Kamienica na Rynku Głównym, rzut beretem od Sukiennic. Siedzimy przy długim stole w galerii Międzynarodowego Centrum Sztuk Graficznych. Na blacie, jeszcze pustym, leżą nasze dłonie. Tuż nad nimi pochylają się nasze nosy. W każdym tkwi 10 mln neuronów mogących rozróżnić bilion woni. Oddychamy, robiąc średnio tysiąc wdechów na godzinę. Na czubkach palców mamy ciałka Meissnera, ciałka Paciniego i tarczki Merkla. Milimetr kwadratowy skóry opuszków mieści ok. 140 receptorów, dzięki którym czujemy dotyk, nacisk, wibracje. Jest nas przy stole 18. Uczestniczki warsztatu Mamy nosa do grafiki, czyli dziesięć uczennic z Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie, trzy pracujące tam panie nauczycielki i osoby prowadzące: dwoje artystów, kuratorka sztuki, perfumiarz oraz pisząca te słowa w roli pomysłodawczyni multisensorycznego zamieszania.
W ciągu dwóch dni spędzimy razem sześć godzin, korzystając ze zwielokrotnionych zmysłowych zasobów. Robię rachunek, mnożąc palce przez ręce, ręce przez osoby, wdechy przez godziny i nosy: wspólnie mamy 3 mln dotykowych ciałek, 130 tys. oddechów i gargantuiczne supermoce w nozdrzach. Jeśli do skrzynki z narzędziami dorzucimy język, który wykona translatorską robotę, przekładając nasze wrażenia haptyczne i olfaktoryczne na słowa, eksperyment może się powieść: stworzymy perfumy o zapachu grafiki w oparciu o kontakt z instrumentarium tej artystycznej dyscypliny.
Nasze zmysły wiercą się w blokach startowych. Hejnał mariacki wpada przez okna galerii. Warsztat odbywa się w niej dzięki gościnności Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki i jego zaangażowaniu w dostępność sztuki.
Ogień – kocioł – strawa
SMTG istnieje od 60 lat. Jest organizatorem krakowskiego triennale – największego graficznego święta w Europie. Podczas jego dotychczasowych odsłon prace zaprezentowało 5 tys. artystów i artystek z 40 krajów. Stowarzyszenie promuje grafikę warsztatową i sztuki transgraficzne, otwiera rocznie dziesiątki wystaw, organizuje spotkania twórcze, seminaria, panele dyskusyjne. Mogę długo wymieniać zalety marki, ale w ten sposób nie dotknę jej najgłębszych sensów. Ich źródła biją tam, gdzie serca.
Nie byłoby Stowarzyszenia, gdyby nie kilkaset tworzących je osób: zapaleńców oddanych grafice i gotowych zatracić się dla niej, twórców i twórczyń, seniorów, debiutantów, profesorów, studentów, pasjonatów i pasjonatek drzeworytu, miedziorytu, litografii, akwatinty, akwaforty, linorytu, frotażu oraz mnogości artystycznych działań przekraczających granice grafiki warsztatowej. Zarząd i radę nadzorczą SMTG tworzą same kobiety wyposażone w kompetencje artystyczne, kuratorskie, związane z krytyką sztuki, dydaktyką i prawem (słyszę serdeczny śmiech Maureen Murdock: „A nie mówiłam, nadeszła era heroin!”).
Zapytałam Katarzynę Wojtygę – prezeskę SMTG, projektantkę, kuratorkę, pomysłodawczynię wystaw transgrafia – czy Stowarzyszenie zechce zaangażować się w polisensoryczny warsztat zaprojektowany z myślą o dostępności sztuki dla osób niewidomych i niedowidzących. Zgodziła się bez wahania. Gdy rozmawiałyśmy o projekcie Mamy nosa do grafiki, szybko okazało się, że podobnie pojmujemy dostępność sztuki wizualnej. Kasia rozumie ją jako wzajemne obdarowywanie. Twórcy i twórczynie mogą umożliwiać osobom z niepełnosprawnościami wzroku kontakt ze sztuką poprzez audiodeskrypcję oraz, jeśli jest to możliwe, przez dotykową styczność z dziełami. Osoby niewidzące i słabowidzące mogą zaoferować artystom i artystkom ćwiczenia z uważności. Opisowe narracje wymagają precyzyjnego nazywania, które wyzwala namysł. Jak ująć w słowa faktury, linie, kolory? Od czego zacząć opowieść? W jaki sposób wysłowić kompozycję? Jak zasugerować komuś kierunek odczytania dzieła, jednocześnie nie narzucając jego interpretacji?
