Subskrybuj
Ilustracja: Dominika Ćwiertnia-Potoczny
Kulturoznawczyni, eseistka. Autorka książek: Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć (2019, nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia) oraz Szczerość. O wyłanianiu się nowoczesnego porządku komunikacyjnego (2020)

Mama Pucia się nie złości

Tatom daje się prawo do odrobiny egoizmu, osobistej ambicji, przewrotności, głupoty – czyli cech i zachowań ludzkich. Matki przedstawia się natomiast jako istoty zawsze opiekuńcze, praktyczne, nieskończenie cierpliwe i nieustannie myślące o innych

W świetle poniższych tekstów źródłowych napisz rozprawkę: „Przyczajeni romantycy, ukryte pozytywistki. Niewidzialna praca a płeć w drugiej i trzeciej dekadzie XXI w.”.

  1. Rozmowa prywatna matki z czteroletnim dzieckiem (29.10.2020).

„– Bo wiesz, kiedyś mężczyźni nie umieli nawet przewijać dzieci.

– Ale jak to? Nie mieli dzieci?!!

– Mieli, tylko uważali, że to kobiety powinny zajmować się domem, sprzątaniem i dziećmi.

– To co oni w ogóle robili?!!”

  1. Wystąpienie marszałka Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, Tomasza Grodzkiego (29.10.2020)

„To kobiety sprawiają, że nasze codzienne życie toczy się harmonijnie i gładko w sposób trochę jakby niezauważalny, a dopiero gdy nasza babcia, mama, żona, córka czy partnerka musi z jakichś powodów się wyłączyć, dostrzegamy, że bez kobiet nasza egzystencja staje się trudna, bezbarwna i irytująca”.

  1. Zofia Stanecka, Basia i gotowanie, w: tejże, Basia. Wielka księga przygód. 2, ilustrowała Marianna Oklejak, Warszawa 2014.

„W piątek po południu Tata wrócił z pracy bardzo zmęczony. Poszedł prosto do salonu, usiadł na kanapie i włączył telewizor. Po chwili dołączyli do niego Basia i Janek. Leżeli razem i w milczeniu wpatrywali się w ekran. Tak zastała ich Mama, kiedy parę minut później weszła do pokoju z obraną marchewką w ręku (…).

– No dobrze – powiedziała. – Mam tego dość.

– Czego? – zainteresowała się Basia.

Tata, wyrwany nagle z drzemki, usiłował spojrzeć na Mamę przytomnym wzrokiem.

– Wszystkiego – powiedziała Mama i machnęła znacząco marchewką. – Cały dzień pracowałam, a teraz siedzę sama w kuchni i szykuję jedzenie, podczas gdy moja rodzina patrzy bezmyślnie w telewizor. (…)

– Nie jesteś sama, Mamo – wtrąciła się Basia – Jest z tobą Franek [raczkujące niemowlę].

Tata popatrzył na Mamę uważnie. Przetarł oczy ręką, wstał z kanapy i zarządził:

– Dzieciaki, wyłączamy telewizor i idziemy do kuchni. Dziś my zajmiemy się gotowaniem.

– Jak to? – zdziwił się Janek. – Przecież Mama uwielbia gotować, bo bardzo nas kocha”.

  1. Teatrzyk Zielone Przedszkole ma zaszczyt przedstawić

Urodzinki

Występują:

Fuforon

Rodzic Fuforona 1

Rodzic Fuforona 2

Chat GPT

Pół Przedszkola – Rodzice

Pół Przedszkola – Dzieci

Kinderbale Przeszłości

Rodzic Fuforona 1

(organizuje Fuforonowi urodzinki: przygotowuje zaproszenia, zamawia zakupy, piecze tartę ze szpinakiem i fetą oraz tort czekoladowy na biszkopcie, zamawia gift bagi dla innych dzieci, bo to obowiązkowe w miejscowym zwyczaju)

Chat GPT

(cierpliwie wspomaga ten proces, odpowiadając na pytanie o potrzebną ilość składników, wkłady do gift bagów itp.)

Rodzic Fuforona 2

(cierpliwie wspomaga ten proces, doradzając w sprawie gift bagów, a w dniu urodzin nosząc tarty, rozkładając obrusy, dmuchając balony itp.)

