Kiedy prowadzę zajęcia z krytycznego pisania albo redaguję teksty autorek i autorów, z którymi dopiero zaczynam współpracę, zachęcam do tego, żeby nie wykładać od razu wszystkich kart na stół. Każdy tekst, nawet zwykła recenzja, powinien intrygować, przykuwać uwagę, od pierwszych słów sprawiać, żeby ktoś chciał go przeczytać. A przecież nic lepiej nie wzbudza ciekawości niż suspens. Kto zabił? Pocałują się w końcu? Dobra ta książka czy raczej gniot?
Czasem jednak trzeba złamać własne zasady. Uwielbiam Ali Smith. Bezkrytycznie. Czytajcie wszystko, co napisała. Jeśli macie mało czasu, darujcie sobie nawet ten mój tekst i od razu lećcie do księgarni. Ali jest wspaniała. Jej pisanie było najlepszym, co mi się czytelniczo przydarzyło w ostatnich latach. A było to w czasie, kiedy sądziłem, że naprawdę nic mnie więcej nie zaskoczy, bo swoje w życiu przeczytałem i po literaturze spodziewałem się już tylko niezbyt gwałtownych wzruszeń, w najlepszym razie podniesienia brwi, byle nie za wysoko. I wtedy pojawiła się ona. I może z początku nie wiedziałem jeszcze, że tak będzie, ale wreszcie zrozumiałem, że przeczytałem coś fantastycznego. I że chcę więcej. Może nawet trochę się zakochałem. No, tyle, spoiler na początku tekstu, świetnie.
Właściwie nie powinienem dalej pisać. Nawet nie dlatego, że nie mam co liczyć na wasze specjalne zainteresowanie, skoro już wiecie, co mam do powiedzenia o pisarstwie Ali Smith. Polecam, 10 na 10.
Poważniejszy problem jest taki, że jedyne, co mi pozostaje w tej sytuacji, to zastanowić się nad naturą tego mojego zakochania. A to nigdy nie jest dobry pomysł. Bo raczej nie podjąłbym się podobnej analizy tego, co sprawia, że od 14 lat jestem zakochany w K. Jestem to jestem, lepiej nie rozkładać tego na czynniki pierwsze, bo tak porozkładane mogłyby wydać się jakąś okrutną parodią tego, na co się składają, i coś w efekcie popsuć.
I pewnie z Ali Smith też tak nie powinienem robić, bo byłem już w takim momencie, kiedy wydawało mi się, że z grubsza rozumiem, jak działa literatura, i nie było to dobre doświadczenie. A skoro przydarzyła mi się ta nieoczekiwania odmiana, to może powinienem na nią chuchać i dmuchać, byle tylko jej nie popsuć? Ale co robić, dawno się umówiłem z miesięcznikiem „Znak” na ten tekst. I ostatecznie literatura to nie intymny związek na całe życie, lecz raczej pole niefrasobliwego eksperymentowania. No więc trudno, zaryzykuję. I będę mógł tylko liczyć, że coś z mojej miłości do tego pisania ocaleje, kiedy już uporam się z tą próbą opowiedzenia, skąd ona się w ogóle wzięła.
Coś świeżego
No właśnie, eksperymenty. O Ali Smith pierwszy raz usłyszałem przy okazji Jesieni, utworu otwierającego cykl Pory roku. Sam fakt, że chodziło o cykl, zdawał się już cokolwiek intrygujący. Bo kto, poza literaturą gatunkową, gdzie oczywiście mają się one świetnie, tworzy powieściowe cykle? A do tego jeszcze ten uroczo anachroniczny tytuł: Pory roku (w oryginale było jeszcze lepiej: Seasonal Quartet), sugerujący, że to będzie jakaś nostalgiczna wycieczka do czasów, kiedy jeszcze istniały pory roku.
Było w tym trochę prowokacji, droczenia się z czytelniczkami i czytelnikami. Bo też pomysł na Pory roku Ali Smith miała całkiem nienostalgiczny. Umówiła się ona z oficyną Hamish Hamilton na wydawniczy sprint. W ciągu kolejnych czterech lat pisarka oddawała w 12-miesięcznych odstępach kolejne powieści, które ukazywały się zaledwie kilka tygodni od przesłania maszynopisu: Jesień – jesienią 2016 r., Zima – zimą 2017, Wiosna – wiosną 2019, Lato – latem 2020. Ten wydawniczy tryb był też ściśle powiązany z tym, co dało się przeczytać w tych książkach: ich akcja toczyła się właśnie w czasie, kiedy się ukazywały, w kolejnych porach roku, i wprost zahaczała o najnowsze wydarzenia.
