23 marca 1998 r. wyszedł jeden z najważniejszych albumów polskiego rapu. Skandal Molesty był wydarzeniem z wielu powodów przełomowym dla rodzimej sceny hiphopowej. To od tego materiału na dobre zaczął się warszawski i polski rap (używam zamiennie pojęć rap i hip-hop, ograniczając to drugie tylko do muzyki). Promowany był hasłem: „Uważaj na tę płytę”, i słusznie, bo Skandal był jak pocisk rzucony na polski rynek muzyczny, a jego pole rażenia wyszło znacznie poza ulice i środowisko rapowe. Każdy numer z tego krążka ma status kultowego, a wersy, słowa, powiedzenia weszły na stałe do języka, i to nie tylko fanów rapu. To płyta, która uformowała przyszłość sceny i miała ogromny wpływ na polską popkulturę.
Vienio, Włodi, Kacza i reszta biorących udział w nagraniach ziomali stworzyli „chuligański raport z osiedla w najlepszym wykonaniu” (Molesta, Klima), a tym samym pokazali, jak „żyje każdy na opak sukinsyn” (Molesta, Kontroluj się) – dając głos ulicy, opowiadając realia życia dzieciaków na blokowisku, ich zajawki, problemy, zasady i wartości. Skandal to świat – razem z nim wychodzi się na warszawskie ulice, a rapowe obrazy w kolejnych kawałkach pozwalają niemal przenieść się na jedną z osiedlowych akcji i przeżyć ją razem z klimą (ekipą). I chociaż Włodi zastrzega w Kontroluj się: „Chcesz posłuchać tego, będziesz musiał wyjść z domu / metrem dojechać do miejsca z betonu”, to narracje chłopaków sprawiają, że da się poczuć ten klimat bez opuszczania swojego pokoju.
Od wydania Skandalu minęły już prawie trzy dekady. I w hip-hopie, i na warszawskich ulicach zmieniło się bardzo dużo.
W rapie pojawiły się wielkie pieniądze, a autentyczność, zasady, szorstkość przekazu już nie mają takiego znaczenia jak na przełomie wieków. Ale jedno pozostało niezmienne – gdy przyłoży się ucho do głośnika, z którego leci rap, można wejść w fascynujące światy i półświatki, dowiedzieć się więcej o języku, ludziach i realiach. Można usłyszeć, jak mówi ulica, skąd czerpie inspiracje, jak przetwarza słowniki, czym się interesuje. To właśnie Skandal jako pierwszy pokazał dobitnie, że nie ma lepszego barometru języka i jego przemian niż rap. Bo hip-hop to wciąż czasem brutalna, ale wolna językowa awangarda.
„Przez lufcik”
„Chcesz wejść w ten świat, może zobacz go przez lufcik / jak jesteś ciekawy, to pod kwiatkiem leży kluczyk”– doradza Barto Katt na bitach 2k88. Sięgam pod kwiatek, bo chcę zobaczyć, choćby na małym wycinku, co zostało w hip-hopie z czasów Molesty, jak wygląda „całkiem stara nowa szkoła” i co „pozmieniało się dookoła” (Brudne serca, Co było, a nie jest). Robię to, choć wiem, że nie będzie to łatwe. Jest taki często przywoływany cytat z Franka Zappy, który mówił, że pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze. Pisanie o rapie wymaga w takim razie naprawdę cyrkowych akrobacji. Rap to żywioł i usiłowanie zamknięcia go w słowach i kategoriach jest jak próba schowania morza w słoiku – jedyne, co zostanie z jego istoty, to słona woda.
Mogłoby się wydawać, że na linii rap–język nie ma beefu (konfliktu), lecz rap na wstępie dostaje więcej punktów w tej walce.
Łapie język w locie, używa go w sposób nieokiełznany, wykręcony w różne strony, forpocztujący, żywy. Jego kontekstem jest słowo mówione, więc gdy przykładamy do niego narzędzia opisu, wytracamy potencjały, a sens flaczeje. Ujmowanie tego gatunku w ramy tekstu i interpretacji zabija w nim pierwotne cechy, pozbawia życia.
Można próbować analizować rap na wiele sposobów, pozornie nobilitować – bo przecież tak blisko mu do poezji (a jeszcze bliżej do tej pierwotnie lirycznej, czyli wykonywanej do dźwięku liry). Powiedzieć np. o tym, że rymy w rapie są często nowatorskie i rozmieszczone w sposób niezwykle oryginalny. Jak zauważa Arkadiusz Mastalski w pracy Rap jako rodzaj współczesnej melorecytacji, raperzy nie ograniczają się tylko do tych na końcu wersów, ale wychodzą poza nie, umieszczając w linijkach rymy krzyżowe, okalające i nagłosowe, a także rozbudowane struktury rymowe zwane pantorymem, czyli tzw. gęste rymowanie – pojawiające się w różnych miejscach wersu na większym obszarze tekstu.
