Kiedy prowadzę zajęcia z krytycznego pisania albo redaguję teksty autorek i autorów, z którymi dopiero zaczynam współpracę, zachęcam do tego, żeby nie wykładać od razu wszystkich kart na stół. Każdy tekst, nawet zwykła recenzja, powinien intrygować, przykuwać uwagę, od pierwszych słów sprawiać, żeby ktoś chciał go przeczytać. A przecież nic lepiej nie wzbudza ciekawości niż suspens. Kto zabił? Pocałują się w końcu? Dobra ta książka czy raczej gniot?
Czasem jednak trzeba złamać własne zasady. Uwielbiam Ali Smith. Bezkrytycznie. Czytajcie wszystko, co napisała. Jeśli macie mało czasu, darujcie sobie nawet ten mój tekst i od razu lećcie do księgarni. Ali jest wspaniała. Jej pisanie było najlepszym, co mi się czytelniczo przydarzyło w ostatnich latach. A było to w czasie, kiedy sądziłem, że naprawdę nic mnie więcej nie zaskoczy, bo swoje w życiu przeczytałem i po literaturze spodziewałem się już tylko niezbyt gwałtownych wzruszeń, w najlepszym razie podniesienia brwi, byle nie za wysoko. I wtedy pojawiła się ona. I może z początku nie wiedziałem jeszcze, że tak będzie, ale wreszcie zrozumiałem, że przeczytałem coś fantastycznego. I że chcę więcej. Może nawet trochę się zakochałem. No, tyle, spoiler na początku tekstu, świetnie.
Właściwie nie powinienem dalej pisać. Nawet nie dlatego, że nie mam co liczyć na wasze specjalne zainteresowanie, skoro już wiecie, co mam do powiedzenia o pisarstwie Ali Smith. Polecam, 10 na 10.
Poważniejszy problem jest taki, że jedyne, co mi pozostaje w tej sytuacji, to zastanowić się nad naturą tego mojego zakochania. A to nigdy nie jest dobry pomysł. Bo raczej nie podjąłbym się podobnej analizy tego, co sprawia, że od 14 lat jestem zakochany w K. Jestem to jestem, lepiej nie rozkładać tego na czynniki pierwsze, bo tak porozkładane mogłyby wydać się jakąś okrutną parodią tego, na co się składają, i coś w efekcie popsuć.
I pewnie z Ali Smith też tak nie powinienem robić, bo byłem już w takim momencie, kiedy wydawało mi się, że z grubsza rozumiem, jak działa literatura, i nie było to dobre doświadczenie. A skoro przydarzyła mi się ta nieoczekiwania odmiana, to może powinienem na nią chuchać i dmuchać, byle tylko jej nie popsuć? Ale co robić, dawno się umówiłem z miesięcznikiem „Znak” na ten tekst. I ostatecznie literatura to nie intymny związek na całe życie, lecz raczej pole niefrasobliwego eksperymentowania. No więc trudno, zaryzykuję. I będę mógł tylko liczyć, że coś z mojej miłości do tego pisania ocaleje, kiedy już uporam się z tą próbą opowiedzenia, skąd ona się w ogóle wzięła.
Coś świeżego
No właśnie, eksperymenty. O Ali Smith pierwszy raz usłyszałem przy okazji Jesieni, utworu otwierającego cykl Pory roku. Sam fakt, że chodziło o cykl, zdawał się już cokolwiek intrygujący. Bo kto, poza literaturą gatunkową, gdzie oczywiście mają się one świetnie, tworzy powieściowe cykle? A do tego jeszcze ten uroczo anachroniczny tytuł: Pory roku (w oryginale było jeszcze lepiej: Seasonal Quartet), sugerujący, że to będzie jakaś nostalgiczna wycieczka do czasów, kiedy jeszcze istniały pory roku.
