Subskrybuj
Dziennikarz, pisarz i wykładowca. Autor powieści kryminalnych, twórca nowego gatunku literackiego – powieści neomilicyjnej. Laureat Nagrody Wielkiego Kalibru oraz dwukrotny laureat Nagrody Czytelników Wielkiego Kalibru.

Kto ma w głowie olej…

Teofil uniósł kanapkę, żeby zagryźć, ale zrobił to tak niezgrabnie, że ryba zleciała mu na krawat, odbiła się i wpadła w przestrzeń między bluzą mundurową i koszulą. Próbował zetrzeć ślady sosu, ale wtarł je tylko głębiej. Gdy wezwał go porucznik Wróbel, nie było czasu na przebranie, musiał iść brudny. A teraz, gdy wyszedł po spotkaniu na korytarz, dostało mu się za ten krawat i rybę. O wódce, którą pewnie było od niego czuć, Wróbel nie wspomniał.

Ulica pachniała chlebem. Zapach był tak intensywny, że kolejarz Szczepan Fiołek pomyślał nawet, czy aby nie zawrócić i nie pójść do piekarni przy Małych Garbarach, tej, której komin był dobrze widoczny, bo zarys ceglanej bryły ostro kontrastował z niebem rozświetlanym pierwszymi promieniami budzącego się dnia. Gdyby był głodny, pewnie ten zapach wygrałby z jego dość słabą silną wolą. Na szczęście pół godziny temu zjadł dwie pajdy chleba, które żona posmarowała mu smalcem ze skwarkami, posoliła grubą solą i do tego podała kubek kawy zbożowej z mlekiem. Był więc objedzony i opity jak bąk i nic mu do szczęścia nie było więcej potrzeba jak papierosa.

Fiołek przystanął, sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z niej paczkę sportów, i zaczął szukać zapałek, poklepując się po kieszeniach. Nie znalazł. Spojrzał przed siebie. Na chodniku nie było nikogo, od kogo mógłby odpalić. Pora była zdecydowanie za wczesna. O czwartej nad ranem po mieście nie jeździły jeszcze tramwaje, a i robotnicy spali we własnych łóżkach. Co innego kolejarze, bo im rytm wyznaczały godziny służby, dostosowane do rozkładu jazdy pociągów.

Po prawej, w kamienicy narożnikowej przy skrzyżowaniu z Bożniczą, był sklep monopolowy. Zdziwiony, dojrzał tam Żuka z plandeką i z opuszczoną tylną klapą. Drzwi do sklepu były szeroko otwarte. Zaciekawiony, podszedł bliżej. Stojąca na chodniku przy skraju jezdni latarnia, jedna z nielicznych na tej ulicy, była włączona i dzięki niej widać było wszystko dokładnie. Zobaczył na pace kilka skrzynek wódki. Zrozumiał więc od razu, w czym rzecz. To była nocna dostawa, żeby od rana spragnieni ludzie mogli nabyć tu towar pierwszej potrzeby.

W tej chwili ze środka wyszedł facet ubrany w marynarkę z lujówką na głowie. W dłoniach trzymał dwie skrzynki wódki. Ich spojrzenia się spotkały.

– Nastąp się pan, bo towar się roztrzaska – warknął chropowatym głosem i Fiołek odskoczył do tyłu.

Gość w czapce podszedł do samochodu i sprawnie wrzucił skrzynie na pakę. Odwrócił się do kolejarza i spojrzał na niego uważnie.

– No co, panie kolejarz, wypiłoby się flaszeczkę po służbie?

– Ja jestem dopiero przed – wyjaśnił Fiołek.

– No trudno – stwierdził konwojent. – Masz pan tu łyka na dobry dzień. – Chwycił butelkę Wyborowej, sprawnie zdarł aluminiowy kapsel i podał Fiołkowi.

– Ale ja chciałem ino ognia. – Kolejarz wskazał na trzymanego w dłoni papierosa.

– Pij, jak dają!

– Ale ja…

– Co jest? – usłyszał głos dochodzący ze sklepu. – Czego tam, Froncek? – powiedział ktoś głosem wysokim i lekko rozedrganym. Zaraz za dźwiękiem na ulicę wkroczył mężczyzna słusznej budowy ciała w podkoszulku i w berecie. W dłoniach trzymał trzy skrzynki.

– Kolejarz nie chce z nami wypić – powiedział chropowaty, wyjaśniając wątpliwości.

– Jak to? – zdziwił się wielki, stawiając towar na pace. – Z klasą robotniczą się pan nie napijesz? Gardzisz pan wódką chłopów i robotników? Pan kolejarz gardzi naszą ciężko zapracowaną wódeczką.

– Nie, ino że ja…

Właściciel chropowatego głosu podsunął mu flaszkę pod nos, a jego kompan spojrzał na niego z góry, mierząc go groźnym spojrzeniem. Co było robić, Fiołek uległ presji. Wziął butelkę z ręki mężczyzny i upił niewielkiego łyka.

– No śmiało, panie kolejarz, pij pan za zwycięstwo socjalizmu na świecie – zachęcił wielki, uśmiechając się złowrogo.

