne, nawet dotyczące metamimesis – chętnie, zasadnie, bogato. Najnowsza proza autorki nie pozwala jednak utrzymać tej strategii. Zmusza nie tylko do zmierzenia się z mokrą i zimną wizją zaświatów, ale i zadania pytania o to, gdzie współczesna proza może postawić granicę, za którą udajemy się (bądź nie) w stanach innej świadomości.
O tym, że dzieje się w tej prozie coś nieoczekiwanego, zorientowałam się w kilku odsłonach. Początkowo towarzyszyła mi niejaka konfuzja, mieszająca się z irytacją i przytłoczeniem, z której trudno było mi wybrnąć. W pierwszym podejściu była to dla mnie bowiem lektura przywołująca przede wszystkim doskonale już znaną tonację, rejestr stylistyczny i bezlitosne portrety bohaterów. Nawet odjazdy narkotykowe znane z wcześniejszych utworów znajdowały tu kolejną realizację. Proza pozornie parodystyczna, zasadniczo krytyczna wobec zarówno śmieciowości miejskiej rzeczywistości, jak i inicjatyw podejmujących próbę jej oczyszczenia i znormatywizowania. Przenikliwa, ale i w tej przenikliwości repetytywna. Trudno było mi jednak pogodzić tę powierzchowną refleksję ze zmieszaniem, które mimo wszystko mnie nie opuszczało. Wycofałam się z tej lektury, zorientowawszy się, że rolę odgrywa tu – niespodziewanie – jej zewnętrzny kontekst.
Magiczna rana to bowiem premiera późnowakacyjna.
Reklamowaną przez Wydawnictwo Karakter jako powieść, nową prozę Masłowskiej na pewno łatwiej opisać jako zbiór opowiadań z wyrazistymi tematami czy nawet wątkami wspólnymi. Mimo tej fragmentarycznej formy nie sposób korzystać z uroków rozproszonej czy przerywanej uwagi, na które zwykle pozwalają opowiadania. Bliżej jej raczej do Innych ludzi (2018), którzy wymagali pełnej koncentracji i interpretacyjnej pieczołowitości. Nadmiarowo wręcz ciągła, wielogłosowa forma tego poprzedniego tekstu była jednak przede wszystkim mroczna, lepka, przytłaczająca i naprawdę straszliwa. Zaskoczyły mnie skojarzenia, jakie u mnie wzbudziła z Szatańskim tangiem László Krasznahorkaiego. Do dziś to zestawienie wydaje mi się – mimo zasadniczych różnic dzielących oboje pisarzy – trafnie oddawać emocjonalną reakcję, jaką mogą powodować Inni ludzie. Także precyzja tego ostatniego utworu, jego rytmiczna obsesyjność nie pozwalały się zdystansować wobec tekstu. Łatwo jest od niego całkowicie uciec, fundamentalnie się mu sprzeciwić, aniżeli wokół niego drobić, sięgać po kolejne części, co jakiś czas powracać.
Magiczna rana zdaje się budować na tym literackim doświadczeniu, jednak będąc już z niego wyzwoloną.
Przeciwstawienie jej Innym ludziom byłoby jednak zbyt łatwe. Odnoszę wrażenie, że gęstość i mrok doświadczenia wyrażonego w części nowych opowiadań są wciąż bliskie tekstowi sprzed kilku lat, w innych dostrzec można już tonację bardziej niejednoznaczną. Zastanawiając się nad odpowiedzią na nieco rozprawkowe pytanie o najnowszą powieść Masłowskiej na tle jej dotychczasowej twórczości, łatwo popaść – z jednej strony – w bombastyczną poetykę odrodzenia, odzyskiwania, powrotu i hitu albo – z drugiej – w manierę postrzegania teraźniejszości już w świetle historii literatury. O ile ta druga strategia jest w dłuższej perspektywie nieunikniona o tyle pierwszą można postrzegać jako próbę poradzenia sobie z nowym tekstem literackim nieobstawionym jeszcze interpretacyjnymi rusztowaniami. Jestem przekonana, że tym razem chwilowy entuzjazm będzie udziałem wielu odbiorców szukających na półkach księgarni… No cóż, zwykle nie Masłowskiej.
