Subskrybuj
1. Maszyna do pisania erika 4, 1926, własność autora. Fot. Marcin Barczyk
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Romantyczny stukot

Od czasów Gutenberga zastanawiano się, co zrobić, by pisać szybciej i czytelniej. Genialny wynalazek, jakim okazała się maszyna do pisania, rozwiązał ten dylemat, wywołując z kolei niekończące się rozważania nad tym, jak narzędzie wpływa na charakter powstającego tekstu.

Życie Leo Macias, bohaterki Kwiatu mego sekretu, FIlmu Pedra Almodovara z 1995 r., stało się pasmem topionych w alkoholu klęsk. Ukochany mąż odsuwa się od niej, najlepsza przyjaciółka zawodzi, a wymagająca opieki stara, kłótliwa matka nie odnajduje się w Madrycie i zmienia życie najbliższych w piekło. Mało tego, zamiast kolejnego tandetnego i poczytnego romansu, jakich pod pseudonimem Amandy Gris Macias wydała już wiele, wychodzi jej nagle powieść mroczna i pełna przemocy. Wtedy to redaktor gazety, w której Leo chciałaby publikować ambitne teksty o literaturze, zupełnie nieświadomy tego, z kim rozmawia, nieoczekiwanie prosi ją o napisanie recenzji jej własnej książki. Autorka dokona w niej bezlitosnej krytyki swojej twórczości, a poniekąd również i życia, a zatytułuje ją Czy Amanda Gris pisze na maszynie? Jak zobaczymy, pytanie to wcale nie jest bezzasadne.

Zawsze sądziłem, że stukot maszyny do pisania towarzyszył mi od chwili przyjścia na świat. Pamięć jednak kłamała – szaro-granatową enerdowską erikę Mama kupiła dopiero w 1983 r., gdy dostała honorarium za napisany (ręcznie) skrypt dla studentów. Ofertę znalazła w gazecie – trafienie na takie urządzenie w sklepie graniczyło wówczas z cudem, a w handlu sporadycznie pojawiały się tylko maszyny produkowane przez radomski Łucznik, zacinające się i toporne. Cena okazała się za wysoka, ale na szczęście sprzedawca po kilku dniach oddzwonił i zgodził się na obniżkę. Potem zaniesiono erikę do warsztatu na ul. Krzyża (pozbawioną wtedy niepoprawnego ideo­­­logicznie przymiotnika „święty”), gdzie wymieniono jej niemieckie umlauty, ß oraz parę innych mniej potrzebnych znaków na grafemy polskie (ł, ó, ź…) i chorwackie (š, ž, đ…).

Maszyna zafascynowała mnie od pierwszej chwili. Lubiłem patrzeć na Mamę pochyloną nad nią przy biurku, czekałem, kiedy dźwięk dzwoneczka oznajmi zbliżający się koniec wersu, a za chwilę odbędzie się rytuał wkręcania pod wałek świeżych kartek i kopiującej kalki. Niemal magiczny wydawał się moment zmieniania taśmy. Miałem jednak stanowczy i słuszny zakaz dotykania klawiatury – od takiego skarbu dzieci musiały się trzymać z daleka. Mogłem jedynie liczyć na przepisanie swoich pierwszych „powieści”, kilkunastostronicowych sequeli Muminków, na których stronach tytułowych widnieje wymowna adnotacja: „Ortografię i interpunkcję poprawiała mama Autora”. Pisanie na maszynie oraz picie kawy, na co pozwalała mi tylko babka, na długie lata stały się dla mnie symbolem dorosłości i niezależności. Właśnie one, a nie prawo jazdy (którego zresztą nigdy nie zrobiłem), palenie czy alkohol – przez te rites de passage przeszedłem dopiero na studiach.