– Ale ja…

No i wypił drugiego łyka, potem następnego, a w końcu były jeszcze kolejne…

– Ej ty, kolejarz! – Ktoś potrząsnął nim, więc otworzył oczy.

Zdziwił się, że świat obrócił się do góry nogami, bo zobaczył nad sobą twarz tego gościa w berecie o cienkim głosie. Nad nim półki z wódką i sufit, po którym przepływały smugi samochodowych świateł.

– Gdzie ja jestem? – zapytał.

– No, jak gdzie? – zdziwił się facet. – Nie widzisz? – Wskazał na półki zastawione równymi rzędami butelek. – Jesteś w raju.

Szef rewiru dzielnicowych porucznik Wróbel spojrzał na sierżanta Olkiewicza i się skrzywił. Krawat stojącego na baczność przed jego biurkiem podwładnego był w niezbyt wyjściowym stanie. Nie dość, że pomięty, to jeszcze wyraźnie czymś poplamiony.

– Wyglądacie jak świńska dupa z obesranym ogonem – podsumował tę swoją krytyczną wizję lokalną.

– Tak jest! – odpowiedział Teofil Olkiewicz, bo jak wiadomo, z przełożonym sprzeczać się nie ma sensu, skoro dowódca ma zawsze rację.

Porucznik uśmiechnął się lekko pod sumiastym wąsem.

– Dlatego, zanim pójdziecie na miasto, przebierzecie się po cywilnemu, żeby nie przynosić ujmy mundurowi. Wiecie, co to ujma?

– Melduję posłusznie, że wiem.

– Co?

– Jak ktoś coś… ujmuje – wyjaśnił Teofil. – Ujma to ujma, bynajmniej.

– Racja – zgodził się Wróbel. – Wy przynosicie ujmę mundurowi, jak go wkładacie na siebie. I mundur milicyjny, gdyby umiał, to by się za was wstydził. Powiem wam jeszcze, że zbliża się święto dwudziestego drugiego lipca. A wiecie, co to za święto?

– Melduję, że święto manifestacji lipcowej rządu lubelskiego.

– Słusznieście to zauważyli. To nasze najważniejsze święto ludowe! Bo rząd w Lublinie powołał Milicję Obywatelską. Bez tego nie byłoby milicji i was, Olkiewicz, by nie było i nawet, co tu dużo gadać, mnie też – oznajmił, wskazując jednocześnie za siebie na godło bez korony, a obok czarno-białe zdjęcie towarzysza Gierka. – Bo bez tego święta nie byłoby Polski Ludowej i nowoczesnych przemian, i dynamicznego rozwoju, a wy, Olkiewicz, byście pasali świnie. Dlatego przeodziejcie się raz dwa w ubiór cywilny… Macie ubiór cywilny?

– Mam.

– To idźcie na miasto, wtopcie się w tłum i posłuchacie, o czym ludzie przed świętem gadają. A później zaraportujcie o nastrojach.

Wróbel chwycił leżącą przed nim „Trybunę Ludu” i zniknął za rozłożona płachtą. Olkiewicz rzucił okiem na pierwszą stronę i dowiedział się z niej, że: „Zbiory zbóż na finiszu”.

– Tak jest – potwierdził i odwrócił się, by wyjść.

– A, i jeszcze jedno, Olkiewicz! – Porucznik wyjrzał zza płachty gazety. – Uważajcie! – powiedziawszy to, wypuścił z dłoni skraj gazety, machnął energicznie palcem, a potem, sprawnie jak żongler, chwycił spadającą płachtę, nim ta zetknęła się z blatem biurka.

– Będę uważny, panie poruczniku – powiedział i wyszedł na korytarz.

Facet ciągle się go czepiał i miał jakieś pretensje, jakby on, Teofil, był winny wszystkim grzechom milicyjnego świata. A przecież to nie jego wina, że na krawat wylało mu się dziś trochę sosu ze śledzi w pomidorach, którymi wraz z kolegą sierżantem Kryspinem Obrębskim zagryzali poranną ćwiarteczkę. Kryspin miał dziś zgryzotę, co mu żyć nie dawała, dlatego postanowił podzielić się nią z kolegą.

– Ty wiesz, Teofil, że ślub jest niby łatwo wziąć.

– Jest łatwo – potwierdził Teofil, który rok temu wziął i cały czas żałował, że wziął, bo Jadwiga nie dawała mu tyle swobody, ile mu się należało za ciężką pracę. Kazała wracać do domu po służbie i w dodatku miał się stawiać na miejscu trzeźwy.

– Podpisanie papierka to jeszcze nic.

– Prawda, potem trzeba jeszcze przenieść pannę młodą przez próg – przypomniał sobie, jak mało brakowało, a dostałby przepukliny, kiedy próbował podnieść Jadwigę.

– Nie o to się rozchodzi. – Obrębski pokręcił głową. – Idzie o to, że potem trzeba przyjąć gości i jeszcze im wszystkim oprócz obiadu trzeba dać co do picia. Dla kobiet może być skrzynka wermutu, bo to wiadomo, za dużo nie wypiją. Ale co zrobić z facetami?

