Subskrybuj
Roman Bielecki OP fot. Maksymilian Rigamonti/Forum
Roman Bielecki OP fot. Maksymilian Rigamonti/Forum
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Noszę ość w gardle

Chrześcijaństwo to nieustanna konfrontacja. Ciągłe i nowe pytania. Nie możesz znaleźć się w miejscu spokojnym, w którym czujesz, że zrobiłeś, zrozumiałeś już wszystko.

Kim jesteś bardziej – zakonnikiem czy księdzem?

Zakonnikiem jestem w sposobie życia, bo mieszkam w klasztorze z innymi braćmi. A księdzem jestem w działaniu: sprawuję sakramenty, udzielam się duszpastersko. Dominikanie nie są mnichami jak benedyktyni czy trapiści i co do zasady nie prowadzą życia wsobnego, ale zajmują się także posługą i pracą na zewnątrz. Taka konstrukcja wymyślona przez św. Dominika Guzmána ustawia nas trochę okrakiem na barykadzie życia i niesie napięcie. Kilkanaście lat temu obecny kard. Grzegorz Ryś prowadził rekolekcje przed moimi święceniami. Wtedy nam powiedział, że to, co wybraliśmy, jest szalenie trudne. Z jednej strony chcemy pogłębiać więź ze sobą we wspólnocie zakonnej i ten wybór ma być znakiem dla innych, a z drugiej strony chcemy być aktywni. Mówił, że to może być rozdzierające. Miał rację.

Jak to się w Twoim życiu przejawia?

Zakonność jest w stałym napięciu z pracą w miesięczniku „W drodze”. Z jednej strony jako redaktor naczelny mam obowiązki wynikające z umowy o pracę, biurowe godziny, które spędzam w redakcji, stały tryb wydawniczy, który nie pyta się o wakacje czy święta. Z drugiej jak każdy zakonnik mam śluby – ubóstwo, czystość i posłuszeństwo, które są moimi punktami odniesienia w wielu codziennych decyzjach.

Chwilami czuję się jak na łódce – raz przechyla się ona w jedną, a raz w drugą stronę. Bronię swojej tożsamości jako zakonnik, bo inaczej wyciągnąłbym sobie dywan spod nóg i byłbym po prostu dziennikarzem.

A ja jednak definiuję siebie przede wszystkim jako zakonnik. Taką wybrałem drogę.

Jak wygląda Twój dzień?

Praca redakcyjna jest mocno wciągającą. Lubię to, choć większość tego, co robię, to czynności dość nudne, żmudne, składające się z dużej liczby spraw administracyjnych, szukania pieniędzy, proszenia autorów o napisanie tekstów czy wymyślania kolejnych numerów. Pisanie jako takie to raczej rzadki przywilej. Praca jak każda inna angażuje, a także drenuje emocjonalnie, czasem zwyczajnie ogłupia. I bywa, że wytaczam się z redakcji, czując, że nic mi się nie chce. Potem jest druga zmiana, czyli spowiedzi, msze, kazania, porady, rozmowy duszpasterskie, kurs przedmałżeński. Dodajmy do tego konieczność szukania czasu na osobistą modlitwę, brewiarz i relacje z braćmi. Kończę dzień ok. godziny 20.00, a niekiedy później.

A do tego jesteś księdzem.

Co dzień odprawiam mszę, którą wyznacza mi jeden z braci odpowiedzialny za nasz liturgiczny grafik. On ma wgląd w kalendarz naszych obecności i wyjazdów, przyjęte do odprawienia intencje i klasztorne zobowiązania. Przy klasztorze dwudziestoosobowym, takim jak nasz w Poznaniu, jest to skomplikowana układanka.

Na mszy chciałbym powiedzieć choć kilka treściwych zdań w ramach kazania. Niech to będzie krótkie, ale sensowne. Co nie jest takie proste.

Nie wykrzeszę mądrości wyłącznie z samej lektury Ewangelii czy chwili rozmyślania. Potrzebuję kontekstów, obserwacji, refleksji.

A kazania są niedocenianą, często jedyną formą kontaktu duszpasterskiego z wiernymi. Poza tym naprawdę rozumiem ludzi, którzy mówią, że trudno im się modlić. Bo sam, choć mam do dyspozycji kaplicę, muszę się pilnować, żeby co dzień do niej pójść choć na pół godziny medytacji i milczenia.