By przekonać Mamę do zmiany zdania, próbowałem się nawet uczyć pisać dziesięcioma palcami i bezwzrokowo, korzystając z planszy dołączonej do podręcznika Bańskiego i Jegiera – na próżno. Znalazłem niedawno ten podręcznik w internecie, kosztował niecałe trzy złote i wzbudził nostalgiczną czułość zwrotami takimi jak „uderzenia netto”, „mechanizacja czynności biurowych” czy „niepożądane skutki wynikające z długotrwałego siedzenia”. W tekstach do ćwiczeń, zaświadczających np., że obywatel Tadeusz Kamiński jest zatrudniony w Hucie im. Lenina na stanowisku montera-elektryka, lub głoszących, że „Święto Lipcowe stało się tradycyjnym dniem bilansowania osiągniętego dorobku”, wróciła nagle nowomowa mojego peerelowskiego dzieciństwa.

Własną maszynę do pisania kupiłem sobie na studiach, gdy zacząłem dawać korepetycje z angielskiego. Był to wysoki czarny przedwojenny continental, tak ciężki, że z trudem doniosłem go do domu. Wystukałem na nim kilkanaście prac rocznych, podań i trochę listów, w tym pierwsze miłosne, ale pracy magisterskiej nie zdążyłem – upowszechniły się już komputery. Na biurku pojawił się laptop, a maszyna trafiła na 26 lat do szafy w przedpokoju. Dopiero w zeszłym roku dojrzałem do pożegnania i podarowałem ją przyjacielowi jako dekorację do jego minimalistycznego salonu – budzi tam teraz żywe zainteresowanie na imprezach. Dodam przy tym, że inny krakowski bon vivant (o którym będzie mowa w kolejnym odcinku) pokazuje wybranym gościom swoją maszynę z klocków lego – stoi w gabinecie, ale niestety nie da się na niej pisać.

 Erika Mamy miała długą historię, należała bowiem do późnej generacji urządzeń wytwarzanych w Dreźnie przez firmę Seidel & Naumann założoną w 1868 r. przez Karla Roberta Naumanna. Początkowo produkowała ona maszyny do szycia i rowery, lecz na początku XX w. w ofercie pojawiły się również maszyny do pisania marki ideal – zgodnie z nazwą nie­zawodne i wykonane z iście niemiecką precyzją. W 1910 r. wprowadzono na rynek najsłynniejszy wyrób, malutką, lekką i przenośną, bajecznie prostą w obsłudze erikę, która dostała imię po ukochanej i jedynej wnuczce Naumanna. Eksportowano ją jednak pod mniej germańską nazwą jako glorię lub bijou (klejnot, skarb, cacko), co w pełni uzasadniała elegancka forma. Ponieważ górną część mechanizmu z wałkiem i taśmą fachowo zwaną wózkiem można było podnieść i położyć na klawiaturze, maszynkę zwano potocznie Klapp-Eriką, czyli Eryką Zginaną. W publikowanych w prasie reklamach firma cytowała pochlebną opinię pierwszej rumuńskiej królowej, Elżbiety zu Wied, również literatki tworzącej pod pseudonimem Carmen Sylva. Monarchini zalecała ją osobom krótkowzrocznym, które oto po raz pierwszy będą mogły zobaczyć to, co napisały. Odbudowana po wojennych zniszczeniach fabryka została upaństwowiona i przemianowana na VEB Schreibmaschinen­werke Dresden. Kolejne liczne modele erik (ostatnie były już elektroniczne) powstawały w niej aż do 1991 r., kiedy zjednoczenie Niemiec przyniosło kres przedsiębiorstwa z ponadstuletnią tradycją.

