Spotykamy się o dwudziestej. Właśnie wyszedł Pan z gabinetu. Jak dużo Pan pracuje?
Rano zacząłem od nagrania rozmowy o długowieczności, a potem przyszedłem do centrum medycznego, w którym przyjmowałem od 11.30 aż do teraz. Zastrzegłem, rozpoczynając pracę w tym miejscu, że muszę mieć na pacjentkę pół godziny. Choć tak naprawdę to też za mało, powinienem mieć dla każdej osoby godzinę, szczególnie że wiele przyjeżdża na wizytę do Warszawy zza Rzeszowa albo z Gorzowa Wielkopolskiego, z dokumentacją medyczną pokazującą wieloletnie dolegliwości, przy których dotąd nie znaleziono ich głównej przyczyny. To oczywiście duża presja i stres, bo zawsze staram się możliwie szybko to ustalić. Muszę uruchomić w głowie skan, zbadać pacjentkę, przeanalizować historię, porozmawiać i wytłumaczyć. Najważniejsze, żeby pacjentka rozumiała, w czym problem. Kiedy dziewczyna zrozumie, że to, co je, wpływa m.in. na jej tarczycę, na poziom prolaktyny, a to z kolei na inne rzeczy, wtedy ma szansę coś zmienić. A mnie się co pół godziny świeci w gabinecie lampka, że czeka już kolejna osoba. Dlatego piszę książki z praktycznymi wskazaniami. Nie jestem w stanie przyjąć wszystkich, którzy potrzebują pomocy.
Jak wyglądałoby spotkanie z pacjentką w świecie idealnym?
Mam jeszcze w Łomży swój skromny gabinet, założyłem go 30 lat temu. Tam jestem na swoich warunkach. Mam dla pacjentki godzinę, a nawet trochę dłużej. Nie spieszymy się, mogę uczciwie wszystko wytłumaczyć, zapisać zalecenia dietetyczne, no i mamy czas, żeby system komputerowy to przemielił. Żeby wystawić skierowanie albo receptę, muszę kliknąć w 17 okienek. Chodzi chyba o to, żebym tylu tych recept nie wystawiał… Standardowy czas na wizytę lekarską w Polsce wynosi teraz 10–15 min.
Można leczyć ludzi w takim tempie?
W tym systemie lekarz nie ma leczyć, tylko zarabiać. Wydać tabletki, a nie tłumaczyć. Nas na studiach medycznych prawie się nie uczy o diecie, a m.in. dane WHO pokazują, że w naszej części świata nawet trzy czwarte dolegliwości – i w konsekwencji kosztów służby zdrowia – ma korzenie w złej diecie i stylu życia. Bo jemy za dużo i jemy żywność wysoko przetworzoną.
W Łomży Pan działa po swojemu?
Założyłem gabinet pod koniec lat 80., jeszcze wszystko było na kartki. Razem z żoną kończyliśmy Akademię Medyczną w Gdańsku. Żona jest z Łomży. W stanie wojennym zaczęli tam budować wielki szpital i gdy wreszcie skończyli, potrzebowali lekarzy. Żona rozpoczęła specjalizację z pulmonologii. Łomża to fajne miejsce do życia, w pół godziny można całe miasto przejść, teściowa pomagała nam wychować dzieci, znaliśmy wszystkich sąsiadów. Zresztą przyjechało tam mnóstwo lekarzy, cały nasz blok był lekarski i przedszkole było pełne dzieci lekarzy. Tam w szpitalu wojewódzkim zrobiłem dwa stopnie specjalizacji i w 1996 r. zacząłem przyjeżdżać do Warszawy, gdzie robiłem doktorat w Instytucie Onkologii. W 2001 r. szpital w Łomży doszedł do wniosku, że nie jestem już potrzebny. No to się zwolniłem i poszedłem na ordynatora do Kolna.
Zanim przeniesiemy się do Kolna, proszę powiedzieć, z czego się Pan doktoryzował.