Robisz to rano, wieczorem?

Różnie. To zależy, jak się układa dzień.

Jak się modlisz?

Czasem siedzę i medytuję w kaplicy godzinę, i nie wiem, po co tam jestem. Myśli pędzą i uciekają albo nawiedza mnie dojmująca pustka. A są takie chwile, kiedy od razu mam poczucie Obecności. Używam Ewangelii, czasami własnych słów. Choć z tym ostatnim mam czasem kłopot. Bo kiedy ktoś mówi mi, że woli modlić się własnymi słowami, to proponuję ćwiczenie – zapraszam, żeby zrobił to na głos i sprawdził, na jak długo tych słów wystarczy. I czasem się okazuje, że starczyło na 40 sek.

A to nie jest OK?

Rzecz w tym, że nam się tylko wydaje, że lepiej to zrobić po swojemu, i trochę kombinujemy. Rozumiem, bo też czasem nie wiem, co powiedzieć. Wtedy mówię Ojcze nasz. W pewnym momencie odkryłem, że to jest dla mnie kompletny tekst i że w nim jest wszystko. Wypowiedzenie tej modlitwy po dniu pełnym zmęczenia, stresu, wkurzenia i przejęcia, ma dużą siłę. I jest czymś więcej niż odklepywaniem. Modlę się więc różnie, ale ostatnio obserwuję, że ważniejsze staje się dla mnie to, by milczeć i słuchać.

Modlitwa jest zwracaniem się do Boga czy raczej byciem w rozważaniach? Zastanowiło mnie, że użyłeś słowa „medytacja”, a ono nie kojarzy się z katolicyzmem.

No tak, bo jak ktoś medytuje, to pewnie jest buddystą. Choć przecież w chrześcijaństwie jest taka forma modlitwy, którą nazwałbym refleksją nad słowem. Medytowanie to nic innego jak powtarzanie w myślach małego fragmentu Pisma po to, by zaczął samodzielnie funkcjonować niezależnie od nas.

Tak rozumiana medytacja musi jednak przekraczać nasze ja, sięgać po ja Boskie. Bez tego byłaby niepełna.

Na pewnym etapie rozważań, będąc ze sobą uczciwym, człowiek rozumie, że sam siebie za uszy nie wyciągnie, choćby bardzo chciał. Że potrzebuje pomocy z zewnątrz. Tak zdefiniowałbym wiarę.

Czyli mamy potrzebę modlitwy samodzielnej. Ale jak wspomniałeś, to nie jest łatwe. Sama mam takie doświadczenie, że wypowiadanie słów znanej modlitwy dobrze działa jako rusztowanie dla równolegle biegnących rozmyślań. Że odmawianie różańca jest mantryczne, daje strukturę, oparcie.

Takiego rozumienia różańca nauczyłem się dopiero, wstępując do zakonu. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że powtarzalność i monotonia tej modlitwy, pewien schemat, który w sobie zawiera, mogą być podstawą do myślenia, a nie powodem do narzekania. A tak przez lata myślałem.

Różaniec był – i chyba wciąż jest – modlitwą codzienną wielu starszych kobiet, np. na wsiach. To była taka codzienna czynność medytacyjna. Babcie mojego dzieciństwa nosiły różaniec w kieszonce fartucha i odmawiały go między obowiązkami albo w chwili odpoczynku. Może to jest właśnie dowód, że najbardziej potrzebujemy modlitwy zabranej do życia, tej osobistej.

Myślę, że mamy różne głody modlitwy i pragnienia kontaktu z Bogiem. I że różańcowa forma nie jest dla wszystkich. Nasze babcie miały do tego większy dryg, a pewnie do medytacji i lektury Ewangelii podchodziły nieco podejrzliwie.

Słowo „medytacja” brzmi duchowo ekscytująco ale to jest sprawa wymagająca.

Tego się trzeba uczyć, a następnie pilnować wewnętrznie, obserwować siebie i świadomie wykorzystywać nawet drobne momenty w ciągu dnia, by później móc w koncentrację wejść pełniej i głębiej. Na przykład jadąc pociągiem, nie muszę niczego słuchać albo czytać. Mogę gapić się w okno, dając sobie przestrzeń na nicnierobienie. Jadąc samochodem czy czekając w kolejce do lekarza, nie muszę z nikim rozmawiać, tylko mogę być w tym czasie ze swoimi myślami.

