Na końcu Tamara przychodzi do mnie z kością w dłoni.
Ale zanim jest koniec, kość jeszcze tkwi na swoim miejscu i Tamara każe mi zajrzeć sobie do buzi i popatrzeć, czy już trzeba wiązać nitkę do klamki w letniej kuchni, bo tamtędy prędzej czy później ktoś wyjdzie, za nitkę pociągnie i skończą się problemy. Buzia Tamary przypomina jaskinię z wilgotnymi ścianami, w której głębi widać dyndający czerwony stalaktyt.
Mówię jej, żeby przesunęła się w stronę słońca, bo tutaj w cieniu stajni nic nie widać, nawet jeśli moja głowa zmieściłaby się cała za zagrodą zębów Tamary.
Ciągnie mnie na środek podwórka, jej dłoń jest ciepła i brudna od białego soku, który wypływa z mleczy, gdy plecie się z nich wianek. Żadna z nas wianka już nie ma, zgubiłyśmy je w zabawie, w biegu między łąką a lasem, pewnie się już rozsypały, dały rozplątać robakom i pszczołom. Nie boję się ani robaków, ani pszczół, choć od żądeł puchną nam gardła, mnie i Tamarze, obu w taki sam sposób. Mama opowiadała, jak kiedyś zostawiła nas w ogrodzie, gdy zbierała ziemniaki, i obie dałyśmy się ukąsić w to samo miejsce, jak gdybyśmy zawsze wszystko musiały robić razem, na jednej nitce zdarzeń, która rozdzieli się wtedy, na końcu, z kością w dłoni.
Kość poróżni nas jak zwierzęta, które uciekając, trafią na różne wyspy i w zależności od tego zaczną różnie dorastać.
Tak bardzo się Tamarze do tego spieszy, że w biegu wznosi kurz spod tenisówek, a z letniej kuchni niesie się zapach drożdżowego ciasta. Wystawione na stół rośnie, aż pochłonie stół, okno, budynek, w końcu podwórko, dom, łąkę, las, ścieżki, drogi, labirynt, cały Santropez, mnie i Tamarę. Jak rodzynki albo jak zakalec.
Potem to ja upiekę ciasto drożdżowe, w przeddzień Zielonych Świątek tak jak wtedy, ale wiele lat po tamtym maju, po tamtym Esfloresie i tamtej Tamarze.
Ta Tamara otwiera buzię, jak gdyby chciała połknąć cały świat, taka jest szczęśliwa. Kaśka, patrz, jak się rusza, bełkocze, rozsuwając wargi palcami i językiem wskazując trzonowiec na dole.
Rzeczywiście, ząb trzyma się tylko na cienkiej nitce dziąsła. To ostatni. Gdy wypadnie, Tamara stanie się już prawie dorosła, a wśród santropeskich dzieci prawie dorosły stoi najwyżej w hierarchii, stoi po drugiej stronie jakiejś tajemniczej granicy, którą wyznacza samodzielnie chodzenie po zakupy i władza nad młodszymi.
Trochę się cieszę, a trochę nie, dolny trzonowiec tkwi dalej na miejscu, mimo moich prób rozhuśtania go. Wszystko wskazuje na to, że Tamara znowu mnie prześcignie – na świat przyszłam druga, różnicą kilku minut, którą Tamara lubi mi wytykać, ale rzadko, bo rzadko się rozdzielamy, przeważnie jesteśmy razem, my kontra świat, kontra Esflores, zadanie z matematyki i pieczątki za dziewięć pierwszych piątków.
Potem spojrzę na Tamarę jak na obcą osobę, która wyrosła z mojego, ale na innej wyspie, przez przypadek. To mogłabym być ja, będę myśleć ciągle i ciągle huśtać językiem ten zastany mleczny trzonowiec.
Tamara czuje, że to dziś w nocy pozwoli zębowi wypaść, i uśmiecha się szeroko. Jest w niej wszystko, cały ten maj, który tylko czeka, żeby się wybujać w truskawki, kwiaty i ciężkie od nektaru pszczoły, żeby się rozrosnąć, przerosnąć ściany domu, płot podwórka i cały Santropez. Tak będzie.
