Subskrybuj
Wybitny amerykański pisarz i eseista, autor m.in. książek Trylogia nowojorska (2006), 4321 (2018), Baumgartner (2025). Zmarł w 2024 r. z powodu raka płuc. Wydany rok przed śmiercią tom Bloodbath Nation to osobisty esej o stosunku Amerykanów do broni palnej

Kraj skąpany we krwi

Amerykanie są 25 razy bardziej narażeni na zabójstwo z broni palnej niż mieszkańcy innych bogatych krajów rozwiniętych. Dlaczego Ameryka jest tak odmienna – i co czyni ją najbardziej brutalnym krajem w świecie Zachodu?

Według ostatnich danych z Instytutu Badawczego przy Szpitalu Dziecięcym w Filadelfii 393 mln sztuk broni palnej jest obecnie w posiadaniu osób zamieszkujących w Stanach Zjednoczonych – to więcej niż jedna sztuka na każdego mężczyznę, kobietę i dziecko w tym kraju. Co roku blisko 40 tys. Amerykanów ginie od ran postrzałowych, co w przybliżeniu odpowiada rocznemu wskaźnikowi zgonów wskutek wypadków na amerykańskich drogach i autostradach. Spośród tych 40 tys. ofiar śmiertelnych ponad połowa z nich to samobójstwa, co z kolei stanowi połowę liczby wszystkich rocznie popełnianych samobójstw.

Do tego należy dodać wszystkie morderstwa dokonane przy użyciu broni palnej, wypadki śmiertelne, zabitych z tej broni przez służby porządkowe, tak więc co dzień od kul ginie średnio ponad 100 Amerykanów. Ponad 200 osób dziennie odnosi rany, co w skali rocznej oznacza 80 tys. poszkodowanych. 80 tys. rannych i 40 tys. zabitych, 120 tys. wezwań karetki i tyleż wizyt na oddziale ratunkowym rocznie, jednak żniwo przemocy z użyciem broni wykracza daleko poza widok podziurawionych i zakrwawionych ciał samych ofiar, dotyka bowiem niszczącą siłą ich najbliższych i dalszych członków rodziny, przyjaciół, współpracowników i sąsiadów, destrukcyjnie wpływa na ich środowisko szkolne, wspólnoty kościelne, drużyny softballa i na szeroko pojęte społeczności – życie ogromnej liczby ludzi zostaje naznaczone działaniem jednej osoby, która w tym życiu jest obecna lub nie – co ostatecznie oznacza, że każdego roku giną miliony bezpośrednich i pośrednich ofiar przemocy z użyciem broni.

To są fakty potwierdzone liczbami, lecz wciąż nie składają się one na odpowiedź na pytanie, dlaczego dzieje się tak akurat w Ameryce, a nie w żadnym innym miejscu na świecie. Rozlew krwi i przypadki śmiertelne na taką skalę i z taką częstotliwością powinny skłonić państwo do działania, do wspólnego wysiłku ze strony władzy federalnej i rządów stanowych, aby zająć się tym, co zgodnie z racjonalnym podejściem stanowi kryzys w dziedzinie zdrowia publicznego.

To prawda, przywiązanie Ameryki do broni palnej ma logiczne podłoże i dlatego zrobiliśmy niewiele albo wręcz nic, aby ten problem rozwiązać.

To jednak nie znaczy, że nie mamy odpowiedniej wiedzy i środków, żeby uwolnić społeczeństwo od strachu przed utratą bezpieczeństwa i życia w spokoju, lecz z wielu złożonych przyczyn historycznych zabrakło nam woli, żeby to zrobić, i do tego stopnia staliśmy się bezduszni i zapiekli w wypieraniu tego problemu, że doczekaliśmy, by w roku 1996 Kongres zabronił Amerykańskiej Agencji Epidemiologicznej (CDC) korzystania z funduszy federalnych przeznaczonych na badania, „które mogłyby służyć kontrolowaniu prawa o posiadaniu broni”. Dla kontrastu spójrzmy na postęp, jaki dokonał się w prawie o ruchu drogowym, gdy na przestrzeni lat skutecznie obniżyliśmy wskaźnik zgonów i urazów wywołanych wypadkami na drodze. I nie ma żadnych wątpliwości: samochody nie różnią się drastycznie od broni palnej. Zarówno karabin maszynowy o dużej mocy, jak i niemal dwutonowy Chevrolet toczący się z dużą prędkością po autostradzie stanowią śmiercionośną broń.