Fuforon i Pół Przedszkola – Dzieci

(niosą radość, wrzask i zniszczenie z okazji urodzin Fuforona)

Rodzic Fuforona 1 i Rodzic Fuforona 2

(zbierają wszystkich i wnoszą przygotowany przez Rodzica 1 tort z wyraźnymi śladami home made’u)

Rodzic Fuforona 1, Rodzic Fuforona 2, Pół Przedszkola – Dzieci, Pół Przedszkola – Rodzice

(śpiewają)

Happy birthday to you

Happy birthday to you

Happy birthday, dear Fuforon,

Happy birthday to you

Fuforon

(zdmuchuje świeczki, cieszy się)

Wszyscy (bez Fuforona, Chata GPT)

(klaszczą i wiwatują)

Kurtyna

Za kurtyną, przez najbliższy tydzień:

Pół Przedszkola – Rodzice (do Rodzica Fuforona 2)

Ale ten Rodzic Fuforona 1 to jest dobry rodzic! Sam tartę upiekł! I tort!

Kinderbale Przeszłości (zorganizowane przez Rodzica Fuforona 2 w epoce sprzed Chata GPT) na stronie, do uszka, z zazdrością gromadki pominiętego rodzeństwa:

A w czym my jesteśmy gorsze?!!

Rodzic Fuforona 2

(łącząc uprzejmą dociekliwość z niewinnie stoickim spokojem)

Ale co niby specjalnego jest w fakcie, że rodzic przygotowuje urodzinki swojemu dziecku? Przecież każda z nas robiła to wiele razy.

Kto zorganizuje urodzinki?

Gdyby ta ostatnia scena miała cokolwiek wspólnego z moim życiem, i tak byłaby świadectwem olbrzymiego postępu w kwestii „wyobrażenia płci i urodzinki”. Pierwszy raz, kiedy w sytuacji kompletnego wypalenia niewidzialną, niezauważalną, nieopłacaną i niedocenianą społecznie pracą przekazałam organizację imprezy współrodzicowi mężczyźnie, ten wiekopomny „przewrót kopernikański” zakończył się porażką. Nie dlatego, że T. nie stanął na wysokości zadania, wymigiwał się, stosował wyuczoną bezradność. Ani nie z powodu mojego braku zaufania, perfekcjonizmu, nieumiejętności delegowania zadań czy obsesyjnego zainteresowania kolorami serwetek. Po prostu na moment przed drukiem zaproszeń zaproponowałam, by obok jego numeru telefonu umieścić również mój (nie ma co ludziom utrudniać życia, część z nich ma mój kontakt). Efekt był taki, że cała komunikacja poszła do mnie: do niego nie napisał nikt.

Dało mi to wiele do myślenia. Łatwo byłoby uznać, że oto inni zadziałali zgodnie ze stereotypem, spod którego nam się udało „wyemancypować”. Ale przecież wiem, że gdybym to ja dostała takie zaproszenie, też najprawdopodobniej odpowiedziałabym na telefon z podpisem mum, nie dad – bo pewnie jej numer miałabym w kontaktach, pewnie z nią wcześniej załatwiałam organizację spotkań. I nawet jeśli potrafię ten wzorzec zobaczyć, złapać go na gorącym uczynku i nazwać, wciąż bardzo trudno mi działać wbrew niemu.

W moim przypadku podział pracy opiekuńczej wpisuje się w mechanizmy społecznych nierówności, choć jest też konsekwencją moich wyborów niewynikających z ideologii płci – obstawanie przy pisaniu, a więc pracy z sensem, oznacza słabo płatne freelancerstwo i prekarność. Gdy urodziło się pierwsze dziecko, ekonomicznie „oczywiste” było to, że przejęłam lwią część niewidzialnych zobowiązań opiekuńczych, podczas gdy na drugiej stronie spoczywał tradycyjny ciężar utrzymania domu. To ja zarywałam noce, spędzałam z niemowlęciem 10 godz. dziennie sama, nie mając siatki społecznej, organizowałam opiekę, żeby móc jednak trochę pracować, chodziłam po lekarzach, gadałam z mami itp., itd. T. tymczasem dojeżdżał do pracy ponad godzinę w godzinach szczytu (zapchany pociąg, kolejki na zejściu do metra, kolejki w oczekiwaniu na windę), pracował osiem i wracał kolejną – by niemal na progu dostać dziecko od przeciążonej opieką mnie. Potem, gdy pisałam pierwszą książkę, młode poszło na trzy dni do przedszkola i w jeden dzień weekendu tata je gdzieś zabierał, żebym mogła klepać swoje literki. Gdy urodziło się drugie, trwał COVID i T. pracował zdalnie. Spowodowało to znaczne wyrównanie podziału pracy domowej, jemu odpadł stres dojazdów, jednak nie zmieniło to dziecięcej hierarchii bytów. Dla nich wciąż nie było wątpliwości, kto jest Kosmicznym Kokonem, Wyrocznią Sprawiedliwości, Plastrem na Wszystkie Bolączki Świata i Wielką Gniotką.

