Subskrybuj
Mężczyzna i kobieta patrzą na horyzont. Zachodzi słońce. Rozmawiaja. Ilustracja Justyna Frąckiewicz
Psychoterapeutka, filozofka. Współtworzy ośrodek „Znaczenia. Psychoterapia”. Wraz z Tomaszem Stawiszyńskim prowadzi podcast Nasze wewnętrzne konflikty w Radiu TOK FM

Kłopotliwe pytania

Co byś odpowiedział, gdyby nieznajomy zapytał Cię: „Czy kiedykolwiek przeżyłeś poważny kryzys w małżeństwie?”

Arthur C. Brooks opowiada na łamach „The Atlantic”, że właśnie od takiego pytania zaczęła się pewna bardzo satysfakcjonująca madrycka kolacja, w której wraz z żoną wzięli udział. Wprawdzie nie zabrzmiało to w pierwszej chwili jak zachęta do przełamania lodów, lecz okazało się, że – zamiast upłynąć na nużących small talkach – wieczór ten dał gościom poczucie głębokiego sensu. Dzięki niecodziennej inicjatywie gospodyni, w miejsce pierwotnego skrępowania, pojawiła się realna wymiana doświadczeń, także tych bolesnych i przykrych.

W podobny sposób otwiera swój TED Talk amerykański dziennikarz Charles Duhigg. Pyta: „Kiedy ostatnio przy kimś płakaliście?”. I wyjaśnia, że zamiast wprowadzać w stan zakłopotania, odpowiedź ma potencjał, żeby stać się początkiem nietrywialnej rozmowy. Choć zwykle wstydzimy się odsłaniać, zwłaszcza przed obcymi, taki gest może, paradoksalnie, poprawić nasze samopoczucie. Na przykładzie własnych nieporozumień z żoną Duhigg tłumaczy, że przyczyną wielu rozminięć komunikacyjnych jest brak dopasowania na poziomie typologii wysyłanych komunikatów. Dzieli je na trzy kategorie – praktyczne, społeczne i emocjonalne. Nieporozumienia wynikają np. z tego, że kiedy jedna strona oczekuje emocjonalnego wsparcia, tak jak Duhigg, kiedy skarżył się żonie, że czuł się niedoceniony w pracy, druga udziela praktycznych rad, gdy ona w odpowiedzi, zamiast wyrazić współczucie, sugerowała, żeby porozmawiał z przełożonym i lepiej go poznał. Takie rozminięcia wywołują obopólną frustrację. Pytania „społeczne” dotyczą z kolei zagadnień istotnych dla naszego poczucia tożsamości – kim jesteśmy, co jest dla nas ważne, jak postrzegamy nasze role w świecie. W tym obszarze również potrzebujemy czuć się słyszani. Kluczem do nawiązania rozmowy są pytania, które umożliwiają spotkanie na tej samej „fali”. Zachęcają rozmówcę do ujawnienia, kim jest – za pośrednictwem opowieści o swoich wartościach, przekonaniach, doświadczeniach i odczuciach.

Gdy czujemy się słyszani i widziani, sami nabieramy otwartości i gotowości do słuchania i widzenia innych. Ważne jest nie tylko, o co pytamy, ale czy jesteśmy gotowi usłyszeć odpowiedź. Potrzeba takiej wymiany jest w nas ewolucyjnie – jak twierdzi Duhigg – zaszczepiona. Choć więc niekiedy szczerość i otwartość kojarzą się nam z niewygodą, w gruncie rzeczy tęsknimy za rozmowami, które niekoniecznie są lekkie. Specyficzna przyjemność, którą nam one dają, płynie stąd, że są poruszające, bo dotykają czegoś prawdziwego. Zarazem zdecydowanie zbyt rzadko zadajemy obcym ważne pytania, a jeszcze rzadziej słuchamy tego, co mają do powiedzenia. Nie chcemy naruszać społecznych konwencji, unikamy niezręczności albo po prostu sądzimy, że innym nie zależy na bliższym kontakcie z nami. Dlatego bardzo często rezygnujemy z głębszej rozmowy z ludźmi, których nie znamy, mimo że takiej rozmowy pragniemy.