Było w tym trochę prowokacji, droczenia się z czytelniczkami i czytelnikami. Bo też pomysł na Pory roku Ali Smith miała całkiem nienostalgiczny. Umówiła się ona z oficyną Hamish Hamilton na wydawniczy sprint. W ciągu kolejnych czterech lat pisarka oddawała w 12-miesięcznych odstępach kolejne powieści, które ukazywały się zaledwie kilka tygodni od przesłania maszynopisu: Jesień – jesienią 2016 r., Zima – zimą 2017, Wiosna – wiosną 2019, Lato – latem 2020. Ten wydawniczy tryb był też ściśle powiązany z tym, co dało się przeczytać w tych książkach: ich akcja toczyła się właśnie w czasie, kiedy się ukazywały, w kolejnych porach roku, i wprost zahaczała o najnowsze wydarzenia.
Takich rzeczy właściwie się nie robi. Proces redakcyjny, korektę, skład i druk można jeszcze zaplanować.
I tak się zresztą stało. Okładki kolejnych części Pór roku, z fragmentami obrazów Davida Hockneya, były gotowe, zanim Smith cokolwiek napisała. Jednak sama praca pisarska to już sprawa kompletnie nieprzewidywalna i obarczona największym ryzykiem obsuwy. Tym większym, że autorka nie wiedziała nawet, jakie materiały podsunie jej współczesność. A ta się nie ograniczała i produkowała takie nieprzewidywalne zjawiska jak brexit, prezydent Trump i COVID-19. Już to było ekscytujące, ta próba zakwestionowania nie tylko tego, co i jak się pisze, ale i samych warunków, w jakich się to robi, domyślnych ustawień literatury.
To nie był jej pierwszy raz. Poprzedzająca Pory roku powieść How to Be Both, która właśnie ukazała się po polsku pod tytułem Jak być jednym i drugim, została wydana w dwóch wersjach, różniących się kolejnością dwóch części, z których się składa. W niektórych egzemplarzach najpierw są Oczy, potem Kamera, w innych jest na odwrót. Oczy to opowieść renesansowego włoskiego malarza Francesco del Cossa, który okazuje się dziewczyną przebierającą się za chłopaka, by móc wykonywać wymarzony zawód. Kamera jest historią żyjącej współcześnie nastoletniej George, przeżywającej żałobę po przedwcześnie zmarłej matce. Właściwie mogłyby to być dwie całkiem osobne książki, ale sposób ich spięcia (a właściwie dwa sposoby) sprawia, że zaczynają tworzyć razem znacznie bogatszą całość. To też niezły eksperyment z czytelniczymi oczekiwaniami. Bardzo chciałbym wziąć udział w spotkaniu klubu książki, w którym jedne osoby przeczytały wersję Oczy-Kamera, a inne Kamera-Oczy.
Pewnie, to nie żaden radykalny eksperyment w stylu futurystycznych „Jednodńuwek”, za to odbywa się na skalę, jaka żadnym awangardzistom nie była dostępna. Bo wydawnicze działania Smith mają i taki skutek, że do naruszenia rutyny zmuszają jej wydawców nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i za granicą. Maciej Marcisz z wydawnictwa W.A.B. opowiadał mi, że publikacja dwóch wersji Jak być jednym i drugim wymagała w pierwszej kolejności wywalczenia jednego numeru ISBN dla dwóch wydań, a następnie porozumienia się z drukarnią i magazynem, aby książki były mieszane przed wysyłką do księgarń.
Może to malutka rzecz, psikus ekscentrycznej pisarki, mam jednak wrażenie, że jest w tym też jakaś próba przesunięcia granic tego, co się da i czego się nie da, naruszenia jednych zwyczajów, żeby może w przyszłości łatwiej było naruszyć inne, znacznie ważniejsze.
Coś starego
Skojarzenie z awangardami to nie przypadek. Smith nieźle się na nich poznała, kiedy w II poł. lat 80. robiła doktorat z literaturoznawstwa na Uniwersytecie Cambridge. To musiało być coś dla dziewczyny, która urodziła się na początku lat 60. w robotniczej rodzinie w niewielkim szkockim miasteczku Inverness. Jej ojciec był elektrykiem, do północnej Szkocji przybył z angielskiego Newark w hrabstwie Nottinghamshire, jej matka pochodziła z północnych krańców Irlandii. Oboje, jak pisała Smith w eseju Once Upon a Life na łamach „Guardiana” w 2011 r., byli traktowani jak ludzie „skądinąd”.