Świat masz u stóp

Samochód jest z nami od końca XIX w. i na początku swojego istnienia bezkonny wóz był postrzegany jak nic innego niż szybsza, zmotoryzowana wersja wozu zaprzężonego w konie. W rezultacie nie istniały żadne normy prawne ani przepisy regulujące jazdę samochodem: nie wymagano np. prawa jazdy, czyli nie przeprowadzano żadnych badań potwierdzających zdolność kierowcy do zasiadania za kółkiem, nigdzie nie umieszczano znaków stopu ani sygnalizacji świetlnej, nie przestrzegano ograniczeń prędkości, nie było świateł hamowania, wstecznych lub bocznych lusterek, kierunkowskazów, kar za jazdę po pijanemu, szyb bezodpryskowych, desek rozdzielczych ani pasów bezpieczeństwa. Przez ponad połowę XX stulecia krok po kroku wprowadzano te wszystkie usprawnienia – wprowadzano i prawnie egzekwowano – i dzięki temu drogi, ulice i autostrady w tym kraju stały się bezpieczniejsze.

Nadal co roku liczba ofiar wypadków drogowych w Ameryce jest przerażająca, lecz w porównaniu z zawrotnymi wskaźnikami katastrof na drogach w latach 20., 30. i 40. procent kolizji przypadający na łączną liczbę mil przejechanych przez ponad 300 mln Amerykanów kierujących blisko 300 mln zarejestrowanych pojazdów – ciężarówkami, furgonetkami, samochodami osobowymi, autobusami i motocyklami – w ogromnej mierze realnie się obniżył. I tu nasuwa się pytanie: skoro potrafiliśmy stawić czoło zagrożeniom płynącym z jazdy samochodem, siłami umysłu i z poczuciem wspólnego celu te zagrożenia zwalczyć, to dlaczego nie umieliśmy podobnie postąpić z bronią palną?

Broń palna oczywiście jest w użyciu o wiele dłużej niż samochody, lecz te ostatnie ze względu na gabaryty bardziej rzucają się w oczy i przez ostatnie 120 lat weszły w krwiobieg naszego życia, przez co odcisnęły piętno na amerykańskiej wyobraźni niemniejsze niż urok rzucony nań za sprawą naszej namiętności do broni.

Samochody i broń palna to dwa bliźniacze filary naszej najgłębszej fundamentalnej mitologii narodowej, gdyż zarówno samochód, jak i rewolwer są wyrazicielami idei wolności i poczucia władzy, najbardziej fascynujących form autoekspresji, jakie są nam dostępne: odważ się i dociśnij gaz do dechy, by nagle pędzić z prędkością 100 mil na godzinę; przytrzymaj palec na spuście swojego Glocka lub AR-15 i świat masz u swoich stóp.

I nigdy nie mamy dosyć oglądania takich obrazów ani myślenia o nich. Od niepamiętnych czasów strzelanina i pościg samochodowy to dwa uwielbiane komponenty amerykańskich filmów i bez względu na to, jak wiele razy zagubiliśmy się w tych sprawnie skomponowanych sekwencjach grozy odtwarzanych na ekranie, wciąż chcemy ich więcej.

Jednocześnie choć samochody i broń łączy tak wiele, zachodzą między nimi fundamentalne różnice. Broń palna istnieje jedynie po to, żeby pozbawiać życia, podczas gdy auta produkuje się, aby żywych przenosić z jednego miejsca na drugie, i mimo że zbyt wielu kierowców, pasażerów i pieszych ginie w samochodach i za sprawą samochodów, ich śmierć określamy mianem „nieumyślna”, traktujemy ją jako skutek uboczny ryzyka i niebezpieczeństwa na drodze.