Proponujesz monotonię i stratę czasu.

Tak właśnie to odczytujemy – jako coś bezsensownego. A przecież w tych małych decyzjach przygotowujemy siebie i swój zabiegany umysł na potem, do półgodzinnej wieczornej medytacji. Do skupienia. To nie jest basen, do którego uda się wskoczyć bez ćwiczeń. Bez nich kuszące wyobrażenie medytowania zmieni się we frustrację, że o godz. 22.00, po ciężkim dniu, nie udało się wyciszyć. Zgoda, bo niełatwo przejść ze stanu ON do OFF.

Twoja propozycja gapienia się za okno w pociągu brzmi jak buddyjskie nauki o uważności.

Zgadza się. Problem pojawia się, jeśli duchowość zachodnią przenosi się na Wschód w spłyconej i zwulgaryzowanej formie. I tak samo dzieje się z systemami duchowymi Azji, gdy lądują u nas w postaci figurki śmiejącego się Buddy w salonie spa, albo chińskiego kotka Maneki-neko machającego łapką na witrynie sklepowej. W Chinach też można pokazać ludziom obrazek z Lichenia i powiedzieć „To jest chrześcijaństwo”. No trochę jest i trochę nie jest.

Dlaczego samodzielna modlitwa jest trudna?

Życie duchowe wymaga dyscypliny, a tej nie jesteśmy uczeni. Wiemy, że powinniśmy robić badania okresowe, chodzić regularnie do dentysty. A gdy chodzi o pielęgnację wnętrza, wydaje nam się, że ona zrobi się sama. Tak nie jest.

Życie duchowe ma wiele wspólnego z życiem miłości, takiej ze związku dwojga ludzi.

Są momenty, w których rozmawiamy ze sobą bardzo blisko i poważnie, pogłębiamy relację. Są takie, gdy oglądamy serial na Netfliksie, gdy idziemy na spacer, trzymając się za ręce, i takie, kiedy w pędzie podajemy sobie tylko talerz z zupą. Wszystko to są rozmaite gesty miłości. Ale jeśli ich zaniechamy, relacja się posypie. Życie duchowe nie jest bezobjawowe, też ma swoje wyraźne przejawy. Jeśli o nie dbamy, to jest widoczne w gestach, wyborach. Choćby w tych chwilach, w których zaciągam hamulec ręczny.

A w działaniu, wobec innych?

Mam taką nadzieję. Bo jeśli przekładać Ewangelię na praktykę, to liczy się nie tylko to, co otrzymaliśmy od Boga, ale także to, jak się tym dzielimy z innymi. Jezus mówi o odchodzeniu na miejsce osobne, o słuchaniu swojego serca. Lecz w zakończeniu Ewangelii według św. Mateusza, w scenie opisującej sąd ostateczny (Mt 25,31–46), mówi: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Jest to rozrachunek z działania, które bierze swój początek we wnętrzu.

To, co mówisz, przypomina mi rozmowę z hinduskim duchownym. On też zwracał uwagę, że choć jesteśmy przyzwyczajani do codziennego mycia zębów i kładzenia się do snu, to nikt nie uczy o potrzebie codziennego świadomego oddechu, medytacji. O higienie dla umysłu i ducha.

Dlatego korzystam z porównania do miłości. Może to brzmi boomersko, że ona wymaga starania, ale w parach najlepiej widać konsekwencje braków i zaniedbań. I nie mam na myśli tylko związków młodych, trwających dwa lata. Ale także te dojrzałe, partnerskie, pełne zrozumienia. One również, po trzech dekadach, mogą się rozsypać bez świadomej dbałości. W życiu duchowym też można dokonać dużego rozwoju, a potem go zaniedbać.

Widzę jeszcze jedno zagrożenie. Można zawędrować w dolinę narcyzmu. Skupienie na rozwoju duchowym nietrudno chyba pomylić ze skupieniem na zaimku „ja”?