Ta nieustanna żonglerka (praca intelektualna, side job, praca w domu, tony pracy emocjonalnej) odcisnęła na mnie głębokie, niewidzialne – a więc trudne do nazwania i skonceptualizowania – piętno („Dlaczego nie mam energii?”, „Dlaczego od rana fantazjuję o momencie, kiedy będę mogła obejrzeć wieczorem serial?”, „Dlaczego muszę powstrzymywać łzy, gdy któryś dzień z rzędu przygotowuję zestaw przegryzek?”). Zarazem dała wspaniały antropologiczny wgląd w to, jak w III dekadzie XXI w. wygląda podział niewidzialnych obowiązków w heteroseksualnych związkach (w tym takich, w których oboje partnerzy sprzedają swój czas pracodawcom w pełnym wymiarze godzin). Bo niby wzorzec surowego karzącego ojca jest wypierany przez zaangażowanego tatę, który i pieluchę zmieni, i butelką nakarmi, a mama uznaje swoje prawo do „czasu dla siebie” i emocji wynikających z „macierzyństwa non-fiction”, ale wystarczy tylko trochę poskrobać, by okazało się, że „anioł ogniska domowego” nigdzie nie odleciał.

Aniołowie i ludzie

Czasy jednej Smurfetki na wioskę smurfów, sprowadzonej do zseksualizowanego stereotypu kobiecości, zdecydowanie wyszły z mody.

W „postępowych” książkach, kreskówkach, serialach skierowanych do młodego odbiorcy aż roi się od silnych aktywnych postaci dziewczęcych. Zalewowi przebojowych dziewcząt nie towarzyszy jednak wysyp chłopców zaangażowanych w pracę emocjonalną i opiekuńczą.

I nawet te przekazy, które mają przedstawiać dorosłe relacje partnerskie, w których wychowanie i troska są dzielone, pozostają zaskakująco głęboko osadzone w tradycyjnych wyobrażeniach o płci.

W serii o Puciu Marty Galewskiej-Kustry – jak na polskie standardy inkluzywnej i postępowej, z sympatycznym ogarniętym tatą biorącym współodpowiedzialność za prowadzenie domu i wychowanie – tenże tata, mieszczuch na feriach, łamie nogę, ścigając się na nartach z wujkiem góralem. Mama, która go przed tym pomysłem ostrzegała, bez słowa irytacji otacza go czułą opieką. Nie ma żadnych pretensji o to, że cała rodzina musi wcześniej wrócić do domu, a ona ma więcej roboty i nie pojeździ sobie więcej na łyżwach. Podobnie w podbijającej świat kreskówce Bluey. Bandżi, mimo olbrzymiego, mądrego i twórczego zaangażowania w wychowanie córeczek, ma osobowość wykraczającą poza bycie tatą: bywa zadziorny, złośliwy – wiadomo, że prześladował swojego młodszego brata – lubi ukradkiem scrollować komórkę. Natomiast jego partnerka, Chilli, jest niemal idealną mamą, a wszystkie jej „dorosłe” problemy są związane z niewidzialną pracą i troską o kogoś (niemożność relaksu na wakacjach, ambicja związana z porównywaniem dzieci w przedszkolu, lęk o starzejącego się ojca). W kultowej w Wielkiej Brytanii Śwince Peppie Tata Świnka, „ekspert od wszystkiego”, wykazuje się tyleż pocieszną, co bezbrzeżną głupotą, przed której konsekwencjami nieustannie asekuruje go idealnie łagodna Mama Świnka (friendly reminder: codzienne tolerowanie męskiej głupoty i wkładanie wysiłku – emocjonalnego, organizacyjnego itd., by demonstrująca ją osoba wyszła z tego z twarzą, jest jednym z mechanizmów podtrzymujących nierówność).

