Dlaczego Pani jest taka smutna, skoro jest Pani taka wesoła?
Jestem osobą smutno-wesołą. Mojej nieżyjącej już przyjaciółce Zuzi Łapickiej tłumaczyłam przed laty, że nie jestem osobą smutną, tylko zrozpaczoną. A to są dwa odmienne stany. Raz na jakiś czas wydobywam się z egzystencjalnej rozpaczy. I jak każdy, kto czegoś podobnego doświadcza, staram się odbić od dna i jak najszybciej wyjść na powierzchnię. Właśnie wtedy ratuję się wrodzonym poczuciem humoru oraz traktowaniem świata z dystansem.
Rozpacz jest Pani własnym stanem wewnętrznym czy to świat, okoliczności go wywołują?
Jedno i drugie. Kocham zdanie Wisławy Szymborskiej: „Moje znaki szczególne: zachwyt i rozpacz”. Zachwyca mnie ten świat i to, że się jakimś cudem na nim zjawiłam. Jednocześnie gdy już ten świat czuję, rozpoznaję, obserwuję i dowiaduję się o nim więcej, to dostrzegam sporo powodów, żeby się nim nie zachwycać. Bo taki on jest, nieprawdopodobnie wręcz piękny, ale także straszny i nierokujący nadziei na przyszłość.
Poczucie humoru nazwała Pani swoją cechą wrodzoną. A rozpacz także jest immanentna?Znałam ją już jako dziewczynka. Gdy coś odczuwałam jako niesamowite i wspaniałe, nagle wyobrażałam sobie, że tego zabraknie, i wtedy ogarniał mnie wielki smutek. Jako dziecko wychowane w domu, w którym nie wierzyło się w Boga, byłam przerażona perspektywą niebytu. Jak to my, dzieci, idziemy sobie właśnie do przedszkola, a jutro mielibyśmy nie istnieć? Taka myśl była dla mnie nie do zniesienia. Inne dzieci, w domach wierzących,…