Znaki rozpoznawcze
Rozmawiając o nowej prozie autorki Między nami dobrze jest, nie sposób pominąć innych sfer jej – w ostatniej dekadzie dynamicznie się rozwijającej – twórczości. Ze sporym, chociaż nie zawsze pozytywnym, oddźwiękiem spotkały się piosenki i teledyski współtworzone przez Masłowską (jak Chleb czy późniejsze Motyle). Nie jestem pewna, czy ich rozpoznawalność przyczyniła się do popularności jej książek – nie postrzegam jednak twórczości muzycznej jej autorstwa jako służebnej wobec prozy. Zasadne było wyświetlanie kilka lat temu teledysku do utworu HAJ$ na wystawie Bogactwo w warszawskiej Zachęcie. Szansa na przebicie się tego rodzaju piosenek do mainstreamu była natomiast nikła. W przeciwieństwie do zbiorów felietonów Mam tak samo jak ty (2023) czy wcześniejszego Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu (2017).
Oba zbiory – i ich wcześniejsze publikacje odpowiednio w „Tygodniku Powszechnym” i „Dwutygodniku” – znalazły szerokie grono czytelników. Także tych, którzy Pawia królowej ani dramatu Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku nie przełknęliby nie tylko w okolicznościach letnio-rozlazłych. Oba tomy pozwoliły wielu odbiorcom zbliżyć się do „jakiejś” literackiej Masłowskiej – piszącej nadal charakterystycznym dla siebie językiem, lecz w wersji family friendly. Nie obniża to jakości tych tekstów, raczej ujawnia subtelną różnicę między językiem autorki a językiem jej prozy. Ta przystępność i lekkość zbiorów felietonów sprawiała mi zresztą sporą przyjemność, którą jednak z czasem zawsze – ze względu na specyfikę gatunku – gubię. Pamiętając drobiazgi, obrazy i okazjonalnie popadając w otchłań „gdzieś to było”, czemu towarzyszy mrużenie wzniesionych w górę oczu. A to przecież nie tak, że nie ma czego pamiętać. Jak ten tekst o końcówce lockdownu i spojrzenie Masłowskiej na własne biurko i papiery. Ten o porannym dworcu. Albo o zakupach wypadających w autobusie: „Pamiętam również jakieś gramolenia, dupy, nogi, wózek inwalidzki. Przede wszystkim jednak, że w napadzie nagłej schludności ścigam po podłodze na czworakach te zakupy, te pomarańcze, wyciągam je spod siedzeń. Niby zdając sobie sprawę ze swego upodlenia i niedorzeczności swoich wysiłków, jednocześnie zaś ulegając nieprzemożnej potrzebie zaprowadzenia ładu i dobra na miejsce bólu i poniewierki”.
Prozy Masłowskiej zgubić w mgle serdecznego zapomnienia natomiast nie sposób.
Przez lata wielogatunkowej twórczości niełatwo przygotować też roboczy werdykt, choć wydaje się, że gotowość do odrzucenia i osądu literatury skłonnej do ironii, celowego gubienia tropów i wykorzystywania bachtinowskiej dialogiczności języka jest dziś duża i narasta. Tymczasem wszystkie te strategie stanowią znak rozpoznawczy Masłowskiej właściwie w każdej odsłonie dramatycznej i prozatorskiej. I niełatwo daje się przepisać na krzepiące morały oraz czułe zachęty. W tej sprawie należałoby się zwrócić do innych pisarek preferujących ten model literatury i komunikacji.