Takich rzeczy właściwie się nie robi. Proces redakcyjny, korektę, skład i druk można jeszcze zaplanować.
I tak się zresztą stało. Okładki kolejnych części Pór roku, z fragmentami obrazów Davida Hockneya, były gotowe, zanim Smith cokolwiek napisała. Jednak sama praca pisarska to już sprawa kompletnie nieprzewidywalna i obarczona największym ryzykiem obsuwy. Tym większym, że autorka nie wiedziała nawet, jakie materiały podsunie jej współczesność. A ta się nie ograniczała i produkowała takie nieprzewidywalne zjawiska jak brexit, prezydent Trump i COVID-19. Już to było ekscytujące, ta próba zakwestionowania nie tylko tego, co i jak się pisze, ale i samych warunków, w jakich się to robi, domyślnych ustawień literatury.
To nie był jej pierwszy raz. Poprzedzająca Pory roku powieść How to Be Both, która właśnie ukazała się po polsku pod tytułem Jak być jednym i drugim, została wydana w dwóch wersjach, różniących się kolejnością dwóch części, z których się składa. W niektórych egzemplarzach najpierw są Oczy, potem Kamera, w innych jest na odwrót. Oczy to opowieść renesansowego włoskiego malarza Francesco del Cossa, który okazuje się dziewczyną przebierającą się za chłopaka, by móc wykonywać wymarzony zawód. Kamera jest historią żyjącej współcześnie nastoletniej George, przeżywającej żałobę po przedwcześnie zmarłej matce. Właściwie mogłyby to być dwie całkiem osobne książki, ale sposób ich spięcia (a właściwie dwa sposoby) sprawia, że zaczynają tworzyć razem znacznie bogatszą całość. To też niezły eksperyment z czytelniczymi oczekiwaniami. Bardzo chciałbym wziąć udział w spotkaniu klubu książki, w którym jedne osoby przeczytały wersję Oczy-Kamera, a inne Kamera-Oczy.
Pewnie, to nie żaden radykalny eksperyment w stylu futurystycznych „Jednodńuwek”, za to odbywa się na skalę, jaka żadnym awangardzistom nie była dostępna. Bo wydawnicze działania Smith mają i taki skutek, że do naruszenia rutyny zmuszają jej wydawców nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i za granicą. Maciej Marcisz z wydawnictwa W.A.B. opowiadał mi, że publikacja dwóch wersji Jak być jednym i drugim wymagała w pierwszej kolejności wywalczenia jednego numeru ISBN dla dwóch wydań, a następnie porozumienia się z drukarnią i magazynem, aby książki były mieszane przed wysyłką do księgarń.
Może to malutka rzecz, psikus ekscentrycznej pisarki, mam jednak wrażenie, że jest w tym też jakaś próba przesunięcia granic tego, co się da i czego się nie da, naruszenia jednych zwyczajów, żeby może w przyszłości łatwiej było naruszyć inne, znacznie ważniejsze.
Coś starego
Skojarzenie z awangardami to nie przypadek. Smith nieźle się na nich poznała, kiedy w II poł. lat 80. robiła doktorat z literaturoznawstwa na Uniwersytecie Cambridge. To musiało być coś dla dziewczyny, która urodziła się na początku lat 60. w robotniczej rodzinie w niewielkim szkockim miasteczku Inverness. Jej ojciec był elektrykiem, do północnej Szkocji przybył z angielskiego Newark w hrabstwie Nottinghamshire, jej matka pochodziła z północnych krańców Irlandii. Oboje, jak pisała Smith w eseju Once Upon a Life na łamach „Guardiana” w 2011 r., byli traktowani jak ludzie „skądinąd”.
Sam nie wiem, może to jest właśnie ten szczegół, który sprawia, że w Ali Smith wyczuwam kogoś bardzo bliskiego, choć moja mama i dziadkowie czuli się jak obcy nie w Szkocji, lecz na Górnym Śląsku.
Też byłem najmłodszy, to chyba nie jest bez znaczenia, najmłodszym najwięcej się wybacza i pozwala się im na więcej, choćby na to, żeby studiowali literaturę, choć to nie ma żadnego ekonomicznego sensu. A kiedy zaczynałem doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim, to zdawało mi się, że złapałem pana boga za nogi. „Teraz jesteś ode mnie mądrzejsza (…). Teraz to już jesteś tak mądra, że aż strach” (cytaty – jeśli nie zaznaczono inaczej – w tłum. J. Kozłowskiego) – mówi narratorce Piątej pory roku ojciec, i ja też coś podobnego słyszałem od swojej mamy, coś podobnie sarkastycznego.
