Nad brzegiem rzeki James w Wirginii, godzinę drogi na południe od stolicy stanu Richmond, pośród dębowo-sosnowych lasów znajduje się osada Jamestown, a w niej niewielki, kryty strzechą budynek huty szkła. Na oczach zwiedzających dwóch postawnych hutników formuje szklane naczynia z pomocą takich samych technik i narzędzi, jakich używano ponad 400 lat temu. Piece, tak jak przed wiekami, zbudowane są z kamieni wydobytych z rzeki, z tą różnicą, że kiedyś ogrzewało się je drewnem, a dziś gazem ziemnym. Pozostałości autentycznych pieców, odkrytych przez archeologów w 1948 r., można obejrzeć tuż za ścianą zrekonstruowanej huty. Wyobraźmy sobie: jesień roku 1608, mężczyzna zanurza długą piszczel szklarską w tyglu, aby nabrać surówki o konsystencji gęstego miodu i temperaturze 1200°C. Następnie toczy masę po żelaznym blacie, dmucha w piszczel, formując wazon. Jest Polakiem, nie zna angielskiego, kilka tygodni wcześniej na pokładzie statku Mary and Margaret przybył do Nowego Świata z trzema innymi rzemieślnikami z Polski.
Już w 1586 r., 20 lat przed założeniem Jamestown, pierwszej brytyjskiej kolonii w Ameryce – ziarna, z którego w kolejnych stuleciach wykwitnie państwo Stanów Zjednoczonych – Richard Hakluyt, sekretarz stanu królowej Elżbiety I oraz króla Jakuba I, pisze o ludziach biegłych w rzemiośle, których do przyszłej kolonii „z Prusiech i Polski sprowadzić należy”. Zgadza się z nim John Smith, pierwszy przywódca Jamestown, znający Polskę ze swych podróży, który notuje: „Moskwa i Polonia każdego roku wiele tysięcy otrzymują za smołę, dziegieć, ług, popiół, len, liny, śledzie, maszty, reje, deski, sosny, szkło i tym podobne”.
Zanim Polacy zwerbowani przez skautów Smitha wsiedli na statek do Ameryki, musieli dotrzeć do Londynu. Wyruszają prawdopodobnie z Gdańska, głównego portu łączącego Rzeczpospolitą z Anglią, podróżując od dwóch do czterech tygodni przez Bałtyk i Morze Północne na statku handlowym przewożącym zboże lub drewno. W Londynie zostają zakontraktowani przez Kompanię Wirginijską i czekają kolejnych kilka tygodni na skompletowanie zapasów dla kolonii. Latem 1608 r. wypływają z Blackwall i następnych dziesięć tygodni spędzają w dusznych, ciemnych komórkach międzypokładzia, z 70 innymi osadnikami, żywiąc się suszoną wołowiną i piwem (wody się nie przewozi, bo szybko się psuje). Ryzyko śmierci na Atlantyku, czy to w wyniku jesiennego sztormu, czy pirackiego ataku, jest bardzo wysokie, o czym powszechnie wiadomo. Dlaczego więc ludzie tamtego czasu, a pośród nich czterech polskich rzemieślników, decydują się na opuszczenie świata, jaki dobrze znają, żeby wyruszyć w absolutnie nieznane?
Robert Polonianin, nowy świat
Próbując odpowiedzieć na to pytanie, dotykamy fenomenu Ameryki, ale też migracji, natury ludzkiej. „Na początku cały świat (…) był Ameryką”, stwierdził John Locke. Marzenie o pierwotnym raju, który odnaleźć można w Nowym Świecie w XVII w., pcha w jego kierunku ludzi wszelkich stanów. Lęk przed śmiercią okazuje się słabszy niż wizja lepszego życia.
Czterech Polaków schodzi na ląd w Jamestown 1 października 1608 r. Wraz z czterema osadnikami z Prus (nazywanych przez Anglików Holendrami) w kilkanaście dni stawiają hutę szkła wyposażoną w dwa piece. Jest ona pierwszym zakładem produkcyjnym w kolonii. Okolica obfituje w drewno na opał i piasek do wyrobu szkła, hutnicy dostają od Smitha zadanie stworzenia próbnej partii, która zostanie wysłana do Londynu w celu zbadania, czy na szkło z Nowego Świata znajdzie się rynek zbytu. Poza tym Polacy pracują przy wyrobie smoły, dziegciu, ługu i potażu.
