Subskrybuj
Anka Sasnal fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl
Autorka podcastu „Przed premierą”, czyli rozmów o kulturze, która dopiero powstaje, i o tytułach, o których wkrótce będzie głośno. Członkini redakcji miesięcznika ZNAK

Miło mi pana poznać

Skończyłam 50 lat i lubię moment życia, w którym jestem. Nie chodzi o to, że podoba mi się upływający czas – ale doceniam rodzaj niepokoju, który mam wciąż w sobie. W moim przypadku niepokój oznacza ciekawość i zaangażowanie, by wciąż móc się w tym świecie przeglądać

Często jesteście z Wilhelmem w drodze.

Pierwszą podróżą, która miała znaczny wpływ na nasze życie, była wyprawa do Ameryki George’a W. Busha. Po trzech miesiącach rezydencji artystycznej przejechaliśmy autem z Teksasu do Kalifornii, z małym, wtedy 5-letnim Kacprem, a stamtąd do Nowego Jorku. To było doświadczenie prawdziwie beztroskiego podróżowania. Samochód stawał się czymś w rodzaju kapsuły, a świat za oknem jakby filmem. Człowiek zaczyna wtedy czuć się przyjemnie obcy. I nie musi za bardzo przejmować się rzeczywistością poza kapsułą. Takie podróżowanie niesie ze sobą poczucie bezpieczeństwa, uwalniając zarazem od konieczności zaangażowania. A to może być dobre, gdy jest się w drodze.

Takich podróży przez Stany odbyliśmy zresztą jeszcze kilka, a potem postanowiliśmy tam zamieszkać. Zrobiliśmy to. Wysiedliśmy z tej kapsuły, ale okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe.

Życie w Ameryce nie wygląda jak na amerykańskich filmach. Chyba że z gatunku horroru społeczno-politycznego.

Ostatecznie zdecydowaliście się wrócić.

Nasz ostatni pobyt w Stanach, w Los Angeles, gdzie kupiliśmy dom, uzmysłowił nam, że musimy to swoje życie inaczej zorganizować. I że taki rodzaj emigracji jest dla nas niemożliwy. Chcieliśmy się w jakimś sensie odciąć od tego, co tutaj. Od polityki, od wojennych nastrojów. Okazało się jednak, że w wieku 50 lat nie możesz udawać, iż jesteś znikąd. Tęskniliśmy. Szczególnie ja, ale też nasza nastoletnia córka. Nam się wydawało, że właśnie dla niej to będzie wspaniałe doświadczenie innego świata. Tęskniliśmy – lecz nie wiem, czy konkretnie za Polską.

Używam liczby mnogiej, bo podróżowanie było i jest dla nas wspólnym doświadczeniem. Zawsze podróżujemy razem. Jesteśmy ze sobą 34 lata. Rok po tym, jak się poznaliśmy, wyjechaliśmy z rodzinnego miasta – a może nawet lepiej byłoby powiedzieć: uciekliśmy do Krakowa. W jakimś symbolicznym wymiarze to wtedy rozpoczęła się nasza wspólna podróż. Wyruszyliśmy z domu i zaczęliśmy odkrywać rzeczywistość na nowo. Postrzegam to zarówno jako ważne osobiste doświadczenie, jak też generacyjne: prawie wszyscy nasi znajomi wyjechali i już nie wrócili. To rodzaj podróży-ucieczki opisany przez Didiera Eribona i Édouarda Louisa. Wyjazd z rodzinnego miasta jako bilet w jedną stronę. Dlatego ich książki stały się w Polsce bardzo ważne.

Wspomniałaś o stawaniu się kimś „przyjemnie obcym”. Jak to rozumiesz?