Schować się w języku
Mimo to relacje Masłowskiej z publicznością (20 lat temu także z krytyką, dziś o wiele bardziej przychylną) można by opisać zapożyczonymi tytułami. W mniej intensywnych momentach: „polskie drogi”; w tych najtrudniejszych: „polskie piekło”. Odnoszę wrażenie, że twórczość autorki skupia jak w soczewce bieżące dyskursy literackie i popularne – wyostrzając linie sporu, ujawniając ich myślowe gotowce, ale też dylematy wobec jej tekstów w zasadzie niezależne. Z trudem brnęłam kilka lat temu przez archiwalne dyskusje wokół Wojny polsko-ruskiej…, zajętej tyleż oceną samego (spektakularnego) debiutu literackiego, co próbą redefinicji kwestii fundamentalnych: czym jest literatura, po co jest krytyka, kto może i powinien pisać literaturę oraz – możliwe, że najważniejsze – czy Masłowska może doprowadzić kulturę polską do zagłady. Odnoszę wrażenie, że nieco się od tego czasu w krytyce literackiej – z braku lepszego słowa – ogarnęliśmy. Mniejszą moc rażenia przypisuje się też literaturze – ekscentryczna zdawałaby się chyba dziś wizja powieści, która może „zepsuć młodzież”, nadszarpnąć czystość języka i aspiracyjno- duchowy obraz polskiego pisarza.
Kontrowersje nie znoszą jednak próżni.
Z imponujących rozmiarów wielogłosowego sporu krytycznego wokół Wojny… organizowanego początkowo przez nazwiska Dunin-Wąsowicz, Klejnocki, Pilch, Świetlicki, prześlizgnęliśmy się do zgoła anonimowego, lecz tłumnego jednogłosu ledwie przetykanego kanego głosami zrezygnowanego votum separatum. Podczas koszulka gate, gdy Masłowska zareklamowała ubrania znanej marki odzieżowej hasłem: „Medicine uśnieża ból istnienia” (sic!), oskarżono ją o szkodliwe szyderstwo z chorób psychicznych oraz niewrażliwość na kryzys klimatyczny. Także współprojektowane przez nią T-shirty spotkały się z podobną reakcją. Bardziej niż samego – boleśnie przewidywalnego – skandalu współczuć można było pisarce konieczności nie tylko tłumaczenia intencji autorskiej, ale także objaśnienia swojego rozumienia swobody twórczej. Pogłosy rytualnego oburzenia opinii publicznej kampanią reklamową oraz użytą na koszulce frazą „lecz się” w Magicznej ranie są liczne i wielopostaciowe.
Frapujące wydaje się, że w utworze tym gotowce oburzenia i szybkie frazy eksponujące rytualną troskę o siebie splotły się z nieprawdopodobnie wręcz dziś powszechnym dyskursem pop-psychologicznym. Jedna z nich: „Wyglądała jak taka, której ciągle masz ochotę powiedzieć: proszę, zjedz coś. Ale nie mówisz, bo wiesz, że świadoma swoich uprawnień poda cię niezwłocznie do sądu psychologicznego, w którym zostaniesz w wycieńczającym procesie skazany na wieczną infamię za jakąś psychozbrodnię, która ma nazwę tylko po angielsku”. Większość bohaterów tych opowiadań zdaje się poszukiwać języka, który ochroni ich przed intruzywnością rzeczywistości, pozwoli skryć się za frazami obiecującymi podmiotową autonomię i dobrostan. Zdarzają się tu wprawdzie przewidywalne pastisze dyskursów o celiakii / alergii / wegetarianizmie / recyklingu / zdrowej żywności, ciekawsze było dla mnie jednak to, jak bardzo bohaterowie starają się schować w tym języku, pozwalającym stworzyć swoisty bufor pomiędzy trywialną drastycznością późnej nowoczesności a ich ciałami, emocjami, ranami. W tym można chyba widzieć pewną stałą twórczości Masłowskiej – w ufności jej bohaterów wobec języka, której ona sama zdaje się nie mieć. I jak boleśnie dociera do nich świat zewnętrzny zza tej językowej mgły, którą próbują się osłonić.
