Subskrybuj
fot. Robert Perry/Getty Images
fot. Robert Perry/Getty Images
Dr nauk politycznych, adiunkt w Instytucie Zdrowia Publicznego UJ CM. W 2020 r. opublikował książkę pt. Wszechstronniczość. O deliberacji w polityce zdrowotnej z uwzględnieniem emocji, interesów własnych i wiedzy eksperckiej. Zajmuje się też popularyzacją badań...
Historyk sztuki i specjalista od zarządzania, interesuje się przepływem idei między kulturą popularną i polityką

Trump 2.0

Donalda Trumpa do władzy wyniosła osobliwa koalicja: socjalnych nacjonalistów MAGA, teokratycznych neoliberałów od Projektu 2025 i technooligarchów spod znaku Ciemnego Oświecenia. Nie przypadkiem wspierają oni jego strategię zaczerpniętą z „Ojca chrzestnego".

Dzisiejszy Donald J. Trump jest inny niż ten sprzed ośmiu lat. Inna jest Ameryka, nad którą władzę przejął. I inna jest koalicja, która wyniosła go do władzy. Druga kadencja Trumpa to nie tylko on sam – z jego osobowością, pomy­słami i meto­dami – ale to pewien projekt polityczny: Trump 2.0. Jest rezultatem koniunkcji wieloletnich procesów polityczno­‑ekonomicznych i koalicji stronnictw, którą te procesy zrodziły. A koalicja ta składa się z trzech głównych filarów.

MAGA, Heritage i s-ka oraz technooligarchowie

Pierwszym filarem jest MAGA, czyli nacjonalistyczno-populistyczny ruch społeczny i rdzeń elektoratu Trumpa. Zarządza nim Steve Bannon jako narracyjny strateg i globalny koordynator alt-prawicowej między­narodówki. Bannonowi przypisuje się talent w używaniu i łączeniu nowych strategii masowej mobilizacji i dezinformacji: manipulowania użytkownikami mediów społecznościowych (afera Cambridge Analytica) oraz politycznej kooptacji apartyjnych ruchów społecznych (np. środowiska manosfery, tzw. Gamergate).

Ideologia MAGA ma rdzeń w tzw. palingenetycznym nacjonalizmie, czyli rewolucyjnym narodowym odrodzeniu: Make America Great Again, „Uczyńmy Amerykę Znów Wielką”.

Jest eklektyczna i amorficzna, ale ostatecznie – jak w innych podobnych ruchach – kluczowy jest tu nie program, lecz charyzmatyczny przywódca.

To on otrzymał mandat niebios na ratowanie ojczyzny – w nim nale­­ży pokładać wiarę. Stąd MAGA ma charakter kultu osobowości i coraz wyraźniej służy zarządzaniu i mobilizacji mas. Dlatego Bannon jest skazany na Trumpa (nawet gdy łamie populistyczne obietnice MAGA) i dlatego liczy na jego kolejne kadencje (bo to wódz jest istotą ruchu).

Drugim filarem jest Heritage i spółka – czyli prawica neo­libe­ralno­‑ultrakonserwatywna. Istnieją­­ca od 1973 r. Fundacja Heri­tage (ang. dziedzictwo) opracowała faktyczny program polityczny Trumpa, słynny „Projekt 2025”. Jest czołowym, ale oczywiście nie jedynym z gęstej sieci wpływowych konserwatywnych think tanków. To środowisko, choć ma różne odcienie, posiada bardzo spójny program: obrona „systemu zysków” (prymatu interesu udziałowców), deregulacja, prywatyzacja, komercjalizacja, niskie podatki dla bogatych oraz walka z aborcją i LGBT+. Ten koalicjant zapewnia sporo kapitału, przede wszystkim zaś jest zapleczem programowym i kadrowym: prawniczo­‑biurokra­­tycznym.

Co znamienne, Heritage i s-ka stara się działać „pod radarem” opinii publicznej. Jej strategia to administracyjno­‑prawny marsz przez instytucje – drobnymi krokami, bez rozgłosu, ale systematycznie i wielotorowo. Lansuje prawomyślnych polityków i sędziów, przygotowuje legislacyjne i doktrynalne gotowce. Przekształca prawo nie tylko w głosowaniach czy wyborach, lecz też przez pozwy i precedensowe orzecznictwo. Dzięki nim system prawny USA przestał karać przestępstwa gospodarcze i korupcję polityczną, tolerował nieuczciwą konkurencję i technologiczne megamonopole.

