Subskrybuj
Ilustracja przedstawia ciemną, sylwetkę z zarysem twarzy i łzami na policzku. Obok widoczny jest różowy, półprzezroczysty mózg, wypełniona liniami i schematami przypominającymi układ elektroniczny. Poniżej biegnie jasnoróżowa ścieżka z małymi rysunkami pojazdów. Nad sylwetką unoszą się białe ptaki. Tło ma jasnoniebieski kolor i zawiera uproszczone kształty chmur
Filozof i historyk nauki. W pracy badawczej zajmuje się kognitywistyką i historią kwantyfikacji. W IFiS PAN przygotował doktorat o wykorzystaniu teorii informacji w neuronauce do wyjaśniania procesów mentalnych.

Czy filozofia da lek na raka?

Słynny bon mot przypisywany Richardowi Feynmanowi głosi, że „naukowcy potrzebują filozofów tak jak ptaki ornitologów”. Tyle że gdyby ptaki rzeczywiście słuchały ornitologów, przestałyby rozbijać się o okna – podobnie naukowcy mogliby skorzystać z filozoficznych narzędzi

W 2011 r. warszawska prokuratura podjęła decyzję, która zajmuje szczególne miejsce w annałach nie tylko polskiego sądownictwa, ale i rodzimej nauki. Umorzono wówczas śledztwo w sprawie Janusza Palikota, który w oświadczeniach majątkowych przeoczył fakt posiadania samolotu, luksusowych aut i spółek w rajach podatkowych. W uzasadnieniu prokuratury powołano się m.in. na jego „filozoficzne wykształcenie i specyficzny stosunek do wartości materialnych”.

Stereotyp filozofa jako istoty oderwanej od rzeczywistości okazał się na tyle potężny, że zdołał uchronić milionera przed odpowiedzialnością za zatajenie majątku. O ile jednak w sądzie ten wizerunek uchodzi za poręczną wymówkę, o tyle w debacie publicznej służy za narzędzie do bezlitosnego pacyfikowania całej dyscypliny. Podobny sentyment ujawnił się bowiem niedawno wśród polskiego komentariatu na portalu X (dawniej Twitterze). Pretekstem była nominacja filozofki nauki Joanny Malinowskiej do zarządu międzynarodowej rady naukowej European Philosophy of Science Association (EPSA). Można od biedy zrozumieć, że zbitka słów „filozofia nauki” może brzmieć dziwnie, bo wiadomo: gdzie nauka, a gdzie dyrdymały. Mnie jednak besserwisserstwo i różnorodność obelg w tym wątku niepokoiły jeszcze długo. „Filozofia nauki? A nie ma filozofii spawalnictwa?” – ironizował jeden z komentujących. Inny wtórował: „W sensie że Chińczycy latają w kosmos, a Polacy filozofują, jak im się to udaje?”.

W gąszczu miażdżących krytyk szczególnie spodobało mi się jednak zdanie emblematyczne dla nieufności wobec filozofii jako czczej gadaniny: „Szybszy internet z tego będzie czy lek na raka?”. A żeby się pan nie zdziwił.

Ornitologia dla rozbitków

Z internetowymi trollami czy ludową mądrością zazwyczaj łatwo się rozprawić. Problem w tym, że podobną pobłażliwość odnajdziemy na szczytach naukowej hierarchii. W grudniu 2015 r. na Uniwersytecie Ludwika i Maksymiliana (LMU) w Monachium odbyła się konferencja zwołana przez fizyków teoretycznych, którzy w obliczu zażartych sporów o fundamenty swojej dziedziny: multiwersum, teorię strun i granice ich falsyfikacji, poczuli, że dotarli do ściany. Zaczęli podejrzewać, że ich problemy przestały być czysto matematyczne i obliczeniowe, a zaczęły dotyczyć definiowania używanych pojęć. Wezwali więc na pomoc filozofów nauki. David Gross, laureat Nagrody Nobla z fizyki, otwierając dyskusję, nie zdołał się jednak powstrzymać. Sięgnął po słynny bon mot (przypisywany Richardowi Feynmanowi): „naukowcy potrzebują filozofów tak jak ptaki ornitologów”. Gross użył go jako retorycznego wytrychu: zazwyczaj was nie potrzebujemy, ale w drodze wyjątku spróbujcie pomóc.

W rzeczywistości sam Feynman używał innej metafory: naukowców widział jako odkrywców, którzy zakładają przyczółki na nowych terytoriach, filozofów natomiast jako turystów, którzy przychodzą na gotowe, włażą do postawionych namiotów i co najwyżej opisują obozowisko. Jednak to z ptasią metaforą wspaniale rozprawił się Tim Maudlin, filozof fizyki. Zauważył on mianowicie, że ornitologia byłaby w sumie niezwykle przydatna dla ptaków – gdyby tylko potrafiłyby ją zrozumieć. Mogłyby np. przestać masowo rozbijać się o okna i ekrany przy autostradach. Fizycy być może stali się ofiarami tego rodzaju szklanej pułapki.

