Subskrybuj
Lauren Groff fot. Janerik Henriksson/TT newsagency/AFP/East News
Lauren Groff fot. Janerik Henriksson/TT newsagency/AFP/East News
Pisarka i krytyczka literacka. Autorka książek Żywopłoty (2020) i Ucichło (2022), za które otrzymała Nagrodę im. Cypriana Kamila Norwida 2021 oraz Nagrodę Literacką Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Jej artykuły, opowiadania i recenzje literackie publikowane były...

Jesteśmy w lesie

Książki Catton i Groff stronią od efektu Bambiego, ale w równym stopniu wystrzegają się obrazu złowrogiego, prześladującego wędrowców lasu z ludowych baśni. Zieleń w tych powieściach zachowuje wyważoną obojętność i – w przeciwieństwie do człowieka zanurzonego we własnych grach i gierkach – jest prawdziwa.

Być może nadszedł czas, by ogłosić, że literatura zamknięta w stricte ludzkim doświadczeniu się skończyła. A przynamniej dotarła do muru, za którym rozpościera się gęsta zielona puszcza i rzuca oskarżycielskie spojrzenie. Choć znajduje się już w opłakanym stanie, nie pozwala o sobie zapomnieć – nadal, jak wcześniej, można próbować ją zmilczeć, przy czym milczenie nie pozostaje przezroczyste, staje się raczej wymownym gestem obojętności, komunikatem. Katastrofa klimatyczna to w tej chwili wydarzenie zbyt wielkie i uderzające za mocno w dotychczasowy konstrukt ludzkiego świata, by można było pisać książki, na nią nie zważając.

Równolegle do żywej eksploatacji narracji związanych z fauną coraz częściej pisarze i pisarki zanurzają się w świecie flory w poszukiwaniu języka, dzięki któremu uda się zredefiniować pozycję człowieka w zniszczonym przez niego świecie. Po głośnej i nagrodzonej Pulitzerem powieści Listowieść Richarda Powersa czy bestsellerowym quasi­‑reportażu Sekretne życie drzew Petera Wohllebena oraz paru innych książkach w pewien sposób zaglądających do świata roślin na polskim rynku niemal jednocześnie pojawiły się dwie powieści autorek z tego samego pokolenia, ale z dwóch różnych krańców globu, w których zieleń odgrywa główną rolę. I nie jest to rola na wskroś sympatyczna. Las Birnamski nowozelandzkiej autorki Eleanor Catton i Dzikie bezkresy Amerykanki Lauren Groff eksploatują wszystko to, co w lesie groźne. W obu książkach bohaterowie przedzierają się przez puszczę, chcąc ratować życie, w obu walczą w niej z kruchością ludzkiego ciała. W obu relacja z zielenią jest pod każdym względem paradoksalna: choć to konieczność przebywania w lesie naraża bohaterów na niebezpieczeństwo, jak chociażby wychłodzenie podczas zimnej nocy spędzonej pod gołym niebem, łono natury daje im schronienie przed czymś znacznie groźniejszym niż chłód – przed innymi ludźmi.