Natomiast prawie każda śmierć zadana bronią palną jest „umyślna”, bez względu na to, czy osoba posługująca się bronią jest żołnierzem na froncie, myśliwym tropiącym w lesie jelenia, obłąkanym lub bezwzględnym mordercą na ulicy czy w czyjejś kuchni, uzbrojonym włamywaczem wystraszonym podczas rabunku sklepu jubilerskiego czy pogrążoną w rozpaczy duszą, która w ciemnym pokoju opróżnia butelkę bourbona, a potem strzela sobie w głowę. W życiu codziennym Ameryki samochody są koniecznością. Broń palna nią nie jest, a zważywszy, że coraz więcej Amerykanów zdaje sobie z tego sprawę, przez ostatnie 50 lat powoli spadał procent gospodarstw domowych zaopatrzonych w broń, już nie jest to połowa, lecz jedna trzecia, obecnie zaś nawet poniżej jednej trzeciej, a mimo to Amerykanie posiadają więcej broni niż kiedykolwiek w przeszłości, a to oznacza, że coraz mniej osób kupuje coraz więcej broni.

Jak wyjaśnić tę ogromną różnicę i dlaczego w tym momencie naszej historii Amerykanie coraz bardziej uciekają od tematu broni palnej, co prowadzi do sytuacji, w której większość chce z nią mieć jak najmniej do czynienia, albo całkowicie się od niej odcina, zaś niektórzy z nas – mniejszość idąca w miliony – fetyszyzują broń, czyniąc z niej symbol wolności Ameryki, podstawowe prawo przyznane wszystkim obywatelom przez twórców Konstytucji? Pięćdziesiąt lat temu, kiedy jako marynarz pływałem po wodach Zatoki Meksykańskiej, odpowiedziałbym, że to zależy od miejsca twojego urodzenia, od tego, jak cię wychowano i jakie były wobec ciebie oczekiwania twojej rodziny i twojej społeczności.

Gdybym dorastał na rolniczych obszarach Luizjany tak jak mój kolega Billy, to zapewne polowania byłyby dla mnie czymś powszednim, a że urodziłem się gdzie indziej, wychowano mnie inaczej, bo nie oczekiwano ode mnie, żebym nauczył się, jak strzelać do zwierząt. Polityka nie miała z tym nic wspólnego – ani w moim przypadku, ani Billy’ego – choć pamiętajmy, że mówimy o roku 1970, największym natężeniu wojny w Wietnamie, która głęboko podzieliła wtedy Amerykę, podobnie jak ma to miejsce dzisiaj. Lecz nawet w czasie tamtych masowych demonstracji antywojennych, buntów w miastach, ogólnego chaosu i zamachów na naszych czołowych przywódców (Johna F. Kennedy’ego, Malcolma X, Martina Luthera Kinga, Roberta F. Kennedy’ego) posiadania broni palnej nie zaliczono do najpilniejszych kwestii politycznych, mimo że krótka broń i zaawansowane karabiny maszynowe stanowiły narzędzia, które te zabójstwa umożliwiły.

Posiadanie broni jako obowiązek

Logicznie byłoby zająć się teraz coraz bardziej ugruntowaną pozycją NRA (National Rifle Association), przywołać drugą poprawkę do Konstytucji i ruch mający na celu ograniczenie prawa posiadania broni, a także przeanalizować różne stanowiska zajmowane w tych kwestiach przez obie strony. Tylko że wszystkie te argumenty i kontrargumenty można dziś traktować jak zgrane frazesy, gdyż co bardziej istotne, ten potężny problem, z jakim mierzymy się jako kraj, raczej nie zostanie rozwiązany poprzez nałożenie nowych praw czy unieważnienie dawnych lub przeforsowanie w Kongresie nowatorskich środków bezpieczeństwa.

Stopniowe wprowadzanie odpowiednich ustaw mogłoby w pewnym stopniu ograniczyć szkody, lecz nigdy nie rozwiązałoby problemu w pełni. Zważywszy, że zawiódł nas zdrowy rozsądek i nie stawiliśmy czoła przemocy z bronią palną jako zagrożeniu zdrowia publicznego, jak to się stało w przypadku kraks samochodowych, palenia tytoniu, azbestu, puszek po aerozolach i niezliczonych szkodliwych skutków współczesnego życia. Nie potrafię sobie wyobrazić, żebyśmy lepiej sobie poradzili poza Kongresem, szukając rozstrzygnięcia tej kwestii w sądach jako ostatecznej instancji, która wskazałaby nam, co nam wolno, a co jest zabronione. Jedna strona wygra, druga straci i w tym momencie wygrani będą cieszyć się zwycięstwem, przegrani zaś zaczną podnosić wrzawę, że oto dokonała się gigantyczna niesprawiedliwość, i wszyscy ponownie znajdziemy się w punkcie wyjścia.