To dosyć uprzywilejowana pozycja, jestem tego świadoma. W podróży to przede wszystkim poczucie braku zobowiązań wobec otaczającej cię rzeczywistości. Jest to możliwe, kiedy nie trzeba się angażować, a świat miga ci za oknami, albo kiedy swoją wiedzę o nowym miejscu czerpiesz z krótkich rozmów z ludźmi. Jesteś wtedy osobą, która lubi swoją obcość. I którą ludzie traktują życzliwie.

Stan przyjemnej obcości jest mi czasem bliski również, odkąd wróciliśmy do Polski. Tutaj oznacza świadomy wybór, przywilej. Można odwrócić się plecami, można odmówić udziału, trzymać się na dystans. Wyznaczyć swoją własną mapę zaangażowania.

Jeśli w ojczyźnie – mówię to z ironią – warunki są niesprzyjające, a tak teraz postrzegam sytuację w Polsce, można się udać na tzw. emigrację wewnętrzną. I to też jest przyjemna obcość.

Zawsze zresztą interesowało mnie, co tak właściwie oznacza bycie obcym.

Kojarzę także, że Obcy Alberta Camusa to dla Ciebie ważna lektura.

To książka mojego życia.

Tekst, do którego wracam i który z tyłu głowy wciąż analizuję. Na podstawie powieści Camusa zrobiliśmy też z Wilim film Słońce, to słońce mnie oślepiło. To opowieść o różnych wariantach bycia obcym. O świadomych wyborach, kiedy to ty podejmujesz decyzję, że nie będziesz dłużej uczestniczyć w określonej rzeczywistości społecznej – decyzji podjętej z pełnym zrozumieniem tego, czym jest i jak funkcjonuje społeczeństwo. A także o sytuacji, w której to grupa przestaje cię akceptować i wyrzuca poza nawias. Lektura tej książki stanowi zarazem szansę, by w jakimś sensie porzucić siebie. Przyjrzeć się temu, czym obcość w ogóle jest. Spróbować zrozumieć, w jak różny sposób może się realizować. Najważniejsza w wymiarze moralnym, społecznym i politycznym jest tu jednak kategoria obcości narzuconej społecznie. Wynikająca z wrogości, niechęci, lęku przed innym człowiekiem. Nasz film powstał 10 lat temu i był, jak się okazało, dosyć profetycznym obrazem – z pobrzmiewającym pytaniem o to, co się stanie, kiedy inni – czyli obcy – staną u naszych drzwi. U bram Europy, konkretnie zaś: Polski.

Mam tu na myśli wszystkich tych, których wojna lub inne tragedie wypędziły z domów. Tych, o których mówi się dziś jako o „fali”. Których indywidualnych losów nie potrafimy rozpatrywać już inaczej niż jako obcą, bezimienną mnogość i liczbę. Niestety, szybko dostaliśmy odpowiedź gorszą niż nasza dosyć ponura wizja filmowa. Rzeczywistość przegoniła fikcję.

Gdy słuchałam Cię wcześniej, brakowało mi połączenia między obcym, który wygodnie się zdystansował, a obcym, którego los jest zagrożony.

To wieloznaczna figura. Wracając jeszcze do Ameryki, która drastycznie się przez ostatnie lata zmieniła – myślę, że to społeczeństwo, któremu powinnyśmy się dziś bacznie przyglądać. Nie podglądać, lecz uważnie obserwować. Ameryka, chcemy tego czy nie, wciąż ma znaczny wpływ na to, jak wygląda nasze życie w Polsce. Nie tylko pod względem politycznym, ale też społecznym i moralnym. Po pierwszych wygranych wyborach Donalda Trumpa ukazała się książka Arlie Russell Hochschild Obcy we własnym kraju. Autorką jest profesorka Berkeley, która wyruszyła na amerykańskie Południe, by sprawdzić, dlaczego mieszkańcy biednych peryferii oddali swój głos na miliardera. Tytułowa obcość nie dotyczyła jej samej, błąkającej się po Luizjanie akademiczki, tylko ludzi, którzy tam żyli. W świecie, który sama wyobrażała sobie jako Amerykę, to oni czuli się obco.