Wcale tak nie będzie, pomyślę później, kiedy na tym samym podwórku w innym czasie Tamara zapadnie się w sobie, zmniejszy jak jabłko zostawione na gałęzi do listopada. Dalej będzie się we mnie odbijać, ale już nie tak dokładnie, nie jak w lustrze, lecz prędzej przez szybę.
Razem z Tamarą wbiegamy do letniej kuchni. Wzdłuż okna ciągnie się stół, na stole leży stolnica, na stolnicy podłużny kształt pod kraciastą ścierką. Wystarczy się przyjrzeć, żeby zauważyć ruch, to oddycha. Tamara wyciąga palec i wkłada prosto w środek, ścierka ustępuje, larwa ciasta drożdżowego faluje i opada.
Chcę uciekać, zanim ktokolwiek się zorientuje, ale Tamara schyla się jeszcze pod stół, między słoiki z przetworami, i łapie pierwszy lepszy, ale – rzecz jasna – trafia na truskawki w cukrze. Ma talent do psot, nigdy nie daje się przyłapać, a jeśli nawet, to mówi, że to nie jej słoik, nie jej truskawki, nie jej ręka.
Tamara zawsze sobie poradzi, myślę, macając trzonowca językiem, idąc dwa kroki za nią.
Zapamiętam tamto popołudnie, wigilię Zielonych Świątek, Tamarę w krótkich spodenkach z dziwnego materiału, który sprawia, że wyglądają jak nadmuchane. Zapamiętam, jak będzie szła przez podwórko lekka, z hełmem gęstych włosów, obcinanych przez mamę od garnka.
Nigdy już nie będziemy tak beztroskie jak wtedy, gdy szłyśmy po mamę na pastwisko w wigilię Zielonych Świątek, a Esflores czekał koło kapliczki.
*
Podwórko będzie wyglądało tak samo, jednak trochę inaczej. Letnia kuchnia z czasem przeobrazi się w składzik, gdzie mama zacznie składować wszystkie rzeczy. Jeszcze się kiedyś mogą przydać, choć nikt nie wie do czego.
Zaparkuję pośrodku podwórka, zgaszę silnik i posiedzę jeszcze chwilę, oddychając ciężko, byle tylko opóźnić moment wyjścia z samochodu, bo jak wyjdę, to już wszystko potoczy się według planu.
Będę wiedziała, co trzeba zrobić.
Pierwsza z domu wyjdzie mama, ale w zestawieniu z mamą teraźniejszą ta mama z przyszłości będzie skurczona, zasuszona w kształt babci, z kręgosłupem wygiętym w coraz ostrzejszy łuk, zgrubiałym we wdowi garb tuż pod karkiem. Na końcu z domu wyjdzie Tamara, w której już nie zdołam się przejrzeć, bo wrośnięta w Santropez, rozwinie w sobie inne cechy ode mnie. We mnie widać miasto i wszystko, co na miasto się składa – podwójnie, moje życie i życie, które będę musiała przejąć po Tamarze.
*
Kapliczka jest stara i pomalowana na biało i żółto. Wokół ciągnie się ogródek z rządkiem fiołków, bratków i smoluchów. Te ostatnie Tamara lubiła najbardziej i czasem, jak nikt nie widział, przesadzała nogę przez ogrodzenie, mnie stawiała na czatach i rwała lilie, które barwiły nosy na brązowo. W czatowaniu byłam słaba, więc prawie zawsze łapała nas pani Szotowa.
W kapliczce każdego wieczoru dzieci zbierają się, żeby śpiewać majówki. Cały Santropez nasłuchuje wtedy pieśni, może mylonych, może fałszowanych, ale każdy, kto śpiewa, modli się dwa razy, nawet jeśli do Jeża Anaszpana.
Esflores jest starszy. Nie zadaje się już z nami w szkole, ma klasę na pierwszym piętrze, na parter zagląda tylko wtedy, kiedy musi iść do dyrektora, bo ktoś go na czymś przyłapie i pogrozi palcem, ale nic więcej, bo Esflores jest przecież takim dobrym chłopcem, zawsze dzień dobry, zadania dodatkowe i pasek na koniec roku.