Sam nie wiem, może to jest właśnie ten szczegół, który sprawia, że w Ali Smith wyczuwam kogoś bardzo bliskiego, choć moja mama i dziadkowie czuli się jak obcy nie w Szkocji, lecz na Górnym Śląsku.
Też byłem najmłodszy, to chyba nie jest bez znaczenia, najmłodszym najwięcej się wybacza i pozwala się im na więcej, choćby na to, żeby studiowali literaturę, choć to nie ma żadnego ekonomicznego sensu. A kiedy zaczynałem doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim, to zdawało mi się, że złapałem pana boga za nogi. „Teraz jesteś ode mnie mądrzejsza (…). Teraz to już jesteś tak mądra, że aż strach” (cytaty – jeśli nie zaznaczono inaczej – w tłum. J. Kozłowskiego) – mówi narratorce Piątej pory roku ojciec, i ja też coś podobnego słyszałem od swojej mamy, coś podobnie sarkastycznego.
Ja doktorat dowiozłem do finału, rozczarowanie akademią dopadło mnie dopiero jakiś czas po obronie. Ali Smith dała sobie spokój z uniwersytetem jeszcze wcześniej. Nie miała chyba zresztą wyboru, zaczął jej doskwierać zespół chronicznego zmęczenia, który uniemożliwiał jej normalne funkcjonowanie. Stawianie diagnoz na odległość nie ma większego sensu, więc tylko ostrożnie sobie wyobrażam, że jej ciało mogło reagować w ten sposób na długie lata edukacyjnego stresu i narastające poczucie bycia nie na miejscu. To poczucie, którego doświadczają nieustannie postaci z jej książek. W każdym razie na początku lat 90. Smith rzuciła akademię i zajęła się literaturą.
Choć to wcale nie takie proste, bo człowiek może łatwo wyjść z akademii, lecz akademia niełatwo wyjdzie z człowieka.
W pisaniu Smith wyraźne jest coś, co charakteryzuje też innego akademika, który stał się pisarzem, W.G. Sebalda. Oboje mają skłonność do sięgania po rejestry odmienne od potocznej literackiej narracji, oboje lubią w usta swoich bohaterek i bohaterów włożyć znienacka jakiś wykład (bo czym innym są długaśne monologi Austerlitza?), zacytować jakieś źródła (skądinąd jaka to wielka ulga zacytować coś i nie robić przypisu!), słowem: zrobić porządny risercz. To nic innego jak akademicki trening, tyle że przejawiający się w literackim medium.
Z tym napięciem między akademią a literaturą zmaga się zresztą główna bohaterka Jesieni, historyczka sztuki, która niecierpliwie czeka na etat, a jednocześnie męczy się ograniczeniami akademickiego żargonu, bo o bohaterce swoich badań chciałaby pisać inaczej: „Nie można napisać sprawiała wrażenie, jakby świetnie się bawiła. Nie można napisać wyglądała, jakby była z niej wspaniała towarzyszka zabaw, jakby tryskała energią ani że energia z niej emanowała”.
Na te wszystkie „nie można” Smith znalazła swoją własną literacką formułę, którą udowadnia, że właśnie można.
W każdym z czterech tomów Pór roku jedną z pobocznych bohaterek jest artystka: malarka pop-artowa Pauline Boty, rzeźbiarka Barbara Hepworth, artystka wizualna Tacita Dean, twórczyni filmowa i pisarka Lorenza Mazzetti. Konceptualną artystką jest narratorka Piątej pory roku. A połowa Jak być jednym i drugim to opowieść o renesansowym malarstwie i szkole ferraryjskiej związanej z dworem rodu d’Este. Nie ma w tym jednak ani krztyny wykładowego nudziarstwa czy eseistycznego wymądrzania się.
