Ile masz lat, Urszulo?
W przyszłym roku kończę 80.
To znaczy, że urodziłaś się tuż po wojnie, w 1946 r.?
Tak.
Jaki to miało na Ciebie wpływ? Jak myślisz?
Moje życie ukształtowało dorastanie w kraju oprawców i ofiar. Najwcześniejsze wspomnienia są związane z opowieściami matki, babci i ciotki – o wojnie. Pamiętam przerażające relacje o bombardowaniach dywanowych, o płonących domach, o ludziach, którzy próbowali dostać się do bunkra, i o tych tratowanych na śmierć w trakcie paniki.
Moim placem zabaw były gruzowiska. Utkwiły mi w pamięci te krajobrazy. Myślę, że tematyka wojny i pokoju nadała kierunek mojemu życiu i ukształtowała zaangażowanie w solidarność z ludźmi, którzy doświadczyli lub doświadczają niesprawiedliwości i przemocy. Prawdopodobnie dlatego udzielałam się społecznie, politycznie i terapeutycznie na rzecz sprawiedliwości, pojednania i przebaczenia. Przejechałam czołgiem przez zniszczone wojną miasta byłej Jugosławii, nadzorowałam w Szwajcarii przychodnię prowadzoną przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż dla ofiar tej wojny. Wykonując tę pracę, cały czas miałam świadomość, że zajmuję się również niedokończonymi sprawami moich przodków.
Wrócimy jeszcze do rozmowy o Twoich przodkach, ale na razie zapytam: ile lat masz w środku?
Cóż, uważam, że „79” to tylko liczba. Myślę, że miałam bogate życie. Dużo podróżowałam, wiele doświadczyłam i z pewnością jestem teraz mądrzejsza niż w młodości. Naprawdę ma znaczenie to, jak się czujemy – czy jest w nas wciąż poczucie witalności, energii i sensu. Dla mnie życie pozostaje nieustannie głęboko znaczące. Nadal jestem bardzo zaangażowana w sprawy świata i jego problemy.
Oczywiście, kiedy patrzę na swoje ciało, widzę oznaki starzenia się. Zawsze byłam bardzo aktywna – jeździłam konno, uprawiałam trekking, miałam nawet poważny wypadek z wielbłądem na pustyni. Teraz nie mogę już robić wszystkiego, co bym chciała. Ciało, jak to mówią, zbiera żniwo; nosi ślady upływającego czasu. Ale nadal mam w sobie chęć do działania.
Jak to robisz? To znaczy jak to możliwe, że mając prawie 80 lat, jesteś tak pełna życia i energii?
Myślę, że pewną rolę odgrywa tu zwyczajne szczęście. Od 44 lat żyję w oddanym, pełnym miłości związku. Mój ukochany ma obecnie 92 lata, jest zarówno analitykiem – neofreudystą – jak i artystą, malarzem i wiolonczelistą. Jeszcze do niedawna każdego wieczora grał dla mnie Bacha i Vivaldiego. Teraz nie może już grać: traci siły, bo cierpi na poważną chorobę serca. Dlatego stopniowo przygotowujemy się do ostatecznego pożegnania. Powiedziałabym, że obecnie żyje w przestrzeni liminalnej – nie do końca w tym świecie, ale też nie całkiem poza nim.
Niedawno poproszono mnie o napisanie rozdziału do książki zatytułowanej Confronting Death, w którym zastanawiam się nad tym, jak przygotowuję się do śmierci ukochanego człowieka i czy potrafię postrzegać śmierć jako przyjaciela.
Czy można się przygotować na takie pożegnanie?
W pewnym sensie tak. My oboje od wielu lat praktykujemy medytację, więc świadomość nietrwałości wszystkiego jest głęboko zakorzeniona w moim rozumieniu życia. Często rozmawiamy o śmierci.
Żyliśmy pełnią życia, myślę, że łatwiej jest się z nim rozstać, gdy człowiek czuje się spełniony.
Mówisz, że dużo rozmawiacie. O czym mówicie? Jakiego rodzaju są to rozmowy? O przeszłości czy o teraźniejszości?