Laboratorium sensoryczne
Hejnał cichnie. Zaczynamy. Na stole lądują matryce do tworzenia drzeworytów i linorytów. Surowe deski pokryte są reliefami: dla opuszków to gry wypukłości i wklęsłości. Matryce są nieregularne. Na ich krótszych bokach można wyczuć korę; nie ma wątpliwości, że to organiczna materia, kiedyś zakorzeniona w ziemi, soczysta i chłodna, teraz sucha i ciepła.
„Ja tu czuję twarz!” – mówi jedna z dziewcząt, która dotyka pooranej dłutem płyty do robienia linorytów. Inna zauważa, że na drewnianym reliefie wiją się rzeki, a jego wklęsłe przestrzenie przypominają koryta. Uczennice Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących wybrały ten warsztat świadomie. Mają artystyczne zainteresowania, grają na instrumentach, szydełkują, komponują niewielkie formy literackie, formują naczynia ceramiczne. „Tu jest ciało” – odkrywa dziewczyna, której udaje się rozpoznać kształt łuku biodra wplątany w gąszcz linii. Czubki palców suną po powierzchniach: matryce linorytów są lepkie, pachną gumą i smarem; drewno jest włochate – miękkie i nieoszlifowane, kłuje skórę drzazgową szczeciną.
Deski przyjechały z pracowni Marty Bożyk – artystki, profesorki krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, wiceprezeski SMTG. Marta, jak sama mówi, ma „twórcze ADHD”, ciągle coś tworzy, organizuje, lata do Azji, gdzie uczy się czerpać papier tradycyjnymi metodami. W Japonii ma mistrza, który przekazuje jej sztukę pozyskiwania papieru z włókien egzotycznych roślin. Zazdroszczę Marcie jej celulozowego zen. Włóknistą pulpę wrzuca się do wody, z którą roślinna papka się łączy, tworząc zawiesinę. Arkusze formuje się przez jej wyławianie na płaskie sito o gęstych okach. Wyłonioną w ten sposób warstwę przekłada się na chłonny materiał i suszy. Azjatyckie papiery są wytrzymałe, choć bardzo cienkie, ich zapach jest subtelny, ale trwały. Werbalną narrację Marty wspierają rekwizyty. Nieprawda, jest odwrotnie, to przedmioty mówią, a słowa uzupełniają opowieść: pod dłońmi uczestniczek przesuwają się drewniane ramy sit, pachnące kwiatowym naparem lipowe deszczułki, próbniki papierów wyglądające jak pióropusze, świeża pulpa zbita w mokrą kulę.
Pora, by osoby biorące udział w warsztacie własnoręcznie wykonały grafiki. Szast-prast, dziewczyny zakładają gumowe rękawiczki i foliowe fartuchy. Pod okiem Marty smarują czarną farbą miniaturowe matryce z wyciętym wzorem, przykładają do nich arkusze papieru, które gładzą specjalnymi kostkami, żeby relief dobrze się odcisnął. Na jasnym tle kartek pojawiają się symboliczne kształty zmultiplikowanych serc. Próbuję na żywo audiodeskrybować gotowe linoryty tym z uczennic, które potrzebują słów, aby doświadczyć obrazów. To pierwsze graficzne prace uczestniczek. „Powinno się je podpisać. Tak robią artyści – zauważa Marta. – Poprowadzi pani moją rękę?” Pewnie. Blat stołu powoli zapełnia się grafikami z sygnaturami: Andżelika, Hripsime, Julia, Nikola, Magda, Maja, Oliwia, Wiktoria, Weronika, Zuzanna.