Fundacja Heritage odpowiada za rekrutację lojalnych kadr urzędniczych i przygotowanie dekretów wydawanych masowo w pierwszych dniach prezydentury – zgodnie z zapisami „Projektu 2025”. Co ciekawe, środowisko to dołączyło do Trumpa jeszcze za pierwszej prezydentury, jednak dość późno – dopiero pod koniec kadencji, kiedy to (wtedy jeszcze nieskutecznie) zajęło się oczyszczaniem administracji federalnej z osób, które miały czelność nie stawiać woli prezydenta nad prawem.

Trzecim filarem są technooligarchowie, czyli liderzy gigantów technologicznych, kontrolujących przepływ towarów, kapitału i informacji: Google, Amazon, Facebook. Nieuczciwą konkurencją, subsydiami rządowymi i rentą monopolistów zgromadzili bajońskie fortuny, które teraz spieniężają na władzę polityczną.

Ideologią sporej części tej grupy jest Ciemne Oświecenie: neoabsolutyzm zakorzeniony w paleolibertarianizmie i teorii wybitnej jednostki. Wyrasta z przekonania o własnym, niemal boskim geniuszu. Jej program to demontaż państwa regulacyjnego, czyli jedynej siły, która pozwoliłaby zwykłym ludziom przeciwstawić się potędze korporacji. Do koalicji wnosi gigantyczny kapitał na kampanię. Przede wszystkim zapewnia analityczne narzędzia panoptycznego nadzoru i algorytmiczną władzę nad współczes­ną gospodarką uwagi.

Publiczną twarzą technooligarchów był Elon Musk. Ale jej faktycznym liderem jest inny członek „mafii Pay­‑Pala”, Peter Thiel. To on wypromował poli­tyczną karierę wiceprezydenta J.D. Vance’a. Aktualnie jego czołowy biznes to firma Palantir Technologies (nawiązanie do Władcy Pierścieni zamierzone), która dostarcza narzędzi inwigilacji i nadzoru dla firm, rządów, wojska.

Technooligarchowie to relatywnie najświeższy komponent tej koalicji (dołączony dosłownie w roku wyborów), choć miał pewne zalążki wcześniej.

Thiel wsparł Trumpa w wyborach z 2016 r., po czym w 2020 r. wycofał się z poparcia rozczarowany tamtą kadencją. Ale już w 2024 r. zorganizował zwartą koalicję.

No i jest wreszcie sam Donald Trump. Król MAGA, artysta negocjacji, i – jak sam siebie określił – „bardzo stabilny geniusz”.

Synergia strategii i interesów

Między członkami tej koalicji i samym Trumpem występuje wyraźna synergia, która pomogła w osiągnięciu sukcesu. Zapewniona przez Heritage i s-kę deregulacja dała technooligarchom nie tylko możliwość nieograniczonego sponso­rowania kampanii, lecz także niekontrolowaną władzę nad algorytmami social mediów. Ta z kolei pozwoliła strategicznie wzmacniać manipulatorskie narracje generowane przez Bannonowskie kręgi MAGA i specyficzną mieszankę charyzmatycznej konfabulacji, z jakiej słynie Trump.

Jego pierwsza prezydentura grzęzła od samego początku – temperowana oporem wewnątrz Partii Republikańskiej (senator John McCain), w służbie cywilnej (blokującej nielegalne działania), a nawet i w samym gabinecie. Tym razem, na początku drugiej kadencji, ten opór został przełamany.

Heritage przygotowała dekrety do podpisania i zapewniła lojalne zaplecze kadrowe. Partia Republikańska została ustawiona do szeregu: hamulcowi wymarli, odeszli na emeryturę lub zostali wycięci. A tych, którzy chcieliby podskoczyć, szybko utemperują pozbawieni zahamowań aktywiści MAGA. Poparcie od technooligarchów (do tej pory kojarzonych z ruchem woke) dopełniło poczucia, że Trump wreszcie wywalczył sobie szacunek wśród elit politycznych i biznesowych.

Otoczony pochlebcami MAGA, oswojonymi geniuszami biznesu i tabunem lojalnych urzędników Trump rzeczywiście miał prawo poczuć się jak wszechmocny król i zdobywca.

Jasne jest, że te filary dzielą też wyraźne różnice. Bannonowe MAGA reprezentuje to, co w naukach politycznych określa się jako „szowinizm socjalny”, czyli popieranie szczodrego państwa dobrobytu, ale tylko „dla swoich” (definiowanych etnicznie, rasowo czy kulturowo). To wyraźnie koliduje z cięciami opieki społecznej, medycznej i emerytur dla wszystkich – o które gorliwie walczą technooligarchowie i neoliberałowie (i które wdraża administracja Trumpa).