Rozmawiamy o wszystkim. O przeszłości, o naszych szczęśliwych chwilach, a także o wielkiej niewiadomej, która nas czeka. Pytamy: jak to będzie? Czy spotkamy się ponownie na drugim brzegu? Czy coś przetrwa poza ciałem? Czy wierzymy w wieczność duszy? Czasami mój ukochany mówi do mnie: „Będę czekał na ciebie po drugiej stronie”.
I co odpowiadasz?
Być może powinnam Ci najpierw wyjaśnić, dlaczego śmierć jest mi w pewnym sensie znajoma. Urodziłam się w domu śmierci. Mój ojciec, znacznie starszy od mojej matki, zmarł pięć tygodni przed moimi narodzinami. Nigdy więc go nie poznałam.
Pierwszym spacerem mojej matki ze mną, gdy byłam niemowlęciem, była wizyta na jego grobie. Cały nasz dom był pogrążony w żałobie – nie tylko po ojcu, ale również po synku moich rodziców, który zmarł rok przed tym, zanim się urodziłam – miał zaledwie osiem tygodni. Moja matka opłakiwała więc najpierw swoje dziecko, potem męża… a później pojawiłam się ja.
W cieniu.
Tak, urodziłam się w cieniu śmierci. Ta obecność była, jak sądzę, swego rodzaju matrycą w mojej psychice. Wielu z moich najbliższych przyjaciół zmarło później na raka, więc doświadczenie straty było stałą częścią mojego życia.
Dużo podróżowałam, zwłaszcza po Azji, i widziałam, jak inne kultury czczą swoich przodków. Niektórzy trzymają groby na swoich podwórkach, ja zbudowałam w swoim ogrodzie mały „dom przodków” z posągiem Guanyin, bogini współczucia, i dwoma strzegącymi ich lwami.
Kładę tam świeże kwiaty i myślę o tych, którzy odeszli.
W Szwajcarii można zakopać prochy w swoim ogrodzie. Mam tam prochy mojej matki i mojej ukochanej ciotki. Kiedyś odwiedził mnie przyjaciel i powiedział: „Nie zdawałem sobie sprawy, że siedzę na cmentarzu”. To prawda, jednak jest to piękny cmentarz, pełen dużych drzew. W pewnym sensie żyję ze zmarłymi, rozmawiam z nimi i nie jest to przerażające.
Poza tym moje życie zawodowe zawsze zbliżało mnie do tematu śmierci. Przez ponad 10 lat nadzorowałam pracę terapeutów żydowskiej agencji psychospołecznej w Zurychu. Wysłuchałam niezliczonych historii o stracie. Chociaż nie jestem Żydówką – z urodzenia jestem Niemką – intensywnie pracowałam z ludźmi dotkniętymi traumą międzypokoleniową.
Byłam w Jugosławii i pomagałam mniej doświadczonym terapeutom w pracy z ofiarami masowych gwałtów…
Byłaś tam podczas wojny?
Tak, poleciałam wojskowym samolotem, jako jedyna kobieta na pokładzie, ubrana w kamizelkę kuloodporną. Spotkałam się ze śmiercią na wiele sposobów.
W ostatniej książce, którą napisałam, Umieranie i stawanie się, opisałam transformacyjną moc traumatycznych doświadczeń, ponieważ byłam świadkiem tego, jak nawet jednostki dotknięte poważną traumą mogą się wyleczyć i odrodzić.
Pracowałam z osobami, które przeżyły kazirodztwo, i z ofiarami wojny, które odkryły nowy sposób bycia w świecie, znalazły nowe pokłady kreatywności i sens poprzez swoje cierpienie.
Jak konkretnie pracowałaś?
Na przykład pytałam moich klientów, czy potrafią w swojej wyobraźni dotrzeć do jakiegoś miejsca, w którym czują się całkowicie bezpieczni i spokojni – do swego rodzaju wewnętrznego sanktuarium, które mogłoby zapewnić pocieszenie. Próbujemy odkryć razem, co dawało im oparcie w trudnych chwilach, czy może dowiedzieli się czegoś o życiu, co mogłoby im dać wsparcie.