Najmniej dotkliwa i złożona wydaje mi się ta diagnoza w dawniejszych utworach Masłowskiej, które starają się zbliżyć do konwencjonalnego rozumienia powieści, całkiem klarownego zakreślenia perspektywy bohaterów czy światopoglądu wyzierającego zza wykreowanych wydarzeń.
Kochanie, zabiłam nasze koty to jednak utwór już sprzed dekady, z dzisiejszej perspektywy będący nieomal interludium w twardej oprawie, może pisarskim odpoczynkiem, a może przeciwnie – podobnie jak w przypadku twórczości Magdaleny Tulli od Włoskich szpilek – próbą wyjścia poza własne literackie zaklęte rewiry.
Magiczna rana jest w tym sensie próbą spełnioną, bo trudną na pierwszy rzut oka do uchwycenia. Taką, z jaką można się wadzić nie tyle na poziomie szczegółów i obserwacji (widać tu doskonale zyski, jakie felietonistyka odegrała w ewolucji twórczości Masłowskiej), ile ujęcia całości. Powrócę na moment do tej konfuzji i jej kontekstu.
Powracające frazy
Poniosło mnie z Magiczna˛ rana˛ do północno-wschodniej Polski, gdzie subtelne uroki jezior i lasów przerywały raptowne interakcje z innymi podróżnikami i towarzyszami rejsów. Piszę „raptowne” jednak nie ze względu na walor emocjonalny tych relatywnie nieistotnych wydarzeń, lecz ich formy narracyjne. Rozmowy zaczynały się tak, jak gdyby poprzedzała je długa zażyłość, rodzaj intymnej pewności, jaką wrażliwość i humor reprezentują jeszcze chwilę temu obcy – teraz siedzący z nami twarzą w twarz na łódce na Rospudzie. Mówienie zajmowało tam całą przestrzeń i czas, sprawiało, że trudniej spoglądało się na mijane drzewa, ptaki, odnotowywało śluzowanie, a nawet rozmowę, którą samej się gdzieś na boku prowadziło. Rozmowy i monologi miały charakter uporczywy, poufały, rubaszny, a cisza jawiła się jako ostateczny dyskomfort i widmo wspólnej porażki. In medias res to złota reguła familiarnej komunikacji. Jesteśmy w środku, z którego nie sposób znaleźć wyjścia, ale także za nic w świecie nie można przypomnieć sobie żadnego początku i wejścia, które przecież musieliśmy kiedyś minąć. To ni mniej, ni więcej poczucie przymuszenia do udziału w językowym obrazie świata. Takim, jaki zostawia w świadomości całe frazy, językowe zrosty i zniekształcenia, niespodziewane paradoksy, pleonastyczne formuły. Powracają one później w moim umyśle jak dżingle i piosenki z reklam z lat 90., które – jestem pewna – większość z nas będzie w stanie zanucić nawet na łożu śmierci. Mają ogłupiającą moc, a zarazem jakoś dziwnie uspokajają, przywiązując do znanej, namacalnej rzeczywistości.
Fraza „skóra zdjęta z mamy” powraca do mnie po tych wakacyjnych rozmowach tak wiele razy, że zaczyna grać razem z tytułem powieści Masłowskiej.
Fakt, że widzę ją zgoła niefiguratywnie, tylko dosłownie, jest przewidywalny. Ale powraca też wtedy, gdy imię nastoletniego bohatera Magicznej rany staje się niewypowiadalne z powodu utożsamienia go ze zmarłym wujem. Gdy bohaterka czuje, że pęka z urojonej miłości; gdy identycznie uformowane ciała kobiet zaczynają przypominać wielopaki. I kiedy pojawia się refleksja, że: „Ojciec zresztą także nie należał do jednostek, które dobrze jest przykładać do ran, chyba że chce się je poszerzyć, pogłębić i powstrzymać na zawsze od gojenia”. Nagła przenikliwość i mroczność tej – na łódce zupełnie nieznośnej i banalnej – „skóry zdjętej” pozwala mi wrócić do Masłowskiej raz jeszcze, na nowo.