Esflores dalej bawi się z nami w Santropezie, bo tutaj jest mało dzieci.
Mama mówi, że starzy zostają, młodzi wyjeżdżają, a dzieci rodzi się coraz mniej, w co akurat nie wierzę, bo my urodziłyśmy się aż dwie naraz, więc może w innych domach dzieci też są, ale jeszcze nie na tyle duże, żeby wyjść. Czasem z Tamarą opowiadamy sobie o innych dzieciach w innych domach, które są podobne do nas albo kompletnie różne, a Esflores nas straszy, że nie ma żadnych innych dzieci, bo wszystkie, które się urodziły, zniknęły w tataraku. Mówi to najczęściej w Zielone Świątki, kiedy trzeba zbierać tatarak, lecz my się nie boimy. Nie boimy się, bo przecież w tatarak zawsze idziemy we dwie, ręka w rękę, nie ma takich ostrych zębów na świecie, żeby nas rozdzielić.
Dzisiaj Esflores jest jakiś nieswój, pokazuje nam zapalniczkę, którą zabrał ojcu, i mówi, że możemy rozpalić ognisko, żeby się nie nudzić podczas pasienia krów.
Schodzimy we troje z żużlowej drogi na trawę. Od razu czuć zmianę, tenisówki zapadają się w ziemię, podmokłą od wiosennych deszczów, jak gdyby pod spodem płynęła rzeka – ta wprawdzie płynie, ale po lewej, oddzielając kręgosłup Santropezu od pastwisk. Z tego miejsca widać tyły domów, zabłocone podwórka, uchylone drzwi do stodół – prawdziwy Santropez, nie te kolorowe płoty i pelargonie w oknach, które wystawia się do drogi i sąsiadów.
Nadchodzi popołudnie. Mijamy wysokie topole, rosnące szpalerem wzdłuż drutu kolczastego, który wyznacza kwadraty trawy dla krów. Zbaczam ze ścieżki, trawa od ciężaru kopyt zmieniła się tutaj w błoto, złączyła z nurtem rzeki. Kucam więc i gapię się w wodę. Pod powierzchnią widać wodorosty, po zanurzonych łodygach trzcin wspinają się ślimaki, ich muszle są zawinięte jak pędy paproci.
Nagle w odbiciu koło mojej głowy pojawia się głowa Tamary. Aż podskakuję zaskoczona, boksuję nogami, żeby nie zsunąć się grząskim brzegiem prosto między ślimaki. Na tafli wody wyglądamy niemal tak samo, ale Tamara ostrzej, to pewnie od światła, a nie od dorosłości, od której dzieli ją tylko korzeń mleczaka.
Patrzymy tak przez chwilę, aż Esflores woła, że widać już mamę.
*
Potem nie będzie już widać mamy. Razem z Tamarą usiądziemy na werandzie i popatrzymy sobie na ogród, żeby nie trzeba było patrzeć na siebie nawzajem. Tamara zapyta, co u mnie, ja zapytam, co u Tamary, pokiwamy głowami, może nawet trochę się będę bała odezwać, bo nigdy nie pozbędę się wrażenia, że historie, które przywiozę, powinny należeć do Tamary, nie do mnie. Tamara nie pójdzie do liceum w większym mieście, Tamara nie wyjedzie na studia w jeszcze większym, zostanie blisko domu, pępowina jej nie puści.
Spróbuję nie patrzeć na Tamarę, spróbuję udawać, że już sobie nie zadaję tych pytań: czemu nie ja, czemu ona, czemu wtedy, czemu nie wcześniej, czemu nie w brzuchu, czemu wtedy Tamara mnie nie pożarła, żeby być silniejszą, i że może tak by było dla Tamary lepiej, gdyby zacisnęła mi pępowinę na szyi.
Tamara weźmie mnie za rękę i się uśmiechnie, przez chwilę będzie nawet normalnie, z tym samym wyrazem twarzy powie, że Paweł wrócił, a ja się nie odezwę.
Ja sama Esfloresa zwabię do Santropezu.