MAGA chce poprawić byt rodzimych robotników przez ukrócenie migracji i wolnego handlu. Technooligarchowie nie lubią taryf. Ale w gruncie rzeczy zależy im głównie na wolnym przepływie kapitału (czy przydatnych ekspertów, vide słynna awantura o wizy dla pracowników wysoko wykwalifikowanych). Pogodzą się z tym, że skończy się offshoring wyzysku. Oczywiście pod warunkiem że wyzysk wróci do kraju. Dlatego w USA cofane są regulacje środowiskowe i zdobycze socjalne, powraca praca dzieci, zwalcza się związki zawodowe. Innymi słowy, celem staje się „neoliberalizm w jednym kraju”.

Nawet mimo istotnych programowych konfliktów wciąż jest tu istotna synergia.

Technooligarchowie w większości oficjalnie długo byli niechętni Trumpowi i grali do obu bramek (sponsorując zarówno demokratów, jak i republikanów). Woleli, żeby ich technopostępowa marka kojarzona była z progresywizmem politycznym. Jednak w obliczu umiarkowanie prosocjalnych działań Bidena i trendów międzynarodowych uznali Trumpa za ostatnią nadzieję na utrzymanie i ekspansję swojej potęgi. Zagrożenie dla nich stanowiły antymonopolowe działania Federalnej Komisji Handlu (pod kierunkiem Liny Kahn), wspieranie praw pracowniczych, regulacje ze strony Biura Finansowej Ochrony Konsumentów.

Dzięki skorumpowaniu Sądu Najwyższego, parlamentarnej obstrukcji republikanów i indolencji stetryczałych (i też skorumpowanych) demokratów nic z tych rzeczy nie wystarczało, żeby powstrzymać społeczne niezadowolenie z rosnących w USA nierówności. Rzecz jasna technooligarchowie dobrze wiedzieli, że działania administracji demokratów ostatecznie podminowują ich interesy i aspiracje. A te interesy były zupełnie zbieżne z tradycyjnymi oligarchami sponsorującymi Heritage i s-kę, nawet jeśli ich religijny konserwatyzm nie pochwalałby homoseksualizmu Thiela czy rozwiązłości Trumpa.

Amerykańscy oligarchowie musieli też poważnie przestraszyć się trendów międzynarodowych. Przyłączenie się przez Bidena w 2021 r. do umowy krajów OECD ws. minimalnej stawki podatku od korporacji miało oznaczać koniec ze zmuszaniem państw do podatkowego równania w dół, żeby konku­rować o inwestycje globalnego kapitału. Niepokojące musiało być też to, jak wspólnocie międzynarodowej udało się zmotywować i zamrozić aktywa rosyjskich oligarchów
w 2022 r.

Dla technooligarchów wyczerpała się optymalna forma globalizacji z maksymalną swobodą przepływu kapitału.

Dalsza globalizacja oznacza już tylko regulacje, zwalczanie rajów podatkowych i ograniczanie zysków w imię ONZ-owskich Celów Zrównoważonego Rozwoju. Tu techno­oligarchowie oraz Heritage i s-ka znaleźli sojusznika w skrajnie nacjonalistycznym ruchu MAGA napędzanym przez teorie spiskowe o „globalistach” i totalitarnym rządzie światowym.

Technooligarchowie mogli więc rozprawić się z tą częścią „elity Davos”, która – choć też oligarchiczna – przynajmniej zdaje sobie sprawę z powagi zmian klimatycznych i ryzyka rosnących nierówności ekonomicznych. Tech­nooligar­­chowie wolą inwestować w apokaliptyczne megabunkry.

Woke jako wróg

Skądinąd doszło tu też do synergii z politykami reżimu Putina, którzy razem z MAGA rozsiewają internetową dezinformację oraz wspierają ruchy ultranacjonalistyczne dla rozbicia Sojuszu Atlantyckiego, UE i solidarności krajów demokratycznych. Wszystko w imię nowego wielobiegunowego ładu geo­politycznego, w którym neoimperialnym autokratom znacznie łatwiej jest stosować strategię „dziel i rządź”.

Technooligarchiczny ideał państwa minimalnego (czy nawet zastąpienia państw prywatnymi korporacjami) od dawna jest zbieżny z interesami Putina, bo w wielobiegunowym świecie znacznie łatwiej wybierać sobie kraj dogodny do maksymalizacji zysków i panowania nad pracownikami.

A putinowska obrona tradycji, chrześcijański i teokratyczny ultrakonserwatyzm amerykańskich think tanków dają dodatkowe narzędzia ideologicznej kontroli mas.