Trudno o lepszą diagnozę, również obecnej polskiej rzeczywistości. Podział społeczny, który się w Polsce dokonał w ciągu ostatnich lat, uznaję za rodzaj przestępstwa politycznego. Wzięła w nim udział większość polityków.

Jeśli na granicach miejscowości można było stawiać tablice z napisem „Strefa wolna od LGBT”, to oznacza, że wszyscy straciliśmy moralną czujność. W obecnej rzeczywistości transparent z napisem „Obcym wstęp wzbroniony” moglibyśmy pokazywać sobie nawzajem: prowincja miastu, miasto prowincji.

Obcość stała się w Polsce nowym sposobem budowania wspólnoty. Przez kilka ostatnich miesięcy dużo podróżowałam po Polsce, pokazując nasz ostatni film Człowiek do wszystkiego. Raczej z dala od dużych miast. Dotarło do mnie, że zapomniałam, iż tak też wygląda Polska – jakby czas zatrzymał się we wczesnych latach 90. Poczułam się obco, ale była to obcość wynikająca ze wstydu, że zapomniałam.

Czy czujesz się we współczesnej Polsce obca?

Tak. Na początku naszej rozmowy przywołałam pojęcie przyjemnej obcości – to, jakim jest przywilejem. Bo można przecież odwrócić się i odejść. Jednak zależy mi i jestem dziś tutaj. Choć przeraża mnie przemoc, która stała się zasadą. Czuję się obco w państwie, w którym najważniejsze wartości są przejawem nacjonalizmu. Tu przebiega moja granica – ludzi napompowanych nacjonalistycznym, faszystowskim testosteronem nie wpuszczam do swojego świata. Czuję się obco w kruchcie. Czuję się obco w państwie, gdzie łamane są prawa człowieka – a za takie uznaję m.in. prawa mniejszości, prawo do aborcji i równości małżeńskiej. Czuję się też obco w państwie, w którym pogardza się innymi – tak biedniejszymi, jak i tymi funkcjonującymi poza wielkim miastem.

A czy los artysty nie pokrywa się ze ścieżką obcego?

To jest bardzo trudne pytanie i zależy od indywidualnych wyborów. Może zamiast „obcości” lepiej użyć słowa „samotność”, ale taka na życzenie, sprzyjająca pracy. Taki wybór pozwala zachować dystans, który okazuje się czasem konieczny do tego, by komentować rzeczywistość poprzez sztukę. Kiedy świadomie odsuwasz się od świata i od ludzi, zyskujesz nową perspektywę: możliwość bycia na zewnątrz. Ja lubię pracować z ludźmi. Zresztą nie udałoby mi się zrobić filmu w pojedynkę. I z ulgą przyjmuję moment, kiedy mam gotowy scenariusz i mogę już wciągnąć innych do pracy. Choć nie wyobrażam sobie pisać go z kimś. Nawet z Wilim to się nie udawało, może szczególnie z nim.

O samotności mówi się dziś bardzo dużo. Wręcz o nadciągającej epidemii.

Nie jestem właściwą osobą do rozmów o samotności. Z Wilim jesteśmy razem 34 lata. Lubię powtarzać, że stanowimy rodzaj dwuosobowej komuny, która od czasu do czasu gości też innych. Są z nami oczywiście też dzieci. Jedno wyruszyło już w świat, drugie jest do tego gotowe.

O samotności nie mogę mówić z doświadczenia. Wychowując nastolatkę i obserwując dorastające pokolenie, myślę, że jest to zjawisko, z którym dopiero będziemy musieli się zmierzyć. W książce niedawno wydanej przez Znak, esejach Zadie Smith, jest świetny tekst o wpływie algorytmów na nasze życie – o tym, jak nas zasysają i zawłaszczają, szczególnie młodych ludzi.