Aby pojąć, jak doszliśmy do obecnego stanu rzeczy, musimy cofnąć się do początków, do czasów, zanim powstały Stany Zjednoczone, zaś Ameryka była niczym innym, jak zbiorem słabo zaludnionych osad białych przybyszy rozproszonych pomiędzy 13 placówkami Imperium Brytyjskiego. Nasza kolonijna prehistoria trwała 180 lat i cały ten burzliwy, chaotyczny czas, w którym kształtowała się nasza przyszłość, był jednym niekończącym się konfliktem zbrojnym.

Z tego samego powodu, co inne europejskie królestwa, które nie miały najmniejszych wyrzutów sumienia w podbijaniu i podporządkowywaniu sobie rdzennej ludności w krajach zamorskich (Hiszpania, Portugalia, Francja, Holandia), amerykańscy koloniści angielskiego pochodzenia nabrali przekonania, że mają nadane przez Boga prawo, aby zaludnić dzikie obszary Nowego Świata. Zdążyli go nawet nazwać swoim domem, mimo że oznaczało to wygnanie ludzi zajmujących te ziemie – a zajmowali je tysiące lat przed przybyciem Anglików. Nie muszę komentować reakcji Indian na agresywną, bezwzględną postawę nowych sąsiadów ani cytować ponurej listy wojen między lokalnymi plemionami a kolonistami toczących się w XVII i XVIII w., które sprowadzały się do niezliczonych ataków na indiańskie wioski, a w konsekwencji do masakr – usprawiedliwianych rzezi wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci zakończonych spaleniem ich chat, tak że zostawały po nich tylko zgliszcza.

Aby móc skutecznie przeprowadzać zbrojne napaści, koloniści powołali oddziały milicji składające się ze wszystkich sprawnych mężczyzn, którzy ukończyli 16 lat. Każdy z nich nie tylko musiał na własny koszt zaopatrzyć się w muszkiet – co czyniło posiadanie broni czymś więcej niż prawem, bo dodatkowo jeszcze obowiązkiem i powinnością obywatelską – ale również zmuszony był służyć w milicji, póki mógł stać o własnych siłach i nosić broń. To oznaczało, że bez względu na to, czy ktoś był kupcem bławatnym, farmerem lub diakonem w kościele, równocześnie, czy chciał, czy nie, miał być zawodowym żołnierzem. Koloniści uważali, że żyją w stałym niebezpieczeństwie, więc jeśli wszyscy nie zjednoczą się w obronie przed wspólnym wrogiem, przyszłość ich siedzib i miast, a nawet byt będą zagrożone w Nowym Jeruzalem, które w swoim pojęciu tworzyli.

Strach połączył się z przemocą, a kule stały się bronią pierwszego wyboru. Ów związek wybija się na pierwszy plan w każdym rozdziale naszej historii i nadal stanowi istotne zjawisko w życiu współczesnej Ameryki.

Inny amerykański fenomen z początków XVII w., czyli niewolnictwo, odrażające zjawisko o jeszcze dziś widocznych skutkach, które istniało w epoce kolonizacji, przetrwało założenie Republiki i ostatecznie podzieliło kraj na mnóstwo sposobów. Nadal nas dzieli 400 lat po tym, gdy Anglicy narzucili nowy system ekonomiczny oparty na bezpłatnej pracy wykonywanej przez porwane, zniewolone istoty ludzkie w 13 koloniach i na wyspach karaibskich pozostających pod panowaniem brytyjskim. O ile wiem, historia nie odnotowuje żadnego sprzeciwu ze strony osadników, którzy wyczuli szansę na zysk z tego potwornego usprawnienia. Kiedy w latach 70. XVII w. biali handlarze niewolników z Barbadosu zaczęli przybywać do Karoliny Południowej, przynieśli własne, ukształtowane już metody zarządzania procederem niewolnictwa.