W tę ideologiczną wojnę kulturową wpisuje się inny wątek „długiej gry” Heritage i s-ki. To kilka dekad systematycznego szkalowania sprawiedliwości społecznej, akcji afirmatywnej, poprawności politycznej, a wreszcie ideologii woke i DEI (różnorodności, sprawiedliwości i inkluzywności). Wyolbrzymianie, wykoślawianie, pseudointelektualna erystyka „odwróconej dyskryminacji” – wszystko to skutecznie przyprawiło gębę regulacjom wyrastającym z Ustawy o prawach obywatelskich z 1965 r. Zakaz dyskryminacji z powodu rasy, orientacji seksualnej, niepełnosprawności itp. – odmawiania pracy czy obsługi w restauracji – od początku był cierniem w oku wielkiego biznesu. I idealnie pasował do mobilizacji konserwatywnego elektoratu.

Heritage i s-ka dostarczyły jeszcze jednego narzędzia do osiągnięcia państwa minimalnego – doktrynę unitarnej egzekutywy. To teoria konstytucyjna zakładająca, że prezydent powinien mieć całkowitą kontrolę nad władzą wykonawczą, niezależnie od regulacji prawnych. Sprowadza się ona do tego, że służba cywilna nie ma być profesjonalna i apolityczna, tylko staje się systemem łupów. Jeśli zaś prokurator generalny chciałby robić dochodzenie ws. przestępstw jakiegoś sojusznika Trumpa, to prezydent może mu tego skutecznie zabronić.

Dzięki tej doktrynie można arbitralnie odchudzić państwo do kości, żeby tłuszczyk zostawić magnaterii. Można skasować wymogi nt. inkluzji osób z niepełnosprawnością w pracy – pod przykrywką walki z: „szaleństwami woke” i niekompetencją DEI. Można sobie kupić u prezydenta pozycję w rządzie i uzyskać nieograniczony dostęp do prywatnych danych milionów obywateli. Można rozdawać zasoby publiczne niczym lenna feudalne. Rządzić ma rozkaz prezydenta, a nie prawo.

No i taka wizja idealnie pasuje do absolutyzmu Ciemnego Oświecenia. Wreszcie daje szansę użycia na administracji państwa tej piły mechanicznej, którą spopularyzował prezydent Argentyny Javier Milei. Masowe zwolnienia urzędników, brutalne cięcia programów społecznych i pomocy zagranicznej, likwidacja urzędów monitorujących i kasowanie funduszy na kluczowe badania medyczne – wszystko to marzenie senne neoliberałów i technooligarchów, które właśnie się spełnia.

Jednocześnie ta urzędniczo­‑akademicka rzeź piłą mechaniczną stanowi wspaniałe widowisko dla tłumów MAGA, które cieszą się z faktycznie wyrządzanej krzywdy ludzkiej, z utraty pracy, zniszczenia życiowego dorobku naukowego. To zastrzyk perwersyjnej satysfakcji dla wszystkich tych, którym od lat wpajano, że urzędnicy i akademicy to darmozjady, przebrzydłe wykształciuchy opętane „wirusem umysłu woke”.

Prędkość wylotowa

Cała ta synergia sprawiała, że Trump wszedł w swoją drugą kadencję z impetem – z „prędkością wylotową [pocisku]”, jak to ujmuje Steve Bannon. Zaplecze Trumpa oraz jego immunitet polityczny i prawny dają mu niespotykaną władzę i śmiałość. Dzięki nim idzie jak burza. Autor „Projektu 2025” Paul Dans jest zachwycony. Dotychczasowa realizacja przekroczyła jego „najśmielsze marzenia”.

47. prezydent wygrał mimo wielu przeciwności – nie tyko zamachów na życie, ale też prób impeachmentów, kryminalnych dochodzeń, zmasowanej krytyki. Przetrwał to wszystko i teraz robi wrażenie zdobywcy, który po latach wyczerpującej wojny domowej zdusił wszystkie rebelie. Teraz jego wrogowie ustawiają się w kolejce, żeby zgiąć kolano i pocałować pierścień. A ci, którzy stawiają opór, muszą zostać zgnieceni.

Wystarczyło 100 dni drugiej prezydentury Trumpa, żeby wizja szokowej konserwatywnej rewolucji ujawniła się w pełnej krasie: ignorowanie wyroków Sądu Najwyższego, aresztowanie sędziów, porywanie nieprawomyślnych studentów do nieoznakowanych furgonetek, zapowiedzi aneksji terytorialnych, szantażowanie kancelarii prawnych i wymuszanie posłuszeństwa od uniwersytetów.