Kolejna przygoda czeka warsztatowiczki przy stanowisku do sitodruku. Z pomocą Kasi Wojtygi i Krzysztofa Mikosia – artysty grafika, dydaktyka, mistrza tradycyjnego druku na tkaninie – dziewczyny samodzielnie drukują wzory na T-shirtach. Szablony z motywami roślin i zwierząt trafiają na sito o gęstym splocie. Im gęściejszy splot, tym większa rozdzielczość nadruku. Krzysztof pokazuje uczestniczkom, jak prowadzić raklę – narzędzie służące do równomiernego rozprowadzania farby, która przenika przez otwory w szablonie i przesącza się przez dziurki w sicie, tworząc precyzyjny nadruk na bawełnianym materiale. Krzysztof naszykował specjalną, puchnącą pod wpływem ciepła farbę, dzięki czemu niektóre nadruki, gdy podeschną, będzie można „obejrzeć” palcami. Proszę uczestniczki, żeby archiwizowały wszystkie doznania: wrażenia dotykowe, temperaturowe, węchowe, emocjonalne – będą nam potrzebne kolejnego dnia przy komponowaniu zapachu grafiki.
Myślę: po co człowiekowi obraz? Dlaczego nie wystarcza nam czysta rzeczywistość? Czym jest – w gruncie rzeczy – grafika? Co określa jej granice? Wieczorem odwiedzam profesora Grzegorza Banaszkiewicza, artystę (r)ewolucyjnego, który peregrynował twórczo przez niemal wszystkie rodzaje grafiki, aż po transgraficzność. Postanawiam zadać profesorowi te i inne pytania tak, jakbym nic nie wiedziała o tej dziedzinie sztuki, ba, jakbym nigdy wcześniej nie była na Ziemi. Wchodzę do pracowni, którą artysta nazywa komnatą wszystkiego albo laboratorium obrazowania graficznego, i przedstawiam się jako GrafE.T., przybysz z kosmosu.
Lekcja grafiki dla absolutnie każdego
GrafE.T.: Jak ludź odkrył obraz?
Profesor: To jest wielka tajemnica człowieka. Czterdzieści tysięcy lat temu ludzie, ni stąd, ni zowąd, zaczęli rysować i malować, dzięki czemu mamy w jaskiniach precyzyjny przekaz tego, co wówczas się działo na świecie.
GrafE.T.: Obraz dawać przyjemność człowieku?
Profesor: Daje przyjemność. Oddaje rzeczywistość. Przynosi język, którym się porozumiewamy.
GrafE.T.: Obraz dzieło sztuki jest?
Profesor: Niektórzy ludzie są tak przejęci robieniem obrazów, że sądzą, iż robią dzieła sztuki. I pokazują je innym ludziom. Niektórzy dają się na to nabrać, a niektórzy nie.
GrafE.T.: Być rozróżnik sztuka – niesztuka?
Profesor: To można odczuć.
GrafE.T.: Jak?
Profesor: Gdzieś w środku.
GrafE.T.: Co grafika jest?
Profesor: To jedna z postaci wizualizacji świata.
GrafE.T.: Ty mi pokazać, jak robić grafika?
Profesor: Będzie dobrze, jeśli GrafE.T. uruchomi własny aparat poznawczy. Musimy użyć papieru…
Profesor idzie w głąb pracowni, szuka czystej kartki w stertach wszystkiego. Gdy znajduje papier, kładzie go na plastikowej podkładce o wyraźnej, kratkowanej fakturze.
Profesor: Potrzebujemy jeszcze ołówka, będącego jednym z najdonioślejszych wynalazków człowieka. Ołówek jest podługowatą pałeczką grafitu, czyli bardzo powszechnej w naszym świecie molekuły pierwiastka nazywanego węglem. Występuje on pod wieloma postaciami. Jedna z nich to grafit.
Pociera pałeczką grafitu o papier, na którym odciska się wypukły wzór podkładki.
Profesor: Widzisz, na papierze pojawiają się rozmaite, trudne do przewidzenia wydarzenia pokazujące istotę ołówkowatości i istotę graficzności. Powstał całkiem przyzwoity obrazek. W języku artystów nazywa się to frotażem. Ten frotaż ujawnił relief, który był pod papierem. No i proszę: są tu jakieś regularności i nieregularności, coś się tu dzieje!
GrafE.T.: Piękny obraz to?
Profesor: Piękny, jeśli znajdziemy w nim coś pięknego.
Obraz zawisa na gałce szafki kuchennego kredensu.
GrafE.T.: My robić galeria sztuki?
Profesor: A co! Kto nam zabroni? Jestem wolnym człowiekiem i wolnym artystą, a ty wolnym kosmitą.
GrafE.T.: Prosić, ty uczyć mnie grafika teraz.
Profesor pociera kciuk o powierzchnię pałeczki grafitu. Skóra palca szarzeje.
Profesor: Spróbujmy teraz użyć…