Przed egzaminem wstępnym do liceum wojskowego chroniło Nazıma i jego drużynę kilkanaście jasnych, wczesnowiosennych dni. Początek kwietnia świętowali więc dbałością o tężyznę fizyczną. Katowali ciała forsownymi – w ich wciąż chłopięcym mniemaniu – ćwiczeniami, które nazywali „treningiem komandosów”. Wyciskali z siebie siódme poty, jakby na egzaminie mieli przystąpić tylko do części sprawnościowej, zupełnie zapominając, że czeka ich jeszcze test z wiedzy ogólnej.
W piątek rano wszyscy zdjęli krawaty, upchali je gdzieś na dnie plecaków i uciekli ze szkoły. Parę godzin później chłodzili spocone plecy o zacieniony murek tuż obok placu zabaw, na którym jeszcze chwilę temu odbywał się – opracowany przez drużynę – trening. Trening bestialski i wściekły, ale nie do tego stopnia, by na jego zakończenie nie zdołali rozegrać meczu na jedną bramkę.
Leżeli oparci o mur, z podwiniętymi do kolan nogawkami spodni, rozpiętymi koszulami, bez butów i ze spodami skarpet czarnymi od brudu. „Mój Allahu, jak w czerwcu – pomyślał Nazım, mrużąc oczy do białego olśniewającego nieba. – Było jednak zostać w klasie!”
Hüseyin, najchudszy z całej ferajny – wątlejszy nawet od Nazıma – skoczył znienacka na krótkie, patykowate nogi. Wskazał, również krótkim i patykowatym, palcem na jednego z wciąż leżących chłopców.
– Süleyman, zasuwaj po wodę! – zawołał po pańsku, głosem próbującym zrekompensować chuderlawe łydki, wiszące luźno na biodrach spodnie i skulone ramiona.
Süleyman, brązowy i zwarty jak zbyt mocno wypieczony chleb, w sekundę przewrócił się na brzuch, wbił w ziemię rozcapierzone palce i zrobił trzy niewymuszone pompki, przy każdej niemal całując rozpalony piach. Włożył kłujące bielą adidasy i wstał tylko po to, by się wybić, przeskoczyć murek i pobiec do najbliższego sklepu.
Chłopcy udawali obojętnych, ale Süleyman był pewny, że jego pokaz zrobił swoje: najpierw wpuścił w nich okrutną myśl, a zaraz potem zawistną, wrzącą pewność, że jeśli ktokolwiek z ich bandy ma szansę zostać zawodowym żołnierzem, był to – wciąż pomijając egzamin pisemny – ten chłopak w białych adidasach. Nikt więcej.
Nazım nie zdążył całkiem wyrzucić z głowy przykrego poczucia, jak żałośnie wypada jego kondycja na tle tamtych trzech beztroskich pompek, gdy Süleyman wrócił i znów zuchwale przeskoczył murek. Oczy chłopców patrzyły łapczywie na szeroką żuchwę, tors rozdymający się z każdym łykiem i przede wszystkim dłonie obłapiające spoconą butelkę zimnej wody.
Süleyman oderwał plastik od ust i zakręcił butelkę. Rzucił nią w Cema ze słowami:
– Pij, byku, bo się odwodnisz.
Cem złapał wodę w dłonie, rzeczywiście brutalnie niczym dzikie zwierzę. Zresztą cały był potężny i pokraczny zarazem, ze zbyt dużą, kędzierzawą głową i uśmiechem słodkim jak u pięciolatka. Upił zadziwiająco skromny łyk i puścił napój w obieg. Wody było jednak tak mało jak pieniędzy w ich kieszeniach.
Süleyman mógł się teraz popisać wyłącznie odwagą. Ruszył na drugą stronę placu zabaw, żeby przeskoczyć murek i wedrzeć się na prywatną posesję z niskim domkiem krytym spaloną słońcem dachówką.
– A jak ktoś nas przyłapie? – spytał Nazım proroczo, gdy białe adidasy uderzyły w ziemię za ogrodzeniem.
Nazım był z tej części dzielnicy Narlıdere i dobrze zdawał sobie sprawę, jak działają tu słowa. Jeśli któryś z sąsiadów jeszcze przed południem podzieli się z kimś informacją o niesfornym chłopaku wkraczającym do cudzego ogrodu, to już wieczorem Nazım stanie się w oczach ojca tym znanym przez wszystkich, grasującym w okolicy złoczyńcą. Zakradającym się do mieszkań własnej rodziny, gwałcącym siostry i mordującym matki.
– Jeżeli ktoś nas przyłapie, dostanie wpierdol. – Süleyman z pogardliwie wypiętą piersią chwycił za klamkę. – A jak kobitka, to będzie wreszcie okazja, żebyś stał się mężczyzną.