Dziś jednak prym w lekceważeniu „ornitologów” wiodą inżynierowie z Doliny Krzemowej. Geoffrey Hinton, laureat Nagrody Turinga i jeden z architektów uczenia maszynowego, odszedł z Google w 2023 r. ostrzegać świat przed egzystencjalnym ryzykiem związanym z AI. Kiedy jednak podczas wykładu zapytano go o wkład humanistyki w te kwestie, bezceremonialnie odrzucił filozofię. „Potrzebujemy ludzi z praktycznym doświadczeniem” – stwierdził. Hinton przyznał wprost, że nie czyta literatury filozoficznej ani socjologicznej np. z zakresu AI alignment (dopasowania celów sztucznej inteligencji do ludzkich wartości). Dla niego liczą się wyłącznie artykuły technologiczne.

Powinno nas to niepokoić. Oto wybitny naukowiec o wielkim autorytecie, który ogłasza zawieszenie pracy badawczej na rzecz alarmowania w kwestiach społecznych i cywilizacyjnych, ostentacyjnie ignoruje dorobek dziedzin, które badają społeczeństwo i wartości od tysiącleci.

To intelektualna pycha i „zdroworozsądkizm” inżyniera, który uważa, że skoro potrafi zbudować silnik, z automatu staje się ekspertem od urbanistyki, kodeksu drogowego i psychologii tłumu.

Relacja między aplikacyjną nauką a filozofią bywa zresztą asymetryczna. Współcześni filozofowie nauki doskonale zdają sobie sprawę, że aby w ogóle zabrać głos, muszą najpierw pokornie odrobić lekcje – zrozumieć kod, równania fizyczne i mechanikę komórkową. W drugą stronę raczej się to nie dzieje. Oczywiście zdecydowana większość codziennej, rzemieślniczej nauki bardzo dobrze radzi sobie bez filozofów. Problem pojawia się, gdy inżynierowie i entuzjaści zdrowego rozsądku nabierają przekonania, że od problemów pojęciowych mogą się po prostu całkowicie odseparować.

Kiedy badacz z dumą ogłasza, że ignoruje abstrakcyjne dywagacje i zajmuje się wyłącznie „twardymi faktami”, powinien uruchamiać się alarm. Chociaż myśli, że omija problemy filozoficzne, to jednak zaczyna je rozwiązywać amatorsko, nieświadomie opierając swoje badania na kiepskich, nietestowanych założeniach. Chłopski rozum nie jest brakiem stanowiska filozoficznego, tylko irytującą fuszerką. A można lepiej. Przy odrobinie wzajemnego realnego zrozumienia i współpracy obie strony naprawdę korzystają. I dzieje się to współcześnie z imponującymi sukcesami, do tego w odległych od siebie domenach.

Rzeźnicy od definicji

Nietzsche postulował filozofowanie młotkiem, ale to Platon w Fajdrosie podał znacznie precyzyjniejszą metaforę. Dobra filozofia, twierdził, powinna przypominać wprawnego rzeźnika: musi kroić rzeczywistość wzdłuż stawów, zamiast rąbać mięso gdzie popadnie.

Potrzeba precyzji uderza mnie zresztą zawsze, gdy wchodzę do swojego bloku. Budynek, w którym mieszkam, skrzętnie ukrywa, że częściowo jest hotelem. Ma ukrytą recepcję (nadzorca na pełen etat), magnetyczne zamki na karty w drzwiach, skrytki do samoobsługowego check-inu, dziwaczne lobby z fotelami i książkami (który mieszkaniec chce przesiadywać w lobby swojego bloku?!). Brakuje za to komórek lokatorskich i podziemnego garażu. A w niedziele zajeżdża wielki wózek załadowany po brzegi identycznym praniem w przemysłowej ilości. To architektoniczne i pojęciowe bagienko zostało, naturalnie, zaprojektowane z premedytacją: ma unikać obciążeń i regulacji przypisanych tradycyjnemu hotelarstwu, jednocześnie czerpiąc z niego zyski. Półhotel? Parahotel? Co z tym zrobić?

Precyzyjne definiowanie zazwyczaj nie należy do rzeczy łatwych. Przekonał się o tym i Platon, gdy na swoje twierdzenie, że „człowiek to dwunóg nieopierzony”, musiał zmierzyć się z kontrprzykładem Diogenesa, który przyniósł mu oskubanego kurczaka. Ten drugi dziś pewnie swoją beczkę nazwałby mikrokawalerką premium.