Anglojęzyczne źródła z tamtego okresu wspominają o nich w kilkunastu zapisach. Jeden z nich opowiada o potyczce Smitha z wodzem Indian, w czasie której w sukurs przychodzą Polacy. Gdzie indziej mowa o pojmaniu dwóch członków tubylczej starszyzny: „Jednego ujął sierżant Boothe, drugiego zaś Robert, Polonianin”. W raporcie do Londynu pośród zabitych przez Indian wymieniony zostaje „Matthew Polander”.
Gdy w czerwcu 1619 r. powstaje pierwsze zgromadzenie ustawodawcze w Jamestown (House of Burgesses), prawo do głosowania przyznaje się tylko osadnikom pochodzenia angielskiego. Polscy rzemieślnicy protestują i wstrzymują pracę. Strajk jest skuteczny, Smith notuje:
„Rozważywszy kwestię Polonian w Wirginii zamieszkujących, ustalono, że otrzymają pełnię praw i staną się równie wolni co każdy inny mieszkaniec kolonii. Aby zaś ich biegłość w wyrobie smoły, dziegciu i ługu nie umarła wraz z nimi, uzgodniono, by młodzieńców do nich na naukę oddać, by tajniki ich sztuki poznali dla pożytku całego kraju”.
W następnych stuleciach próbujemy – podobnie jak inne nacje – nadmiernie eksponować naszą rolę we współtworzeniu kraju i żywiołu, jakim jest Ameryka. Stąd doniesienia o tym, że to Polacy, stawiając hutę, dali jakoby początek amerykańskiemu przemysłowi, że strajkując w Jamestown, położyli podwaliny pod ruch robotniczy i praw obywatelskich. W latach 40. XX w. niejaki Artur Waldo, polsko-amerykański dziennikarz, odnajduje w Chicago Pamiętnik handlowca (łac. Memorialium Commercatoris), spisany rzekomo przez Zbigniewa Stefańskiego z Włocławka, jednego z polskich hutników w Jamestown. Z lektury można się dowiedzieć, że to Polacy wymyślili baseball, ucząc Anglików gry w palanta; że to Polacy kopali pierwsze studnie w Nowym Świecie; że gdyby nie oni, Smith zginąłby z rąk Indian, kolonia by nie przetrwała, nie byłoby Ameryki, jaką znamy. Dziś historycy uznają Pamiętnik za ewidentne fałszerstwo. Nie zmienia to jednak faktu, że kilku rzemieślników, którzy przybyli z Polski do Jamestown jesienią 1608 r., dało początek amerykańskiej Polonii liczącej dziś około 10 mln ludzi.
Generał Pułaski, laboratorium wolności
Zarysy kolonialnych domów Savannah majaczą gdzieś w oddali, a wokół, z tumanów kurzu i dymu zmieszanych z resztkami porannej mgły, wyłania się reduta Spring Hill wzmocniona powalonymi drzewami o zaostrzonych pniach. Jest 9 października 1779 r., czwarty rok wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Od kilku tygodni trwa oblężenie Savannah, kluczowego, zajmowanego przez Brytyjczyków portu na południu. Amerykanów wspierają wojska francuskie. Swoim legionem dowodzi Polak Kazimierz Pułaski, pełni też funkcję dowódcy konnicy sił amerykańsko-francuskich. Tego dnia szturm rozpoczął się w gęstej mgle, która miała być sprzymierzeńcem aliantów, a ostatecznie była przyczyną ich klęski. Kolumny atakujących pomyliły drogę w bagnistym terenie, a gdy słońce przegnało mgłę, brytyjskie działa dostały rewolucjonistów jak na widelcu. W szeregach aliantów zapanował chaos. Pułaski gnając umęczonego konia w ciężkim bagnie, szarżuje redutę, chcąc przedrzeć się na tyły wroga, by poderwać swoich ludzi do walki.
