Mój prapradziadek Andrzej został kotlarzem i wyrabiał kotły parowe na rządowe okręty, a choć była to brudna praca, prapradziadek nie przejmował się zbytnio, bo i tak był nawykły do brudu, chłop musi być nawykły do brudu i smrodu, bo jak inaczej pracowałby w ziemi, jak inaczej pracowałby ze zwierzętami, jak wybierałby gnój spod nich i jak nawoziłby nim ziemię, jak inaczej rozkopywałby ją i zakopywał, chłop musi być przyzwyczajony do brudu i smrodu i mój prapradziadek był, i dlatego wziął posadę kotlarza, i był z niej zadowolony, bo zarabiał znacznie więcej niż w warsztacie, zarabiał ponad pięć dolarów za dzień za dziesięć godzin pracy plus zarabiał za godzinę jak za dwie, jeśli zostawał po godzinach, a dość często zostawał po godzinach, bo co innego miał do roboty w obcym kraju z obcymi ludźmi, więc postanowił pracować ponad miarę i został uznany za pierwszorzędnego kotlarza, i otrzymał podwyżkę, i być może mógł posłać trochę dolarów do rodzinnego domu, a może nawet coś oszczędzić i pomyśleć o ślubie, o weselu, prawdopodobnie myślał o nim od dawna, bo stołował się w domu, gdzie pracowały młode Polki i podobała mu się jedna z nich, która miała na imię Franciszka, ona także do Stanów mogła trafić z biedy, najprędzej z biedy, możliwe, że jej rodzice mieli malutko pola albo, co gorsza, pole przepili, choć było go mało, owszem, zdarzali się chłopi hulacy, chłopi, którzy żyli, bawiąc się, a nie zważali na siebie i na dzieci i oddawali je sąsiadom albo braciom i siostrom, którzy potrzebowali w domu dzieci do pomocy, i kto wie, czy mojej praprababki Franciszki nie oddano komuś albo czy nie podrzucono jak kukułcze jajo, możliwe, że praprababka trafiła z deszczu pod rynnę, z domu, w którym jej nie chciano, do domu, w którym także jej nie chciano, a dzieci, których nikt nie chciał, oddawano czasem do ochronek i kto wie, czy moja praprababka Franciszka także nie znalazła się w ochronce, gdzie nauczono ją pisać i czytać, ale pewnie niewiele więcej, bo prawdopodobnie moja praprababka Franciszka nie lubiła się uczyć, bo gdyby lubiła, zajęłaby się czymś innym, kto wie, czy nie chciano jej w ochronce szkolić na nauczycielkę, ale praprababka pewnie nie chciała się szkolić, bo chciała mieć ziemię i pracować w polu, lubiła ziemię i ceniła ją, inaczej niż jej rodzice, którzy roztrwonili majątek, co prawda niewielki, ale majątek to majątek, więc w przeciwieństwie do nich moja praprababka była pracowita i chciała uprawiać ziemię, tyle że nie miała ziemi, bo jej rodzice ją przepili, praprababce pozostało więc znaleźć bogatego męża, co nie było łatwe, bo ani nie była specjalnie ładna, ani towarzyska, w ochronce nauczono ją trzymać się z daleka od mężczyzn, być może jej siostry mówiły do niej: zakonnica, kto wie, ale przede wszystkim nie miała majątku, nic by nie wniosła do małżeństwa, była raczej marną partią, a nawet fatalną partią, bez szans na chłopa, więc co jej pozostawało, tylko wyjechać, i postanowiła wyjechać i zarobić na ziemię, i wtedy ją kupić, i zacząć uprawiać, i tak postanowiła, i zatrudniła się jako pokojówka, by oszczędzić na szyfkartę, i coś tam oszczędziła i zdobyła szyfkartę, i wylądowała w Stanach, pokonawszy ocean jak mój prapradziadek, a przed nim jeszcze inni chłopi i chłopki, na okrętach, na statkach, które były jak pływające wieże Babel, z ludźmi chorującymi na chorobę morską, z ludźmi śpiewającymi i tańczącymi, i domagającymi się jedzenia i wody, i proszku przeciwko