Niektórzy moi klienci, w takich chwilach, dzielą się ze mną swoją wiarą w coś większego od nich samych – wspominają, że tym, co pomogło nadać sens, był pewien rodzaj postawy duchowej czy spojrzenia filozoficznego stanowiącego kompas dla świata wewnętrznego. Niektórzy wyobrażali sobie śmierć jako próg, przywołując mit o schodzeniu do podziemi, po którym następowało wzniesienie się ku odnowie. W książce o traumie podaję przykłady takich cykli „umierania i stawania się na nowo”, strat i zysków, utknięcia w miejscu, a następnie przejścia na inny poziom świadomości.
Miałam zaszczyt niejednokrotnie móc obserwować, jak w obliczu paradoksu i tajemnicy śmierci psychika dąży do równowagi: jak kształtuje się odporność psychiczna i jak w chwilach wielkiego cierpienia budzi się zdolność do przekraczania własnych ograniczeń.
Pamiętam osoby, które spontanicznie zaczynały szukać rytuałów, które pomagały opanować przytłaczające emocje. Często miały one w sobie coś ze sztuki, z kreacji. Moi klienci nie unikali konfrontacji ze śmiercią, raczej stawiali czoła nieuniknionemu, zanurzając się np. w muzykę, rysunek, pisanie dziennika czy listów.
Kiedy towarzyszyłam osobom zmagającym się ze śmiercią, zawsze szukałam wraz z nimi wewnętrznych zasobów.
Ty również musisz mieć ogromne zasoby.
Tak, myślę, że to także moje osobiste dziedzictwo. Moja matka, pomimo swoich trudności, dała mi miłość i siłę. Nigdy nie wyszła ponownie za mąż, więc dorastałam w otoczeniu kobiet – mojej matki, babci i czasami ciotki, która także była niezamężna. W naszym domu nie było mężczyzn. To ukształtowało we mnie silną więź z kobietami.
Wracając do teraźniejszości – zaczęłaś mi opowiadać o swoim partnerze i Waszych rozmowach o śmierci. Znalazłaś odpowiedź na pytanie: czy śmierć może być w jakiś sposób twoim przyjacielem?
Myślę, że tak. Nie trzeba się jej bać. Śmierć jest naturalnym procesem, z którym nie można walczyć. Obserwuję, jak najpiękniejsze kwiaty kwitną i więdną. Ich piękno przemija. Taka jest natura. Takie jest życie. Tak samo moje i jego istnienia muszą się kiedyś skończyć. Nie widzę w tym buntu – tylko akceptację i spokój.
Łatwo powiedzieć, ale – moim zdaniem – nie tak łatwo zrobić… Zgodzisz się, że można doświadczać ogromnego bólu, żalu?
Oczywiście, bo to jest wielka strata! Będę za nim bardzo tęskniła. Łączyło nas bogate życie intelektualne i emocjonalne – napisaliśmy nawet wspólnie książkę Hunger nach Sinn (Głód sensu). Nasze dyskusje były często burzliwe, Freud kontra Jung! Ale później mąż zwrócił się ku myśli transpersonalnej, co zbliżyło nas do siebie jeszcze bardziej duchowo.
Jaka była podstawowa różnica między Wami?
Myślę, że redukcyjne rozumienie energii w teorii Freuda. Rozumienie Junga jest szersze, wykracza poza energię seksualną i obejmuje również energię duchową. Ostatecznie ta perspektywa również wydała mu się prawdziwa.
Opowiedz mi, jak poznałaś swojego ukochanego.
Poznaliśmy się na odosobnieniu medytacyjnym. Spędziliśmy tydzień bez słowa. To ciekawe, prawda? Najpierw spotkać się w ciszy, a potem budować wspólne życie oparte na rozmowach i tworzeniu. Teraz kończymy pisać razem kolejną książkę – będzie nosić tytuł Wiedza i mądrość. Dlaczego i po co? Freud pytał „dlaczego?”, szukając przyczyn, a Jung pytał „po co?”, szukając znaczenia. To piękny dialog.
Jak to zrobiliście, że jesteście razem już 44 lata?Cóż, sekretem jest głęboka miłość, wzajemny szacunek i dawanie sobie…