Mam zresztą podejrzenia, że gdyby to Ali Smith miała napisać ten tekst o pisarstwie Ali Smith, byłoby to raczej opowiadanie. Jego bohaterem mógłby być młody mężczyzna, który właśnie został tatą i zaczyna podejrzewać, że to doświadczenie kompletnie nie pasuje do tego, jak przez lata wyobrażał sobie własną przyszłość. Przypadkiem natrafia na ślad pewnej szkockiej pisarki, ale nie ma za dużo czasu, żeby przeczytać wszystko, co napisała, bo zajmuje się zmienianiem pieluch i od miesięcy porządnie się nie wyspał. We fragmentach, które podczytuje, odnajduje spore kawałki swojego życia, choć dobrze wie, że to może tylko złudne projekcje. Czasem opowiada o nich swojej córce, ta niewiele z tego rozumie, lecz przecież wcale nie o to chodzi. W końcu gdzieś pomiędzy literaturą a opieką nad dzieckiem, w mieszance emocji i pomysłów, chłopak postanawia rzucić dobrze zapowiadającą się ścieżkę kariery. Zakończenie jest otwarte.
Z podobną swobodą jak historię sztuki Smith traktuje historię bezprzymiotnikową. Potrafi np. sięgnąć, jak w Wiośnie, do bitwy pod Culloden z 1746 r., która zakończyła powstanie jakobickie, a od niej do znacznie dłuższego, choć mniej spektakularnego procesu grodzenia ziem, w ramach którego „angielska klasa rządząca z pomocą skorumpowanych właścicieli ziemskich systematycznie redukowała liczbę ludności w szkockich górach”. Albo jak w Piątej porze roku, gdzie jedną z bohaterek staje się żyjąca w połowie XVI w. nastolatka, wybitnie utalentowana rzemieślniczka, która po utracie bliskich usiłuje utrzymać się samodzielnie, ale na skutek wprowadzanych w Anglii „praw o ubogich” musi się ukrywać na obrzeżach ludzkich społeczności.
Jasne, w połowie XVI w. dziewczyny zwykle nie uczyły się rzemiosła. Podobnie jak nie zostawały zbyt często malarkami na renesansowych dworach. Smith najwyraźniej lubi korzystać z chwytu polegającego na zamianie płci. Pożyczyła go najpewniej od Virginii Woolf, która we Własnym pokoju pisała o siostrze Shakespeare’a, Judith, o której niczego nie wiemy, bo w renesansowej Anglii kobiety nie miały żadnych warunków, by rozwijać swoje talenty. To podobna logika, jaka stoi za głośnym esejem Lindy Nochlin Dlaczego nie było wielkich artystek?
Smith, idąc za tymi impulsami, porusza się po historii z właściwą sobie swobodą i sugeruje: pewnie, że były, tylko udawały mężczyzn. Słowem, traktuje historię nie jako ozdobnik czy ciekawostkę, lecz jako pole interwencji. Jako opowieść, którą trzeba naprawić, a przynajmniej poprawić, żeby dało się myśleć o lepszej przyszłości.
Coś różnego
Zmyślone historie, kawałki własnego życia, wypisy z literatury, dzieła sztuki, fragmenty serwisów informacyjnych, cytaty z internetu, etymologie słów, kartki z podręczników historii, popularne piosenki. Smith miesza i łączy ze sobą te najróżniejsze rejestry, tak jakby naczytała się Witkacego i traktowała powieść jak worek, do którego można wrzucić wszystko. Albo jak kolaż.
„Collage to placówka edukacyjna, gdzie wyrzuca się wszystkie reguły, gdzie rozmiar, przestrzeń, czas, pierwszy i drugi plan stają się względne i dzięki temu wszystko, co wiesz, albo ci się wydaje, że wiesz, zostaje przekute w coś nowego i dziwnego” – tłumaczy bohaterce Wiosny Daniel, tajemniczy sąsiad, który wprowadza dziewczynę w świat sztuki i innych brewerii, niemieszczących się w głowie jej twardo stąpającej po ziemi matce.
