Skurcz puszcza. Poduszka jest mokra od potu, jak za starych, niedobrych czasów. Czerwone cyfry stojącego na nocnej szafce budzika rażą w oczy. Pierwsza trzydzieści siedem. Kurwa, co jest? Budzę się o tej samej godzinie trzecią noc z rzędu. Żeby to była trzecia trzydzieści trzy czy tam jedenasta jedenaście, to jeszcze rozumiem, widziałem takie rzeczy w filmach o duchach. Ale pierwsza trzydzieści siedem? Nie będę się nad tym zastanawiał ani dobierał do głowy. Patrzę w sufit i myślę o śnie, o koszmarze, z którego właśnie się wybudziłem. W tym śnie byłem w jakimś domu, u ludzi, których znam i jednocześnie nie znam, nie wiem, czy to była Polska czy Stany, chyba trochę mix, jak to w snach bywa. No i oni, ci ludzie, znaczy się facet, taki w moim wieku gdzieś, tylko szczawik, jego żona i dzieci, podrośnięty chłopak i mały chłopczyk, oni klęczeli przede mną i robili posłusznie, co im kazałem. Po kolei wyciągali do mnie ręce, a ja czerwonym grubym sharpie gryzmoliłem coś na wewnętrznych stronach ich dłoni. Nie pamiętam,…
Pisarz i psychoterapeuta. Autor Trylogii Chicagowskiej, laureat nagrody Wielkiego Kalibru. Kocha psy, koty i święty spokój. Od 25 lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Pisanie traktuje jako autoterapię oraz pretekst do odwiedzania Polski