Z oceny zwalczania raka jajnika w ówczesnym województwie warszawskim. Przeanalizowałem 2 tys. historii chorób z lat 1989–1996 i potwierdziłem, że jeśli pacjentka jest leczona na raka jajnika w centrum onkologicznym, gdzie ma kompleksową opiekę specjalistów: wyspecjalizowanego chirurga, ekspertów chemioterapii i radiologii, rehabilitantów, to dłużej żyje. Dziś taki sposób myślenia jest częściej praktykowany, aby pacjentki onkologiczne leczyć w ośrodkach onkologicznych, np. nie operować gdzieś w powiecie, tylko odesłać do specjalistów. Bo gdy lekarze opiekują się nią razem, to jej los będzie lepszy. Na obronie usłyszałem od komisji, że moje wnioski były do przewidzenia, że niczego nie odkryłem. Owszem, ale wcześniej nikt tego nie pokazał na tak dużej próbie. Musiałem się bronić naprawdę.
Pracował Pan w Instytucie Onkologii?
Raczej przez kilka lat odbywałem szkolenia – operowałem, uczyłem się chemioterapii i radioterapii. To mi się bardzo przydało, bo onkologia stanowi inny rodzaj myślenia o zdrowiu. Miałem okazję się napatrzeć, nasłuchać. Zobaczyć, jak nowotwór może się rozwijać. A przede wszystkim już 30 lat temu widziałem na własne oczy, że nowotwory się skutecznie leczy, że mogą być – i coraz częściej są – chorobą przewlekłą.
Określa się Pan jako ginekolog holistyczny, a z entuzjazmem mówi Pan o bardzo specyficznej profesjonalizacji leczenia. Na tym etapie wiedzy i rozwoju medycyny coraz głębsza specjalizacja jest jedyną drogą rozwoju?
Akurat w onkologii tak. Mamy bardzo dużo nowych metod leczenia, w tym immunoterapii, które dosłownie ustawia się pod szczególne uwarunkowania konkretnego pacjenta. I jest to przyszłość medycyny w ogóle – indywidualizacja. Niełatwo się takie myślenie przebija, np., że w leczeniu raka piersi różne mutacje genetyczne wymagają leczenia albo promieniami, albo cisplatynami, bo jak się postępuje według schematu zatwierdzonego przez NFZ, to tkwi się w przeszłości. Medycyna jest szybsza, ciągle przynosi kolejne metody. I odpowiedzi na nowe problemy. Przychodziły do mnie do poradni ginekologii onkologicznej dziewczyny z endometriozą, mięśniakami, torbielami. Tam zacząłem łączyć kropki. Myśleć: dlaczego jak pacjentka ma raka szyjki macicy, to zwykle ma też objawy choroby tarczycy? Dlaczego rośnie odsetek kobiet z mięśniakami macicy?
Co się w ostatnich dekadach zmieniło?
Jedzenie, ilość chemii, którą zjadamy, wdychamy z powietrza, wypijamy w wodzie, wcieramy w ciało w postaci kosmetyków. Ale na to trzeba było te trzy dekady temu wpaść. Dziś wiedza jest większa.
Sam przepisywałem pacjentkom leki przeciwgrzybicze, zanim zrozumiałem, że zaleczam objawy, a nawracająca grzybica jest powiązana z cukrem.
Pytałem pacjentkę, co je, a ona mówiła, że je zdrowo, no i pije cztery herbaty z łyżeczką cukru. Policzyłem, pomyślałam i wnioskowałem, że 120 łyżeczek cukru miesięcznie się po kościach nie rozejdzie, może wywołać stan zapalny. To są w sumie proste rzeczy, tylko trzeba było je dostrzec. I testować. Pacjentki odstawiały cukry, wracały po pół roku i recytowały to samo: że grzybicy nie ma, że kłopoty z pęcherzem moczowym minęły, że poprawiło się to i tamto. A na koniec każda dodawała: „I jeszcze jedno, schudłam sześć kilo”.
Wróćmy do Kolna.
Byłem tam ordynatorem, jedynym lekarzem z dwustopniową specjalizacją. Miałem na oddziale ginekologiczno-położniczym 35 łóżek. Dwóch kolegów w trakcie specjalizacji i jedną położną. Początek XXI w., a jeśli pacjentka miała ryzyko krwotoku, trzeba było zamówić taksówkę, żeby ta z pobraną próbą krwi pojechała do Łomży, tam ją zmieszano i po dwóch godzinach przywiozła mi zapas. Trzeba było wszystko przewidzieć wcześniej. Porodówka była na drugim piętrze, a sala operacyjna na trzecim. Winda się psuła. Nosiliśmy pacjentki do operacji na noszach po schodach. Pensje płacili z opóźnieniem, a na dywanik dyrektor wzywał, bo za dużo wydawałem na antybiotyki. Odpowiadałem, że ich nie zjadłem, że były potrzebne. Ale lekarz, który leczy drogo, nikomu nie jest potrzebny. Kilka razy składałem wymówienie, tylko że długo nie mogli znaleźć nikogo na moje miejsce.