Kolaż jest u Smith literacką techniką, pozwalającą pisać powieści zagarniające najróżniejsze porządki. Może to brzmieć nieco abstrakcyjnie, jednak autentycznie się cieszyłem, kiedy w jej powieściach znajdowałem wrzucane tu i tam najróżniejsze kawałki. To tak można! – myślałem sobie. I tak też, no proszę! A miałem przy tym takie poczucie, jakby znowu w literaturze dało się zrobić wszystko.
Ale kolaż jest też światopoglądem. Takim, który od jednorodności woli rozmaitość i nigdy nie pozwala sobie na zastygnięcie w jednej pozycji, więc nieustannie wystawia się na spotkania z tym, co od niego odmienne.
To o nim opowiada narratorce Piątej pory roku ojciec: „Wpuszczasz wszystkich. Kimkolwiek by byli. Uhonoruj zawsze każdego, kto przychodzi do twoich drzwi”.
Smith ewidentnie fascynują sytuacje, kiedy w ustalony porządek rzeczy wtrynia się ktoś całkowicie skądinąd. Tak jest w Wiośnie, której bohaterką jest dziewczynka o imieniu Florence, obdarzona umiejętnością niemal magicznego pokonywania drzwi, płotów i murów oraz zjednywania sobie ludzi. To drugie okazuje się nawet ważniejsze, bo zmusza osoby, którym całkiem dobrze w zastałych pozycjach, by się nieco ruszyły i zobaczyły świat z innego punktu widzenia.
Tak też jest w Przypadkowej, powieści z 2005 r. Ukazała się po polsku (w przekładzie Agnieszki Andrzejewskiej) zaledwie dwa lata później, niemal jednocześnie z Hotelem Świat (w przekładzie Agnieszki Wilgi, oryginał z 2001 r.), nakładem Wydawnictwa Muza. Obie powieści nie trafiły wtedy na swój czas (może autorytet Bookera nie był wtedy w Polsce tak ugruntowany, a może po prostu okładki były kiepskie) i na kilka kolejnych lat Smith trafiła do polskojęzycznego limbo, a oba tytuły są dziś do dostania tylko z drugiej ręki albo w bibliotekach.
Przypadkowa to historia rodziny Smartów, która wyjeżdża na letnie wakacje do wynajętego domku w Norfolk. Ojciec, wykładowca akademicki, ma romans ze studentką; matka, pisarka, zmaga się z blokadą twórczą; 12-letnia Astrid obsesyjnie rejestruje kamerą wszystko, co się wokół niej dzieje; 17-latek Magnus doświadcza napadów paniki na myśl o tym, że kiepski szkolny żart, w którym wziął udział, mógł doprowadzić do samobójstwa koleżanki. Do tej zbieraniny osób zamkniętych w swoich własnych głowach ni stąd, ni zowąd dołącza Amber. Raz podaje się za taką, raz za inną osobę, zatrzymuje się niby na chwilę (niemal jak w filmie z gatunku home invasion), ale w jakiś przedziwny sposób zdaje się wiedzieć o wszystkim, co trapi Smartów. I wykorzystuje tę wiedzę niekoniecznie po to, żeby im pomóc. Każe im się raczej skonfrontować z tym, kim są i co sobie wyobrażają.
„Czy czasami nie potrzeba kogoś obcego, żeby rodzina uświadomiła sobie, że jest rodziną?” – zastanawia się w jednym miejscu Przypadkowej matka. I jest to pytanie, które równie dobrze mogłyby sobie zadawać wszystkie postaci Smith. Czy czasami nie potrzeba kogoś (albo czegoś) obcego, żeby uświadomić sobie, kim (albo czym) się jest?