Ma 34 lata, niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu i reputację nieustraszonego fightera z niewyparzoną gębą. W Polsce był jednym z dowódców konfederacji barskiej, ranny w bitwach z Rosjanami, osławiony obroną Jasnej Góry, po upadku konfederacji skazany na śmierć, zbiegł na zachód.
Wiosną 1777 r., dwa lata po wybuchu rewolucji amerykańskiej i pięć lat po pierwszym rozbiorze Polski, poznaje we Francji Benjamina Franklina, naukowca celebrytę, pierwszego ambasadora Stanów w Europie. Niedługo później wyrusza w rejs przez Atlantyk, wyposażony w rekomendację od Franklina: „Hrabia Pułaski z Polski, oficer sławny w całej Europie ze swej odwagi i postępowania w obronie wolności swego kraju przeciw potędze trzech najeźdźców – Rosji, Austrii i Prus – może być niezwykle użyteczny dla naszej sprawy”. W czasie 44-dniowej podróży statkiem Pułaski próbuje uczyć się angielskiego, ale do końca życia słabo będzie posługiwał się tym językiem. Do George’a Washingtona pisze więc list po francusku: „Nie mogąc czoła chylić przed mocarzami Europy, przybyłem tu, by wszystko oddać dla wolności Ameryki (…) Przybyłem tutaj, gdzie broni się wolności, aby jej służyć oraz dla niej żyć lub umrzeć”.
Amerykańska wojna o niepodległość przyciągnęła setki ochotników z Europy. Szacuje się, że w Armii Kontynentalnej służyło około 400–500 zagranicznych oficerów. Markiz Marie Joseph de La Fayette wydaje własny majątek na statek i ekwipunek, by pomóc Amerykanom. Baron Friedrich Wilhelm von Steuben zastaje armię amerykańską w rozsypce w Valley Forge i przekształca ją w profesjonalną siłę zbrojną, wprowadzając rygorystyczny trening i nowoczesną musztrę. Tadeusz Kościuszko, inżynier wojskowy z Polski, projektuje fortyfikacje w West Point sprawiające, że twierdza jest nie do zdobycia.
W słynnym pamflecie Zdrowy rozsądek (1776) Thomas Paine pisze, że „sprawa Ameryki jest w dużej mierze sprawą całej ludzkości”. Przekonuje, że walka z brytyjską tyranią to bój o naturalne prawa człowieka, które należą się każdemu, bez względu na miejsce urodzenia. Dla oświeconych europejskich intelektualistów amerykańska rewolucja jest pierwszym globalnym projektem ideologicznym. Ameryka to nie terytorium, lecz swoiste laboratorium wolności, gdzie idee głoszone na salonach starego świata mogą się urzeczywistnić. Pod warunkiem, że uda się wygrać wojnę.
Nagrodzony Pulitzerem historyk Gordon S. Wood nazwał ochotników z Europy „pierwszymi obywatelami świata”, gnanymi motywacją stworzenia nowego globalnego porządku. Poza Pułaskim i Kościuszką (który w testamencie przeznaczył część majątku na wykup czarnych niewolników) w wojnie o niepodległość USA brało udział co najmniej 14 polskich oficerów i około 100 ochotników. To pokaźna liczba, zważywszy, że polska populacja w ówczesnych koloniach najprawdopodobniej nie przekraczała tysiąca.
Po przybyciu do Ameryki Pułaski spotkał się z Washingtonem w obozie w Neshaminy Falls niedaleko Filadelfii. Zaprezentował naczelnemu dowódcy Armii Kontynentalnej kilka popisów jeździeckich, przekonując o potrzebie stworzenia kawalerii. W kolejnych miesiącach z poparciem przyszłego prezydenta realizuje swoją wizję. Jego oddział złożony ze 120 ułanów i ponad 200 strzelców piechoty nazwano Legionem Pułaskiego. We wrześniu 1777 r. w bitwie pod Brandywine, zauważywszy, że brytyjskie oddziały są bliskie odcięcia drogi odwrotu Washingtonowi z jego sztabem, Pułaski błyskawicznie improwizuje szarżę, spowalniając Brytyjczyków i osłaniając naczelnego dowódcę.