Bo za dużo pracy?
Za duża odpowiedzialność. Jedna dyżurna położna? To poważne ryzyko. Proszę sobie wyobrazić. Jedna pacjentka rodzi, położna jest przy niej. A co się stanie, jeśli druga w tym czasie dostaje krwotoku z rozkurczenia macicy albo osłabiona w połogu, upada i rozbija głowę?
Nie było chętnych?
Nie w tym rzecz. Z jedną położną było taniej. Sam miałem 16 dobowych dyżurów w miesiącu, a do tego młodsi lekarze wołali mnie do skomplikowanych zabiegów. Jechałem w nocy, robiłem cięcie, a na szóstą rano musiałem być z powrotem w Łomży, żeby dzieci do przedszkola odprowadzić. Wytrzymałem dwa i pół roku.
Zrozumiałem, że to się kręci na takich wariackich warunkach, bo ja się na nie zgadzam. Ten poziom stresu był chory.
I takie dramatyczne okoliczności pracy lekarza w Polsce to już przeszłość?
Chyba tak. Przynajmniej w położnictwie. Ten oddział w Kolnie zamknęli, rodzi się za mało dzieci. Za moich czasów odbieraliśmy tam do 350–400 porodów rocznie, teraz byłoby 150.
Przyjechał pan do Warszawy z postanowieniem, że w szpitalach i na NFZ już leczył nie będzie?
Szukałem możliwości pracy w prywatnych centrach medycznych. To był zupełnie inny świat: jestem w poradni, mam pacjentów abonamentowych, mogę przepisać leki, wystawić skierowania na badania. I nie muszę dyżurować, a to było moje marzenie. Dyżur to nie jest nocne picie herbaty. O pierwszej w nocy pojawia się pacjentka do porodu, z komplikacjami, badamy, sprawdzamy, nad ranem operujemy. A takich pań może być na dyżurze kilka. A dyżurów też kilka w tygodniu. W Warszawie pracowałem również w przychodni, która realizowała kontrakty NFZ, czyli była publiczna.
No, ale tam miałem 10 min na pacjentkę. A trzeba zbadać, zrobić USG, pomyśleć, wystawić zalecenia, zwolnienia.
No jak? To jest niebezpieczne. W tym tempie ona się musi rozbierać i ubierać przed gabinetem, a ja ryzykuję, że coś ważnego przeoczę. To też było chore. Odszedłem po roku.
Opieka ginekologiczno-położnicza została w Polsce w dużej mierze sprywatyzowana. Bo kobieta w ciąży nie może czekać na wizytę na NFZ pół roku, więc idzie do lekarza prywatnie.
A będzie gorzej. Ten system wymaga zaorania i postawienia od nowa, strat jednak nie odrobimy. Nie chodzi o chwalenie się, ale jaki ginekolog ma dziś szanse na takie jak ja doświadczenie? Na kilkanaście porodów na dyżurze, na wiele rozmaitych przypadków w takim zagęszczeniu? Poród to bardzo skomplikowany i trudny do przewidzenia proces, kilka godzin po tym, jak pojawiło się dziecko, ja wciąż nie wiem, czy wszystko zakończy się pomyślnie. Tu dwa plus dwa nie zawsze jest cztery. Jestem po cichu dumny z tego, że w położnictwie nigdy nie miałem sytuacji najgorszej, nie doszło nigdy do śmierci pacjentki, może udało mi się dlatego, że mam zdolność myślenia strategicznego i wyprzedzam zdarzenia, jestem przygotowany. Ginekologów w Polsce mamy ok. 8 tys., jedna trzecia z nich jest już po sześćdziesiątce. Podobne proporcje są w innych specjalizacjach. Za pięć lat z rynku medycznego zniknie co trzeci lekarz. A ci, którzy teraz się uczą, nie będą mieli nauczycieli. Masakra.
Jak Pan sobie wyobraża przyszłość medycyny?