– Prawda. – Teofil od razu zrozumiał, w czym rzecz. – Facet wermutu nie tknie. W zależności od tego, ilu facetów na weselu, trzeba liczyć na głowę dwie flaszki, a i niektóre baby ino udają, że piją wino, i też każą se lać gorzołę. Znaczy się trzeba by… – Spojrzał na palce lewej dłoni, potem dodał jeden, dwa, trzy palce prawej.

– Już obliczone – przerwał mu. – Przy czterdziestu gościach będzie dziewięćdziesiąt flaszek, dla okrągłości powiem: sto.

– A na poprawiny? – zapytał Olkiewicz.

– Razem będzie dziesięć skrzynek po dwadzieścia flaszek – podsumował Obrębski. – Na przydział dla młodych małżeństw jest tylko talon na dwie skrzynki. I co ja zrobię z czterdziestoma flaszkami? Przecież wiara się nawet nie zdąży oblizać, a gorzoła się już skończy.

– Prawda – zgodził się z nim Teofil. – Jakby się gorzoła skończyła na twoim weselu, to by była poruta.

Obrębski nalał wódkę do dwóch musztardówek, otworzył puszkę śledzi w pomidorach i ukroił dwie solidne sznytki chleba. Obaj nałożyli sobie rybę na chleb, stuknęli się szkłem i wypili. Teofil uniósł kanapkę, żeby zagryźć, ale zrobił to tak niezgrabnie, że ryba zleciała mu na krawat, odbiła się i wpadła w przestrzeń między bluzą mundurową i koszulą. Próbował zetrzeć ślady sosu, ale wtarł je tylko głębiej. Gdy wezwał go porucznik Wróbel, nie było czasu na przebranie, musiał iść brudny. A teraz, gdy wyszedł po spotkaniu na korytarz, dostało mu się za ten krawat i rybę.

O wódce, którą pewnie było od niego czuć, Wróbel nie wspomniał. W końcu na komendzie pili wszyscy, porucznik też.

– Ja, jak tylko weszła do sklepu, to od razu go zobaczyła – wyjaśniła kierowniczka Ignasiakowa. – Kogo? – zapytał przytomnie kapral Dederko. – No, jak kogo? – Kobieta spojrzała na milicjanta, a potem na swoją podwładną Kurzakową, jakby chciała wziąć ją na świadka, że milicjant jest idiotą. Ale na szczęście nie powiedziała tego, bo z natury była osobą ostrożną. Co innego pomyśleć, a co innego powiedzieć. Za myślenie jeszcze w Polsce Ludowej do więzienia nie wsadzają, a za słowa jak najbardziej. – Onego, co tu leżał, co teraz siedzi w suce. – Prawda, że leżał, a teraz w suce siedzi, pod Bogiem prawda – potwierdziła Kurzakowa, robiąc przy tym znak krzyża na piersi. Milicjant jednak nie zwrócił na nią uwagi, bo uczono go, że od zabobonów i guseł trzymać się należy z daleka i traktować je jako relikt zamierzchłej przeszłości nielicujący z powagą materialistycznej rzeczywistości. – Nie mówi się suka, bo suka to jest żona psa, czyli psica, a pojazd milicji to jest radiowóz, gdzie właśnie w chwili obecnej siedzi delikwent. – Kto? – Ignasiakowa nie zrozumiała. – Delikwent, znaczy się osoba zatrzymana i zabezpieczona do dalszych czynności – wyjaśnił cierpliwie milicjant, który był świeżo po kursach, dlatego tyle wiedział. – Więc jak żeście zobaczyli delikwenta, to co? – Ja nie zobaczyła żadnego delikwenta, ino kolejarza. Leżał tu, na podłodze. – Wskazała miejsce. – Na środku sklepu, gdzie ludzie w kolejce… – Co wy mi tu, obywatelko kierowniczko, gadacie o kolejce. O delikwencie mówcie – przywołał ją do porządku milicjant. Niecierpliwił się, bo chciał spisać wstępne zeznanie do notesu, zanim z komendy przyślą kogoś, co zajmie się śledztwem. A on chciał zabłysnąć i pochwalić się śledczemu, że się tu na coś przydał. Bo Dederko był na służbie dopiero od dwóch miesięcy i jeszcze niczym się nie wyróżnił, choć bardzo chciał. Więc gdy dziś wyjechał Nyską na patrol, wraz z dwoma szeregowymi, i natrafił na monopolowy z szeroko otwartymi drzwiami i kierowniczkę rwącą włosy z głowy, dostrzegł w tym swoją szansę. Po chwili przekonał się, że to nie tylko szansa, ale nawet wygrana na loterii, bo gdy Ignasiakowa zaciągnęła go do środka i pokazała mu leżącego na podłodze kolejarza, zrozumiał, że dopadł włamywacza prawie na gorącym uczynku. Kazał go wsadzić do radiowozu, skuwszy mu nadgarstki kajdankami, postawił przed radiowozem jednego z szeregowców, żeby zatrzymany nie uciekł, a drugiego posłał do komendy na Ratajczaka,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Pułapki samorozwoju