Tymczasem – jak sugerują badania Michaela Kardasa, Amita Kumara i Nicholasa Epleya opublikowane w 2022 r. w „Journal of Personality and Social Psychology” – nieznajomi mogą być nami o wiele bardziej zainteresowani, niż sądzimy. Nasze przewidywania co do bliskich są zwykle bardziej trafne – wiemy, czym możemy się dzielić z partnerami, innymi członkami rodziny, przyjaciółmi. Jednak zmagamy się z pogłębiającą się samotnością, a za ten stan rzeczy nie odpowiadają wyłącznie postęp technologiczny ani media społecznościowe, lecz właśnie zdolność do komunikacji w obrębie grupy szerszej aniżeli rodzina czy grono przyjaciół.

Owszem, wielu z nas czuje nieustającą presję czy to kreowania swojego wizerunku na Instagramie, czy też dokonywania najlepszych wyborów na Tinderze. Jeśli jednak hipoteza badaczy jest słuszna, to nazbyt często zakładamy, że nieznajomym brakuje życzliwości, empatii lub troski, które zachęcałyby do otwartości. Z tego powodu coraz trudniej dziś o nawiązywanie więzi, które nie ograniczają się do najbliższego otoczenia. A to z kolei przyczynia się do erozji wspólnoty. Udajemy się zatem do gabinetów terapeutycznych, podtrzymując w sobie przekonanie, że to jedyne miejsce, gdzie można sobie pozwolić na odsłonięcie, zapominając, że jesteśmy częścią większej całości, której jeden z fundamentów stanowi właśnie rozmowa.

Spotkanie, a nie technika

Prawdziwa rozmowa nie jest oparta na technice i nie da się jej zredukować do konwencji. Jest spotkaniem. Podczas pisania tego tekstu natrafiłam na niejeden artykuł z poradami – podobno udzielanymi przez terapeutów – jak prowadzić znaczące konwersacje. Szczerze mówiąc, żadna nie wydała mi się przydatna. Kłopotem wydaje się nie tylko treść naszych rozmów, lecz przede wszystkim nastawienie, z jakim do nich przystępujemy. Nie ma tu przecież żadnej recepty, żadnej metody. Nie jest, dajmy na to, tak, że powinniśmy się zawsze dzielić swoimi najbardziej prywatnymi doświadczeniami albo opowieściami o trudnym dzieciństwie. Z całą pewnością to nas zbliża i zachęca nieznajomych do wzajemności, ale na pewno nie jest warunkiem sine qua non budowania bliskości. Zresztą częstotliwość, z jaką w popularnych serialach używa się tego schematu do wyjaś­­nienia psychologii i motywów działania bohaterów, nieraz wywołuje efekt odwrotny – przestajemy być na te kwestie uważni. W ogóle jeśli cokolwiek powinniśmy, to ćwiczyć się nie tyle w mówieniu, ile przede wszystkim w słuchaniu i zdolności do utrzymania zaciekawienia. Dlatego coś zgrzyta już w samej idei, że istnieją możliwe do przyswojenia techniki prowadzenia pogłębionej rozmowy.

Nie zapominajmy też, że small talk, rozmowa konwencjonalna, bez schodzenia w głąb, również bywa bardzo potrzebny. Pozwala prze­ślizgnąć się po powierzchni wymagań społecznych, zredukować chwilowy dyskomfort i napięcie. Wszak kontakt oparty wyłącznie na intymności i zwierzeniach byłby nie do zniesienia. Fatyczna wymiana zdań na temat – dajmy na to – pogody spełnia funkcję społecznego kleju. Niemniej w nadmiarze pozbawia nas pokarmu, jakim jest poczucie sensu, a czasem wręcz ograbia z poczucia przynależności. Jak słusznie zauważył brytyjski psychoanalityk Donald Winnicott, nie ma czegoś takiego jak „dziecko” w oderwaniu od swojego otoczenia. Jest dziecko w relacji z kimś, więc od zarania jest jakieś „my” – jakieś „ja” w relacji do „innego”. Ludzie są istotami społecznymi, istniejemy i wyłaniamy się w interakcji. W rozmowie jest podobnie, nawet jeśli jedno mówi, a drugie słucha. Dzisiaj czujemy się tak przytłoczeni ilością bombardujących nas treści, że gotowi jesteśmy traktować „strefy ciszy” w pociągach jako luksus, a jednocześnie uważamy, że jesteśmy coraz mniej słyszani.