Rap może sobie pozwolić na więcej niż poezja, bo do pary z tekstem idzie bit, który nadaje tempo i podpowiada, jak coś powiedzieć, żeby właśnie w nim „siedziało”.
A to znów zbliża nas do analogii między rapem a starożytną tradycją oralną. Można snuć rozważania o homeryckich interpretacjach, sami raperzy przecież dają ku temu powody. Wystarczy posłuchać, co nawijają Belmondo i John Mojo w kawałku Amba Fatima: „Twój rap gu gu ga ga mój rap to Iliada / Jestem Homer Simpson moja muza to przesada”. Kusi, prawda? Można by budować paralelę między twórczością Homera a tekstami rapowymi – przecież ich geneza jest bardzo podobna. Wywodzą się z improwizacji i poezji mówionej: tworzenie utworów „na żywo”, wyraźna struktura rytmiczna, melodyjność, powtarzające się struktury frazowe. Te ostatnie u Homera to np. „szybkonogi Achilles”, a w rapie to punchline (oryginalna, zaskakująca pointa) i powtarzające się wersy w refrenie. Idąc dalej i sięgając po wydanie Illiady z Biblioteki Narodowej, czytamy, że imię Homer możemy tłumaczyć jako ślepiec, towarzysz, ale także spajacz, zbieracz, składacz (!). Czy Homer był pierwszym raperem, czy raperzy to współcześni aojdowie? Dobra, lepiej to zostawmy.
Rap nie prosi o legitymizację kultury wyższej i naukowe analizy, to bardziej my, słuchacze, się ich domagamy. Z ciekawością czyta się takie dociekania, jednak hip-hop ani tego nie chce, ani nie potrzebuje. Posłucham Włodiego, który mówi w Upadku: „odpierdol się od moich wierszy” – choć znów mogłabym poczuć się sprowokowana do analiz, bo nazywa swoje wersy wierszami, ale jednocześnie uprasza o brak wnikania, więc nie róbmy tego.
Rap ma w sobie coś z bezczelnego dzieciaka i zna swoją wartość, nikt i nic nie są w stanie powiedzieć mu, czym jest ani czym nie jest, bo sam to wie najlepiej. I nie oznacza to niechęci do zmian, wręcz przeciwnie, przemiana jest wpisana w rap immanentnie, lecz nie wynika z nacisków z zewnątrz. Rap szybciej łapie to, co się dzieje się w świecie, może sobie też pozwolić na inkorporowanie rzeczy z różnych rejestrów, mieszać to, co uważane za wysokie, z niskim. Procesy, które się w nim toczą, są bardzo dynamiczne. Zanim skończę ten tekst, pewnie będzie już gdzie indziej, powstaną nowe składy, nowe tematy. Dlatego na bardzo rozległą scenę rapową popatrzę przez lufcik, z całego ogromu wykonawców tworzących w różnych nurtach przyjrzę się tym, którzy tak jak Molesta budują własne światy, dają językowe popisy i pozwalają zobaczyć coś nowego.
„Niech będzie obca ci nasza mowa”
„Klima”, „elo”, „HWDP”, „P.K.U.”, „sztuki”, „melanż”, „xeroboy”, „się żyje” i wiele, wiele innych zwrotów, słów, skrótowców weszło ze Skandalu do powszechnego języka. Nadstawiając uszu na ten album, poznaje się „warszawski styl mówienia” i „mokotowską gadkę” – bo ta płyta to fascynujący zapis czasu i tego, jak mówiło pokolenie wchodzące w dorosłość pod koniec lat 90. Wychowanie na warszawskich osiedlach, gdzie pod blokiem mieszały się różne światy, sprawiło, że słownik Skandalu czerpie mocno z gwary przestępczej, kibicowskiej, chuligańskiej, które po swojemu przetwarza. Nic w tym w sumie dziwnego, skoro chłopaki musiały kodować wiele rzeczy w rozmowach, także ze względu na zagrożenie ze strony policji, która, łagodnie rzecz ujmując, nie lubiła ich stylu życia, często ich przeszukiwała i zatrzymywała. W związku z tym wiedzieli, że ważne jest nie tylko, o czym się mówi, ale i jak się mówi. To miało swoje odbicie w rapie.
A w nim zrozumiałość przekazu nigdy nie była wartością. Wręcz przeciwnie. Częstsza jest postawa mieszania języków i szyków, tak żeby zrozumieli ci, którzy mają albo chcą zrozumieć.
Chyba jedynym raperem, który odkrywał nieco semantykę osiedlowego slangu, był Pezet. W dwóch kawałkach Slang i Slang 2 wyjaśniał część osiedlowych zwrotów: „kieszeń – kiermana, zapalniczka – zapalar / Bogaty leser to banan, lopa to fifka / Chować to kitrać, słowa – nawijka”. Bardziej to jednak językowa zabawa niż słownik pojęć przydatnych osobom ulicznie zielonym.