– Chuj ci w dupę – wbił Nazım w kuzynowskie plecy znikające w czarnej futrynie drzwi do domku. Mówił jednak bez większego przekonania, bo krew przepłynęła poza pełne gniewu rejony. Wywinął kolanem, poprawił uwierającą nogawkę spodni i warknął na Cema i chuderlaka Hüseyina, czym chciał odzyskać należną mu pozycję w stadzie: – Wchodzicie czy nie, pizdeczki?
Nie zdążyli jednak przeskoczyć przez mur, bo Süleyman, jeszcze zanim chłopcy zasznurowali buty, z powrotem ukazał się w drzwiach. Przytruchtał do nich, a jego wysoko uniesiona dłoń i ponętnie mrugająca w słońcu, roztańczona w butelce woda zatrzymały chłopców w miejscach. Butelka chwilę krążyła z ust do ust, a kiedy Cem dopił ostatnie krople i oznajmił, że jest głodny, Nazım nie wahał się ani sekundy przed wycofaniem drużyny z niebezpiecznego terenu.
Zarządził atak na Kipę.
*
Podczas wędrówki na przystanek każdy mijany człowiek przybierał rysy, postawę i chód matki lub ojca, którzy z pewnością czyhali tylko na moment, żeby przyłapać synów na niepierwszych przecież w życiu wagarach.
Ani na ulicy, ani w autobusie, ani wreszcie w centrum handlowym lęk nie opuszczał młodzieńczych ramion. A przynajmniej Nazım wciąż czuł nieuniknione przeznaczenie. Zdawało się czaić za każdym rogiem alejek pokrytych bezdusznym seledynowym światłem, ukrywać gdzieś wśród trzeszczenia lamp i bzyczenia lodówek.
Podzielili się na dwie grupy: każda miała pójść na łowy w inną stronę. Hüseyin i Süleyman ruszyli w jogurty, a Nazım z Cemem obserwowali ich z ukrycia. Hüseyin jak zawsze, kiedy wiedział, że ktoś na niego patrzy, nie potrafił opanować małpich ruchów. Wyrzucał przed siebie ręce, jakby nie mógł swobodnie ułożyć ich wzdłuż ciała, sięgał po to i tamto, aż w końcu chwycił najmniejszy z jogurtów, uchylił gumkę spranych spodni i wrzucił go do majtek.
Süleyman, w tym samym czasie, dostojnie ominąwszy bramki, przenosił wypchane nogawki przez główne wyjście. Hüseyin kołysał się za nim szerokim krokiem klauna, prawdopodobnie z powodu wychłodzonego krocza.
Gdy pierwsza grupa bezpiecznie wyszła z Kipy, Nazım z Cemem poszli grasować w bakaliach. Naiwnie dali się zwieść myśli, że spowodowane drożyzną pustki w tym dziale będą im sprzyjać. Nie wzięli pod uwagę ochroniarzy, którzy doskonale wiedzieli, że wysokie ceny w pierwszej kolejności powinny rozgonić chłystków z plecakami o na wpół rozprutych szelkach.
Cem pierwszy wyciągnął wielką łapę pod dozownik i wepchnął pełną garść nerkowców do ust. Miażdżąc je między zębami, wyciamkał:
– Kupimy, jeśli będą smaczne.
Jakby czekając na ten sygnał, Nazım zaczął pakować nerkowiec po nerkowcu, nerkowiec po nerkowcu, aż kieszenie prawie parzyły od zdobyczy. – Ej, przyjaciele! – Dźgnęło go znienacka, ale się nie odwrócił.