Ja doktorat dowiozłem do finału, rozczarowanie akademią dopadło mnie dopiero jakiś czas po obronie. Ali Smith dała sobie spokój z uniwersytetem jeszcze wcześniej. Nie miała chyba zresztą wyboru, zaczął jej doskwierać zespół chronicznego zmęczenia, który uniemożliwiał jej normalne funkcjonowanie. Stawianie diagnoz na odległość nie ma większego sensu, więc tylko ostrożnie sobie wyobrażam, że jej ciało mogło reagować w ten sposób na długie lata edukacyjnego stresu i narastające poczucie bycia nie na miejscu. To poczucie, którego doświadczają nieustannie postaci z jej książek. W każdym razie na początku lat 90. Smith rzuciła akademię i zajęła się literaturą.
Choć to wcale nie takie proste, bo człowiek może łatwo wyjść z akademii, lecz akademia niełatwo wyjdzie z człowieka.
W pisaniu Smith wyraźne jest coś, co charakteryzuje też innego akademika, który stał się pisarzem, W.G. Sebalda. Oboje mają skłonność do sięgania po rejestry odmienne od potocznej literackiej narracji, oboje lubią w usta swoich bohaterek i bohaterów włożyć znienacka jakiś wykład (bo czym innym są długaśne monologi Austerlitza?), zacytować jakieś źródła (skądinąd jaka to wielka ulga zacytować coś i nie robić przypisu!), słowem: zrobić porządny risercz. To nic innego jak akademicki trening, tyle że przejawiający się w literackim medium.
Z tym napięciem między akademią a literaturą zmaga się zresztą główna bohaterka Jesieni, historyczka sztuki, która niecierpliwie czeka na etat, a jednocześnie męczy się ograniczeniami akademickiego żargonu, bo o bohaterce swoich badań chciałaby pisać inaczej: „Nie można napisać sprawiała wrażenie, jakby świetnie się bawiła. Nie można napisać wyglądała, jakby była z niej wspaniała towarzyszka zabaw, jakby tryskała energią ani że energia z niej emanowała”.
Na te wszystkie „nie można” Smith znalazła swoją własną literacką formułę, którą udowadnia, że właśnie można.
W każdym z czterech tomów Pór roku jedną z pobocznych bohaterek jest artystka: malarka pop-artowa Pauline Boty, rzeźbiarka Barbara Hepworth, artystka wizualna Tacita Dean, twórczyni filmowa i pisarka Lorenza Mazzetti. Konceptualną artystką jest narratorka Piątej pory roku. A połowa Jak być jednym i drugim to opowieść o renesansowym malarstwie i szkole ferraryjskiej związanej z dworem rodu d’Este. Nie ma w tym jednak ani krztyny wykładowego nudziarstwa czy eseistycznego wymądrzania się.
Mam zresztą podejrzenia, że gdyby to Ali Smith miała napisać ten tekst o pisarstwie Ali Smith, byłoby to raczej opowiadanie. Jego bohaterem mógłby być młody mężczyzna, który właśnie został tatą i zaczyna podejrzewać, że to doświadczenie kompletnie nie pasuje do tego, jak przez lata wyobrażał sobie własną przyszłość. Przypadkiem natrafia na ślad pewnej szkockiej pisarki, ale nie ma za dużo czasu, żeby przeczytać wszystko, co napisała, bo zajmuje się zmienianiem pieluch i od miesięcy porządnie się nie wyspał. We fragmentach, które podczytuje, odnajduje spore kawałki swojego życia, choć dobrze wie, że to może tylko złudne projekcje. Czasem opowiada o nich swojej córce, ta niewiele z tego rozumie, lecz przecież wcale nie o to chodzi. W końcu gdzieś pomiędzy literaturą a opieką nad dzieckiem, w mieszance emocji i pomysłów, chłopak postanawia rzucić dobrze zapowiadającą się ścieżkę kariery. Zakończenie jest otwarte.
Z podobną swobodą jak historię sztuki Smith traktuje historię bezprzymiotnikową. Potrafi np. sięgnąć, jak w Wiośnie, do bitwy pod Culloden z 1746 r., która zakończyła powstanie jakobickie, a od niej do znacznie dłuższego, choć mniej spektakularnego procesu grodzenia ziem, w ramach którego „angielska klasa rządząca z pomocą skorumpowanych właścicieli ziemskich systematycznie redukowała liczbę ludności w szkockich górach”. Albo jak w Piątej porze roku, gdzie jedną z…