Pomocny słuchaczom jest portal internetowy Rap Genius – miejsce, w którym teksty rapowe są poddawane wyjaśnieniom i interpretacjom innych słuchaczy, dzięki czemu da się rozszyfrować slangowe określenia użyte w kawałkach. Można też weryfikować wiedzę w słownikach slangu i na internetowych forach. Ale… i tak nie uda się zrozumieć wszystkich niuansów ukrytych w numerach.
„Jak tego nie rozumiesz, to to zostaw, łajzo” – nawija Mada w Klimatach Tedego. „Lubię szyfrować kawałki, żeby nie każdy rozumiał” – przyznaje jeden z największych rapowych kryptografów Kaz Bałagane. „Okupuje leżak, ja to jej kolega / ona zjadła tylko pół talerza / mówi, że jej kuzyn z czymś tam biega / nie wiem, o co biega” – słyszymy w numerze Pół talerza, w którym raczej nie chodzi o niedojedzony obiad, lecz o wzięcie połówki ecstasy. Chyba każdy kawałek Kaza ma w sobie jakiś szyfr, z odwołaniami do języka ulicy, gwar przestępczych czy po prostu nomenklatury używanej, gdy ma się do czynienia z, powiedzmy, nielegalnymi środkami bądź zachowaniami. Zresztą kodów związanych z narkotykami na scenie jest bardzo wiele. W refrenie Bazarku Hewra powtarza: „Gdybym mógł, od rana kruszyłbym z nią Mateusza”, co jest dość szczególnym wyrazem sympatii nie tylko do dziewczyny, ale i mefedronu. Podobne stanowisko prezentują Mobbyn i Belmondo: „Jeśli to, co mówię, to dla ciebie hieroglify / Nie będziemy tu wpierdalać z jednej michy”. Belmondo testuje język na różnych poziomach: składniowym, semantycznym, fleksyjnym, i tak tworzy swoje hieroglify, jak w Unikatowej runie: „Żule w taxi i sezamki / Gorzkiej prawdy smak ze mną, dziwko, mordę zamknij / Otwieram se zamki kluczem wiolinowym / Ze mną są moi kompani / Mobbyn Company, wpierdalam się z bani, zanim wjadą tutaj psssy / Wyjebane w stypy, sippin’ pompei”.
Nowa fala raperów łapie to, co teraz miesza się w zbiorowej świadomości. W tekstach pojawiają się odwołania do śmiesznych filmów z Youtube’a (np. „Moje ujebane jak stół, Rurku, dosyć mam już chujków” – nawija Tonfa, nawiązując do słynnego filmu z Kamilem Durczokiem), memów, języka komunikatorów, aplikacji, internetu w ogóle. Tym samym oddaje, jak dziś się mówi do siebie, wyłapuje uproszczenia, skrócenia, błędy językowe, fonetyczne wersje słów, obcojęzyczne wtrącenia. Powstają z tego oryginalne słowniki raperów.
Bo rap ciągle zadaje sobie pytanie, co da się jeszcze zrobić z językiem, jak go powyginać, gdzie jeszcze można pójść ze słowem, jak w nowy sposób go użyć, wykoleić, odmienić.
Duet Tonfa, którego debiut dzieli od debiutu Molesty 20 lat, przyznaje, że źródłem tekstów jest dla niego nie tyle jakiś slang młodych ludzi, ile własne insiderskie akcje, skróty myślowe, zrozumiałe tylko dla niego żarty. Im bardziej odjechane, a co za tym idzie, niejasne dla reszty językowe wygibasy, tym lepiej. Tonfa ma też wyjątkowe wyczulenie na łapanie istoty współczesnego sposobu mówienia, przykładem może być tytuł kawałka: bede dala rade to tak a jak nie to nie, który w rozbrajający sposób czerpie z uproszczeń wiadomości tekstowych. Językowe „błędy” są obecne właściwie w każdym jego numerze i odkrywają potencjał języka: „To mój posag / To mój przychód / Bolą nogi weź tu przychódź”, albo: „znowu wyszłem no bo jestem nocna marka / Nie Firma [krakowska grupa hiphopowa, zaliczana do nurtu ulicznego rapu – przyp. J.T.] a niebieski jest migdał”.
A co poza tym? Kaz Bałagane i Alcomindz budują narrację na fonetycznej podmianie i używają słowa „narpiew”: „Narpiew to trzeba mieć w głowie” – mówi Kaz. No, trzeba.
„To jest odbicie, to jest życie”
Dzielnica, ulica, osiedle, ławka, mieszkanie, pokój – to topografia świata ze Skandalu. Nic wyjątkowego, każdy, kto dorastał lub mieszkał w bloku, to wszystko kiedyś widział. A jednak odbicie zwykłej codzienności osiedla i młodych ludzi w nim otworzyło…