Na tym się opiera niełatwe przesłanie chrześcijańskie. Ono docenia rozwój i jednostkę, a jednocześnie mówi: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa” (Łk 9,24); „Nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33). Te słowa Jezusa brzmią jak daleko­wschodnie koany. Wymagają radykalnej zmiany sposobu myślenia. Jak to zrobić, jak zastosować je w swoim życiu? „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5,44). Zrozumienie, że Ewangelia nie daje gotowych odpowiedzi, a jedynie inspiruje, to jest właśnie odkrycie dojrzałej wiary.

Czy chrześcijaństwo z taką propozycją wyrzeczenia się egoizmu, satysfakcji, nagród ma szanse? Żyjemy w kulturze indywidualizmu, szybkich gratyfikacji.

Chrześcijaństwo rozgrywa się w Polsce na dwóch poziomach – religijnym i kulturowym. Ten drugi, oparty na utartych schematach, nie ma przed sobą jasnej przyszłości. On już od jakiegoś czasu wielu osobom nie wystarcza, a pokolenie Z traktuje go często z obojętnością. To tak naprawdę jest największy problem, jaki stoi przed współczesnym chrześcijaństwem.

Bo paradoksalnie dopóki ktoś kwestionuje prawdy wiary, to jest to dowód na to, że one są dla niego ważne. Kiedy przestanie to robić, przejdzie na pozycję, w której to zwyczajnie nie będzie jego bajka.

Więc nawet kiedy ludzie mówią: „Po co Jezus umarł za nas na krzyżu?”, „Czy nie mógł tego zrobić inaczej?”, „Po co się spowiadać?”, to nie traktuję tych pytań jako podyktowanych złością albo buntem. Dla mnie to dowód na chęć świadomego przeżywania wiary. Jednocześnie obserwuję internetowe dyskusje w wirtualnym katoświecie i widzę, że wymiany o religijności są niesłychanie żarliwe czyli że religia dla jakiejś części ludzi ma duże znaczenie. Dostrzegam w tym poszukiwania pełnego chrześcijańskiego doświadczenia, a nie kolejnej formy dobrego życia. No i dobrze, bo chrześcijaństwo zawsze było kontrkulturowe.

Co masz na myśli?

Chrześcijaństwo to nieustanna konfrontacja. Ciągłe i nowe pytania. Nie możesz znaleźć się w miejscu spokojnym, w który czujesz, że zrobiłeś, zrozumiałeś już wszystko. Jesteś syty i masz wszystko ogarnięte. Chrześcijanin nosi ość w gardle.

Myślisz, że im bardziej świat konsumpcyjny wnika w nasze życia, tym większa jest potrzeba duchowości? Bo to brzmi dobrze, ale może materia jednak triumfuje?

Głodu duchowego jestem pewien. Spotykam mnóstwo ludzi, którym real już się przejadł. Niby jest wszystko, a nic nie ma smaku. Co wtedy pozostaje? Po co żyjemy? Większości z nas nie wystarcza zabezpieczanie potrzeb i komfortu. Dlatego powszechne zmęczenie światem jest OK, upatruję w nim siły i szansy.

Niedawno zmarł David Lynch, a jego kino było mi bardzo bliskie, bo opowiadało o pewnym napięciu, o konieczności opowiedzenia się wobec rzeczywistości.

Najbardziej łatwostrawny z jego filmów, Prosta historia, jest o facecie, który jedzie blisko 400 km na spotkanie z bratem. Jedzie na kosiarce i nie chce być podwieziony, chce to zrobić po swojemu. Patrzysz, a łzy same lecą. Bo w prostocie odsłania się to, czego naprawdę chcemy. I to, że na koniec dnia nie liczy się żaden milion lajków.

Ideał ubóstwa to jedna z ważnych myśli w chrześcijaństwie. Ale co wynika z tego, że jako zakonnik masz mniej i mieszkasz w klasztornej celi?

Ubóstwo nie działa automatycznie. Myliłby się ten, kto by zakładał, że narzucenie ubóstwa spowoduje, że wszyscy odkryją miłość i wiarę i będą lepiej żyli. W Imieniu róży Umberto Eco ukazuje czternastowieczny Kościół właśnie w chwili rozważań nad wprowadzeniem powszechnego nakazu ubóstwa. Trwają dyskusje o tym, czy wzorem Chrystusa żyjącego z jałmużny papież ma wprowadzić taką zasadę życia. W powieści dylemat nie zostaje rozwiązany, ale w rzeczywistości tę ścieżkę Kościół odrzucił. Bo ubóstwo ma sens tylko wtedy, jeśli czemuś służy. Moje samoograniczenie może być źródłem złości, zazdrości, agresji wobec innych. A może być źródłem wdzięczności, bodźcem do zobaczenia siebie w słabościach i ograniczeniach.