W każdej z tych „równościowych” relacji troskliwym tatom daje się prawo do odrobiny egoizmu, osobistej ambicji, przewrotności, głupoty – czyli cech i zachowań ludzkich. Matki przedstawia się natomiast jako istoty zawsze opiekuńcze, praktyczne, nieskończenie cierpliwe i nieustannie myślące o innych. Ich marzenia, ambicje, dążenia nigdy nie są w konflikcie z interesami i dobrem rodziny, a już w szczególności dzieci. Mamy nie zaczną głośnej zabawy w środku nocy. Nie trzeba za nie świecić oczami. Nigdy nie zrujnują ferii dlatego, że ciocia im weszła na ambicję, a poza tym tak tęsknią do tego pędu powietrza, uczucia wolności, że – mimo słabego fizycznego przygotowania, długiej przerwy – rzucają się w dół, śmigiem, niepomne na krzyki troskliwych partnerów, którzy potem – gdy są już w gipsie – czule przynoszą im herbatkę, pakują rodzinę do samochodu i wracają do domu, w którym przecież dobrze się czują.

Na tym tle cytowana wyżej seria o Basi Zofii Staneckiej odznacza się realizmem. Ukazuje frustrację i walkę mamy, która próbuje połączyć ambicje zawodowe (pisze podręcznik), wychowanie trójki dzieci i samorealizację (taniec) z funkcjonowaniem w tradycyjnym układzie, gdzie tata jako lekarz ma ważną pracę, a jej codzienna tyrka zostaje utożsamiona z miłością („Przecież Mama uwielbia gotować, bo bardzo nas kocha”). Na seksistowskie uwagi mechanika, patriarchalne oczekiwania i odruchy taty (gdy np. po jej powrocie do pracy zawodowej on czepia się, że jest bałagan w domu i że ona chodzi w dresie), reaguje mniej lub bardziej bezsilnym buntem. W porównaniu z mamą Pucia, Bluey i Świnki Peppy jawi się jako mniej „równouprawniona”, ale zarazem najmniej anielska, najbardziej ludzka. Jako jedyna „pozwala sobie” na zaburzenie „emocjonalnej harmonii” domu frustracją, osobistą ambicją i kobiecym gniewem.

Mężczyzna opiekun to bohater

No, ale wiadomo, to fikcje dla dzieci… Przejdźmy więc do dorosłej sfery publicznej. Tomasz Grodzki, marszałek senatu i polityk partii, która swego czasu próbowała kreować się na obrończynię kobiet i mniejszości seksualnych, publicznie stwierdził, że połowa społeczeństwa istnieje po to, by sprawiać, iż „nasze codzienne życie” toczy się „harmonijnie i gładko, w sposób trochę jakby niezauważalny”. „Nasze” – czyli, jak należy rozumieć, życie „właściwych obywateli”. Innymi słowy: mężczyzn.

W dorosłym mainstreamie opiekuńcza relacja mężczyzny i dziecka staje się godna reprezentacji po apokalipsie (np. Droga, The Last of Us). Kiedy Marcel Andino Velez zrezygnował z prestiżowej funkcji wicedyrektora Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, by zająć się starszymi rodzicami, donosiły o tym gazety. Gdy ten sam wybór podejmuje kobieta, jest to traktowane jako „naturalne”.