– Przepraszam? – wyszeptał jednak. Spojrzał z wahaniem w prawo i zatrzymał wzrok na ochroniarzu. Był to mężczyzna w sile wieku, zapewne mniej więcej równolatek ich ojców, czyli dla chłopców po prostu stary, na pewno bliżej grobu niż ich szkolnych problemów. Trzymał się prosto, może z powodu mikrego wzrostu, a może dlatego, że chciał wyglądać bardziej bojowo. Nazım zagapił się w szeroko rozstawione czarne oczy o wykroju migdała, takie same jak na rysunkach z podręcznika przedstawiających Czyngis-chana, takie same jak u jego ojca i stryja Haydara. Wydawałoby się, że najbardziej udanym wyjściem byłaby banalna ucieczka. Jednak Nazımowi i Cemowi zdrętwiały nogi i stali jak przyklejeni do posadzki, z kieszeniami odznaczającymi się niby wzgórza pośrodku równiny. Ochroniarz chrząknął z rezerwą. Ściskał upstrzone brązowymi plamkami, trzęsące się lekko dłonie, jakby chciał zdusić w palcach żądzę wskazywania winnych. – Widziano was, jak kradniecie orzechy. – Abi, jakie „kradniecie”? – Cem naiwnie wyciągnął przed siebie wielkie jak talerze łapska. Nazım wiedział, że przyjaciel chciał po dobroci, ale niewinny gest w połączeniu ze wschodniobrzmiącym, mocnym „r” i oczami obwiedzionymi czernią łatwo można było pomylić z niewypowiedzianą, ale i niepodważalną groźbą użycia rąk w innym, drapieżnym celu. – My tylko spróbowaliśmy ze dwa. Ochroniarz poskrobał się po porośniętej resztkami włosów głowie. Przesunął wzrokiem po wysuniętych w jego stronę dłoniach, po koszulkach i wytartych na kolanach nogawkach, żeby zakończyć oględziny na butach – zużytych, zanim chłopcy zdążyli je pierwszy raz włożyć, odziedziczonych po starszym rodzeństwie albo kuzynostwie. I zaraz wrócił do młodzieńczych twarzy, do migdałowych oczu Nazıma, do czarnych brwi jak półokrągłe, łagodne łuki. Zatrzymał się na nich. – Na pewno nie macie nic w kieszeniach? – Nic, proszę pana! – zawołał piskliwie Cem. – Nic – potwierdził Nazım, pewnie po to, żeby mieć ostatnie słowo, a może dlatego, żeby celebrować niespodziewane szczęście. Ochroniarz wcale nie czekał na odpowiedź. Zdążył się już odwrócić od przyłapanych na gorącym uczynku złodziejaszków. Wolnym krokiem odchodził właśnie z działu z bakaliami, by beztrosko zniknąć gdzieś w labiryncie sklepowych alejek. Nazım ruszył więc do wyjścia z myślą, że fart trafia mu się w życiu wyjątkowo rzadko, skoro jednak zdarzył się dziś, to może częściej powinien się na niego zdawać. Uciekli. * Wyciągnęli na spalonym trawniku pod Kipą kolejno wyrośnięte, mocne, krótkie i chuderlawe nogi, a następnie wszystkie łupy. Wiedzieli jednak, że jogurty i bakalie mogą co najwyżej zadrwić z chłopackiego, rozbuchanego głodu. Tak naprawdę ich żołądki potrafiła poskromić jedynie kolacja złożona ze skromnych, bo skromnych, ale wciąż kilku miseczek domowych pyszności. Łykając zimny jogurt, Nazım myślał o zupie z czerwonej soczewicy, w garnku jeszcze żółtej, ale na talerzu posypanej grubą warstwą ostrej czerwonej papryki. O sałatce z ziół, które matka i ojciec od czasu do czasu zbierali na łące za wiaduktem. O ryżu podsmażonym na kwaśnym maśle i zaraz zalanym gotującą się wodą. Do tego ryżu mamusia podałaby jeszcze miseczkę domowego jogurtu. Przyrządzanego raz w tygodniu w dużych glinianych garnkach, które, gorące, czekały koło telewizora w salonie, aż ich zawartość ostygnie, a potem lądowały w lodówce, żeby znowu czekać, ale tym razem, aż ktoś będzie chciał ukoić pierwszy głód. Mamusiną kolację, całe cztery miseczki wspaniałości, Nazım zagryzałby puchatym chlebem. Spoglądałby na siedzącego naprzeciwko ojca, wpatrzonego ze skupieniem w swój talerz. Wyczuwałby obecność matki stojącej tuż obok stołu, w gotowości, żeby podać synowi kolejny kawałek chleba, dolać zupy lub wycisnąć do sałatki więcej soku z cytryny. Słyszałby ciamkanie Sevim i te charakterystyczne pomruki, które wydaje, gdy jedzenie naprawdę jej smakuje. W takiej najzwyczajniejszej przecież chwili Nazım byłby po prostu szczęśliwy. I chciałby, żeby tak było już zawsze. Czułby wtedy, jak serce i żołądek rozpychają się w bolesnej sytości, podobnej do tego uczucia, jakie targało nim także teraz – uciążliwego głodu i niechybnie nadchodzącej jogurtowo-bakaliowej sraczki. – Przetrzepał was? – Hüseyin obdarzył Nazıma i Cema kąśliwym spojrzeniem. – Ta, uważaj! – Gdyby Nazım nie siedział z opakowaniem jogurtu na kolanie, z pewnością wyrwałby do góry, do opowiadania, na równe nogi. – Typ się strasznie rzucał. „Zajebaliście coś!”, darł się. I ja co? Łapy do góry i: „Może tobie zajebać?!”. A nerkowce mi tak sruuuu, grzechoczą po bokach, dobrze, że miałem koszulkę w spodniach, bo wszystko by jebło. – Uniósł ręce wysoko, na obraz swego nieulękłego męstwa. Oskarżycielską łyżkę skierował na Cema. – A ta pizdeczka tylko głupio szczerzyła mordę. Cem…