Według polonofilskich historyków Kazimierz Pułaski uratował Washingtonowi życie i ocalił rewolucję. Dziś w Stanach siedem hrabstw i kilkanaście miast nosi jego imię, ulice i place jego imienia liczone są w setkach, upamiętniają go nazwy mostów, szkół czy łodzi podwodnych, co czyni go prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalną postacią historyczną amerykańskiej Polonii.
Ale jego historia nosi też znamiona najtrudniejszych doświadczeń imigracji – nieprzystosowania, poniżenia, tęsknoty. Po bohaterskim czynie w Brandywine Washington mianował go generałem brygady i powierzył funkcję pierwszego dowódcy amerykańskiej kawalerii. Wywołało to konflikt z wysokimi oficerami, którym nie podobała się błyskawiczna kariera pyskatego Polaka. Pułaskiego oskarżono m.in. o machinacje finansowe, chęć dorobienia się na rewolucji, naśmiewano się z jego słabej angielszczyzny, niewystarczającej rzekomo do kierowania wojskiem. W swoim ostatnim, pełnym goryczy liście Pułaski zapewniał o swym „najbardziej bezinteresownym zapale dla sprawy publicznej”.
Tamtego poranka, 9 października 1779 r. w czasie szturmu na Savannah Pułaski nie był już oficjalnie dowódcą kawalerii, wcześniej zrzekł się tej funkcji. Być może potrzeba obrony własnego honoru popchnęła go do desperackiej, samotnej szarży na zamgloną redutę Spring Hill.
Leon zamachowiec, ziemia obiecana
Wyobraźmy sobie: parowiec napakowany ludźmi na środku Atlantyku. Pod pokładem ciemne kajuty z piętrowymi kojami, szczury, wiadra z fekaliami, kałuże wymiocin, smród. Na pokładzie wiatr i bezkres. Marianna Czołgosz, z domu Nowak, lat 28, patrzy w dal, trzymając dłonie na okrągłym brzuchu. Dzień szary, marcowy, rok 1872, morze smutne jak zaorane pola na przednówku, tam u nich, w Górze koło Żnina, w dawnej Rzeczypospolitej, pod zaborem pruskim.
Nie mieli ziemi, pracowali na cudzej. Poza tym ona szyła, prała i gotowała dla bogatszych, a jej mąż Paweł chwytał się dorywczych prac w mieście. Być może jeździł do Kalisza albo do Poznania, gdzie wpadł mu w ręce folder reklamowy jednej z linii transatlantyckich, które zwoziły miliony emigrantów do ziemi obiecanej. Jako pierwszy wypłynął starszy brat Pawła, najpewniej z portu w Hamburgu. Niedługo po nim wyprawił się Paweł, docierając do portu w Nowym Jorku w Nowy Rok 1872. Wysłał do żony list, nakazał ruszać.
Marianna płynie więc do Ameryki. Wokół niej trójka dzieci, a w brzuchu syn, który urodzi się za dwa miesiące i dostanie imię Leon. To on rozsławi rodzinę.
Historii podobnych do tej Czołgoszów spod Żnina jest kilkadziesiąt milionów. To one na przełomie XIX i XX w. ukształtowały współczesne Stany Zjednoczone. W latach 1880–1930 do USA przybyło prawie 30 mln ludzi, pochodzących w większości z krajów Europy Południowej i Wschodniej. Odmienia to kraj budowany wcześniej przez przybyszów z północy i zachodu starego kontynentu. Rekord pada w latach 1900–1920, gdy Ameryka przyjmuje 14,5 mln migrantów.
Europejski eksodus napędza bieda rolniczych regionów, nieprzerwane wojny między mocarstwami porywające na bitewne pola setki tysięcy młodych mężczyzn oraz marzenie o ziemi obiecanej. W folderach reklamowych, docierających przez biura przewoźników do najdalszych zakątków świata, pisze się, że ulice w Ameryce są brukowane złotem.