Niby w Wielkiej Brytanii listy instytucji związanych z dziećmi są inkluzywnie zatytułowane „Dear Parents and Carers”, niby zarówno mężczyźni i kobiety obsługują odprowadzenie i przyprowadzenie ze szkoły czy przedszkola, ale gdy znajome dziecko po niegroźnym wypadku trafiło do szpitala, wychowawczy telefon od opieki społecznej otrzymała matka – mimo że mały był wtedy pod opieką taty, a jej przy całym zdarzeniu nie było. Gdy ja przekraczam granicę z dzieckiem, rutynowo proszą mnie o okazanie aktu urodzin (mamy różne nazwiska). Gdy ostatnio z młodymi leciał tata, zapytano dzieciaki, gdzie jest mama i kto się nimi będzie opiekował. Kiedy recepcjonistka z przychodni ustawiała wizytę dziecka na środek dnia, a ja wspominam, że będzie to ogarniał partner, ona troskliwie dopytała, czy ta godzina nie przeszkadza mu w pracy – jak gdyby 12.30 nie była domyślną godziną pracy zarobkowej również dla kobiet. Rząd angielski rozpoznaje potrzebę zaangażowania mężczyzn do zawodów opiekuńczych (uruchomiono kampanię Do something big zachęcającą ich do pracy w szkołach i przedszkolach), ale w placówkach naszych dzieci nauczyciele płci męskiej wciąż są rodzynkami.

Na co dzień konsekwencje tej nierówności rzadko doczekują się otwartej krytyki ze strony kobiet. Sporadycznie wypływają w postaci zwierzeń, brutalnie odsłaniających – często w sposób nieuświadomiony przez mówiącą – nierówność w podziale odpowiedzialności i pracy, czasem ekstremalną samotność, bezradność, przemoc. Zazwyczaj jednak realizują się w zdawkowych, rytualnych narzekaniach na codzienne trudności i ogólne zmęczenie. Przejawia się to w komentowaniu „drobnych problemów technicznych” rzeczywistości (gdy np. matka zauważa, że dziecku spadają spodnie, bo wyprawiający je do szkoły tata nie wpadł na to, że w mundurkach są guziczki do zwężania talii). Albo w tych „drobnych”, ale niezwykle wytrwale powtarzanych komplementach dla mojego partnera ze strony innych matek, po tym jak zorganizował te urodzinki Fuforona.

To już nie lata 50. XX w., więc nikt nie mówi mi, że „jestem szczęściarą” (w końcu nawet Tata Basi wie, że prawdziwy mężczyzna powinien umieć zrobić rodzinie obiad). Ale bardzo silnie czuję mechanizm opisywany przez Monę Chollet w Wymyślić miłość na nowo: w kulturze, w której relacja heteroseksualna z definicji opiera się na nierówności, nawet bardziej sprawiedliwy podział nie wyrównuje pozycji, skoro on jest ustawiany przez otaczający świat w roli „bohatera”, a ona „szczęściary”.

Czy można być przeciętną matką?

Inna rzecz: w trakcie tych rozmów z kobietami zdarza mi się mówić, że nie jestem za dobra w byciu matką, bo brak mi cierpliwości. Odpowiedź zawsze jest ta sama: rozmówczynie spieszą mnie zapewnić, że przeciwnie, jestem świetną matką.

Gdybym np. stwierdziła, że słabo jeżdżę na łyżwach, bo nie utrzymuję równowagi, nikt raczej nie potwierdzałby ochoczo, że nie, jestem świetną łyżwiarką. Gdybym powiedziała, że mam bałagan w papierologii, nikt nie podkreślałby, jak wspaniałą jestem księgową. Na co dzień uznajemy bowiem, że racjonalnie myślący ludzie, niecierpiący na narcyzm czy manię wielkości, powinni realistycznie oceniać swoje możliwości. Rozumienie, że na pewnych polach radzą sobie lepiej, na innych gorzej, jest znakiem dojrzałości. W dorosłym życiu potrzebujemy setek, jeśli nie tysięcy umiejętności – jest przecież oczywiste, że w jednych jesteśmy lepsi, w innych gorsi. Przyjmujemy również, że brak gracji w tańcu na lodzie bądź sprawności w ogarnianiu Excela może osłabiać perspektywy na medal olimpijski, obniżać wartość towarzyską czy pozycję na rynku pracy, lecz nie wiąże się ze stygmatyzacją moralną. Można nie umieć tworzyć tabeli przestawnych i być dobrym człowiekiem.