Przez lata obserwowaliśmy podobną sofistykę w starciu platform cyfrowych z prawem pracy. Kto pamięta płynne rynkowe przejście od klasycznych taksówek, przez „przewóz osób”, aż po sharing economy i uberyzację, wie, o czym mowa.

Sądy gubiły się, wydając sprzeczne wyroki w sprawie kierowców z aplikacji. Próbowały działać przez analogię i odhaczanie historycznych list kontrolnych. Patrzyły na „dostawców oprogramowania”, pytając: czy to przypomina firmę transportową z 1950 r.? Czy posiada flotę aut? Nie. Czy podpisuje standardowe umowy o pracę? Nie. Wniosek prawnika? To nie jest korporacja taksówkarska, to tylko „neutralna platforma wymiany informacji”. Kazuistyka ugrzęzła, próbując kroić nową rzeczywistość tępym nożem dawnych form, podczas gdy prawnicy korporacji zacierali ręce, tworząc sprytne pojęciowe raje podatkowe. W takich sytuacjach należy skorzystać z narzędzi, które oferuje ontologia społeczna.

To stosunkowo świeża dziedzina, w której filozofowie tacy jak Brian Epstein próbują odnaleźć ogólne, uniwersalnie stosowalne warunki do definiowania tego rodzaju obiektów. Dowodzą, że kategorie społeczne („firma”, „pracodawca”, a także „granica państwa” czy „pieniądz”) są konstruowane funkcjonalnie. Banknot stuzłotowy jest pieniądzem nie dlatego, że składa się z danych fragmentów zadrukowanego papieru, ale dlatego, że realizuje specyficzną funkcję w systemie obrotu papierów wartościowych, a właściwie rzecz biorąc – w systemie zaufania.

Badacze zrozumieli, że aby wygrać z gig economy, ekonomią pracy dorywczej, trzeba podjąć rękawicę i uszczelnić system poprzez wypracowanie ogólnych warunków bycia danym obiektem. Brzmi całkiem jak filozofia, prawda? Jeremias Prassl z Oxfordu rozłożył monolityczne pojęcie „pracodawcy” na zbiór konkretnych, rozproszonych funkcji. Zamiast pytać, czy ktoś podpisał papierową umowę, zapytał: kto ostatecznie ustala stawkę za przejazd? Kto z góry dyktuje warunki i kontroluje markę? Kto posiada ukryte narzędzia dyscyplinujące (np. algorytm odcinający kierowcę od zleceń za anulowanie zbyt wielu kursów)? Jeśli aplikacja realizuje te funkcje, to ontologicznie rzecz biorąc, jest pracodawcą. Niezależnie od tego, jak nazywa samą siebie w regulaminie.

Kiedy brytyjski Sąd Najwyższy w 2021 r. wydał historyczny wyrok na korzyść kierowców Ubera (uznając ich za pracowników, workers), sędziowie nie uzasadniali wyroku znalezieniem zapomnianego paragrafu w zakurzonych księgach. Zrobili dokładnie to, czego wymagała dobra analiza pojęciowa: zignorowali językową fikcję narzuconą przez korporacyjne umowy („jesteśmy tylko apką”) i przeanalizowali tę rynkową relację od nowa, wzdłuż jej realnych, funkcjonalnych stawów.

Epistemologia jako epidemiologia

Zazwyczaj zakładamy, że lekiem na fake newsy i dezinformację jest po prostu edukacja. Wystarczy nauczyć jednostkę krytycznego myślenia, by uodpornić ją na bzdury. Założenie, że wiedza automatycznie leczy z głupoty i błędów, to jeden z najpotężniejszych fundamentów zachodniej myśli, znany już od czasów Sokratesa jako intelektualizm etyczny. Sokrates wierzył, że nikt nie błądzi dobrowolnie, a zło i nieracjonalność wynikają wyłącznie z niewiedzy. Wystarczy kogoś odpowiednio wyedukować, by zaczął podejmować racjonalne, cnotliwe decyzje.

Przez ponad dwa tysiąclecia takie przekonanie było dość powszechne. Najpierw przyjmowano je bez zewnętrznych dowodów poza tradycją i osobistym doświadczeniem. Jednak gdy tylko stało się to możliwe, w II poł. XIX w., wraz z pierwszymi dużymi zbiorami danych statystycznych, próbowano dowieść go empirycznie. Na łamach warszawskiej prasy w latach 70. XIX w. zażarcie debatowali o tym najwybitniejsi intelektualiści epoki, z Bolesławem Prusem na czele. Z wypiekami na twarzy analizowali statystyki kryminalne i edukacyjne, głęboko wierząc, że odsetek przestępczości i irracjonalnych zachowań będzie spadał proporcjonalnie do liczby otwartych szkół.