Bliskość i rozpad
Masłowska wykorzystuje tę ramę narracyjną – bezwarunkowego umieszczenia czytelnika wewnątrz perspektywy kolejnych bohaterów – z dotkliwą precyzją i skutecznością. Szarpię się z tą strategią – mniej lub bardziej – przy każdej lekturze, od Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną począwszy. W Magicznej ranie nie wszystkie opowiadania mają porównywalną wagę i złożoność, ale w tych najlepszych stawką dla bohaterów wydaje się coś więcej niż wyrwanie się z rzeczywistości, w której żyją. To nierzadko losy smutne, zewnętrznie widziane jako jałowe czy wręcz kuriozalne. Masłowska jest przecież autorką bezprecedensowo zanurzoną w pozbawionych prestiżu literackiego odmianach języka polskiego i w polskiej beznadziei, poszukiwaniu uznania i godzeniu się z dzikim dziadostwem. A jednak jest we wszystkich tych bohaterach pragnienie bliskości i zrozumienia wśród śmieciowych miejsc, w których „zapierający dech w piersiach multiparking na pięć tysięcy samochodów” zajmuje centralną pozycję wespół z zamykanym właśnie hotelem. Masłowska kreuje literackie światy, w których otoczenie nie jest ledwie scenerią ani przykrym kontekstem losów bohaterów, lecz ich warunkiem. To, co wyłania się z tych utworów, okazuje się niekoniecznie konstatacją metafizyki codzienności, ale uznaniem uporczywego skomplikowania naszej sfery duchowej czy – w innym języku – podmiotowej nieredukowalności do kontekstu i socjologicznego opisu.
Gdy Masłowska pisze o miłości, która swoje miejsce znajduje w upadającym hotelu, hiperbolizuje język uniesienia i bezinteresowności. Nie jestem jednak przekonana, czy stawką jest tu sam pastisz.
Raczej przedarcie się przez popularny, wmuszany banał aż do jego ostatecznych konsekwencji. „Niech on siebie zachowa dla siebie, a ja się będę rozpadać, samą siebie przed nim demolować, ćwiartować, patroszyć, niweczyć, równać z ziemią. Niech patrzy, jak rozkręcam czaszkę i obnażam obwody mózgu, szarpię i rozdzieram te drogocenne żywe nici swego istnienia jak kupę siana, pakuł. Niech statystuje, gdy ja rozkładam się na części pierwsze i paraduję tak po pokoju rozebrana z siebie do rosołu i dalej, jeszcze głębiej. Aż do nicości”. Oczekiwanie radykalnej zmiany, wyrwania z rzeczywistości, w której żyje bohaterka, może sprawiać wrażenie dość żałosnej naiwności. Ostatecznie niewielki jest jej wpływ na niepokojące w swym wydźwięku próby wygładzenia i uatrakcyjnienia życia w paskudnym miejscu. Prestiżowe staje się to, co dla bohaterów tej prozy jest niedostępne – wywyższone, luksusowe, pozbawione materialnej sprawdzalności. Występy „bardzo znanych gwiazd” są możliwe, jeżeli ukryje się i zakamufluje ślady obozu koncentracyjnego, wyciszy biednych mieszkańców itd. Miejsce to jednak niezmiennie pozostaje upiorne, zamieszkane przez podążających tylko sobie znanym traktem ludzi.