Jak to działa u Ciebie?

Tak jak inni bracia, żyję z jałmużny. W klasztorze w Poznaniu nie mamy innych dochodów poza tymi, które wierni dają nam na tacę. Poza tym część z nas pracuje na etatach – w szpitalu, na uczelni, w wydawnictwie, a zarobione pieniądze przekazuje się do wspólnej kasy. Są jeszcze emerytury i pieniądze zarobione w trakcie rekolekcji. Łazienkę dzielimy wspólnie, podobnie kuchnię czy samochody. Dajemy sobie radę.

Czyli carsharing. A posiadasz coś na własność?

Wszystkie moje rzeczy osobiste, w tym książki, po mojej śmierci zostaną przekazane zakonowi. Testament podpisałem przed złożeniem ślubów wieczystych. Zresztą nie sposób zgromadzić zbyt wiele na kilkunastu metrach kwadratowych, razem z łóżkiem i umywalką.

Każdy z braci dysponuje jakimiś niedużymi pieniędzmi. Większe wydatki, takie jak komputer czy podróż, konsultuję z przeorem.

Ubóstwo przedmiotów nie jest wielkim wyzwaniem. Dużo bardziej brakuje relacji, bliskości, także tej fizycznej i seksualnej, a z czasem – rodzinnej. Gdy dzieci mojego brata mówią do niego „tato”, czuję to wyraźnie.

Co dobrego wynika z Twoich wyrzeczeń?

Jestem bardziej dyspozycyjny dla ludzi, którzy potrzebują posługi duchowej. Można by to moje życie zmienić w wygodne życie singla, tylko nie po to przyszedłem do zakonu. Muszę sobie nieustannie przypominać o wdzięczności – za to, co mam – i o celu, dla którego tu jestem. Mam dach nad głową, posiłki, towarzystwo braci, pracę, poczucie miejsca w świecie. To są powody do dziękowania. Bez tego rósłbym w roszczeniowości. A ubóstwo uczy mnie wolności wewnętrznej. Rzeczy albo są, albo ich nie ma. Niczego ważnego to nie zmienia.

Z czym dziś ludzie przychodzą do księdza?

Z mnóstwem spraw. Pytają o modlitwę i wyjaśnienia dogmatów. Mają dylematy moralne, jak układać relacje ze swoimi coraz starszymi rodzicami. Zastanawiają się, czy jak oddadzą tatę do domu opieki, to będą złymi dziećmi. Pytają, jak to jest, dlaczego nie mogą mieć dzieci, a bardzo by chcieli. Zastanawiają się, dlaczego są sami od tak dawna i nikogo nie mogą znaleźć. Dlaczego w kółko od lat dotyka ich ten sam grzech. Są tacy, którzy potrzebują zrozumienia, bo są innej orientacji seksualnej i doznali upokorzeń.

I z tym zwracają się do księdza?

Lubię myśleć, że dominikanie to zakon pogranicza, słuchania i rozmawiania z tymi, którym nie zawsze po drodze z ogólnie przyjętymi normami. Którzy chodzą po opłotkach, niedopasowanych z różnych powodów.

Chyba nie powiem nic odkrywczego, ale bardzo brakuje nam w Kościele bycia ludzkim i normalnym. Mniej oceniania, a więcej próby zrozumienia.

A sam też taki jesteś trochę niedopasowany, dziwny?

Staram się być autentyczny. Chcę się oddawać swoim wyborom. I odnajdować się w tym, jakie zadania mi życie skonstruowało. Jeśli ktoś jest tatą i ma chorego ojca, to pół dnia jest dorosłym w pracy, kilka godzin jest opiekunem swoich dzieci, a przez godzinę pielęgniarzem własnego taty. I może sobie tego nie wybrał, ale ważne, jak się w tym zadaniu odnajduje. I ze mną jest podobnie. Kiedy 16 lat temu dostałem pracę w miesięczniku, byłem zły. Chciałem być duszpasterzem, a okazało się, że będę za biurkiem. Lecz w redakcji spotkałem ludzi, którzy pokazali mi, że tworzenie pisma może być fascynujące, dawać radość. I dzięki pracy z nimi chodzę po ziemi. Potem dostałem jeszcze do prowadzenia kurs przedmałżeński i wieczorną mszę w niedzielę.