pchłom, z ludźmi kopulującymi i kłócącymi się, choćby w różnych językach, bo złe pozna się od razu, tylko dobrego nie, i tak szesnaście dni w brudzie i niewygodzie, do których Franciszka nie była przyzwyczajona, bo dzieciństwo spędziła w ochronce, w ochronce mówiono jej, że Bóg jest na morzu, że kto się chce nauczyć modlić, powinien wsiąść na statek, ale na tym statku i na wszystkich innych, na których chłopi płynęli do Stanów, nie było Boga, i być może moja praprababka Franciszka pomyślała, że opiekunki z ochronki nie miały racji, że na statku nikt się nie nauczy modlić, a przeciwnie, nauczy się rozpusty i życia w grzechu, tak mogła pomyśleć, gdy płynęła do Stanów pod pokładem parowca, gdzie człowiek leżał na człowieku i czasem, a nawet często wykorzystywał to, że leży na człowieku, i robił różne rzeczy, uznawane powszechnie za nieprzyzwoite, a przynajmniej przez moją praprababkę Franciszkę, która odebrała wychowanie w ochronce i była wstydliwa i pobożna, i brzydziła się ludźmi, którzy może z rozpaczy, a może z nudy, a może z bliskości ciał, bo bliskość ciał sprzyja pożądaniu, nawet jeśli są brudne i cuchnące, chłopom i chłopkom pewnie to zresztą nie bardzo przeszkadzało, chyba że dorastali w ochronce jak moja praprababka Franciszka, a tam nabrali ogłady i stawali się pruderyjni, tak że szesnaście dni pod pokładem parowca płynącego do Stanów stawało się dla nich męką, tak jak dla mojej praprababki Franciszki, która siedziała zaszyta pod derką i brały ją mdłości, a nie wiedziała, czy od kołysania okrętu, czy od patrzenia na tych ludzi, i tak szesnaście dni, zwykle tyle trwa podróż, choć bywa, że krócej, bywa, że dłużej, ale moja praprababka po szesnastu dniach dobiła do Ellis Island, do stacji, która przypominała oborę, panował w niej brud i duchota, tłok był większy niż pod pokładem parowca, którym przypłynęła praprababka Franciszka, ludzie byli z niczym, zupełnie biedni, bez choćby tobołka, albo obładowani, niektórzy wzięli ze sobą cały dobytek, pierzyny i meble, żelazka i zastawy, które tłukły się i biły, raniąc tych, co byli w pobliżu, pod nogami chrupały też chrząstki i kości z zup, bo jedzono gdzie popadnie i z brudnych naczyń, komu nie wystarczała zupa zapewniana przez władze, musiał przedzierać się przez tłum do sklepików z żywnością, w których ceny były nieprzyzwoicie wysokie, praprababka raczej nic nie kupiła, raczej zadowoliła się zupą, podobnie jak wielu innych, mało kogo było stać na jedzenie ze sklepików, wielu przybyło bez grosza, licząc na szczęście, i musieli głodować, gdy zabrakło zupy, kto wie, czy nie zbierali chrząstek i kości z podłogi, by wyssać szpik, jeśli nie był wyssany, a potem praprababka czekała na badania, oczu i głowy, podobnie jak pozostali, i na rozmowę z urzędnikami, również jak inni, i zastanawiała się, czy ją puszczą, czy deportują, jak wszyscy, i tak zastanawiając się, praprababka Franciszka kisiła się w wielotysięcznym tłumie, w którym byli Polacy, Żydzi, Rosjanie, Rumunii, Portugalczycy i Hiszpanie, Irlandczycy i Włosi, najwięcej było Włochów, zwłaszcza z południa, z Sycylii, gdzie tuż po Bożym Narodzeniu 1908 roku wybuchła Etna, a potem nadeszło trzęsienie ziemi, o godzinie 5.20 rano, i trwało trzydzieści osiem sekund, co wystarczyło, by zrujnować Mesynę, zburzyć ją, zrównać z ziemią, zabijając osiemdziesiąt tysięcy osób, w zasadzie grzebiąc ich żywcem, bo o 5.20 rano większość mieszkańców Mesyny i okolic znajdowała się w