Trajektoria tego wszystkiego jest na tyle niepokojąca, że czołowi amerykańscy badacze systemów totalitarnych, w tym Timothy Snyder, uznali, że czas uciekać z USA (będzie wykładać w Kanadzie). Głosy o tym, że „Trump to nie faszysta. Lepiej rozumie Amerykę niż lewica”, zestarzały się tak dobrze jak niepasteryzowane mleko. Piętnowanie „tyranii akademickiej woke­‑cenzury” jako głównego zagrożenia dla demokracji wygląda coraz bardziej żenująco.

Wszystko przywodzi na myśl gwałtowne rozprawy z wrogami politycznymi. Fanom Trumpa te autorytarne tendencje kojarzą się pozytywnie: z kulturowymi wzorcami skutecznej władzy.

Znany konserwatywny komentator Bill O’Reilly, usunięty z Fox News za molestowanie seksualne, wprost określił działania Trumpa wobec mediów jako jego „strategię ojca chrzestnego”. Prawicowi influencerzy dostrzegają w działaniach prezydenta ucieleśnianie się Michae­­la Corleone. I nie bez kozery. Gordon Sondland, sojusznik Trumpa i ambasador USA przy UE w latach 2018–2020, porównuje taryfy wprowadzone przez jego byłego szefa do działań postaci granej przez Ala Pacino w Ojcu chrzestnym. Trump postępuje niczym „Michael Corleone, który załatwia wszystkie rodzinne interesy naraz”.

Zastanawiające jest pozytywne wartościowanie takich gang­sterskich metod przy opisywaniu działań… prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. Czy ci ludzie nie zdają sobie sprawy, że sami porównują Trumpa do szefa mafii?

Swoją drogą jak to w ogóle możliwe, że osoba o takich inklinacjach – nawet przez swoich fanów porówana do mafiosa – tak daleko zaszła w tym systemie politycznym? Coś się musiało stać z systemem politycznym USA, jego regułami i konwenansami, że przez sito demokratycznych rządów prawa przebrnął z sukcesem i wygrał (ponownie!) kandydat mający na koncie: pucz i próbę fałszowania wyborów.

Kiedy w 1977 r. Nixon wyznał w wywiadzie: „Jeśli prezydent złamał prawo, nie jest to nielegalne”, wyrzekła się go nawet jego partia. Przez dekady cytowano tę wypowiedź jako dyskwalifikującą z roli „przywódcy Wolnego Świata”. Ale już gdy w 2025 r. Trump cytował Balzakowski bon mot Napoleona – „Kto ratuje ojczyznę, ten nie łamie żadnego prawa” – mógł liczyć na poklask zdumiewającej części elektoratu i elit.

I tu dochodzimy do sedna. Plany demontażu państwa dobrobytu i deregulacji biznesu nie doszłyby do pełnego skutku – tj. wygranej poparcia w wyborach – gdyby nie subtelna zmiana kulturowa, w której rozbrojono tradycyjną republikańską niechęć do monarchii i do władzy ponad prawem.

Przedsiębiorcy włoskiego pochodzenia

W książce pt. When the Clock Broke: Con Men, Conspiracists, and How America Cracked Up in the Early 1990s (Kiedy zegar się rozbił: oszuści, spiskowcy i jak na początku lat 90. Ameryka pękła) John Ganz dokumentuje, jak dekada fin de siècle – końca historii, triumfu Ameryki po upadku ZSRR, powszechnie kojarzona z konsensusem, spokojem, dobrobytem i co najwyżej egzystencjalnym splinem – była w rzeczywistości czasem eksplozji resentymentów i politycznego radykalizmu na populistycznej prawicy. A wszystko to w myśl tytułowego postulatu pewnego niszowe­­go intelektualisty, paleolibertarianina Murraya Rothbarda, by „rozbić zegar”.

Hasło to pochodzi z jego przemowy z 1992 r. na rzecz paleokonserwatysty Pata Buchannana – byłego doradcy Nixona, Forda i Reagana, który wtedy akurat próbował pokonać w prawyborach George’a Busha seniora. Nawiązując do popularnego w kręgach lewicowych powiedzenia, że „nie da się cofnąć zegara” postępu, mówił tak: „Mając przed sobą otuchę w truchle Związku Radzieckiego, wiemy teraz, że da się to zrobić. Z Patem Buchananem jako naszym przywódcą rozbijemy zegar socjaldemokracji. Rozbijemy zegar Wielkiego Społeczeństwa [Lyndona B. Johnsona]. Rozbijemy zegar państwa opiekuńczego. Rozbijemy zegar Nowego Ładu [Franklina D. Roosevelta]. (…) Unieważnimy dwudziesty wiek”.