Wśród nich stworzenie milicji znanej jako patrole kontrolujące niewolników, wchłonięte potem przez szersze oddziały milicji przeznaczone do zwalczania i eksterminacji Indian i upoważnione do nadzorowania przepisów, na mocy których m.in. wszyscy niewolnicy wykonujący polecenia swoich panów byli zobowiązani do okazywania przepustki każdej napotkanej na drodze białej osobie chętnej do sprawdzenia dokumentu. W dodatku jeszcze aby umacniać system ekonomiczny oparty na darmowej pracy, milicja miała wolną rękę w organizowaniu obław na zbiegłych niewolników. Taki był początek wielowiekowej tradycji polowań na desperackich czarnych mężczyzn przedzierających się przez bagna, ściganych przez stada ujadających psów myśliwskich wyszkolonych wyłącznie do tropienia zbiegłych niewolników, których po schwytaniu poddawano karze chłosty, aż spływali krwią, a potem wleczono z powrotem do właścicieli. W rezultacie patrole kontrolujące niewolników stanowiły pierwszą policję w Ameryce i aż do wojny secesyjnej funkcjonowały na Południu jak swego rodzaju gestapo.

Spokojny Dziki Zachód

Mimo wszystko ten skompromitowany kraj zdołał wydać Konstytucję i w ten sposób ustanowić obowiązujące do dziś zasady rządzenia – elastyczny dokument, w którym „celem utworzenia doskonalszej Unii” wprowadzono wiele istotnych zmian od jego podpisania w roku 1787. Według dzisiejszej terminologii Karta praw, która wtedy dotyczyła głównie wolności osobistej i ochrony jednostki, została dodana do oryginalnego tekstu, aby zdobyć poparcie stanów i w ten sposób zapewnić jego zatwierdzenie.

To z kolei prowadzi nas do drugiej poprawki, do dwuznacznie sformułowanego zdania z dziwaczną interpunkcją spokojnie tkwiącego na pierwszej stronie dokumentu i niemal całkowicie ignorowanego przez całe lata naszej historii, aż do chwili, gdy przestano je ignorować, by nagle, z dnia na dzień, stało się najbardziej spornym elementem debaty o posiadaniu broni, która przez ostatnie półwiecze dzieli nasz kraj: „Nie wolno ograniczać praw ludu do posiadania i noszenia broni, gdyż bezpieczeństwo wolnego stanu wymaga dobrze wyszkolonej milicji” (tłum. A. Pułło).

W powodzi argumentów i kontrargumentów wylano morze atramentu, dociekając znaczenia powyższych słów.

Wolni od niedawna Amerykanie nade wszystko obawiali się, że rząd federalny powoła stałą armię narodową – regularne wojsko stworzone z zawodowych żołnierzy – postrzeganą jako narzędzie tyranii, represyjną siłę typową dla władzy monarszej, jaką dopiero co pokonali w postaci sił Imperium Brytyjskiego. W rezultacie oddziały kolonijnej milicji zostały przemianowane na milicję państwową i zgodnie z Konstytucją (artykuł I, ustęp 8, paragrafy 15 i 16) będzie ona powoływana „w celu wykonywania praw Unii, tłumienia powstań i odpierania najazdów”, jak również by zachować kontrolę „powoływania oficerów i władzę szkolenia milicji”, nawet gdy służy ona w interesie Unii. Innymi słowy w tamtych czasach, gdy rząd federalny uznał posiadanie wojska za konieczne, z szeregów milicji miały być tworzone oddziały i spośród nich powoływani oficerowie.