W pięknym eseju Telling Is Listening Ursula K. Le Guin pisze o tym, że rozmowa między ludźmi jest czymś żywym, i przeciwstawia ją czynnościom mechanicznym. Wyobrażenie, że komunikacja polega na przekazywaniu odpowiednich treści ze skrzynki A do skrzynki B – a medium jest przewodem, który je łączy – to obraz wymiany między komputerami, lecz nie świadomymi, pragnącymi i czującymi istotami. Mówienie zawsze zakłada, że istnieje ktoś, kto słucha, a to, co wypowiadane, nabiera kształtu za sprawą bieżącej lub antycypowanej odpowiedzi. Autorka eseju ucieka się do niezwykłej metafory i porównuje to do aktu „seksualnego”… ameb. Te jednokomórkowe organizmy łączą swoje pseudopodia i dosłownie wymieniają części siebie – fragmenty cytoplazmy i materiału genetycznego. Coś podobnego dzieje się w rozmowie. Inaczej niż w transmisji danych, sens rodzi się w równoległym procesie mówienia i słuchania.

Tymczasem zdaje się, że nawet w przestrzeni publicznej, gdzie powinno istnieć pole do dyskusji i wymiany, raczej ograniczamy się do oświadczeń, nie czekając na reakcję ani tym bardziej odpowiedź. Zagorzałe spory, polaryzacja, narastający gniew społeczny, a zarazem bezradność i poczucie izolacji – to wszystko sygnał, że zanika cenny akt kreacji i spotkania, jaki dokonuje się w rozmowie oraz, co też istotne, we współdzielonej przestrzeni. I to nie tylko dla jednostek, lecz dla całej wspólnoty.

Słuchanie terapeutyczne

Metaforę rozmowy jako wymiany – po którą sięga Le Guin – można w psychoterapii określić mianem procesu współtworzenia znaczenia. Jednym z powodów, dla których rozmaite psychologiczne metody samopomocowe nie spełniają swojego zadania, może być brak tej właśnie komponenty. Nośnikiem zmiany nie jest bowiem czysty intelektualny wgląd, rozumienie problemu, ale coś znacznie więcej. Terapia to rodzaj przeżycia i doświadczania wespół z drugą osobą. Nie chodzi więc o gest wyznania prawdy, ale o jej przeżywanie w interakcji, z kimś, kto nie tylko jest świadkiem, lecz kto także pomaga nadać temu sens i rozumienie. Chodzi zatem o miejsce, w którym prawda pacjenta ma szansę zaistnieć. Niemiecka psychoanalityczka Paula Heimann, która jako pierwsza podkreślała znaczenie emocjonalnych reakcji analityka na treści wnoszone przez pacjenta, zwracała uwagę na złożoność perspektyw, jaka powstaje w interakcji między dwiema osobami. Pokazała, że emocje po stronie terapeuty, czyli to, co fachowo nazywa się przeciwprzeniesieniem, nie są błędem czy defektem neutralności, lecz narzędziem rozumienia. A zatem elementem aktywnego słuchania. Analityk ma za zadanie zrozumieć, kto mówi, do kogo, o czym i dlaczego teraz. Każda rozmowa jest zdarzeniem jednostkowym, wielowymiarowym, przywołującym różne ramy czasowe i różne osoby z naszej wewnętrznej mapy. Dialog wewnętrzny toczący się w naszej głowie również jest przecież rozpisany na role, a zatem istnieje zawsze w pewnej konfiguracji. Nie ma dwóch takich samych połączeń czy konstelacji, odbiorca komunikatu wpływa na jego nadawcę – i odwrotnie. Zilustrujmy to przykładem. Powiedzmy, że w sesji terapeutycznej pacjentka mówi: „Na tej imprezie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Kilka razy się odzywałam, ale zaraz ktoś mi przerywał. Nie ma sensu nic mówić. I tak nikt mnie nie zauważa”. Podążając za wskazówkami Heimann, można usłyszeć te zdania w całym spektrum różnych kombinacji. Osobą, która mówi, jest teoretycznie pacjentka, ale zapewne dochodzi tu do głosu raczej jej wewnętrzna dziecięca część, która doświadcza poczucia nieważności i odrzucenia. Na poziomie jawnym zwraca się do terapeutki, jednak nieświa­domie może to być zarzut do rodziny, pochodzenia czy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Między słowami. Jak budować głębsze relacje