Algorytmy dosłownie „kradną” nam dzieci. Bo jak radzić sobie w rzeczywistości, w której samotność jest właściwie zdublowana?

Z jednej strony mamy świat dosłownie pozbawiony ludzi, w którym młode osoby czasem tygodniami nie spotykają się na żywo z drugim człowiekiem. Z drugiej – świat pozornej bliskości i ułudy życia we wspólnocie, jakie dają media społecznościowe. Niezliczone rzesze „przyjaciół”, którzy nie spotykają się w rzeczywistości. Rzeki słów, które płyną między ludźmi, nie przybliżając ich do siebie. To przecież jedno wielkie złudzenie bliskości.

Obserwując zachodzące w świecie zmiany, Smith podaje m.in. przykład podróży pociągiem. Nie wiem, jak Ty, ale ja podsłuchuję ludzi w pociągach. Spisuję czasem, co do siebie mówią. Rozmawiają ze sobą najczęściej osoby starsze. Bardzo nie lubię jeździć wagonem w strefie ciszy – uważam, że to bardzo zły pomysł, i mam nadzieję, że ta strefa nie będzie się z czasem rozprzestrzeniała na kolejne wagony, aż zostanie tylko jeden dla tak gadatliwych jak ja. Dawniej podróżując pociągiem, można było spotkać kilka rozmawiających ze sobą osób, trochę czytających – i dzieci, które zachowywały się zupełnie inaczej niż obecnie. Nudziły się. Gadały. Gapiły przez okno. Zawracały dorosłym głowę. Były irytujące, urocze i zabawne zarazem. Nawet jeśli nudziły się godzinami, z takiej podróży zostawało w nich doświadczenie czasu, z którym jakoś trzeba sobie poradzić. To zniknęło. Podróżowanie, które zakłada też czas na to, by się nudzić albo rozmyślać.

Parokrotnie zwróciłaś już uwagę, że żyjecie razem z Wilhelmem ponad 30 lat. Jak żyć razem, żeby żyć dobrze?

Gdy się poznaliśmy, miałam 17 lat, a Wili 18. Prowadziliśmy z początku dość punkowe życie. Już za tych beztroskich, wkrótce studenckich czasów wszystkie ważne decyzje podejmowaliśmy wspólnie. Mieliśmy też grę, którą prowadzimy do dziś – gdy tylko coś się w naszym życiu zmienia albo gdy uda nam się coś ważnego osiągnąć, przedstawiamy się sobie w nowej roli. Wili najpierw studiował architekturę, ja romanistykę – oboje z tych studiów zrezygnowaliśmy. Zdałam wtedy na polonistykę, on na malarstwo. Powiedzieliśmy sobie: „No, to miło mi poznać studentkę polonistyki!”, „Miło mi poznać studenta Akademii Sztuk Pięknych!”. W jakimś sensie otwierało nam to możliwość bycia ze sobą od nowa. Nie był to początek znajomości, ale poniekąd jakieś nowe otwarcie.

Zmiany powodowały, że stawaliśmy się dla siebie kimś innym. Sprawiały, że mogliśmy spojrzeć na siebie inaczej. Myślę, że to ważne.

To uczy zarazem, jak żyć ze sobą tak, by akceptować w sobie zmiany. I nie wymagać, by ktoś na zawsze pozostał taki, jak chcemy.

Fundamentem jest też, by wypracować zdolność do negocjacji. Podkreślę: do negocjacji, a nie kompromisów, bo to nie to samo. Choć kompromisów też należy szukać. Ważniejsza jednak jest subtelniejsza sztuka codziennego negocjowania z drugą osobą – także uwzględniająca to, że po latach możemy być już innymi ludźmi niż kiedyś.

Podróże to często czas, kiedy jesteśmy z Wilim tylko we dwoje. Na przykład wczoraj byliśmy razem w jednym z muzeów w Londynie, odwiedziliśmy Tate Modern. Siedząc przy kawie, rozejrzałam się dookoła: znaleźliśmy się wśród samych starszych ludzi. W większości kobiet.