W przypadku macierzyństwa to nie działa. Moje stwierdzenie opierające się na (w moim przekonaniu) racjonalnej ocenie, że cierpliwość nie mieści się w top setce moich cnót (a z całą pewnością jest ona we współczesnym nieprzemocowym rodzicielstwie absolutnie niezbędna), jawi się jako apel o pocieszenie, przebaczenie, certyfikat, że nie jestem potworem. Nie ma przestrzeni na racjonalną, pozbawioną obwiniania się rozmowę o tym, w których wymiarach tej gry jest się dobrą, a w których nie. Zakłada się, że bycie najlepszą możliwą matką jest automatycznie celem każdej kobiety pozostającej z dzieckiem w relacji macierzyńskiej. Matka wciąż pozostaje raczej archetypem niż rolą społeczną wymagającą określonych kompetencji, które rzeczywiści ludzie zawsze mają na różnym poziomie.

Co znów odsłania paradoksy kobiecej emancypacji. Dawne poradniki dla kobiet, jak być idealną gospodynią i żoną, dziś interpretuje się jako potwierdzenie postępu. Mogą służyć jako przedmiot lekko perwersyjnej fascynacji czy backlashowej fantazji (jak w ruchu tradwife albo serialu Mad Men). Na pewno i teraz są przestrzenie, w których radzi się kobietom, „jak mu zrobić dobrze w łóżku i w kuchni”, ale ja w realnych kobiecych rozmowach nie zetknęłam się z taką retoryką. Sprawy związane z relacjami damsko-męskimi magluje się w kategorii terapeutycznych odkryć albo „pracy nad związkiem” wykonywanej, przynajmniej w teorii, dla wspólnego dobra (to, jak jest ona dystrybuowana i jak się definiuje owo „dobro”, to inna sprawa). Kobiety, również te w heteroseksualnych związkach, zasadniczo uwewnętrzniły przekonanie, że są ludźmi, którzy powinni budować swoją tożsamość w odniesieniu do własnych celów (najczęściej związanych z karierą), a nie tego, jak wypełniają rolę „partnerki swojego mężczyzny”.

Kiedy jednak na horyzoncie pojawia się dziecko, całe to złudzenie pryska jak bańka mydlana. Nawet jeśli w praktyce osoby te – wciąż przecież będące przedsiębiorczyniami na nieprzewidywalnym rynku – nieustannie muszą nawigować między pracą zarobkową, indywidualnym zabezpieczeniem na przyszłość, osobistą ambicją, przytłoczeniem niewidzialnymi obowiązkami i miłością, mają to robić tak, by nikt nie mógł mieć wątpliwości, że bycie jak najlepszą matką traktują jako absolutny priorytet.

Tacierzyński na wakacje

Ta nieformalna siła ciążenia, która w heteroseksualnych parach „przyciąga” opiekę do kobiety, ma bardzo realne przełożenie na zarobki, szanse zawodowe, ludzkie losy. Tyle że widać to dopiero z dystansu, z lotu ptaka, gdy nie traktujemy określonych decyzji jako „indywidualnych wyborów”, lecz statystyczną prawidłowość.

Narodziny potomka nie wpływają na płacę i rozwój kariery taty, ale są niepowetowanym ciosem dla pozycji zawodowej matki, która w znacznie większej mierze dostosowuje pracę zarobkową do obowiązków opiekuńczych.

Brytyjski Office for National Statistics (odpowiednik Głównego Urzędu Statystycznego) zwraca uwagę na gender commuting gap, czyli to, że kiedy mężczyźni szukają najlepszej oferty zawodowej, nawet gdy wymaga długiego codziennego dojazdu, matki ograniczają poszukiwania do pracodawców zlokalizowanych blisko domu (a dziś: zgadzających się na pracę zdalną) – co przekłada się na ich pensje i rozwój ich karier.

Do tego matki często przechodzą na pracę w niepełnym wymiarze godzin. Zatem nawet jeśli płciowa różnica płacy (gender pay gap) za godzinę pracy przy pełnym zatrudnieniu i wykluczeniu nadgodzin nie jest wielka (w kwietniu 2025 wynosiła 6,9%), to nierówności faktycznych zarobków, stanu posiadania i kapitału emerytalnego są duże – bo wiele kobiet po prostu rezygnuje z pełnego zatrudnienia. W Polsce natomiast luka płacowa wynosi 17,5% (dane za raportem Mama i tata w domu i w pracy z maja 2025).