Kilka potężnych linii transatlantyckich takich jak Cunard Line, White Star Line czy Hamburg America Line na nowoczesnych, szybkich parowcach, dzięki którym rejs skrócił się z kilkunastu tygodni do ok. dziesięciu dni, dostarcza do bram Ameryki nawet 60 tys. ludzi tygodniowo. Największym portem jest osławiona nowojorska Ellis Island, przez którą przechodzi w tamtych dekadach około 1,5 mln Polaków. Łącznie polską migrację do USA tamtej ery szacuje się na 2,2 do 2,5 mln osób.
Leon Czolgosz (nazwisko już się zamerykanizowało) przychodzi na świat w Detroit, mieście liczącym wówczas 80 tys. mieszkańców i rozbudowującym się w zawrotnym tempie. Powstają tam tartaki, garbarnie, odlewnie, huty, stocznie, zakłady produkcji taboru kolejowego, silników parowych, rzeźnie, browary. To tutaj w 1908 r. Ford rozpocznie produkcję modelu T. Leon Czolgosz pracuje w przemyśle od 12 roku życia, najpierw w hucie szkła, później w walcowni w Cleveland, dokąd przenosi się rodzina. Spójrzmy na rozbudowujące się amerykańskie metropolie, gdzie ludzie tysiącami maszerują ku ceglanym budynkom fabryk, ku ich wyziewom, ich jękom i sykom, ku torom i bocznicom, ku wagonom pełnym rudy; o poranku robotnicy nikną we mgle zmieszanej z dymem, a o zmierzchu ich brudne kombinezony błyszczą w świetle ulicznych lamp. Największe polskie dzielnice rosną w Nowym Jorku i Chicago. Na brooklyńskim Greenpoincie w 1896 r. powstaje kościół św. Stanisława Kostki, pierwsza polska parafia w Nowym Jorku, a wzdłuż nabrzeża huczą dające Polakom pracę powrozownie, stocznie, port, dalej huty miedzi i żelaza, browary, fabryki leków, mebli, bojlerów, cukierków. Jeszcze więcej Polaków przybywa do Chicago, które staje się drugim po Warszawie największym polskim skupiskiem na świecie. Polonia zasiedla m.in. dzielnicę Back of the Yards, w południowej części miasta, gdzie mieści się gigantyczny kompleks rzeźni Union Stock Yards. Przytoczmy fragment listu niejakiej Heleny Wocz, która pracę w rzeźni zaczęła w wieku 16 lat: „Trzeba zobaczyć wysypkę, jakiej dostają dziewczyny, te, które robią przy zatrutym mięsie. I kwasy z puszek, jak się dopadnie, to nie możesz wstać. Nie wiesz, co się z tobą dzieje, a jak chcesz żyć, to musisz przestać pracować. No i tak łatwo się przeziębić, dziewczyna zaraz obok zakaszle, wiesz, że nie może się odwrócić, bo produkcja na linii idzie, no i już masz. Cały stół dziewczyn będzie kichał i kaszlał nad pracą. Dziewczyna nie może wziąć wolnego z powodu przeziębienia, firma nie pozwoli, a one i tak nie mogą sobie pozwolić na utratę dniówki. Inna rzecz: na naszym dziale mamy dwie toalety na 100 osób, dziewczyn. Gdybyście to widzieli, zanim nastał związek, można tam było zdrapywać brud z podłogi nożem”.
Gilded age, pozłacana era, czas uprzemysłowienia, urbanizacji, rozwoju transportu, jest też czasem ogromnych nierówności. Miliony ludzi z całego świata harują w warunkach permanentnie zagrażających zdrowiu i życiu, podczas gdy nowa amerykańska arystokracja, rodziny Astorów, Vanderbiltów, Fordów, Rockefellerów, Hearstów, Morganów czy Carnegiech, prowadzi życie jak w przedrewolucyjnej Francji. Symbolem bogactwa stają się letnie rezydencje w Newport, w stanie Rhode Island, pałace pobudowane ze złota i marmuru.