Powiedziałam wtedy: „Wili, czy pomyślałeś kiedyś o tym, że jak nic nam się złego nie przydarzy, to kiedyś znów będziemy tutaj siedzieć? Wrócimy za 10 lat, o 10 lat starsi, potem o kolejne 10 – i czy to jest dla ciebie przyjemna perspektywa?”. Odpowiedział: „Wspaniała”.

To trzeba podtrzymywać, dbać o coś, co określiłabym jako właściwą dynamikę relacji z drugim człowiekiem. Ona się zmienia i ma różne wymiary. W naszym przypadku od lat opiera się to na intelektualnym porozumieniu. Ciekawości związanej z drugą osobą. Mamy też rzeczy, które nie zawodzą, jak chociażby czytanie książek. Wili zaraz by powiedział: „Anka, przestań tyle mówić o czytaniu”, ale to też wydaje mi się kluczowe. Bo książki to zawsze kolejny powód do tego, by rozmawiać. By wymiana myśli nie zagasła.

Ja zazwyczaj odpowiadam za opowieść, a Wili za działanie. Na szczęście, bo ja czasem przedłużam i odwlekam. Gdyby nie konsekwencja Wilego, wiele rzeczy nie wydarzyłoby się w naszym życiu. Oczywiście czasem się zamieniamy.

A jak radzić sobie z upływającym czasem?

Często powtarzam Wilemu: powinniśmy razem wyjeżdżać, wspólnie podróżować. Bo przyjdzie moment, że zostaną tylko wspomnienia. Będziemy sobie mogli wtedy powiedzieć: „Pamiętasz, jak byliśmy tu i tam? Pamiętasz?”. Trzeba napisać razem książkę, by potem mieć co czytać.

Upływ czasu to dotkliwe doświadczenie, nawiązujące wprost do najbardziej pierwotnych lęków przed śmiercią. Z tym chyba nie da się dobrze sobie poradzić.

Mimo to trzeba próbować.

Skończyłam 50 lat i lubię moment życia, w którym jestem. Nie chodzi o to, że podoba mi się upływający czas – ale doceniam rodzaj niepokoju, który mam wciąż w sobie. Bo w moim przypadku niepokój oznacza ciekawość, ruch. Zaangażowanie, by wciąż móc się w tym świecie przeglądać.

Znów odwołam się do książki, którą uważam za wspaniałą rzecz: Małej empirii Katarzyny Sobczuk. Dotyczy momentu wczesnej starości, kiedy widzisz swoich starzejących się rodziców, przy czym obserwujesz zarazem już swoje dorastające dzieci. W kapitalistycznym wydaniu jest to tzw. pokolenie sandwicha. Ważne jest, by umieć się w takiej rzeczywistości odnaleźć: z jednej strony podglądając starość, a z drugiej – obserwując moment, w którym wszystko w życiu jest jeszcze przed tobą. Ty jesteś pośrodku. Swoje widziałaś, są rzeczy, które już o życiu wiesz – jednak wciąż są też takie, o jakich nie wiesz kompletnie nic. A to, co przed tobą, nabiera powoli posmaku ostatecznego. I zamiast nadziei budzi lęk. Jest w tym zarazem rodzaj równowagi niezbędnej do życia: to coś, co pozwala znaleźć w życiu balans.

Wspomniałaś, że dobrze czujesz się na obecnym etapie życia. Z czego składa się Wasza codzienność?

Oboje bardzo o to dbamy, by było to życie blisko ziemi. Duże poczucie bezpieczeństwa daje mi codzienne krzątactwo. Rytm, który wypracowaliśmy przez te wszystkie lata – który jest w pewnym stopniu podporządkowany naszej pracy, szczególnie w przypadku Wilego. Człowieka, który co dnia wychodzi do pracowni punkt o 10 rano.