Z dużym udziałem sztucznej inteligencji oraz rozwojem zawodów technicznych. Radiolog zrobi badanie, maszyna zaś je przeanalizuje i stworzy opis. Tu dostaniemy wsparcie. Obawiam się, że marginalizowane będą aspekty ludzkie: rozmowa lekarza z pacjentem, spojrzenie w źrenice, dotyk.
Czym to się skończy dla ludzkiego zdrowia? To jakiś szalony paradoks: możemy dziś w medycynie bardzo dużo, wrasta poziom wiedzy i liczba rozwiązań, a nie ma komu tej wiedzy praktykować. Braki w kadrze próbuje się teraz na gwałt nadrabiać, pozwalając na prowadzenie kierunku lekarskiego na politechnikach. Sytuacja się pogarsza czy polepsza?
Te zjawiska istnieją niezależnie od siebie. Ale to nie tylko sprawa demografii, także złego systemu, w którym w Polsce przez lata nie dopuszczano młodych lekarzy do specjalizacji, decydowali konsultanci regionalni albo krajowi, żeby blokować konkurencję. Efekt jest taki, że dziś niezmiernie trudno dostać się do lekarza, który spojrzy na pacjenta holistycznie.
Czyli jak?
Wspomniałem już, jak duże znaczenie ma zła dieta, której na studiach poświęca się mało uwagi. Uczą, jak rozpoznać objawy insulinooporności, jak je leczyć, na wszystko są procedury oznaczone kodem, a kod jest refundowany przez NFZ. I lekarz jest rozliczany z wpisywania tych kodów.
Tymczasem na samą insulinooporność, której objawami są m.in. cukrzyca typu drugiego lub policystyczne jajniki, nie ma leków.
Ona wynika z nieprawidłowego odżywiania i braku ruchu. Jestem lekarzem od 40 lat i nauczyłem się, że w leczeniu nie ma cudów. Na szczęście coraz więcej lekarzy mówi i wie o mikrobiocie, czyli pierwotniakach, grzybach, bakteriach żyjących w naszych organizmach. Nauka coraz częściej mówi językiem natury. A ja, ponieważ chcę pomagać, zrozumiałem, że muszę popatrzeć nie tylko na jajniki i macicę, ale też na wątrobę, tarczycę, jelita – dopiero wtedy widzę całą pacjentkę.
Ja mam częściej wrażenie, że lekarz wcale mnie nie widzi. Leczy wyniki moich badań. Może Pan z tym swoim podejściem jest po prostu rebeliantem?
Czy ja wiem? Namawiam pacjentki do badań profilaktycznych. Nie widzę siebie jako wywrotowca. Natomiast bardzo mi się chce edukować pacjentów. Widzę, że to ma sens. Filmy, które nagrywam, podkasty, napisane książki wywołały lawinę zainteresowania i dowodzą, jak wielka jest wśród ludzi potrzeba znalezienia przyczyny. Z mojego doświadczenia wynika, że jedna trzecia pacjentów chce rzeczywiście zrozumieć, co im dolega. Dlatego potrzebuję czasu w gabinecie. Jeśli dam lek, to pacjentka go pobierze, zobaczy poprawę i odstawi, po czym wszystko wróci. Ale jeśli porozmawiamy, wyjaśnię jej, w czym rzecz, a ona zmieni styl życia, to często wyleczy się sama. I będzie w tym trwać.
Optymistyczne założenie.
Mam dowody, że działa. Zresztą nie mamy wyjścia. Musimy się zatroszczyć o wiedzę. Przychodzi do mnie pacjentka, jej siostry miały problemy z tarczycą, mama miała nowotwór tarczycy, a ona się dziwi, że nie może zajść w ciążę, i na moje pytanie, czy nie skojarzyła faktów z życia najbliższych ze sobą, odpowiada: „No, ale mi nikt nie powiedział”. Dlatego podtytuł mojej książki o menopauzie brzmi: „Czego ci ginekolog nie powie”.
Czyli odpowiedzialność jest po stronie pacjenta?
Rzeczywistość karmi nas złymi komunikatami. O wiedzę wcale nie jest łatwo. Reklamy przemysłu spożywczego podsuwają nam batony i napoje energetyczne.
Około 80% żywności w sklepach jest wysoko przetworzona. To od niej boli brzuch i od niej chorujemy. Do jedzenia dodawane są toksyny.