W świetle tych dwóch paragrafów, które bez wątpienia uznają istnienie milicji wraz z jej prawem do dalszej egzystencji, wydaje się dziwne, a przynajmniej zbędne, że w drugiej poprawce jej twórcy powrócili do kwestii milicji, co miało jedynie zapewnić, że ludzie – rodzaju męskiego – mają prawo wstępowania do niej. Oczywiście nie wszyscy się z tym zgadzają, twierdząc, że poprawka przyznaje indywidualnym osobom prawo posiadania broni, jednak w historii języka angielskiego nie istnieje przypadek, aby fraza „noszenie broni” odnosiła się do czegokolwiek poza zorganizowanymi siłami zbrojnymi. Człowiek, który wychodzi do lasu na polowanie na jelenie, nie „nosi broni”, ani nie robi tego kobieta, strzelając do tarczy na strzelnicy. Broń noszą jedynie żołnierze i w paru przypadkach, kiedy sprawa ta trafiała do Sądu Najwyższego, wymiar sprawiedliwości zawsze wydawał wyrok na korzyść interpretacji tego tekstu w kontekście militarnym. Potem nadszedł rok 2008 i decyzja w przypadku sprawy Hellera przeciwko Dystryktowi Kolumbii, kiedy Sąd Najwyższy stosunkiem głosów pięciu do czterech odwrócił historyczny precedens i rozszerzył interpretację owej poprawki, orzekając, że „prawo do posiadania i noszenia broni” w rzeczywistości odnosi się również do jednostki.

Niemniej jednak, jak w opinii większościowej podkreśla sędzia Antonin Scalia, „prawo zabezpieczone drugą poprawką nie jest nieograniczone” i „naszym zdaniem nie podlega takiej interpretacji, która mogłaby podawać w wątpliwość długoterminowy zakaz posiadania broni palnej przez przestępców i chorych umysłowo czy też prawo zakazujące noszenie broni palnej we wrażliwych miejscach takich jak szkoły i budynki rządowe lub pozwalałaby na łamanie praw określających warunki i zastrzeżenia co do komercyjnego handlu bronią”. Zwycięstwo lobby zbrojeniowego – tak, lecz nie do końca, a to przenosi nas dokładnie tam, gdzie byliśmy przed rozstrzygnięciem całej sprawy, i jak sądzę, dowodzi, że głupotą byłaby wiara w rozstrzygnięcie takich przypadków przez sądy.

Prawo o posiadaniu broni czy też „zakazy tyczące się posiadania broni palnej” (by użyć sformułowania Scalii) od XVII w. są wpisane w amerykańską rzeczywistość, biorąc pod uwagę, że rządy kolonialne, państwowe i lokalne wprowadziły tysiące ustaw i rozporządzeń nakładających restrykcje dotyczące noszenia broni na widoku publicznym i grożenie nią (New Jersey 1686, gdyż takie zachowanie wywoływało „wielki strach i kłótnie”), na ukryte noszenie broni (Kentucky 1813), wprowadziły zakaz posiadania broni o skróconej lufie, tłumików i karabinów maszynowych (Zachodnia Wirginia 1925, do której dołączyło 27 kolejnych stanów), jak również broni samopowtarzalnej (dziesięć stanów w latach 20. i 30. XX w.).

Kolejne ustawy zakazywały pojedynków, zabraniały posiadania broni przestępcom, wprowadziły pozwolenia na broń dla myśliwych i ograniczyły polowania do określonych tygodni w roku, wymagały pozwolenia na posiadanie krótkiej broni palnej (Nowojorska Ustawa Sullivana 1911), wprowadzały obowiązek licencji dla handlarzy bronią (New Hampshire 1917), nakładały podatki na broń (Georgia 1866; Missisipi 1867), nakazywały właścicielom rejestrację każdego typu posiadanej broni (Montana 1918) oraz niemal w każdym stanie w całym kraju czyniły nielegalnym wypalanie z broni w miejscu publicznym, w szkole, kościele, domu, pociągu i w każdym miejscu w pobliżu drogi lub mostu.