Nierówności dają o sobie znać również w możliwości odpoczynku. Europejki dysponują mniejszą ilością czasu dla siebie niż Europejczycy, a matki małych dzieci mają dużo mniej wysokojakościowego odpoczynku niż ich tatusiowie (badania Anny Martinez Mendioli i Clary Cortiny z 2024). Wielka Brytania jest pod tym względem bardziej egalitarna. W latach 90. XX w. zwiększało się zatrudnienie kobiet i zmniejszała różnica płacowa. W 2010 r. wejście w związek przestało wpływać na ilość czasu spędzaną przez kobiety i mężczyzn na obowiązkach domowych – co znaczy, że nie prowadzi już do powrotu tradycyjnych ról. Następuje jednak, kiedy pojawia się potomstwo: u niej znacznie zmniejsza się czas pracy zarobkowej i zwiększa czas pracy niepłatnej, podczas gdy czas pracy płatnej i bezpłatnej u niego pozostaje mniej więcej taki sam (badania Man-yee Kan i Muzhi Zou z 2023). (Dodać trzeba, że jest to społeczeństwo, w którym większość par nie uwspólnia swoich zarobków).

W Polsce 79% urlopów ze względu na chorobę dziecka jest brana przez kobiety. W ciągu doby poświęcają one 4 godz. 19 min na obowiązki domowe i opiekuńcze (spadek o minutę w porównaniu z 2013), podczas gdy mężczyźni 2 godz. 41 min (wzrost o 20 min). Rośnie wykorzystanie urlopu tacierzyńskiego, ale brany jest on głównie latem (co sugeruje, że ojcowie wykorzystują go po prostu na dodatkowe wakacje).

***

Do tego, jak wspomniałam wcześniej, zawody związane z opieką są słabiej opłacane i wysoce sfeminizowane. Jako społeczeństwo za „naturalne” uznajemy, że ekspertom od przedmiotów martwych (mechanikom samochodowym, informatykom, złotym rączkom, hydraulikom) płaci się więcej niż ekspertkom od zajmowania się ludźmi (nauczycielkom, opiekunkom, przedszkolankom). W wyniku tych wszystkich nierówności to kobiety stanowią większość taniej, sprekaryzowanej siły roboczej; są znacznie biedniejsze od mężczyzn.

A wszystko to dzieje się w rzeczywistości, w której związek nie jest instytucją obiecującą stabilność (niezależnie od nierówności wpisanej w instytucję małżeństwa). Staje się indywidualną decyzją dwóch osób, które w każdej chwili mogą się rozstać. W sytuacji, kiedy niewidzialna praca nie jest opłacana ani nawet rozpoznawana jako praca, wszystkie konsekwencje macierzyństwa dla kobiety – jak np. przejście na częściowe zatrudnienie, wybór gorzej płatnej, ale bliższej pracy – są przedstawiane jako wolny wybór autonomicznej kobiecej jednostki, a nie wynik nierówno dystrybuowanych zobowiązań opiekuńczych. Fakt, że wszyscy rozpoznają przeliczalną na pieniądze wartość pracy zarobkowej, a niewidzialna praca jawi się jako ekspresja uczuć, prowadzi do skrajnej nierówności w sytuacji rozejścia. Wielu mężczyzn ma poczucie, że skoro to oni wnosili do związku więcej pieniędzy, oni powinni proporcjonalnie więcej ich wynieść. Nie zadają sobie jednak pytania, jak wyglądałyby ich zarobki i kariery, gdyby spoczywała na nich choćby „sprawiedliwa” połowa niewidzialnej pracy związana z wychowaniem dzieci i prowadzeniem domu. Jeśli zaś po rozwodzie dziecko mieszka na stałe z matką, musi ona nie tylko zarabiać na jego utrzymanie, ale też wykonywać wszystko to, czego wymaga opieka – tata zobowiązany jest tylko do płacenia zasądzonych alimentów (których w Polsce, przy zasadniczej akceptacji społecznej, może łatwo unikać).

Gdy ojciec porzuca swoje dziecko, mówi się o „samotnej matce”, jakby to była jej wina. Gdy matka porzuca swoje dziecko – staje się potworem, a tata, jeśli postanowi się dzieckiem zająć – bohaterem.

Fragment książki Jak wyjść z siebie, która ukaże się nakładem Znaku Literynovej. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Artykuł pojawił się w numerze: Pułapki samorozwoju