Coś ważnego
Jasne, że chodzi też o politykę. Kiedy Florence w Wiośnie przenika przez mury i bramy, to przede wszystkim rozprawia się z tymi w rządowym ośrodku izolowania imigrantów. Takie ośrodki naprawdę funkcjonowały, a ujawnienie ich istnienia w 2018 r. (kiedy powstawała powieść) nazwano „skandalem Windrush”. Zresztą wszystkie cztery tomy Pór roku mają wyraźne ostrze polityczne. Powstawanie cyklu zbiegło się w czasie w referendum brexitowym i tym, co po nim nastąpiło, łącznie ze wzmożeniem nastrojów antyimigranckich w Wielkiej Brytanii.
Tymczasem cała literacka maszyneria Smith pracuje w kierunku kompletnie przeciwnym. I nie chodzi mi tylko o takie subtelne posunięcia jak rozszczelnianie gatunkowych granic powieści, które da się czytać jako głos sprzeciwu wobec polityki zamykania granic politycznych. To ważne, ale Smith nie boi się też włączać do swoich książek podawanych wprost treści politycznych. W Jesieni matce głównej bohaterki każe obrzucać rządowe ogrodzenia „ludzkimi historiami i przedmiotami z mniej bezwzględnych, bardziej miłosiernych czasów”. W Zimie przypomina historię brytyjskich protestów antywojennych, które pod bazą wojskową w Greenham rozpoczęły się w 1981 r. i trwały nieprzerwanie do roku 2000. A w Wiośnie opowiada o grupie aktywistów, tworzących współczesną wersję „kolei podziemnej” (o której w głośnej powieści pisał Colson Whitehead), podziemną sieć wsparcia dla imigrantów.
Powieści Smith to jednak nie tyle literatura zaangażowana, ile literatura zaangażowania, pisana w czasach, kiedy polityczny aktywizm wydaje się tak samo nieunikniony, jak bezsilny.
I przenika do języka codzienności, przeobrażając się czasem w swoją parodię. Tak jest W piątej porze roku, gdzie leksykon współczesnych polityk tożsamości potrafi się kompletnie wykoślawić. Choć przez Smith, nie tylko feministkę, ale też lesbijkę, żyjącą od lat w związku z Sarą Wood, tożsamościowa emancypacja jest traktowana z pełną powagą.
W pisaniu Smith da się jednak wyczuć lekką nieufność wobec współczesności. Wydaje się np., że raczej z mniejszą niż większą sympatią traktuje smartfony, media społecznościowe i w ogóle internet, w czym trochę przypomina trzy lata od niej starszego Jonathana Franzena. Jeszcze chwilę temu, kiedy czytałem w Zimie ranty Smith na internet, musiałem zaciskać zęby, żeby nie powiedzieć „okay, boomer”. Natomiast dzisiaj, gdy największe firmy technologiczne stanęły ramię w ramię z faszyzującym prezydentem Stanów Zjednoczonych, w brutalny sposób realizującym politykę zamykania granic, być może trzeba jeszcze raz posłuchać narzekań tych, którzy od początku wyczuwali w tych wszystkich cyfrowych obietnicach smrodek czegoś podejrzanego.
Coś delikatnego
W całym bogactwie literackich technik, estetycznych niuansów i światopoglądowych komplikacji, składających się na pisanie Ali Smith, mimo wszystko najważniejsze pozostają pojedyncze postaci. Ich wrażliwości, pytania, które sobie zadają, wątpliwości, pragnienia. I emocje, przede wszystkim emocje.
W ogóle to niesamowite, że pisarka z tak obszernym intelektualnym zapleczem, która do napisania krótkiej powieści potrzebuje zrobić risercz obejmujący nowożytne techniki rzemieślnicze, ewolucję perspektywy malarskiej i dzieje wojen o angielską Koronę, jednocześnie potrafi być tak wyczulona na najmniejsze emocjonalne poruszenia.
Tę uważność doskonale widać w Hotelu Świat.
To rozpisana na kilka głosów opowieść o przeżywaniu żałoby. Jej centralnym punktem, stopniowo odsłaniającym się w jej toku, jest śmierć młodej dziewczyny, która wpada do szybu windy kuchennej w tytułowym hotelu. Niektóre z postaci nie mają nawet pojęcia o tragedii, w której biorą udział, inne – w tym sama zmarła – wprost usiłują przepracować to doświadczenie.
