W 2011 r. warszawska prokuratura podjęła decyzję, która zajmuje szczególne miejsce w annałach nie tylko polskiego sądownictwa, ale i rodzimej nauki. Umorzono wówczas śledztwo w sprawie Janusza Palikota, który w oświadczeniach majątkowych przeoczył fakt posiadania samolotu, luksusowych aut i spółek w rajach podatkowych. W uzasadnieniu prokuratury powołano się m.in. na jego „filozoficzne wykształcenie i specyficzny stosunek do wartości materialnych”.
Stereotyp filozofa jako istoty oderwanej od rzeczywistości okazał się na tyle potężny, że zdołał uchronić milionera przed odpowiedzialnością za zatajenie majątku. O ile jednak w sądzie ten wizerunek uchodzi za poręczną wymówkę, o tyle w debacie publicznej służy za narzędzie do bezlitosnego pacyfikowania całej dyscypliny. Podobny sentyment ujawnił się bowiem niedawno wśród polskiego komentariatu na portalu X (dawniej Twitterze). Pretekstem była nominacja filozofki nauki Joanny Malinowskiej do zarządu międzynarodowej rady naukowej European Philosophy of Science Association (EPSA). Można od biedy zrozumieć, że zbitka słów „filozofia nauki” może brzmieć dziwnie, bo wiadomo: gdzie nauka, a gdzie dyrdymały. Mnie jednak besserwisserstwo i różnorodność obelg w tym wątku niepokoiły jeszcze długo. „Filozofia nauki? A nie ma filozofii spawalnictwa?” – ironizował jeden z komentujących. Inny wtórował: „W sensie że Chińczycy latają w kosmos, a Polacy filozofują, jak im się to udaje?”.
W…