Tak zwaną ostatnią w mieście. Kto się gromadzi w kościele w niedzielę o 21.00?

Ci, którzy cenią dominikanów i mimo późnej godziny odkryli w tym miejscu swoją wspólnotę. Samo spotkanie z trochę podobnymi do siebie karmi, pomaga wierze i relacji z Bogiem. Ta godzina łączy bardzo różne osoby. Wiem, gdzie siedzą te, które głosują na Szymona Hołownię, i ci, którzy popierają PO, a gdzie zwolennicy Konfederacji. Widzę, kto podchodzi do sakramentu komunii ze znaczkiem PiS w klapie. Wiem, kto angażuje się na rzecz praw osób LGBTQ+, a kto na samą myśl o nich się wzdryga. To, że wszyscy możemy spotkać się na jednej mszy, jest fantastyczne. Jednoczymy się dla Kogoś, a nie przeciw komuś.

A może dla Ciebie przychodzą?

Nie będę się wdawał w takie rozważania. Kiedyś naszemu współbratu śp. Janowi Górze, postaci bardzo barwnej i charyzmatycznej, mówiono, że na jego msze dziewczyny przychodzą, bo jest taki przystojny. A on odpowiadał, że być może akurat tym Pan Bóg się posługuje. I to jest stwierdzenie tyleż zabawne, co prawdziwe. Zakładam, że dzieje się coś więcej – pomiędzy słowami, pomiędzy nami, w przestrzeni celebracji, jest jeszcze Ktoś.

Jest też język Twoich kazań: zrozumiały, przystępny, zaczerpnięty z lektur. Nie mówisz zaklęciami, które trudno odkodować.

Nauczyliśmy się kojarzyć mówienie o wierze, o Bogu z niestrawną nomenklaturą. Nie chciałem być księdzem, który na ambonie nabiera jakiejś dziwnej maniery. Lubię myśleć, że to, co mówię, powiedziałbym nie tylko w kościele, ale także przy stole w kuchni.

Tu garnek z zupą, tu herbata, tu się rozlało, a my rozmawiamy i szukamy rozwiązania albo siły, żeby przetrwać trudności. Homilia to bardziej dialog, stawianie pytań, a nie pouczanie lub przypominanie pryncypiów.

Zawsze mnie dziwiło, że ten sam ksiądz, który w szkole mówił do nas „Cześć, dziewczyny”, z ambony zwracał się do nas „Umiłowani w Jezusie Chrystusie bracia i siostry”. Do dziś nie wiem, co to sformułowanie znaczy.

Warto pamiętać, że pierwsze słowa papieża Franciszka brzmiały po prostu „Dobry wieczór”. Kiedy myślę o kazaniu, zwykle zadaję sobie pytanie, czy to, co zamierzam powiedzieć, przekonuje mnie samego. Jeśli nie, to się z tego wycofuję. Pierwszą osobą, do której kieruję kazania, jestem ja sam. A kultura to zwyczajnie nieograniczona liczba nośnych przykładów do wykorzystania. Pewnie trochę nieoczywistych, ale w końcu oto chodzi. Ostatnio mówiłem o World War Z z Bradem Pittem jako o metaforze zbawienia.

Mówi się, że kultura Europy stoi na chrześcijaństwie. Widzisz to w kinie, popkulturze?

Nie szukałbym tych znaczeń na siłę. Ale np. w świecie filmu jest cała masa opowieści nowatorskich o sprawach zupełnie uniwersalnych i odwiecznych. Znakomite seriale Sukcesja czy Biały Lotos świetnie pokazują typy charakterów i relacje rodzinne. Uczą dekodowania, tak jak Hrabia Monte Christo uczy czytania między wierszami. Książki i kino pomagają mi w opowiadaniu Ewangelii, bo ona sama wyrastała w czasach agrarnych, jest pełna realiów i sformułowań obcych w codzienności wielkomiejskiej. Są tam rolnicy, pasterze, owce, wilki. Musimy dokonywać mądrych uwspółcześnień. Kiedy omawiamy przypowieść o pannach mądrych i głupich, z których jedne nie wzięły oliwy do lampy, warto wspomnieć, że to tak, jakby zapomnieć ładowarki do smartfona.