Powtarzalność i pewna doza rutyny są chyba w życiu niezbędne.

Gdy chcę być bardzo złośliwa, mówię Wilemu, że pod jego rytm życia można by ustawiać wszystkie zegary świata. On się z tego śmieje. Prowadzimy dość regularny tryb życia. Staramy się również przestrzegać kilku prostych zasad, np. jeść razem śniadanie.

W ciągu dnia właściwie się nie widujemy. Ja mam pracownię na dole, Wili swoją na górze. Czasem się odwiedzamy, ale raczej na zaproszenia. Wili zaprasza mnie do siebie, by wspólnie omówić obrazy. Bardzo to lubię. Sama raczej staram się mu w pracy nie przeszkadzać. Jest domatorem, ja wieczory często spędzam poza domem: chodzę do teatru, do kina. Poza pracą mam też dość rozbudowane życie towarzyskie. To również coś, co pozwala mi zachować równowagę. Nie mogłabym się obyć bez innych ludzi. Lubię się z nimi spotykać, dużo rozmawiać. Wychowujemy też wspólnie z Wilem nastoletnią córkę – w rytmie naszej codzienności bardzo ważne jest też jej życie: jej szkoła, spotkania towarzyskie. Niekiedy także jej wywołujące w nas popłoch wybory. To też ważne wyznaczniki domowego rytmu.

Podróże, które odbywamy, pozwalają od czasu do czasu na zawieszenie tego wszystkiego. Bliższe bądź dalsze ucieczki od rzeczywistości uświadamiają jednak, jak bardzo tę naszą prozę życia kochamy. Bo w gruncie rzeczy naprawdę prowadzimy proste życie. Dom, praca, ogród. Ogrodem zajmuję się sama.

Przyjaciel powiedział mi kiedyś, że zdrowy dom to taki z dwoma osobnymi ogrodami. Do których można się od czasu do czasu zapraszać.

Byłaby to łagodna wersja „własnego pokoju”. Pojęcia, które zakłada konieczność walki o własne miejsce. O przestrzeń, w której możesz być trochę samotna, jeśli potrzebujesz – ale przede wszystkim taką, w jakiej możesz pracować i się realizować.

Zauważ, że posiadanie osobnych ogrodów zakłada harmonię pomiędzy ogrodnikami. Rodzaj zarówno porozumienia, jak i przyjemności: posiadania swojej przestrzeni, ale też wzajemnego odwiedzania się. Zapraszania drugiej osoby do siebie.

Dwa ogrody powinny także dopuszczać nawzajem swoją różnorodność. To ciekawe porównanie. I bardzo piękne.

Próbuję sobie teraz wyobrazić ogród swój i Wilego – i byłyby to dwie zupełnie różne przestrzenie [śmiech]. Mamy w domu nawet osobne miejsca do czytania. Własne książki. Mówiłyśmy wcześniej o „przyjemnej obcości” i różnych rodzajach samotności – nasze wspólne doświadczenie bycia razem określiłabym z kolei jako dobre poczucie osobności.

Pojawił się wątek pracy. Temat, który dość często podejmujecie w swoich filmach. Jaki jest Twój etos pracy?

Praca w moim życiu to stan permanentny. I mówię to ze świadomością, że rodzaj pracy, jaką wykonuję, stanowi rodzaj przywileju. Z tej rozmowy wynika, że jestem bardzo uprzywilejowaną osobą… Nad naszymi filmami pracuję o wiele dłużej niż Wili. Wychodzę z założenia, że aby coś móc napisać, muszę wcześniej się odpowiednio dużo naczytać. I bynajmniej nie są to wyłącznie rzeczy bezpośrednio związane z daną historią. Myślę, że czytanie, w zawodowym wydaniu, jest dziś coraz cięższą pracą. Żeby się skupić i skoncentrować, poświęcić lekturze czy innej pracy umysłowej nad tekstem 3–4 godz. dziennie, trzeba mieć naprawdę bardzo spokojną głowę.