Groźba lasu Birnam

Zacznijmy jednak od początku: Las Birnamski Catton to książka przypisywana do gatunku ekothrillera, choć do aury i estetyki thrillera narracja zbliża się dopiero pod koniec. Wcześniej śledzimy losy organizacji ekologicznej o tytułowej nazwie zaczerpniętej z Makbeta i zagłębiamy się w relacje oraz uwarunkowania emocjonalne jej członków. Aktywiści zrzeszeni w Lesie Birnamskim zajmują się czymś, co można by nazwać anarchistycznym ogrodnictwem – wynajdują poletka na prywatnych posiadłościach, które bez wiedzy właścicieli obsadzają, po czym dysponują uzyskanymi zbiorami: część przeznaczając dla potrzebujących, część na funkcjonowanie organizacji. Do ekoterrorystów im daleko: nie jest to działalność nastawiona na konfrontację z kimkolwiek (choć oczywiście jest w nią wpisane naruszenie prawa), a założycielka organizacji Mira częściej niż radykalne hasła głosi potrzebę finansowego zabezpieczenia przyszłości Lasu Birnamskiego oraz zapewnienia mu stabilizacji. Gdy poznajemy Mirę, przeżywa parę zazębiających się kryzysów: jej najlepsza przyjaciółka i główne wsparcie w Lesie Birnamskim, Shelley, zamierza odejść, a sama organizacja utknęła w martwym punkcie. Jednocześnie – bo narracja przedstawia równolegle toczące się postępowanie paru głównych postaci – do Lasu Birnamskiego wraca Tony, który ostatnie cztery lata pracował za granicą, a przed wyjazdem spędził z Mirą bardzo znaczącą dla obojga noc. Tony ma zapędy dziennikarskie i zdecydowane idealistyczne poglądy. I one właśnie zapędzą go do lasu.

Mira i jej organizacja dostają bowiem propozycję od amerykańskiego miliardera Roberta Lemoine’a, aby ich kolejnym punktem upraw stała się jego nowo nabyta posiadłość przy fikcyjnej przełęczy Korowai. W jej pobliżu doszło niedawno do pozornie przypadkowego tąpnięcia, przez które zginęło parę osób. Działalność Lemoine’a jest cyniczna warstwowo – bogacz deklaruje, że zamierza w tej okolicy wybudować sobie schron na wypadek końca świata, jak to ekscentryczni milionerzy mają w zwyczaju, co już samo w sobie wydawałoby się dość samolubne.

W rzeczywistości jego plan jest nawet bardziej diaboliczny: pod przykrywką budowy schronu wydobywa on z ziemi bezcenne minerały, które uczynią go jeszcze bogatszym.

Mira i aktywiści z Lasu Birnamskiego tego nie wiedzą, wiedzą to jednak prawie od początku czytelnicy, ponieważ nie na odkryciu tego niecnego procederu polega zagadka. Intryga jest znacznie bardziej zawiła i co rusz się w dalszym ciągu komplikuje, ponieważ warunkują ją czynniki ludzkie – każdy chce tu ugrać coś dla siebie i nawet wewnątrz pełnego dobrych chęci Lasu Birnamskiego zarządzanego poziomo dochodzi do ambicjonalnych rozgrywek.

Tony, który udaje się do puszczy na przełęczy Korowai, aby odkryć prawdziwe pobudki Lemoine’a, również nie ma czystych intencji – dla niego na szali leżą dziennikarska sława i uczucia wobec Miry. Im więcej udaje mu się dowiedzieć i zobaczyć w Parku Narodowym Korowai, tym bardziej bezwzględna staje się pogoń za nim chcąca go uciszyć. Las oferuje więc Tony’emu schronienie przed dronami i funkcjonariuszami Lemoine’a, jednak aby chłopak pozostał niewidoczny, musi wyłączyć telefon i zdać się na swoją szczątkową traperską wiedzę o zasadach przetrwania w dziczy. Po sąsiedzku na tym samym terenie Mira i Shelley także walczą o przetrwanie w znacznie bardziej bezwzględnym świecie ludzi.

Dzikie bezkresy samotności

Istotną rolę w fabule Lasu Birnamskiego odgrywa technologia – to książka, w której nad głowami latają drony, bohaterowie (a raczej jeden z nich, ten najbogatszy) włamują się sobie do telefonów i bez problemu za pomocą najnowszej techniki zmieniają rzeczywistość – w końcu wystarczy jedno kliknięcie, by rozmowy lub kadru z kamery przemysłowej nie było. Catton pokazuje, że już teraz żyjemy w świecie znanym nam dotychczas z narracji science fiction, tyle że ta rzeczywistość na razie dostępna jest dla nielicznych. Dzikie bezkresy Groff przenoszą nas natomiast do rzeczywistości całkowicie odmiennej, bo do cna surowej, oddalonej o parę wieków wstecz.