Choć sam Rothbard był niszowy, to – razem z innymi anarchokapitalistami w typie Ludwiga von Misesa czy Hansa­‑Hermanna Hoppe – stanowił silną inspirację dla Curtisa Yarvina, nadwornego filozofa Petera Thiela i (za jego pośrednictwem) całej kabały technooligarchów z Doliny Krzemowej w typie Elona Muska.

W myśli Rothbarda wybija się dość osobliwy i symptomatyczny wątek, który rzuca wiele światła na to, z jakimi wyobrażeniami zmagały się wówczas środowiska paleolibertariańskie i paleokonserwatywne. To problem ich parenezy – pouczenia o modelowym przywódcy. Jaki jest wzorzec charakterologiczny, etyczny dobrego władcy w świecie strzaskanego zegara i unieważnionego XX w.? John Ganz pisze tak: „Dla paleolityków [the paleos] mafioso – szczególnie taki jak w Ojcu chrzestnym [Francisa Coppoli z 1972 r.] – jest mitem rządzącym Ameryką na tym samym poziomie co mit kowboja. W końcu [konserwatywny pisarz] Samuel Francis zachęcał Buchanana, by został »ojcem chrzestnym« nowego ruchu politycznego. W napisanej w 1990 r. recenzji Chłopców z ferajny Martina Scorsese Rothbard postawił tezę, że film gangsterski zastąpił w amerykańskim kinie western, zniszczony przez lewicową poprawność polityczną. Teraz to Chłopcy z ferajny – ze swoim znacznie mniej idealistycznym obrazem mafii – grozili zniszczeniem także filmu gangsterskiego. Podczas gdy trylogia Ojca chrzestnego przedstawiała »epicki świat, świat dramatu i walki… pięknie i kontemplacyjnie sfilmowany, w którym chciwość zmaga się z wielkimi cnotami wierności familii«, Chłopcy z ferajny portretowali mafię jako ledwo nikczemną. Przemoc w Ojcu chrzestnym rządzi się »kodeksem honorowym i lojalnością, bez których całe przedsięwzięcie byłoby zwyczajnie przypadkową i bezsensowną przemocą«. W przeciwieństwie do tego, jak narzekał Rothbard, »zamiast dobrymi przedsiębiorcami przeciwko złym, razem działającymi i spójnie planującymi, i to na wielką skalę, Chłopcy z ferajny są zaludnieni wyłącznie psychotycznymi zbirami, ledwo odróżnialnymi od pospolitych i niezorganizowanych ulicznych przestępców«.

Rothbard patrzył na świat Ojca chrzestnego jak na utopijną wizję społeczeństwa, które chciał stworzyć: »Tak jak rządy w paradygmacie Locke’a, mają być wykonawcami powszechnie uzgodnionych zasad i prawa własności, tak »zorganizowana przestępczość« – gdy działa poprawnie – robi to samo… Zorganizowana przestępczość jest zasadniczo anarchokapitalistyczna, to produktywny biznes dążący do rządzenia samym sobą«” (tłum. MZJ, JPC).

Tyle Ganz. A nam wypada zauważyć, że dla Rothbarda zorganizowana przestępczość jest „przestępczością” w cudzysłowie, bo nie jest prawdziwie zła, lecz jedynie zakazana przez tyranię „wielkiego rządu”. Wszak „państwo zwalcza mafię, bo nie toleruje konkurencji”. Dla Rothbarda działalność mafii ucieleśnia paleolibertariański ideał samoorganizacji i samo­­rządności. Aż przypomina się dowcip z lat 90., że nowojorscy mafiosi w duchu poprawności politycznej uznawali pojęcie „zorganizowana przestępczość” za krzywdzący stereotyp i domagali się mówienia o nich „biznesmeni włoskiego pochodzenia”.

Ta Rothbardiańska impresja wskazuje, jak miałaby wyglądać utopia systemów politycznych pozbawionych monopolu przemocy: quasi­‑monarchiczne, feudalne rytuały hołdów lennych i niepisanych kodeksów honorowych, parlamentów starszyzny rodowej i reguł sankcjonowanych bez państwa za pomocą lex talionis, czyli wendetty.

Tkwi w tym kluczowe założenie, że tego rodzaju swoboda i władza, jaką mają głowy zorganizowanej „przestępczości” – czyli biznesu „nielegalnego”, ale tylko dlatego, że nieujarzmionego przez tyranię rozdętego socjaldemokratycznego państwa – z natury jest wiedziona niewidzialną ręką rynku inherentnie w zgodzie z moralnym kompasem: ku godności, honorowi i odpowiedzialności.