Fruktoza jest de facto toksyną, podobnie jak alkohol, otłuszcza wątrobę. Szklanka soku na śniadanie? O nie, tylko nie to! Zabierze ci ATP (adenozyno-trifosforan, nośnik energii w organizmie), zabierze siły, powstrzyma wzrost ciała. Powstaje gigantyczna liczba badań pokazujących, że gdybyśmy nie jedli tych śmieci, które wciska nam lobby spożywcze, bylibyśmy zdrowsi. Już 93% dorosłych Amerykanów ma kłopoty z metabolizmem, a jedna trzecia ma zespół metaboliczny – nadciśnienie, cukrzycę, stłuszczenie wątroby i dalsze powikłania.
Skąd brać zdrowe jedzenie? Poważni dietetycy mówią jasno: dziś już nie wiemy, co jemy, a żadnym etykietom „bio” czy „eko” nie można ufać.
Nie warto popadać w skrajność. Są rolnicy prowadzący uprawy odpowiedzialnie. Pryskają żywność kilka razy, a nie kilkaset. Są przydomowe ogródki, jest możliwość znalezienia – szczególnie lokalnie – producentów dobrej żywności. Czy drożej? Niekoniecznie. Jesteśmy już wytrenowani w szukaniu przecen. Buraki bio za kilka złotych, starte do wegetariańskiego carpaccio z lokalnym serem, raczej nie zrujnują budżetu. Kotlety wege można przyrządzić z warzyw. Warto się porozglądać, poszukać alternatyw. A najważniejsze to odstawić cukier. I wszystkie jego słodkie zamienniki, z „zero” i „light” w nazwie. Dziś był u mnie chłopak, który zgodnie z zaleceniami z mojej książki odstawił cukier, kazeinę – białko mleka krowiego, i pieczywo. Czuje się znakomicie, podobnie jak te dziewczyny o 6 kg lżejsze. Nie zejdziemy do stanu zero, ale możemy świadomie redukować poziom niezdrowych substancji.
Dlaczego został Pan ginekologiem-położnikiem?
Mama rodziła mnie w wojskowym szpitalu w Gdańsku, tata był pracownikiem marynarki wojennej. Trwało to i trwało, nie mogła mnie urodzić. Czekała na sali przedporodowej. Przyszedł lekarz, osłuchał, zanikało mi tętno. Zdecydował się na poród kleszczowy, a to był zabieg niebezpieczny, już się go nie stosuje – wielkie kleszcze chwytają głowę dziecka i ścisnąć trzeba jak w imadle, mocno ciągnąć, obracać, żeby barki przeszły przez kanał rodny. Ryzyko rozerwania namiotu móżdżku czy zmiażdżenia jest ogromne. On mnie tymi kleszczami urodził, a potem co rusz zaglądał do mamy, patrzył na mnie. Ona była jego troską wzruszona, a ja dziś wiem, że raczej przychodził sprawdzać, czy nie mam objawów porażenia mózgowego. Od tamtej pory mama głaskała mnie po głowie i mówiła: „Synku, będziesz ginekologiem i też tak będziesz pomagał kobietom”. I tak mi się to utrwaliło.
Skuteczne zaklęcie mamy.
Mimo że z testów edukacyjnych wychodziło, iż mam idealne cechy na inżyniera albo budowniczego. A jeszcze do szkoły sportowej i muzycznej chodziłem, grałem na klarnecie. Nie wiedziałem, na co się decyduję z tą ginekologią. Laryngolog czy dermatolog ma prostszą robotę. Do ginekologa przychodzi rodzić kobieta, a zginąć może i ona, i dziecko. Bo co, jeśli zator pójdzie wodami płodowymi? Na to nie ma leku. Rodziny ciągle myślą: „Urodzić to nic takiego”. A żebyście wiedzieli, ile spraw może pójść nie tak.
Rzadko mówimy o porodach jako śmiertelnym zagrożeniu. Choć kobiety coraz więcej opowiadają o swoich doświadczeniach, ciągle wygrywa upiększająca narracja, która idzie w parze z ograniczonymi prawami i możliwościami uzyskania dobrej opieki zdrowotnej.
Ginekologia to ogromne stres i odpowiedzialność. Nie żałuję, że ją wybrałem, bo dzięki temu mogę pomagać. Chociażby w okresie menopauzy. A menopauza też jest przekłamana.
Pod koniec lat 90. pojawiły się źle zrobione i natychmiast nagłośnione badania Women’s Health Initiative i poszła w świat fala, że stosowanie hormonalnej terapii zastępczej zwiększa o 25% ryzyko zachorowania na nowotwór piersi.