Oto jesteśmy w Nowym Świecie, chwilę po tym gdy zaczęli przybywać do niego europejscy osadnicy.

Jedna z takich świeżych mieszkanek tego nieprzyjaznego lądu ucieka z nękanej głodem osady. Wiadomości o bohaterce nabywamy stopniowo, w miarę jak zagłębia się w skuty mrozem, ciemny las. Wiemy tyle, że jest młoda, pracowała całe życie jako poniewierana służąca, ostatnie lata jako opiekunka małego dziecka, które właśnie zmarło w osadzie. Dziewczyna, nazywana przez swoją mocodawczynię Zet, jest ścigana, ponieważ popełniła zbrodnię. Jej szanse na przeżycie nie są duże – na jej niekorzyść działają choroby i wycieńczenie organizmu, pora roku, brak pożywienia, dzikie zwierzęta, żądna sprawiedliwości pogoń i broniący swego terytorium tubylcy. Za swojego sprzymierzeńca Zet ma tylko samą siebie, ale to wcale nie jest mało – ciężki los wyćwiczył ją w zaradności, dzięki której przetrwa samotnie w lesie wiele niełatwych nocy. Za dnia dziewczyna idzie – tylko orientacyjnie wie, dokąd zmierza, nie ma jednak wątpliwości, że pozostanie w miejscu, bezruch oznacza śmierć.

Dzikie bezkresy to bardzo sensualny zapis próby przetrwania.

Początkowo nużący w opisach walki o każdy krok, opatrywania pokaleczonych stóp czy wymiotowania żywnością, od której żołądek się odzwyczaił, lecz po czasie wciąga i zmusza do zadania istotnych pytań o zbudowany na krzywdzie osób takich jak Zet świat. Zimny, złowieszczy las, pełen odgłosów krążących wokół drapieżników stanowi ogromne wyzwanie dla samotnej wędrowniczki, jednak z czasem, im głębiej wchodzimy w historię życia dziewczyny, tym bardziej odrażająca zaczyna być rzeczywistość, którą, wchodząc do lasu, porzuciła.

Opisywana teraźniejszość – zdobywanie pożywienia, zabezpieczanie noclegu i garderoby, walka z wyziębieniem, odstraszanie dzikich zwierząt – przeplatana jest ze wspomnieniami z przeszłości w Europie, gdy Zet ciężko pracowała „u państwa” i była traktowana jak przedmiot, a później została zawleczona do Ameryki, gdzie rzeczywistość okazała się, choć wydawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej okrutna. Od urodzenia życie dziewczyny nie miało żadnej wartości dla nikogo oprócz niej samej (i ewentualnie, jak wierzy Zet, sprawującego nad nią pieczę Boga), co nader wyraźnie podkreśla imię, pod którym funkcjonuje w czasie codziennej służby, a raczej zalążek imienia – ostatnia litera alfabetu, nazwa nadana dziewczynie na cześć ulubionej małpki jej pani, zwierzęcia tresowanego, by zabawiać znudzoną damę. Większego znaczenia nie ma egzystencja Zet również w lesie – nawet jej pozbawione mięśni i tłuszczu ciało nie jest zdatne do zjedzenia. Jednak w lesie, w przeciwieństwie do osady ludzi, nikt nie zabija bez konieczności – znamienny wydaje się fakt, że przez całą swoją wędrówkę Zet zostaje zaatakowana tylko raz: przez człowieka, który nie ma ku temu żadnego innego powodu niż własna frustracja.