I wszystko to brzmi szalenie rozsądnie, dopóki nie włożymy problemu powielania błędów w ramy współczesnych modeli formalnych. Epistemolodzy (filozofowie badający poznanie) Cailin O’Connor i James Owen Weatherall w książce The Misinformation Age wykorzystali do tego problemu zaawansowane modele formalne, czyli komputerowe i matematyczne symulacje, które budują mapy, jak informacja wędruje od człowieka do człowieka w obrębie całych sieci społecznych. I udowodnili coś, co zadaje kłam sokratejskiej tradycji.

Wykazali mianowicie, że przy zachowaniu pewnych warunków fałszywe przekonania mogą z łatwością dominować w sieciach społecznych składających się z racjonalnych agentów. Jako koronny dowód wzięli na warsztat historyczne, doskonale udokumentowane kampanie dezinformacyjne przemysłu tytoniowego.

Przez lata koncerny produkujące papierosy wcale nie walczyły z wynikami badań onkologicznych za pomocą banalnych kłamstw. Paradoksalnie uderzały w naukę za pomocą… większej ilości nauki. Zamiast prać ludziom mózgi, hojnie finansowały, a następnie publikowały prawdziwe (choć potraktowane selektywnie) badania rzucające cień wątpliwości na kwestię szkodliwości palenia. O’Connor i Weatherall z użyciem formalnych wykresów udowadniają dość niepokojącą rzecz: w odpowiednio ukształtowanej sieci propagandyści wcale nie muszą fałszować wyników eksperymentów, by zmanipulować opinię wyedukowanych badaczy i publiczności. Wystarczy, że zaleją system wybiórczymi danymi, psując architekturę przepływu dowodów.

Wniosek jest nie tylko nieintuicyjny, lecz i niezbyt komfortowy: problem nie leży w ubytkach ludzkiej inteligencji czy braku logiki, ale w samej strukturze obiegu informacyjnego. To zaś oznacza, że pomysł pokonania dezinformacji wyłącznie za pomocą indywidualnej „psychologicznej” edukacji obywateli przypominać może leczenie cholery aspiryną – wypływa ze szlachetnych intencji, uderza jednak w zupełnie niewłaściwe miejsce. Skoro wina leży w architekturze, to i remedium musi być inżynieryjne. O’Connor i Weatherall wprost postulują reorganizację platform społecznościowych: przeprogramowanie algorytmów tak, by premiowały wartość poznawczą i rzetelność, a nie emocjonalne zaangażowanie, oraz fizyczne izolowanie najskuteczniejszych węzłów dezinformacji (banowanie). Ostatnie badania wskazują też, że dodawanie kontekstu poprzez crowdsourcing może poprawiać rzetelność komunikacji (tzw. community notes na X). Mówiąc krótko: żeby wygrać z kłamstwem, musimy odgórnie zmienić konstrukcję rur, a nie tylko uzdatniać płynącą w nich wodę.

Sto lat niezdatności

W połowie XIX w. matematyk i filozof George Boole spędzał dnie na próbach sformalizowania praw rządzących ludzkim myśleniem. Stworzył rachunek, w którym zdania logiczne mogły przyjmować tylko dwie wartości – prawdę lub fałsz – i można było operować na nich za pomocą podstawowych funkcji: I, LUB oraz NIE. Zajmował się logiką w stanie tak czystym i oderwanym od rzeczywistości, że gdyby Twitter istniał w 1850 r., żarty o „filozofii spawalnictwa” wydawałyby się wyjątkowo trafne. Boole nie miał absolutnie żadnych inżynieryjnych czy komercyjnych motywacji. Musiało minąć niemal 100 lat, zanim w 1937 r. 21-letni student matematyki i inżynierii na MIT, Claude Shannon, zaprezentował pracę magisterską, która odmieniła bieg historii technologii. Shannon zauważył, że abstrakcyjną algebrę Boole’ a można z absolutną precyzją przełożyć na fizyczne działanie układów elektrycznych. Udowodnił, że umieszczając przełączniki w szeregu, uzyskujemy ucieleśnienie logicznego operatora „ I” , podczas gdy układając je równolegle, tworzymy fizyczne „LUB”. Dzięki temu przełomowi projektowanie układów przestało być rzemiosłem, a stało się rygorystyczną nauką. Dziś każde urządzenie cyfrowe, od kalkulatora po nowoczesny smartfon, jest niczym innym jak fizyczną implementacją XIX-wiecznej filozofii z biurka Boole’a. Na tym jednak nie koniec transferów. Nowoczesny internet, jaki znamy, opiera się w dużej mierze na relacyjnych bazach danych, wymyślonych w latach 70. XX w. przez Edgara F. Codda. Codd…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Analogowe nawyki