Wiele skojarzeń zbiór ten może budzić z kryminałami Marcina Świetlickiego, gdzie metafizyczna niejednoznaczność bohaterów podważa całościowo porządek rzeczywistości. Nastrój oczekiwania na wielki przełom jest tyleż niepokojący, co boleśnie przewidywalny. Dużo mniej – to, jak bohaterowie odnoszą się do siebie, swoich fantazji i oczekiwań. Gdy bohaterka próbuje opisać ukochanego, mówi: „On… to był… – Jednak i tu z przerażeniem zarejestrowałam w pamięci białą plamę – namiętność przesłoniła mi całkowicie cechy aparycji, nie mogłam sobie przypomnieć nawet koloru włosów czy odcienia cery, wzrostu, gabarytu, tembru głosu, chodu”. Zmiana, której oczekuje, jest ostatecznie nie tą, o której fantazjuje. To, co pozostaje jej możliwością, to właściwie rozpad i równoległa do hotelowej destrukcja. Wyspy, które powracają w całym tomie kilkakrotnie, uporczywie sugerują nie tylko separację czy osobność bohaterów, ale właściwie jakiś ich koniec. „Uczucie całkowitego tonięcia, derealizacji, które często go dopadało już od dzieciństwa, odklejania się (…)”. W przypadku nastoletniego chłopca, który obserwuje romans matki, ucieczka jest najciekawsza, najbardziej niepokojąca. Sposób wykreowania tej postaci – umieszczonej w innych narracjach w dość prostolinijny sposób – pozwala dostrzec, że ogólne refleksje nad codziennością i jej językiem nie przesłaniają poczucia ostateczności, jakie noszą w sobie bohaterowie. Przypomina mi to fragment z powieści Niepokój przychodzi o zmierzchu M.L. Rijneveld, gdy bohaterka oddziela się stopniowo od swojej rodziny:
„– To chwilowe – powiedziała matka.
– Tak, wyrośnie z tego – dodał ojciec.
Ale ja z tego nie wyrosnę, właśnie w to wrastam i nikt tego nie zauważa” (tłum. J. Koch).
Nie wydaje się oczywiste – możliwe, że także nie jest doskonale literacko zrealizowane – w jaki sposób łączą się rozmaite (ciekawe) refleksje i obserwacje na temat współczesnej codzienności z mokrymi pasażami kierującymi bohaterów do śmierci i zaświatów.
Kurczowo trzymam się skojarzeń z filmem Córki dancingu (reż. Agnieszka Smoczyńska, 2015), widząc Magiczną ranę jako podobną propozycję utożsamiającą wodę z innym światem, z którego przybyszki próbują odnaleźć się w dość paździerzowej rzeczywistości PRL-owskiej rozrywki. Proza Masłowskiej kieruje się w przeciwną stronę, nie przebicia się „do nas”, lecz poddania się „tamtej stronie”. Nie jestem przekonana, czy są to gesty ściśle eskapistyczne. Raczej powstające w chwili jakiejś raptownej beznadziei, bezwoli. Poprzedzane jeśli nie oświeceniem, to odczuciem nadmiaru nieznośnych bliskich, powtarzalności własnych błędów, niechęci do nowego świata, do którego się trafia, albo robienia w kółko tego samego – tostów, tłumaczenia realności własnych problemów, pokusy dostosowania się do obowiązujących norm. Marzenia o „fajnych zachowaniach”, które wyłonią się z kolejnej przemiany w lepsze „ja”. Mrzonki, że ratunek przyjdzie to z zewnątrz, to z naszego wnętrza. Z czasem jednak trudno powiedzieć, co właściwie miałby oznaczać.
„I to uczucie, które go opanowało: dziwnej nierealności, płaczliwej senności, niemocy, zastygnięcia, niemożliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu. Szybko spakował to wszystko i wrzucił byle jak gdzieś głęboko w siebie. Było bardzo ciężkie i słyszał, jak spada w nim szybko i bez końca, mijając różne inne płycej osadzone przykrości, osiada na samym dnie, gdzie nikt tego nigdy nie znajdzie, choć wielu będzie szukało”.
Odnoszę wrażenie, że Magiczna rana widzi dramatyzm nie tylko w tym, co nas dotyka i nie pozwala się wyrwać, ale w nieuniknioności tych ucieczek, spadania w otchłań. Na próbę czytałabym bardzo mocno zaznaczony tutaj pastisz pop-psychologii i dyskursu medycznego jako refleksję, że nie tylko nie pomoże ona nam ze wszystkimi otchłaniami. Zdarza się bowiem, że dla innych, a także dla siebie samych stajemy się niedosięgalni.
Dorota Masłowska Magiczna rana Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024, s. 160