Powróćmy do lat 70. XIX w. i przekonajmy się, że logika zakazów z tamtych czasów nigdzie nie była tak skuteczna jak na telewizyjnym bezprawnym Dzikim Zachodzie z mojego dzieciństwa, który okazuje się niczym innym jak mitem wykreowanym przez autorów powieści brukowych i niesamowicie popularne widowisko znane jako Dziki Zachód Buffalo Billa przez dekady pokazywane w całym kraju i rozpowszechniające te same karykaturalne postaci niesamowicie brutalnych rewolwerowców wykorzystane później przez niemal cały XX w. w kinie i telewizji, gdy tak naprawdę legendarne miasta takie jak Dodge City, Tombstone i Deadwood, rzekome mateczniki rozgrywanych pojedynków rewolwerowych, strzelanin zwalczających się gangów toczących się na głównej ulicy miasta i krwawych burd z użyciem broni palnej w saloonach, gdzie każdy pokerzysta oszukiwał przy rozdawaniu kart, były w dużej mierze wolne od niemal nieustannej przemocy pokazywanej w klasycznych westernach. Jak w swojej książce Gunfight pisze Adam Winkler, pomiędzy rokiem 1877 a 1886 w Dodge City odnotowano 15 zabójstw (1,5 na rok); w roku 1881, według zapisów najbardziej niebezpiecznym w dziejach Tombstone, zginęło pięć osób (trzy z nich w strzelaninie w O.K. Corral); zaś w analogicznym okresie w Deadwood życie straciły cztery osoby.

Powodem tak zaskakująco niskiej liczby zastrzelonych było wprowadzenie ścisłych przepisów o posiadaniu broni. Mężczyźni mogli nosić broń w terenie, lecz przybywszy do miasta, byli zmuszeni ją oddać i pozostać rozbrojeni aż do opuszczenia jego granic. Wokół Wichity rozmieszczono znaki o treści: „Zostawcie swoje pistolety na posterunku policji i odbierzcie pokwitowanie”. W okrytym złą sławą Dodge City znaki informowały: „Noszenie broni palnej surowo wzbronione”. W interesie dobra wspólnego tamtejsze samorządy terytorialne wydały rozporządzenia mające na celu ochronę ludności przed krzywdą cielesną i zapobieganie kryzysom zdrowotnym, by zmusić władze miasta do uporania się ze stale piętrzącymi się martwymi i/lub podziurawionymi kulami ciałami. Jak W. Eugene Hollon zauważa w swoim opracowaniu Frontier Violence, Stary Zachód „był o wiele bardziej cywilizowanym, bezpieczniejszym i spokojniejszym miejscem niż dzisiejsze społeczeństwo amerykańskie”.

Prohibicja na broń?

Pierwszym rozporządzeniem rządu federalnego dotyczącym prawa o posiadaniu broni była Ustawa o broni palnej (National Firearms Act) z 1934 r., która nałożyła tak wysoki podatek i tak uciążliwe warunki dotyczące kupna i sprzedaży karabinów maszynowych, że owa śmiercionośna wojskowa broń została skutecznie zakazana. Coraz powszechniejsze posiadanie broni maszynowej było bezpośrednim skutkiem wzrostu przestępczości zorganizowanej i gangsterstwa w latach 20. XX w., natomiast głównym powodem owego wzrostu była kolejna poprawka do Konstytucji, osiemnasta, która wprowadziła zakaz sprzedaży napojów alkoholowych i zapoczątkowała postawione na głowie, pełne zamętu lata prohibicji.

Nie wszystkie motywy stojące za wdrożeniem poprawki były nieracjonalne (plaga alkoholizmu bezsprzecznie niszczyła życie ludzkie i zrujnowała wiele rodzin), lecz większość osób, które spożywały alkohol, nie była alkoholikami, zaś przez wiele stuleci od daru Dionizosa dla świata w postaci cudu wina ów umiarkowanie toksyczny napój alkoholowy dla milionów ludzi stał się integralną częścią życia codziennego jako dodatek do posiłków, ułatwienie zawierania relacji towarzyskich, jako kojący balsam dla wyczerpanych, niespokojnych dusz, a także miał swój udział w pożądaniu jako afrodyzjak. Na początku XX w., gdy konsumpcja wina i piwa oraz innych mocnych alkoholi znacznie wzrosła w niemal wszystkich kulturach, Amerykanie oburzyli się na restrykcje, które na nich nałożono, i odmówili przestrzegania prawa.