Mechanizm…

Od czasów Gutenberga (który bynajmniej nie wynalazł, jak się powszechnie uważa, druku, tylko ru­­chomą czcionkę drukarską, zna­­ną zresztą wcześniej w Chinach) zastanawiano się, co zrobić, by pisać szybciej i czytelniej. Pierwszy cel spełniały poniekąd powstałe już w starożytności rozmaite techniki stenograficzne, w których zamiast liter używa się specjalnych znaków zastępujących sylaby i najczęściej występujące wyrazy. Można w ten sposób zarejestrować aż 150 słów na minutę – pisząc ręcznie tylko około 30. Problem jednak w tym, że mało kto potrafił taki stenogram odczytać i trzeba go było później mozolnie przepisywać. Do stenografii uciekano się więc najczęściej podczas protokołowania posiedzeń, choć przynajmniej w jednym wypadku wpłynęła ona na historię literatury. W 1866 r. Fiodor Dostojewski, związany niekorzystną umową z wydawcą, miał tylko miesiąc na oddanie nowej powieści i ani jednego gotowego zdania. Wynajął więc stenografkę Annę Grigoriewnę Snitkinę, której przez 21 dni dyktował Gracza. Niebawem pojął ją też za żonę i znalazł w niej anioła stróża nieustannie ratującego go od upadku. Prowadzony podczas podróży poślubnej dziennik Anny Dostojewskiej (wydany po polsku pt. Mój biedny Fiedia) wręcz uwielbiam – twórczość jej męża przemawia do mnie tak sobie.

Początków maszyn do pisania można upatrywać w różnych mechanicznych zabawkach wykonywanych przez zręcznych rzemieślników zwłaszcza od czasów renesansu. Celowali w nich zegarmistrzowie tacy jak np. Friedrich von Knauss, który w 1753 r. pokazał przedziwny automaton. Był to glob, z którego wystawały dwie ręce, jedna trzymała kałamarz, zaś druga maczała w nim pióro i kreśliła zaprogramowane wcześniej słowa na wstędze papieru. Początkowo było ich tylko pięć, jednak w ciągu siedmiu lat udało się zwiększyć ich liczbę do 107. Zwiększyła się też znacznie wielkość urządzenia – do ponad dwóch metrów wysokości. Odtwarzało ono jednak tylko jeden, z góry zaplanowany tekst, prototypem maszyny do pisania zatem nie było. Kto w takim razie był jej wynalazcą? Do tego miana pretenduje ponad 50 osób żyjących w różnych krajach od XVI do XIX w. Niestety, nie zachowały się prototypy stworzonych przez nich urządzeń, a niejasne wzmianki w źródłach nie pozwalają na wyobrażenie sobie ani ich wyglądu, ani działania. W 1575 r. włoski drukarz Francesco Rampazetto stworzył choćby tajemniczy przyrząd zwany scrittura tattile pozwalający drukować na papierze litery. Z kolei w 1714 r. Henry Mill opatentował w Anglii „Sztuczną maszynę albo sposób odbijania bądź kopiowania liter, pojedynczo lub ciągiem, jedna po drugiej niczym w piśmie, z których wszystkie będą na papierze lub pergaminie tak schludne i wyraźne, iż nie da się ich odróżnić od druku”. Z dalszej części dokumentu wynika też, że litery były wklęsłe. W 1829 r. pojawił się w Stanach Zjednoczonych „Typographer” projektu Williama Austina Burta, zaś w 1855 r. Giuseppe Ravizza po 40 latach prób stworzył w Piemoncie cembalo scrivano, piszącą harfę, która pozwalała zobaczyć powstający tekst. To tylko kilka przykładów.

2. Maszyna do pisania Mallinga Hansena, 1867. Fot. Martin Howard, Wikimedia Commons
2. Maszyna do pisania Mallinga Hansena, 1867. Fot. Martin Howard, Wikimedia Commons
3. Indeksowa maszyna do pisania mignon 3, 1922. Fot. Tomasz Zak, Retro-Technika
3. Indeksowa maszyna do pisania mignon 3, 1922. Fot. Tomasz Zak, Retro-Technika

