Subskrybuj
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.

Utopia

Utopia jest człowiekowi niezbędna jako cel nigdy nie realizowalny, marzenie i obietnica. Dlatego nawet w czasach tak antyutopijnych jak dziś, w świecie, który jeszcze nie podniósł się z ruin po wieży Babel, utopia wciska się wszędzie tam, gdzie jest obecny ludzki strach i ludzka nadzieja.

Na pewno żyjemy w czasach antyutopii. Po straszliwych doświadczeniach XX-wieku nie mamy już chyba ochoty dalej majstrować przy przyszłości, bo na własnej skórze poznaliśmy, do jakich nieszczęść prowadzą lekkomyślne eksperymenty. A jednocześnie wiemy – jak nigdy dotąd w dziejach – że możliwości ludzkie są ograniczone, a zasoby bliskie wyczerpania. Dlatego wyobraźnia śpi, a kiedy się obudzi, jest przeganiana do sfery prywatnej. Od spraw zbiorowych jej wara; nie damy się nabrać na kolejną wersję „nowego wspaniałego świata”, gdzie wkrótce zobaczylibyśmy drugą stronę bramy ozdobionej napisem „Arbeit Macht Frei”, a w najkorzystniejszym razie nadzorowany przez tajniaków niedobór i nudę. Nie marzymy już o lepszej przyszłości ani – tym bardziej – o idealnym ustroju. Przyszłość będzie mniej więcej taka jak teraźniejszość, oby nie była gorsza. Na pewno komputery będą szybsze, telefony komórkowe jeszcze zabawniejsze, a samochody wygodniejsze, ale wzbraniamy się pomyśleć o tym, czy nasze życie mogłoby być lepsze? Owszem, człowiek nie potrafi żyć bez marzeń, marzymy więc o forsie, podróżach, eleganckim samochodzie, pięknym domu, ciele ponętnym i sprawnym, bo udoskonalonym przez chirurga plastycznego albo innego szarlatana. Dzisiejsze utopie są płaskie i narcystyczne, marzenia limitowane. Lepszą przyszłość proponuje nam najwyżej reklama pod warunkiem natychmiastowego zakupu polecanego przez nią produktu. Ideologia umarła, a politycy niczego już od dawna nie proponują, nigdzie nie wiodą. Są zresztą – jak to w demokracji – przeciętniakami, a nie przywódcami. Ich polityka sprowadza się do telewizyjnych gestów, kosmetycznych korekt i unikania prawdziwych zmian.

WYGODNE  SZARAWARY 

Ale przecież rozmaicie nazywana – zawsze z nadzieją opisywana – wyspa Utopia towarzyszyła ludziom dużo wcześniej nim u zarania czasów nowożytnych nadał jej kształt Tomasz Morus. W starożytności umieszczano ją w zamierzchłym „złotym wieku”, kiedy ludzie byli równi bogom, a przynajmniej mocniejsi, piękniejsi i lepsi niż dzisiaj. Ale do tych czasów doskonałości, obfitości i pokoju nie ma już powrotu, podobnie jak w przypadku chrześcijan do raju: zgrzeszyliśmy, okazaliśmy się niegodni i stąd skazani na dzisiejszą niedolę. Tamte społeczeństwa żyły w niezmiennym kształcie; proponowanie czegoś innego było tylko burzycielską herezją. Nadzieja mogła być lokalizowana jedynie w życiu przyszłym, nie na tym świecie,chociaż starogrecki Hades czy żydowski Szeol nie wydają się miejscami zachęcającymi. Od dawien dawna projektowano wprawdzie lepsze urządzenie życia publicznego i oddanie władzy we właściwe ręce – dość przypomnieć Państwo Platona czy św. Augustyna O Państwie Bożym – ale dopiero kres średniowiecza rozbudził nieśmiałą zrazu nadzieję, że lepsze i sensowniejsze życie na tym padole jest jednak możliwe. Właściwie prekursorem utopii nowożytnej jest Francis Bacon ze swoją Nową Atlantydą wydaną ponad sto lat po Utopii Morusa. Także jest zlokalizowana na odległej i odciętej od świata wyspie, ale u Bacona – tak jak u utopistów dużo późniejszych – siłą motoryczną, dzięki której ludzie kształtują i rozwijają swój postulowany raj, jest nauka. Tomasz Morus w XVI wieku jeszcze czerpie wzory od Platona czy św. Augustyna, Bacon w XVII wieku już z laboratoriów uczonych, choć rewolucja przemysłowa miała dopiero nadejść za następnych z górą sto lat.