*
Rzeczywiście, z daleka już widać mamę. Idziemy wzdłuż topolowych pni, ścieżka wśród trawy zmienia się w koleiny.
Po drodze mijamy kamień czarownicy. Jest wielki i czarny, sięga mi do kolan i przypomina bryłę węgla nakrapianą czarnymi otworami, jak gdyby w środku tunele wygryzały jakieś dziwne korniki. Nie lubię tego kamienia, zawsze mam wrażenie, że gdy zbliżę palec, to wywabię te korniki i wygryzą identyczne tunele we mnie. Esflores mówi, że to zwykły kawałek skały.
Niby prawda, obie kiwamy mądrze głowami, ale bardzo szybko mijamy kamień.
Kamień będzie bardzo ważny.
W trawie leży rower, mama siedzi przy topoli, opiera plecy o pień, ma przymknięte oczy, gładkie czoło i wygląda, jakby zasnęła, lecz podrywa się na dźwięk kroków. Mama zawsze jest czujna, inaczej na wsi się nie da.
Z jednej strony się cieszy, że zaraz ją zmienimy, a z drugiej – wygląda, jakby chętnie została jeszcze na pastwisku, plecami oparta o topolę, w spokoju, jak gdyby miała swoje osobne życie. Przez moment się nad tym zastanawiam, patrząc, jak wstaje, otrzepuje spódnicę, wsuwa stopy w buty. Zastanawiam się, czy jak nas nie ma w pobliżu, to mama jest jeszcze mamą czy kimś innym, osobnym.
Kim byłaby, gdyby nie ja i Tamara?
*
Potem będę się zastanawiać, kim byłaby Tamara beze mnie, będę niecierpliwie jeździć językiem po zastanym trzonowcu i odliczać chwile do spotkania z Esfloresem.
Mama zawoła, że powinnam już brać się za drożdżowe, jeśli ma wyrosnąć, ale podnoszę się i mówię, że zabiorę się za nie nocą, gdy wszyscy pójdą spać.
Tamara zauważy różnicę w moich ruchach, może nawet wyczuje napięcie, bo choć wygląda, jakby nic nie czuła, to ma instynkt zwierzęcia. Dobrze i niedobrze. Wyciągnie rękę i spróbuje coś powiedzieć, ale się zawaha, w sumie to nawet nie musi nic mówić, rozumiemy się bez słów. Rozumiałyśmy się już wtedy, gdy mama kładła nas jedna przy drugiej, bet w bet, a nawet wcześniej, jeszcze w brzuchu.
Machnę ręką, żeby się nie martwiła, i pójdę na pastwiska.
*
Mama nagle przypomina sobie o cieście, które porzuciła w letniej kuchni. Drożdżowe nie może czekać za długo ani za krótko, bo urośnie w zakalec, tak samo jest z dziećmi.
Mama jest rozkojarzona. Nie zwraca uwagi na Esfloresa, mówi, żebyśmy uważały, nie drażniły krów i nie oddalały się, a gdy przyjdzie czas, trzeba otworzyć zagrodę. Mamy kije? Nie mamy, więc mama zostawia nam swój, a to właściwie nie kij, tylko witka wierzbowa.
Wierzbowa witka będzie bardzo ważna.
Mama wsiada na rower i rusza żużlową drogą między topolami. Tamara wcale się nie przejmuje, otwiera szeroko buzię i wskazuje Esfloresowi ruszający się trzonowiec. Z dumą mówi, że to ostatni.
Zmienia się powietrze, słońce przesuwa się na niebie, wszystkie kolory nabierają głębi. Depczę w miejscu, tenisówki zapadają się w błoto, a parę metrów dalej na wzgórzu wysuszona trawa aż zwija się od gorąca.
Widzę, jak Tamara i Esflores znoszą topolowe gałęzie, żeby zapalić ognisko.
*
Pójdę na pastwiska drogą przez Santropez, teraz już asfaltową, z jednym progiem zwalniającym, zdeptanym przez ciągniki, bo ciągniki będą jeździć dalej. Wprawdzie z nielegalnymi śmieciami i gnojówką, ale wciąż….