Ganz pisze: „Podczas gdy Ojciec chrzestny był zasadniczo prawicową utopią, Rothbard wierzył, że napaść na własność i osoby w Chłopcach z ferajny odzwierciedlała realnie istniejącą lewicową [liberalną] dystopię ulicznej przemocy. (…) Ojciec chrzestny przedstawia kapitalistyczne społeczeństwo takie, jakie powinno być: interes prywatny kierowany przez stanowczą, ale życzliwą rękę patriarchalnej władzy; Chłopcy z ferajny ukazują społeczeństwo kapitalistyczne spaczone przez »naszą lewacką kulturę«, która »nienawidzi mafii i pogardza nią i zorganizowaną przestępczością, jednocześnie usprawiedliwiając chaotycznych i przypadkowych ulicznych zbirów i przepraszając za nich«”.

Jeszcze bardziej dobitny w odczytywaniu filmowej mafii przez pryzmat filozofii polityki był Samuel Francis, konserwatywny publicysta określony przez redaktora czasopisma „American Renaissance” (promującego idee tzw. naukowego rasizmu) jako „czołowy w naszych czasach filozof białej świadomości rasowej”. W eseju z 1992 r. pt. Ojciec chrzestny jako metafora polityczna Francis pisał, że filmowy Don Corleone symbolizuje suwerennego księcia w rozumieniu Machiavellego (cyt. za Ganzem): „Książe jest nie tylko ponad prawem, ale i nad źródłem prawa oraz wszelkim społecznym i politycznym porządkiem, więc – w uniwersum Corleone – Don jest »odpowiedzialny« za jego rodzinę, a ta odpowiedzialność upoważnia go do dosłownie wszystkiego poza naruszeniem zobowiązania względem rodzinnej więzi”.

Taka monarchiczno­‑mafijna wizja patriarchalnej władzy ponad prawem – osadzona w paleoliber­tarianizmie – stanowi ideologiczny korzeń zarówno dla Bannonowskiego ruchu MAGA, jak i ideologii samodzierżawia technooli­gar­chów, którzy pod kierunkiem Petera Thiela skupili się wokół Donalda Trumpa.

Monarchia CEO

Analogiczny do Rothbarda sposób myślenia technooligar­­chów najdobitniej sformułował Curtis Yarvin – wspomniany wyżej nadworny filo­zof Thiela, który na przełomie I i II dekady XXI w. pisał pod pseudonimem Mencius Moldbug (dosł. Mencjusz Pluskwa Pleśniowa). Odpowiedzialny jest nie tylko za upowszechnienie niesławnego terminu „redpil” określającego mężczyzn czujących się ofiarami feminizmu, lecz przede wszystkim za wyartykułowanie programu, który brytyjski filozof Nick Land nazwie potem Ciemnym Oświeceniem (angielski termin Dark Enlightment można tłumaczyć jako „Mroczne Oświecenie”, ale jego założenia ewidentnie inspirują się tym, co po polsku określamy jako „Wieki Ciemne”).

Ciemne Oświecenie ma korzenie w paleokonserwatyzmie i paleolibertarianizmie – nurtach myśli, które inkubowały się w amerykańskich środowiskach biznesowych w reakcji na progresywne reformy z początku XX w.: wprowadzenie podatku dochodowego, ochrona konsumentów, prawa pracownicze, zwalczanie karteli i monopoli. Kiedy Ludwig von Mises w 1927 r. pisał, że faszyzm uratował cywilizację europejską, uważał to za smutną konieczność i rozwiązanie tymczasowe. Neoreakcjonizm Ciemnego Oświecenia nie ma już takich oporów. Autorytarne państwo minimum – opresyjne, bo ma dławić ruch robotniczy – jest założeniem programowym.

Tak jak Rothbard we włoskiej mafii dostrzegał realizację ideału przedsiębiorczości, tak Yarvin w korporacji widzi ideał państwowości.

W jego esejach te same intelektualne inspiracje „paleolitami” formułowane są w terminach bliższych biznesowej kulturze Doliny Krzemowej: kultu charyzmatycznego i apodyktycznego prezesa-założyciela, który dokonuje rewolucji dzięki swemu geniuszowi, ryzyku, zmianom zasad gry, „twórczej destrukcji”. W tych kręgach figurę absolutnego monarchy obserwujemy w działaniu od dawna – to CEO: chief executive oficer, czyli „generalny dyrektor wykonawczy”, wszechwładny prezes prywatnego przedsiębiorstwa.