Dotąd można było mówić o „utopii miejsca”; natchnieni fantaści lokalizowali swą idealną społeczność na odległej wyspie, gdzie z woli Bożej lub nadania mądrego prawodawcy ludzie żyją sensowniej i pełniej. Jeszcze nasz Ignacy Krasicki z Mikołaja Doświadczyńskiego Przypadkami należy do tego samego rodu. Izolacja od świata była warunkiem przetrwania takiej oazy szczęśliwości: utopia miejsca nie była mesjańska, nie usiłowała świata zbawiać, najwyżej trochę go pouczyć przez uchylenie rąbka mądrości chociażby przed poczciwym Mikołajem. Ale już u Bacona, gdzie uczeni są nazwani bohaterami, gdzie dzięki nim rośliny (przewidział modyfikację genetyczną?) są większe i rodzą obficiej, utopia odkrywa swą uwodzicielską moc: dzięki nauce każdy może znaleźć się w raju, a przynajmniej w jego pobliżu! „Sapere aude!” – jak pisał jeszcze Horacy – miej odwagę posługiwania się własnym rozumem. Tędy i tylko tędy prowadzi droga do samozbawienia ludzkości.

Tak w czasach Oświecenia utopia miejsca zmienia się stopniowo w „utopię czasu”. Idealne społeczeństwo może zaistnieć nie tylko na izolowanej wyspie, ale stopniowo objąć świat cały; dzięki wyzwolonemu rozumowi – jak u Kanta – ludzie nauczą się żyć w wiecznym pokoju, albo dzięki poznaniu sensu Historii jak u Marksa zbudują komunistyczne społeczeństwo bezklasowe. Tu już następuje „utopizacja dziejów”: nie są one teraz przypadkowym ciągiem bitew, dynastycznych kombinacji i kaprysów władców, ale zmierzają do swego zwieńczenia, gdzie osiągniemy powszechną szczęśliwość i wyplenimy zło. Historia uzyskała sens i ideologiczne zwieńczenie. Trzeba tylko jeszcze trochę wysiłku pod mądrym i dalej patrzącym w przyszłość kierownictwem, a jak ktoś się leni albo wątpi, to należy go perswazją lub siłą zmusić do współudziału w zbiorowych dokonaniach.

Wiek XIX jest złotym stuleciem utopii. Wciąż jeszcze mamy relikty staroświeckiej utopii miejsca, mnóstwo zwykle nieudanych prób jej zbudowania w izolacji do wrogiego i zepsutego świata. Na nowym kontynencie poszukiwały swej oazy społeczności purytanów czy menonitów, potem usiłowano tworzyć w różnych miejscach utopijne gminy socjalistyczne, w XX-tym stuleciu wysypały się komuny hipisowskie. Wszystko to szybko upadało albo rozpływało się w otoczeniu. Od opisów organizacji i funkcjonowania tych idealnych w zamyśle światów aż się roi: w jednym z nich, już nie pamiętam czyjego autorstwa, znalazłem nawet przepis kroju „wygodnych szarawarów”, w których mieli pracować mieszkańcy tak szczegółowo zaprojektowanego raju. Ale coraz wyraźniej nad utopią miejsca zyskuje przewagę scjentyczna utopia czasu, zwłaszcza gdy sięgnęła po powierzchownie rozumiane nauki społeczne i przez nie wsparta uwierzyła we własny mesjanizm. Utopizacja dziejów swój złowrogi szczyt osiągnęła w leninowskim komunizmie (Stalin to tylko jego owoc) i w różnych odmianach utopii rasowej z nazizmem na czele. Co było dalej, wiemy aż nadto dobrze i na własnej skórze.

Chrześcijanin mógłby powiedzieć, że dzieje utopii czasu, to kara Boża za bluźnierczą złudę samozbawienia. Albo inaczej: metaforą późniejszych dziejów niszczycielskiej utopii jest biblijna wieża Babel. Tylko że utopie u władzy upadały znacznie bardziej dramatycznie i krwawo, niż ta jedna budowla, cóż z tego że niebotyczna? Dziś – tutaj w Europie Środkowej – wszyscy żyjemy na jej gruzach.

NA  RUINACH  WIEŻY  BABEL Czy dziś w świecie XXI wieku – tak okrutnie doświadczonym, aż do bólu pragmatycznym i antyutopijnym – rzeczywiście nie ma miejsca na żadną utopię? Zarówno na doszczętnie ośmieszoną przez te „wygodne szarawary” utopię miejsca, jak i na usiłującą wydestylować jakiś sens dziejów utopię czasu? Czy w ogóle można żyć bez utopii? „Człowiek zawsze musi zaprząc swój pług do jakiejś gwiazdy” – napisał pięknie Ralph Waldo Emerson, pierwszy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Milczenie świata. Mass media wobec ludobójstwa