Prawda lasu

Na jednym z poziomów obie te książki – choć w zupełnie różny sposób – traktują o niemożności nawiązania relacji. Zet przemierzająca samotnie tytułowe dzikie bezkresy wspomina ludzi, z którymi zetknął ją los. W przeważającej większości wyrządzali jej krzywdę, a ci, którzy okazali jej serce, zostali jej odebrani. ­„Och, odsuń od siebie te wspomnienia, dziewczyno”, napomina samą siebie Zet. „Bo żal pożre cię całą”. Samotność Zet zostaje wymuszona przez prawdę historyczną – tak wyglądała lub przynajmniej mogła wyglądać codzienność wielu innych sierot w tamtym czasie. W Lesie Birnamskim sytuacja wydaje się bardziej skomplikowana, bo mamy do czynienia z bohaterami ze wszech miar uprzywilejowanymi. Nie wspominając nawet o skrajnym przypadku Lemoine’a, młodzi aktywiści też nie mogą narzekać, ale to wcale im nie pomaga: przekleństwem Tony’ego staje się bycie białym mężczyzną, który chce zabrać głos i przekonywać do swoich racji, ale jego pozycja od razu budzi zastrzeżenia. „Nie możesz mi tak po prostu kazać się zamknąć…”, oznajmia Tony koleżance z Lasu Birnamskiego podczas jednej z gorących dyskusji o wartościach. „Nie każę ci się zamknąć, każę ci słuchać”, odpowiada mu kobieta, Tony’emu jednak – mimo całej swojej wiedzy i lewicowych poglądów – trudno to przełknąć. Chociaż on i Mira wyraźnie darzą się uczuciem, ich związek nie jest możliwy – podobnie jak przyjaźń Miry i Shelley. Coś, wydawałoby się, tak prostego jak dwoje ludzi, którzy mają się ku sobie, okazuje się skrajnie skomplikowane, gdy nad nimi ciążą niezliczone konteksty – rasowe, płciowe, klasowe. Obawa przed śmiesznością, przed tym, że może nie zrozumiało się zasad gry, sprawia, że dorośli ludzie wolą się chować przed sobą, od czasu do czasu pozwalając sobie jedynie na potajemne skradanie się bliżej. Różnica między samotną wędrówką po bezkresach Zet, która sporadycznie natyka się na ludzkie ślady i stara się od nich oddalić, jest tak naprawdę niewielka.

Czytanie tych dwóch książek równolegle przynosi nieoczekiwane efekty: przy bliższym spojrzeniu podobieństwa w tych tak różnych prozach zaczynają się mnożyć.

Las Birnamski otwiera cytat z Makbeta, z którego organizacja zaczerpnęła swoją nazwę, zaś Dzikie bezkresy w oryginale nawiązują do rytmu staroangielszczyzny rodem z Szekspira. W obu powieściach największym czarnym charakterem jest mężczyzna – i jako konkretna postać, i jako czający się w ciemności synonim niebezpieczeństwa. Jak się okazuje, władza wciąż – mimo tak ogromnych różnic między tymi dwoma punktami na linii czasu – jest w rękach mężczyzny. Catton – najmłodsza laureatka Nagrody Bookera za, jak głosi okładka Lasu Birnamskiego, „najdłuższe nagrodzone dzieło w historii tego wyróżnienia” (czyli Wszystko, co lśni z 2013 r.), niuansuje postać Lemoine’a, jednak ani przez chwilę go nie usprawiedliwia. Wszystko właściwie w jego przeszłości jest podejrzaną zagadką, a przeszłość swoich bohaterów autorka rekonstruuje bardzo dokładnie, rozmiary jej powieści nie powinny więc dziwić. Groff, parokrotnie nominowana do National Book Award, to także autorka świetnych opowiadań (zbiory Fuga i Floryda). Nie po raz pierwszy sięgnęła zresztą po historyczny sztafaż – Wyspa kobiet rozgrywała się w XII w. w angielskim opactwie i pośród wielu innych tematów pokazywała mechanizmy władzy. „Władza jest jak wirus. Zmieni cię, jeśli go w sobie nie zwalczysz”, mówiła pisarka podczas rozmowy z Grzegorzem Jankowiczem na ostatniej edycji Festiwalu Conrada w Krakowie.