Leon Czolgosz, tak jak tysiące innych robotników, często zmienia pracę, bo napływ przybyszów sprawia, że rotacja w fabrykach jest duża. Nowi wypychają starych, przyjmując niższe stawki. Czolgosz bierze udział w strajkach, angażuje się w ruch robotniczy i stopniowo radykalizuje się pod wpływem płomiennych przemówień anarchistki i feministki, rosyjskiej imigrantki Emmy Goldman. Pod koniec sierpnia 1901 r. Leon melduje się – jako Fred Nieman – w pensjonacie dla Polaków u Johna Nowaka przy Broadwayu w Buffalo. W mieście trwa wielka wystawa panamerykańska, będąca demonstracją nowej amerykańskiej potęgi: dziesiątki budynków wystawienniczych na powierzchni prawie 140 ha, najnowsze maszyny, pojazdy, lokomotywy, sprzęt rolniczy, repliki Partenonu, włoskich pałaców, arabskich minaretów, świątynia Kleopatry, a w samym sercu ekspozycji mierząca 125 m wysokości Wieża Elektryczna. Codziennie, gdy zapadnie zmrok, wieża i okalające ją budynki rozbłyskują światłem dzięki 2 mln żarówek. 6 września na wystawę przybywa prezydent William McKinley, ma przemówić na schodach Pałacu Muzyki.
Czuje się swobodnie pośród tłumu, ściska dłonie i delikatnie przesuwa rozmówców, aby zrobić miejsce następnym osobom. Gdy staje uśmiechnięty przed Leonem Czolgoszem, syn polskich imigrantów spod Żnina z kieszeni marynarki wyjmuje rewolwer owinięty w białą chusteczkę. Strzela dwa razy.
Natalia w Brooklynie, Ameryka – własność świata
Pamiętam wąski pokój z łóżkiem, lodówką, biurkiem i oknem wychodzącym na ulicę. Mieszkał w nim Wiesiek, mocny, wysoki gość z białostockim zaśpiewem. Pełno tam było jego drobiazgów: obrazki Matki Boskiej, figurki, gazetki, papierki, kalendarze, długopisy, zapalniczki, zdjęcia żony i dzieci, kubki z resztkami herbaty. Zapewnił, że jeśli się zdecyduję wynająć pokój, wyprowadzi się za ścianę w ciągu godziny. Nie patrzył na mnie, kiedy do mnie mówił. Czułem zapach jego pościeli. Bez słowa pokazał mi twarde, spracowane dłonie, gdy spytałem, czym się zajmuje. „Ale dolar teraz chuja warty” – stwierdził.
W innym mieszkaniu wisiał zapach rozgotowanego kalafiora. Sześćdziesięcioletnia kobieta miała bielutkie zęby i czerwony sweter. Na oczach ciężki, czarny makijaż. W kuchni stał talerz z wystygniętym obiadem, resztki kotleta, ziemniaków, kalafiora. Wszędzie leżało kilka warstw chodników, dywanów i obrusów, wisiało kilka warstw zasłon i firanek, stało kilka warstw przedmiotów, jak u Wieśka. Wszystko przykryte kurzem, zmarszczone. Pokój do wynajęcia odgradzała od holu jedynie kotara. Za nią: tapczan, komoda, telewizor, zasłona, firanka, żaluzja, szyba, ściana sąsiedniej czynszówki. „Trzysta” – odezwała się jedyny raz kobieta.
Choć żyłem w Nowym Jorku kilka lat, nigdy nie zamieszkałem na Greenpoincie. Z polskiej dzielnicy emanowała potworna tęsknota, smutek. Świetnie oddał to Edward Redliński w powieści Szczuropolacy, na podstawie której powstał film Szczęśliwego Nowego Jorku (1997, reż. Janusz Zaorski).
Jest w nim scena Wigilii: tyrający na Greenpoincie Polak o ksywie Potato (Ziemniak) spędza ją z rodziną na polskiej wsi, tyle że przez ekran. Telewizor, z którego mówi nagrany na taśmie VHS Potato, stoi na świątecznym stole przy dodatkowym nakryciu. Przez ekran dzieli się opłatkiem z żoną, szóstką dzieci i ojcem. Śpiewają razem Wśród nocnej ciszy.