Instrumentarium się zmienia, ale żeby rozmawiać o sprawach wielkich i ważnych, wciąż potrzebujemy metafor?

Tak, ponieważ abstrakcje są niestrawne. Przyjąć je mogą tylko nieliczni, zdolni karmić się konstruktami intelektualnymi czy rozważaniami filozoficznymi. Ale większość z nas potrzebuje konkretu i odniesienia do życia i wyzwaniem dla mnie jako księdza jest to, żebym złapał kontakt z ludźmi, którzy żyją wśród kilkunastosekundowych narracji z Instagrama. Nie chodzi o ściganie się na atrakcyjność, ale o dotarcie z przekazem. Bo wiem, że chrześcijańskie wymaganie wyrzeczenia, poświęcenia i ascezy ma szansę być pociągające – choćby dlatego, że jest inne, wywrotowe, a do tego na takiej drodze naprawdę można być spełnionym i szczęśliwym. I ja chcę o tym rozmawiać, nie obrażać się na migawkowość przekazów, ale też nie wpadać w ich pułapkę.

Jak widzisz swoją rolę w rozmowach z ludźmi, którzy się do Ciebie zwracają o pomoc czy radę? Kim wtedy jesteś?

Wciąż księdzem, nie terapeutą. Nie włączam narzędzi analizy psychologicznej. Mogę im wskazać perspektywę duchową, ewangeliczną tego, co przeżywają. Czyli pomóc im wyjść poza emocje, automatyzmy i odruchy. Terapia bardzo wielu ludziom pomaga i uważam możliwość rozmowy o uczuciach za ważne osiągnięcie. A jednocześnie widzę, że to nie wystarcza, to nie wszystko. Najlepsza nawet terapia dotyczy własnego „ja”. A duchowość jest, powtórzmy to, zaproszeniem do przekroczenia tej perspektywy. W rozmowach niczego nie nakazuję, szanuję wolność osób, które do mnie przychodzą.

A jak sobie radzisz z tymi wysłuchanymi historiami? Bo terapeuta ma różne techniki opróżniania kontenera, ma superwizora. A ty?

Musiałem się nauczyć, jak się chronić. Kiedy się idzie do seminarium, to w ogromnej większości przypadków jest się osobą wrażliwą. A gdy się z tą czułością wkracza w przestrzeń ludzkiego bólu i cierpienia, to pojawia się pokusa uratowania wszystkich. Wiele lat temu popełniłem mnóstwo błędów, na nich też się uczyłem. Słuchałem doświadczonych. Kiedyś czytałem opowieść starszego księdza. Pisał, że gdyby w nocy zapukał do niego jakiś kleryk z problemem, radziłby mu się przespać i wrócić rano, bo Duch Święty po 22.00 nie działa. Wtedy mnie to wzburzyło. Bo co, gdyby temu klerykowi coś się stało, gdyby postanowił tej nocy wystąpić z seminarium? Dziś zrobiłbym tak samo. Jest mądrość w stawianiu granic i odmawianiu, bo nie pomoże się wszystkim. To oczywiście może oznaczać, że kogoś rozczaruję.

A może to jest także rozumienie, że sam nie masz mocy ratowania. Jak mówisz, to Bóg przez Ciebie działa.

Nawet człowiek, który cierpi, podejmuje suwerenne decyzje. Może też nie chcieć być ratowany. Nie mam superwizora, ale mam w klasztorze jednego z braci, z którym różne dylematy mogę przegadać. A poza tym regularnie zakładam buty i idę biegać.

Święty Tomasz z Akwinu, też dominikanin, mówił, że łaska buduje na naturze, że wiara musi się osadzać na naszym człowieczeństwie, ograniczeniach, na dobrym i złym, na cielesności.

Więc żeby „łaska siadła”, muszę mieć też dobrze rozpoznane granice i wiedzieć, kiedy nie daję rady.

Skąd Ty – ksiądz, wiesz, jak wygląda normalne życie?