Żałobę przeżywa też George, bohaterka współczesnej części Jak być jednym i drugim. I przy tej okazji staje się jasne, dlaczego Smith chętnie wraca do tego tematu. Bo też mało co tak dobrze jak właśnie żałoba służy przyglądaniu się całej mieszance sprzecznych uczuć. George, opowiadając sobie (i nam) o zmarłej matce, płynnie przechodzi od żalu do złości, od tęsknoty do gniewu.
Właśnie akceptacja tych emocjonalnych komplikacji sprawia, że Ali Smith jest pisarką nie tylko ciekawą czy intrygującą, ale po prostu wielką. Nie boi się konfrontować swoich postaci z całą złożonością świata, pozwala im myśleć o polityce, doświadczać bezsilności, wygłaszać opinie piękne i kompletnie głupie. Przy czym nieustannie pamięta o tym, co sprawia, że ludzie nie zawsze są najlepszymi wersjami siebie.
Coś szybkiego
To wszystko nie mogłoby sensownie się zgrać, gdyby nie jedna rzecz. Styl. A ten Ali Smith jest niepodrabialny. Długo myślałem nad tym, jak można by go scharakteryzować, i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to: szybki. Ali Smith jest szybka.
Lubi raczej krótkie zdania niż długie pozawijane okresy (do których ja sam mam skłonność). I chętnie bawi się językiem tak, żeby doprowadzać go do niemal poetyckiej ekonomii wyrażania. Tak jest choćby w Piątej porze roku, gdzie cała dość zagmatwana fabuła stopniowo zaczyna sprowadzać się do nieco absurdalnej z początku gry słów: curlew or curfew.
Stoi za tym jakaś, wydaje mi się, niecierpliwość. Coś, co sprawia, że zwyczajny język nie wyrabia z przerabianiem nawału emocji i spraw, które są do opowiedzenia, trzeba więc go nieustannie ugniatać, uelastyczniać. Czasem wymaga to nagięcia zasad interpunkcji, jak w renesansowej części Jak być jednym i drugim, której narratorka zamiast przecinków czy myślników używa dwukropka : bo tak jest przecież szybciej : sami zobaczcie : naprawdę jest szybciej. (A kiedy się dowiadujemy, skąd się jej to wzięło, na chwilę łamią się nam serca).
Pewnie z tego samego powodu Smith lubi wyrównywać swoje teksty do lewej, a nie justować porządnie, jak by nakazywały prawidła typografii. Ten układ odwzorowały wydania jej powieści z 2007 r., Przypadkowa i Hotel Świat, i faktycznie te dwie książeczki po polsku zdają się bardziej użytkowe i właśnie szybsze niż elegancko wydane i wyjustowane Pory roku. A czasem, kiedy słowa są już zdecydowanie zbyt wolne, zdarzają się w powieściach Smith akapity, które wyglądają tak:
!
Dlatego to też fantastyczne, że Smith doczekała się w polskiej literaturze nie tylko stałej obecności, ale też regularnego tłumacza. Jerzy Kozłowski, jak mało która z osób przekładających z angielskiego, wyczulony jest na minimalistyczne środki wyrazu i kiedy trzeba, potrafi dla nich wynajdywać doskonałe ekwiwalenty w polszczyźnie, która ma przecież podobną skłonność do rozwlekłości co ja.
W każdym razie tak, Ali Smith jest szybka. Jak mówi jedna z postaci Hotelu Świat do Sary, której życie zakończyło się absurdalnym lotem w głąb hotelowego szybu, a mówi to tak, jakby to miało być jakieś, mimo wszystko, usprawiedliwienie tej tragedii: „byłaś szybka byłaś naprawdę superszybka”.
Nie ma więc już co zwlekać. Napisałem to. I wiecie co? Uwielbiam Ali Smith nawet bardziej niż na początku. I nie mam wątpliwości, że gdyby zastanawiała się, jak skończyć ten tekst, to nie miałaby większych skrupułów i zrobiłaby to tak.