W tej wizji pobrzmiewają podobne, mafijne wątki. Zamiast o „odpowiedzialnym” Don Vicie Corleone Yarvin opowiada o „rozliczalnym” prezesie firmy. To, przed kim i za co taki prezes byłby „rozliczalny”, jest równie mgliste co wizja mafijnej „odpowiedzialności za rodzinę”.

Yarvin nie ukrywa swoich poglądów ani ich nie rozmiękcza. Dla niego samodzierżawie stanowi kluczowe narzędzie osiąg­­nięcia libertariańskiej utopii. W rozmowie z maja 2021 r. z Michaelem Antonem przyznaje, że „cezaryzm” – tj. autorytarne rządy silnej jednostki – są warunkiem koniecznym uratowania Ameryki przed nią samą. A to wymaga zburzenia „Katedry” – profesjonalnej klasy menedżerskiej, służby cywilnej, uniwersytetów i mediów.

Yarvin w akademii widzi nie tylko ideologicznego przeciwnika, miejsce zdominowane przez środowiska lewicowe i liberalne. Widzi w niej także konkurencyjne dla Cezara źródło prawdy. Powołując się na Machiavellego, zauważa, że akademia wymyka się władzy i jej narracji. Vance w wywiadzie udzielonym we wrześniu 2021 r. zauważa, że „nigdy nie uda się konserwatystom osiągnąć swojej wizji społeczeństwa, dopóki nie uderzymy w serce bestii. To uniwersytety”. W przemowie z 2025 r. powiedział wprost: „Wrogiem są profesorowie”.

To dlatego w działaniach Departamentu Rządowej Efektywności (DOGE) Muska wyraźnie pobrzmiewają echa Yarvinowego hasła RAGE (Retire All Government Employees), czyli wezwania do „zwolnienia wszystkich pracowników rządowych”. Niszczenie przy tej okazji uniwersytetów – torpedowanie przełomowych badań medycznych, wycinanie nauk społecznych badających ruchy i reżimy autorytarne, rujnowanie zdrowia publicznego – nie jest wcale wypadkiem przy pracy. To zamierzony cel i strategia zastraszania krytyków władzy i niepohamowanej żądzy zysków.

***

Dewastacja instytucji USA, ich pozycji międzynarodowej i zaufania w ich słowność wydaje się błędem przy pracy. Ale zrozumienie założeń Ciemnego Oświecenia – ideologii wprost wyznawanej przez Petera Thiela i jego frakcję – uświadamia, że to element planu. To środek do realizacji wielobiegunowego ładu międzynarodowego, w którym żadne państwo ani organizacja międzynarodowa nie będą w stanie opodatkować bogactwa oligarchów ani zrównoważyć ich władzy.

Propagandowa mgła jest gruba i bardzo rozpraszająca. Słyszymy o obronie wolności słowa i nauki przed „lewackim Opus Dei”. Mówi się o ostrożności względem szczepionek czy wobec „zalewu imigrantów”. Przekonuje się nas, że ochrona konsumentów i podatkowa redystrybucja osłabiają moralny kręgosłup narodu i niszczą przedsiębiorczość. Zawsze – jak to w propagandzie – znajdzie się tu ziarno prawdy, wykoślawionej tak, że staje się niepodobna do siebie. Te narracje będą papugować „umiarkowani” czy „libe­ralni” fani „prawdo­‑pośrodkizmu” („obie strony są równie złe”).

Ale to wszystko kunsztowna propaganda.

Pierwsza lekcja, jakiej uczy Timothy Snyder w swojej książce O tyranii, to: „Nie bądź posłuszny z wyprzedzeniem. Większość władzy autorytarnej jest oddawana za darmo”. Snyder nie jest chyba członkiem młodej akademickiej woke lewicy. A jednak widzi, co się dzieje, i podnosi alarm.

Badacze reżimów autorytarnych i totalitarnych wskazują, że rozwój faszyzmu składa się z etapów i dopiero z czasem – wraz z łamaniem kolejnych barier i eliminowaniem kolejnych wrogów – osiąga on swoją pełną postać. Nie można ignorować tej trajektorii i znaków ostrzegawczych. Nie można brać za dobrą monetę twierdzeń, że opresja to uzasadniona reakcja na „ekscesy” jakiejś mniejszości. Nade wszystko nie można dawać posłuszeństwa wyprzedzającego. Bo tyranię da się powstrzymać, jeśli nie ułat­­wi się jej zadania.

Artykuł pojawił się w numerze: Nie jesteś swoją diagnozą