Jej słowa idealnie pasowałyby także do fabuły Lasu Birnamskiego, w którym w pewnym momencie aktywiści rozważają przyjęcie nazwy maoryskiej, choć z Maorysami żadne z nich nie ma nic wspólnego. Sądzą jednak, że w ten sposób zwróciliby uwagę na dziedzictwo autochtonów, a poza Nową Zelandią z pewnością wyglądałoby to dobrze… Drobnymi krokami w ich szeregi wdziera się hipokryzja, a ideały ulegają rozmyciu, aż wszystko runie z hukiem. Catton nie sugeruje optymistycznych rozwiązań i nie pozostawia nadziei. Przełęcz Korowai to przede wszystkim niemy świadek demolki urządzanej przez człowieka, ale podobnie jak u Groff las stanowi także schronienie – okrutne w swojej obojętności. Podczas ucieczki przed Lemoine’em Tony dostrzega parę rzadkich ptaków, jednak jego inne kontakty z naturą ukazują ją raczej jako bezwzględną siłę, która z łatwością może z nim wygrać.

Głos, który co rusz odzywa się w głowie Zet, w pewnym momencie mówi: „Czymś moralnie niedopuszczalnym jest niedocenienie głębokiego piękna świata”. Groff powtórzyła te słowa na Festiwalu Conrada. Im więcej piękna doświadczamy, tym mniej zła sami wyrządzamy, twierdziła pisarka. W swojej ostatniej książce z dużym rozmachem opisała natomiast brzydotę istoty ludzkiej i – podobnie jak Catton – obojętną na ludzkie cierpienie przyrodę. W paru miejscach Zet rzeczywiście zwraca uwagę na piękno otaczającego ją lasu, a jej radość z pierwszych wiosennych promieni słońca stanowi chyba najbardziej pozytywny fragment książki. Tym opisom daleko jednak (na szczęście!) do idealizacji – stanowią tylko krótki przerywnik od bólu i głodu. Obie książki stronią od efektu Bambiego, ale w równym stopniu wystrzegają się obrazu złowrogiego, prześladującego wędrowców lasu z ludowych baśni. Zieleń w tych powieściach zachowuje wyważoną obojętność i – w przeciwieństwie do człowieka zanurzonego we własnych grach i gierkach – jest prawdziwa. Magiczna pomoc nie nadejdzie, gdy przemoczona odzież wychładza organizm – osławione prawa natury nie naginają się bowiem dla nikogo, więc deszcz i grad muszą spaść, a rzeka musi porwać człowieka swoim nurtem. Nie ma w tym bynajmniej wyrachowania – niedźwiedzica nie atakuje chorej i wychudzonej dziewczyny, bo nie może jej zjeść, a nigdy nie zabija bez powodu.

Las jest złowieszczy w takim sensie, w jakim złowieszcza jest samotna ucieczka, która skazuje na pośpiech i mające bolesne skutki potknięcia. Las, a za nim – szerzej – przyroda nie są w tych książkach symbolem urody świata, którą należy chronić, bo jest piękna i niepowtarzalna, są raczej ostoją czegoś, czego zaczyna nam brakować znacznie dotkliwiej – autentyzmu, również w swojej okrutnej i bezwzględnej odsłonie. I jak zwykle w takich razach bywa, więcej niż o zieleni historie te mówią raczej o kondycji człowieka, który swój własny świat doprowadził na skraj przepaści. Jego główną bolączką, bardziej być może niż plastik czy śmieci, w tej chwili jest fałsz, który sprawia, że wszystko ma drugie dno i nikomu nie można wierzyć, bo nawet pogrzeb i śmierć – i jest to przykład zaczerpnięty z obu powieści – mogą posłużyć jedynie za cyniczny teatr.


Eleanor Catton Las Birnamski tłum. Maciej Swierkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024, s. 496

Lauren Groff Dzikie bezkresy tłum. Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2024, s. 256

Artykuł pojawił się w numerze: Zróbmy sobie dziecko