Cenię możliwość bycia z osobami, które dają mi dostęp do życiowej kuchni. Są takie miejsca, do których mogę pójść i uczestniczyć w codzienności. Już się nie dziwię rodzicowi, który mówi: „Kocham moje dziecko, ale czasem mnie tak wkurza, że wystawiłbym je za drzwi”. Już wiem, że tak można czuć. I że to jest w porządku. Pomagają mi też rozmowy z ludźmi. Całe to słuchanie i ćwiczenie w przyjmowaniu czyjejś perspektywy. No i pielgrzymki do Santiago de Compostela. W sumie pewnie ze trzydzieści.

One są twoją drogą duchową czy pracą duszpasterską?

Jednym i drugim. Rok po święceniach poszedłem pierwszy raz. I przeżyłem tam nawrócenie, jakiś rodzaj odrodzenia wiary. A ono nastąpiło na skutek ogromnego upokorzenia. Wyruszyłem bez świadomości. Cóż trudnego w założeniu plecaka i pójściu przed siebie? Tylko że mój plecak ważył 15 kg, a buty miałem skórzane i ciężkie. Płakałem z bólu, miałem otwarte rany na stopach. Odkryłem, że w moim życiu może nie być tak, jak ja chcę. I że słabość nie musi być przeszkodą. Nie chcę tego poetyzować, ale pamiętam taki moment na północy Hiszpanii, na polu kukurydzy, człapałem samotnie, byłem kompletnie bezradny i zacząłem płakać. Tam przeszedłem przemianę, zyskałem nową świadomość. I te wszystkie późniejsze pielgrzymki są także powrotem do tego doświadczenia. A także odkrywaniem nowych rzeczy po drodze. Cieszę się prostotą, uważnością, kontaktem z ludźmi. Nie zawsze jest efekt „wow” i tę zwyczajność też nauczyłem się cenić. Angażuję się w popularyzowanie tych pielgrzymek, bo teraz jest spory popyt na wygenerowanie doświadczenia obecności Boga. A tam w drodze jest na to autentyczna szansa, lepsza niż w oswojonej rzeczywistości i codziennych schematach.

Czym się różni pielgrzymowanie od podróży?

Najprościej mówiąc, turysta żąda, a pielgrzym za wszystko dziękuje. Różnica leży w intencji. Myślę, że cel drogi też jest ważny. Camino wymaga dziś ochrony, bo ono także ulega komercjalizacji i cześć ludzi jeździ tylko, żeby zobaczyć, zrobić zdjęcia. Nic to w nich nie zmienia.

A pielgrzymka do Santiago de Compostela jest wyprawą do grobu świętego. I jeśli uda się ją dobrze przeżyć, to na końcu się okazuje, że nie droga była trudna, tylko trudności były drogą.

Trochę tak jak w przypadku opisanych w Biblii mędrców ze Wschodu, którzy mieli jakieś wyobrażenie Boga, mniej więcej wiedzieli, co ma ich spotkać, ale jednak narodziny chłopca w zimnej stajni były dla nich zaskoczeniem. Ich rozsądek i wielkość polegały na tym, że nie zrezygnowali i zostali w tym doświadczeniu. A ostatnie zdanie z tej części Ewangelii, które brzmi: „Inną drogą wrócili do swojej ojczyzny”, nie jest tylko opisem geograficznym, ale mówi o zmianie w ich mentalności.

Co idący z Tobą ludzie najbardziej cenią w pielgrzymowaniu?

To może się wydać śmieszne, ale wszystkie niewygody i braki. Na przykład spanie w wieloosobowych salach, cudze chrapanie, kolejki do łazienki. Na co dzień żyjemy w świecie gigantycznej ilości stymulowanych pragnień, a spojrzenie w smartfon jest jak wypuszczenie dżinna, który powtarza: „Musisz”. Mówienie: „Nie chcę”, jest niczym akt odwagi.

Zjawisko nadmiaru dotyczy również sfery wiary. Liczba dostępnych w internecie komentarzy do niedzielnej Ewangelii, liczba rekolekcji, konferencji i motywacyjnych prelekcji przypomina ocean. To jest nie do przerobienia. I czy naprawdę aż tyle potrzebujemy?

Przed Camino często słyszę pytanie: „To co tam mamy robić?”. A ja mówię: „Nic, iść”. I to jest zaproszenie do prostoty, która nasyca.

Artykuł pojawił się w numerze: Jak smakuje życie w Korei