Myślę o mojej mamie, która 40 lat po wyemigrowaniu do Stanów ciągle tęskni za łąką na tyłach ul. Rapackiego w rodzinnym Grudziądzu. O cioci Frani, która po niemal 60 latach życia w USA powiedziała mi, że nie czuje się Amerykanką. James Baldwin, jeden z największych amerykańskich prozaików XX w., napisał: „Amerykanin zaczyna się w chwili, w której on sam odrzuca wszelkie inne więzy, wszelką historię i sam nakłada sobie szatę swojej przybranej ziemi”.
Ostatnia fala migracji Polaków do USA nastąpiła w latach 90., naznaczonych nad Wisłą niemal 20-procentowym bezrobociem. Kazik (z projektem El Doöpa) napisał wtedy piosenkę pt. Natalia w Brooklynie nawiązującą m.in. do masowego wówczas przekraczania przez rodaków sześciomiesięcznego pobytu, na który pozwalała turystyczna wiza: „O! Greenpoint, Greenpoint jest wielki na wieki / Największa atrakcja światowej turystyki / Turyści tu spędzają przeciętnie osiem lat / Mimo że jeszcze gdzieś indziej jest piękny świat”.
Dziś podróżujemy do Stanów bez wiz, a GUS podaje, że polska migracja, również do USA, ma wskaźnik ujemny, więcej Polaków wraca do kraju, niż wyjeżdża. Ci nieliczni, którzy emigrują, w 94% wybierają kraje Unii Europejskiej. Wykonaliśmy tak potężny skok cywilizacyjny, że pewien amerykański instagramer, porównując zdjęcia dzisiejszej Warszawy i Nowego Jorku, dowodzi, że polska stolica jest lepszym miejscem do życia niż stolica świata.
W ostatnich 30 latach do USA przybyło za to co najmniej kilkanaście mln imigrantów z najbiedniejszych zakątków Ameryki Łacińskiej. Odmieniają kraj, podobnie jak robili to przybysze z biednej Europy na przełomie XIX i XX w. To m.in. sprzeciw wobec nich wynosi do władzy populistów. Ale mimo chwilowych rządów antyimigranckich radykałów, co zdarza się nie pierwszy raz w historii kraju, Stany pozostaną systemem otwartym, który nadal przyciągać będzie przybyszów. To tutaj, nie w Chinach, panuje wolność gospodarcza, kulturowa, twórcza. American dream nie jest zaś rzeczą zastaną, lecz ideałem, do którego ludzkość nie przestaje dążyć. Rozumiał to Kazimierz Pułaski, który zgodnie z tym, co zadeklarował w liście do George’a Washingtona, oddał za ten ideał życie. Gdy zbliżał się do reduty Spring Hill pod Savannah, został trafiony kartaczem w okolicę pachwiny i dwa dni później zmarł w wyniku gangreny. Wszedł do panteonu bohaterów narodowych Ameryki.
Antybohater Leon Czolgosz zabił uwielbianego przez większość kraju prezydenta Williama McKinleya, za co został stracony na krześle elektrycznym. On też jest częścią opowieści o Ameryce, pełnej rozczarowanych nią szaleńców, otwierających ogień do niewinnych ludzi.
Ameryka pozostaje paradoksem, spotkaniem wolności z przemocą, złotego pałacu w Newport z miasteczkiem bezdomnych pod autostradą. Projektem wszystkich narodów i grup etnicznych. Sergio Leone, Włoch, który znał jedno słowo po angielsku (goodbye) i w Europie kręcił amerykańskie filmy o Ameryce, powiedział: „Ameryka to tak naprawdę własność świata, nie tylko Amerykanów”.
Korzystałem m.in. z: Polonia amerykańska o sobie. Źródła do historii 1608–2020, red. A. Jaroszyńska-Kirchman i James S. Pula, Warszawa 2025; oraz własnych książek reporterskich o USA: Rewolwer obok Biblii, Warszawa 2021, Na bulwarach czyhają potwory, Warszawa 2024