Pewien przełom stanowiła pisząca kula (skrivekugle) duńskiego pastora Rasmusa Mallinga-Hansena, maszyna przypominająca poduszkę do igieł najeżoną 52 klawiszami (il. 2), pod którymi umieszczano papier. W latach 1870–1909 była ona (jako pierwszy taki wynalazek) wytwarzana masowo, a jeden z egzemplarzy zamówił sobie tracący wzrok Friedrich Nietzsche. Filozof porzucił jednak kulę po niespełna dwóch tygodniach: była skomplikowana w obsłudze i, jak sądził, za bardzo wpływała na sposób formułowania myśli i świadomość. Wreszcie w 1874 r. amerykański producent broni i maszyn do szycia wypuścił na rynek wynalazek Christophera Sholesa, Samuela Soule’a i Carlosa Gliddena. Powstał on zresztą przez przypadek – jego twórcy pracowali początkowo nad urządzeniem do numerowania stron. Ich dzieło kształtem przypominało już dzisiejsze maszyny (miało wałek, klawisze i nasączoną tuszem taśmę), z tą różnicą, że przejście do kolejnego wiersza następowało po przyciśnięciu stopą pedału. W pierwszym modelu dostępne były tylko duże litery, a piszący nie widział drukowanego wewnątrz maszyny tekstu. We wcześniejszych urządzeniach stosowano nieodmiennie alfabetyczny układ liter, tu jednak, by zapobiec zacinaniu się dźwigni z czcionkami, odseparowano od siebie te występujące najczęściej w angielszczyźnie, tworząc w ten sposób klawiaturę typu QWERTY. Z niewielkimi „narodowymi” odmianami funkcjonuje ona do dziś, choć mało kto wie, skąd się wzięła. Podobnie niewielu z nas zdaje sobie sprawę z faktu, że kroje liter, z którymi obcujemy na co dzień, oparte są na antykwie humanistycznej, pochodzącej od majuskuły karolińskiej, wyraźnego średniowiecznego pisma wypracowanego przez kancelarię cesarza Karola Wielkiego w Akwizgranie.

4. Maszyna do pisania hammonda, 1885. Fot. Martin Howard, Wikimedia Commons
4. Maszyna do pisania hammonda, 1885. Fot. Martin Howard, Wikimedia Commons

 

Remington No.1, 1876. Technische Sammlungen, Drezno. Fot. Wikimedia Commons
5. Remington No.1, 1876. Technische Sammlungen, Drezno. Fot. Wikimedia Commons

Maszyna Sholesa, Soule’a i Gliddena była ciężka, nieporęcz­­na i wolna, często się psuła i kosztowała zawrotne 125 dolarów (czyli tyle, ile średnie roczne zarobki w kraju), dlatego też przyjmowała się opornie. Model ten był jednak nieustannie udoskonalany zarówno przez inżynierów Remingtona, jak i setki producentów z całego świata. Pedał zastąpiła poręczna wajcha, wprowadzano dodatkowe funkcje i usprawnienia, ceny spadały, aż wreszcie w latach 30. XX w. powstał w miarę jednorodny standard. Ale to nie wszystko – na maszynowym drzewie genealogicznym były też niezliczone odnogi boczne, efemeryczne typy, które nie zyskały uznania odbiorców. Michael H. Adler w książce The Writing Machine. A History of the Typewriter (Pisząca maszyna. Historia maszyn do pisania, 1973) omawia kilkaset takich „niekonwencjonalnych” obiektów, nieproporcjonalnie długich (il. 8) lub krótkich, wysokich i niskich, okrągłych, wachlarzowatych, z daszkami, tarczami, piszących od spodu, od tyłu lub naokoło. Niektóre z nich przypominają wagi kuchenne, żółwie, a nawet gotyckie zamki. Stosunkowo liczna była gałąź tzw. maszyn indeksowych – by wydrukować na nich literę, ustawiało się rysik nad tabliczką z alfabetem, a następnie wciskało przycisk (il. 3 i 6)….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zróbmy sobie dziecko