łóżkach, więc sufity zwaliły im się na głowy, na co najmniej osiemdziesiąt tysięcy głów, a kto wie, czy ofiar nie było więcej, może nawet sto tysięcy, bo po trzęsieniu ziemi nadeszło jeszcze tsunami i dopełniło zniszczenia, Mesyna wyglądała straszniej niż piekło Dantego, nie pozostał w niej kamień na kamieniu, jakimś cudem kataklizm przetrwał jednak pomnik Neptuna, fala wysoka na trzynaście metrów tylko go obróciła, tak że stał odtąd twarzą do morza, tak jakby odwrócił się od miasta, a nawet się na nie wypiął, wystawił dupę i odtąd przestał mu sprzyjać, kto wie, czy tak nie było, i ci mieszkańcy Mesyny, którzy przeżyli, a było ich niewielu, zwątpili w Neptuna i jego opiekę i postanowili opuścić swoje rodzinne miasto, i popłynąć do Stanów Zjednoczonych, a z nimi popłynęło wielu innych Sycylijczyków, którzy także odczuli skutki erupcji wulkanu, trzęsienia ziemi i tsunami, i teraz siedzieli lub stali stłoczeni w stacji na Ellis Island, zastanawiając się, co z nimi będzie, czy zostaną puszczeni czy deportowani, podobnie jak moja praprababka Franciszka, ale moja praprababka Franciszka w końcu została puszczona, choć za wstęp do miasta musiała zapłacić pięć dolarów, co znacznie uszczupliło jej oszczędności i utrudniło start w Newarku, przez pierwsze tygodnie nie mogła znaleźć pracy, więc nie posyłała dolarów siostrom i one jej wyrzucały, że nie wysyła, bo chłopi w Polsce myśleli, że w Stanach dolary rosną na drzewach, i siostry praprababki, które zostały w Polsce, były na nią złe, myślały, że praprababka miała je w dupie, a ona chodziła od fabryki do fabryki, od domu do domu, zaliczała dziennie po czterdzieści ulic i nic, było kilka miejsc, gdzie brygadzistki chciały ją zatrudnić, ale ponieważ nie miały u siebie żadnej Polki, która mogłaby się z praprababką komunikować, a praprababka z początku nie rozumiała po angielsku ani słowa, to musiały ją odesłać, i praprababka nadal chodziła po zakładach i fabrykach, i domach, chodziła dziesiątkami ulic dziennie, a na ulicach zaczepiali ją stręczyciele i sutenerzy, a na ich widok praprababkę mdliło jak wtedy na statku i biegła, uciekała od nich, choćby miała umrzeć z głodu, może i była zakonnicą, ale tak jej było dobrze, i wolała głodować, niż uprawiać seks za pieniądze, ale nie głodowała, bo była kumata i prosiła różnych ludzi, których spotykała, uczcie mnie, uczcie, jak jest to i to, napiszcie, i tak gromadziła słówko po słówku, dziesięć słówek dziennie, codziennie, aż zgromadziła całkiem pokaźne słownictwo i umiała się dogadać trochę po angielsku, trochę po niemiecku, i w końcu załapała się do domu na służbę, gdzie chwilę popracowała, chwilę, to znaczy parę tygodni, bo inne służące jej nie lubiły, została więc odprawiona, ale polecono ją do jadłodajni w Newarku, do domu imigranckiego, tam zaś pracowała jako służąca i kucharka, i kelnerka i karmiła robotników, w tym mojego prapradziadka Andrzeja, któremu się spodobała i który pewnego dnia się do niej odezwał, albo może ona do niego, bo kelnerki przecież odzywają się do klientów, i choć była nieśmiała, może musiała zapytać go pewnego razu, czy mu czegoś nie potrzeba, czy mu nie podać…
Prozaik, promotor literatury. Ukończył edytorstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował w „Twórczości” opowiadaniem Agresty. Publikował także w „Fabulariach”, „Kontencie” i „Frazie”. Dwukrotnie (w 2020 i 2021) został finalistą „Pierwszej książki prozą” Biura Literackiego. Mieszka w Krakowie.