Poza pracą zawodową zajmuję się też domem, choć jest osoba, która mi w tym pomaga. Lubię prace domowe. Wykonywanie niektórych obowiązków wzmacnia też moje poczucie bezpieczeństwa. Duże poczucie kontroli i spełnienia daje mi pranie. Bez prania nie ma dnia. Powinien to ktoś kiedyś opisać, być może ktoś już to zrobił – pranie jako rodzaj symbolicznego porządkowania rzeczywistości.

Jestem dosyć chaotyczną osobą, robię wiele rzeczy naraz, czytam wiele książek równolegle – próbuję łączyć wiele kropek w ciągu dnia, z czym jakoś sobie radzę. Wychodzą z tego dobre rzeczy, również dla mnie samej.

Czytanie inaczej niż pranie bywa traktowane jako rodzaj przywileju.

Właściwie jako rodzaj niepracy. A przecież to wysiłek umysłowy.

Tego typu rozważania kierują nas w stronę współczesnej definicji samej pracy. Czym ona jest? Czy może być czytaniem i robieniem notatek? A czy przygotowywanie się do napisania scenariusza jest pełnoprawną pracą? Czy to nie jest aby marnowanie czasu?

Bo jeśli od tej strony spojrzeć, to faktycznie w życiu marnuję tylko czas.

Życzę Ci, byś marnowała go jak najwięcej.

Praca artystyczna w ogóle nie jest rozpoznana jako praca. Przez to była, jest i pozostaje nieopłacana. Bo praca artysty w Polsce wciąż nie jest dziś postrzegana jako zajęcie godne wypłaty. To realne problemy, z jakimi mierzy się w swojej prozie życia większość artystów.

Raz jeszcze podkreślę: jesteśmy z Wilim w dość wyjątkowej sytuacji pod tym względem – dlatego mogę opowiadać Ci o swoim dniu i naszej codzienności w taki, a nie inny sposób. Uważam swoje życie za bardzo szczęśliwe. Jest jednak wiele osób, które w ślad za bohaterem naszego ostatniego filmu, Człowieka do wszystkiego, mogłyby dziś powiedzieć: „Pracuję, pracuję, ale jeszcze stawki nie ustaliłem”. To bardzo ważny temat. Potrzeba dziś w tych rozmowach głosu młodego pokolenia.

Owszem, kiedy jako młodzi wchodziliśmy w życie artystyczne, też mieliśmy pod górkę. To był czas transformacji. Nie mieliśmy pieniędzy, nie było pracy. Ale nad naszym światem nie unosiło się widmo współczesnego pojęcia sukcesu. Nic nas nie gniotło. Nie uwierało, że czegoś nie mieliśmy. Przyjmowaliśmy rzeczywistość z otwartością. Wolni od frustracji. Sądzę, że jest to olbrzymia różnica pokoleniowa, o której wciąż zbyt mało się mówi.

Łapiesz się na nostalgicznym wspominaniu „naszych czasów” czy jednak wciąż przeważa ciekawość jutra i dalszego ciągu podróży?

Czasami zamęczam – szczególnie nasze dzieci – historiami z dawnych czasów, lecz nie nostalgia jest przyczyną tych opowieści. Raczej chęć dopełnienia obrazu, innego niż na ekranie.

Odnosząc się do przeszłości, chciałabym powiedzieć młodym ludziom przede wszystkim: buntujcie się, bo bunt zakłada krytyczne myślenie, a to nas może uratować. Jeśli chodzi o podróże, przez te wszystkie lata nauczyłam się bardzo szybko i perfekcyjnie pakować walizkę. Ja pakuję swoją, Wili swoją. Ich zawartość bardzo się różni. Ale tak jak już powiedziałam – zawsze podróżujemy razem.

Artykuł pojawił się w numerze: Analogowe nawyki