Doprowadziło to do katastrofy na skalę krajową, gdyż osiemnasta poprawka nie tylko nie powstrzymała Amerykanów od picia, lecz w przewrotny sposób przyniosła skutek przeciwny do zamierzonego, powodując spożycie większych ilości napojów wyskokowych, a to pociągnęło za sobą powstanie całej armii przemytników i rozwój niezwykle intratnego nielegalnego handlu alkoholem, stało się przyczyną niezliczonych wypadków śmiertelnych i utraty wzroku od tzw. ginu z wanny czy spreparowanego domowym sposobem spirytusu drzewnego oraz rozpętało tak brutalne wojny o wpływy pomiędzy handlarzami alkoholem, że przestępcy tacy jak Al Capone, Lucky Luciano, Meyer Lansky i Bugs Moran stali się gwiazdami na skalę krajową. Stąd wprowadzony w 1934 r. zakaz posiadania broni maszynowej, dokładnie w rok po wdrożeniu dwudziestej pierwszej poprawki, która uchyliła osiemnastą poprawkę i położyła kres prohibicji, lecz niestety nie zlikwidowała przestępczości zorganizowanej – ta ma się dobrze także w następnym stuleciu i wciąż stanowi podręcznikowy wzorzec prawa o niezamierzonych konsekwencjach.

Przywołuję prohibicję jako przykład czegoś, czego nie należy robić w obliczu narodowego kryzysu. Chociaż bardzo chciałbym rozwiązać problem przemocy z użyciem broni i z ulgą przyjąć zakaz produkcji i handlu jej wszystkimi rodzajami, posiadacze broni w tym kraju za tym się nie opowiedzą i taki zakaz nie stanie się bardziej skuteczny niż ten nałożony na alkohol w 1919 r., gdyż podobnie jak większość ludzi pijących alkohol nie zostało alkoholikami, tak ogromna większość posiadających broń nie ma żadnych intencji, aby użyć jej w celu skrzywdzenia czy zabicia kogokolwiek. Jednak nawet gdyby takie zakazy wcielono w życie, wciąż nie osiągnięto by niczego. Mając na uwadze już prawie 400 mln sztuk broni krążącej pośród nas i dalszy jej napływ dzięki nowym sposobom wytwarzania jej chałupniczo (drukarki 3D i zestawy do samodzielnego złożenia broni widmo), osoba zdeterminowana, by mieć broń, nie będzie miała większego problemu z jej zdobyciem.

Nawet w moim mieście – w Nowym Jorku – gdzie nadal obowiązuje Ustawa Sullivana i wszyscy właściciele broni muszą wykazać się pozwoleniem na jej posiadanie, prawo można łatwo obejść i broń przemycaną przez nielegalnych handlarzy ze stanów o mniej restrykcyjnych przepisach takich jak Karolina Południowa i Wirginia można nabyć na ulicy za cenę pomiędzy 300 a 1000 dolarów.

I załóżmy hipotetycznie – aby doprowadzić argumentację do poziomu najwyższego absurdu – że na jedną godzinę zostałem powołany na najwyższego władcę Stanów Zjednoczonych i stanąłem na szczycie góry, by ogłosić wszem wobec swoją jedną jedyną ustawę sprowadzającą się do odkupienia każdej sztuki broni w kraju za pięciokrotnie wyższą stawkę od obowiązującej, aby przetopić ją na sprzęt rolniczy, moje słowa odebrano by jako wypowiedzenie wojny. Nie zdążyłbym zejść z tej góry, a już zostałbym po tysiąckroć pozbawiony życia, zaś moje ciało przypominałoby kawałek sera szwajcarskiego.

Nie, zapomnijcie o całkowitych zakazach i drakońskich środkach służących osiągnięciu pokoju na polu bitwy. Pokój nastąpi tylko wtedy, gdy będą tego chciały obie strony, i aby to zaistniało, musielibyśmy zacząć od przeprowadzenia uczciwej, bolesnej analizy stwierdzającej, kim jesteśmy i kim chcemy być jako ludzie zmierzający ku przyszłości, analizy, którą trzeba by rozpocząć od rzetelnego, bolesnego badania ukazującego, kim byliśmy w przeszłości. Czy jesteśmy gotowi na tak długo odkładany w narodzie moment prawdy i pojednania? Być może nie dziś. Lecz jeśli nie dziś, to kiedy?

Tłumaczyła Maria Makuch

Fragment książki Bloodbath Nation, która ukaże się w przyszłym roku nakładem Znaku. Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji

Artykuł pojawił się w numerze: O czym śni Ameryka?