A badania zrobiono u pań zaawansowanych wiekiem, po 60. roku życia, u których jest wiele innych czynników ryzyka i którym się HTZ właściwie nie zaleca. Badania opłaciła firma ubezpieczeniowa, która chciała wykazać, że jak się stosuje HTZ u starszych kobiet, to spada ryzyko osteoporozy i chorób układu krążenia. Czyli nie badano kobiet młodszych. A w praktyce HTZ przepisuje się właśnie kobietom znacznie młodszym, po czterdziestce. Dziś amerykańscy lekarze wracają do zaleceń z lat 80., sprzed tych wykrzywiających optykę badań, i mówią wręcz, że HTZ może ryzyko nowotworu obniżać. Tylko jak odkręcić spiralę strachu?
Trudno się połapać. Jeden lekarz mówi co innego niż drugi i trzeci. A myślenie pacjentów idzie jeszcze inną ścieżką. Wciąż się boimy, że rak to wyrok.
Niestety. Mimo że są nowotwory wyleczalne całkowicie, a inne leczymy przez lata. Całe lata! No i mamy możliwość zbadania sobie mutacji genetycznych, żeby dowiedzieć się, czy np. mamy mutacje BRC1, BRC2 powodujące poważne choroby u kobiet. Szacuje się, że w Polsce te mutacje ma między 200 tys. a 1 mln osób, żyją z tykającymi bombami. Bo ryzyko zachorowania na nowotwór piersi z tą mutacją to aż 80%. Zrób sobie to badanie!
Zrobiłam.
I dobrze. To jeszcze zrób onkopakiet, badanie sześciu pierwiastków. Jeśli masz za dużo ołowiu, arsenu, to ryzyko pewnych nowotworów rośnie dwudziestokrotnie.
Doktorze, ale to są badania, na które trzeba mieć pieniądze. Nierefundowane.
Onkopakiet to koszt ok. 150 zł. Mutacje genetyczne – tu już faktycznie kilkaset złotych. Ale ludzie, gdyby wiedzieli, że taka diagnostyka jest dostępna, robiliby te badania. Ja zrobiłem, moje dzieci również. I wiem, że przez 10–15 lat groźnych mutacji mieć nie będę.
Są też czynniki środowiskowe, można nie mieć mutacji, a i tak zachorować.
Oczywiście. Ale onkopakiet powie mi, czy nawdychałam się ołowiu, czy jego stężenie dziesięciokrotnie podbija u mnie ryzyko jelita grubego. To jest ważna wiadomość.
Z którą nie do końca wiadomo, co począć. Jak pozbyć się ołowiu ze swojego środowiska życia? Na każdej stacji benzynowej czeka na nas alkohol. W każdym sklepie – z nazwy spożywczym – batony i produkty jedzeniopodobne.
A w szminkach jest ołów, w balsamach do ciała sama chemia. Rozumiem, dokąd Pani zmierza. Toczymy nierówną walkę. I nie żyjemy zgodnie ze swoimi wyborami. To, co jemy i pijemy, nie od nas zależy. I aby mieć wybór, trzeba w sobie tę świadomość obudzić. Inaczej będziemy krócej żyć. To już się dzieje, w Polsce, w Stachach zaczyna spadać średnia długość życia. Takiego poziomu toksyn nasze ciała nie są w stanie przerobić bez szkody. Natomiast jeśli ogarniemy trzy tematy: zbadamy geny, zrobimy onkopakiet i dietą zapobiegniemy insulinooporności, to istotnie zmniejszymy ryzyko zachorowania na raka i choroby krążenia. A leczenie kosztuje zawsze więcej niż profilaktyka, dlatego namawiam do badań.
Pan sam jest okazem zdrowia. I wyjątkiem. Bo raporty o stanie zdrowia polskich lekarzy są dołujące. Lekarze są wypaleni, pracują z depresją i w stresie, mają myśli samobójcze, a ich ciała też nie są zdrowe. Ale kiedy brał Pan po 16 dyżurów w Kolnie, to pewnie czasu na carpaccio z buraka nie było. Co i kiedy się zmieniło?
Gdy zrozumiałem szkodliwe działanie cukru, sam go odstawiłem. Bo na studiach mogłem zjeść cały torcik bezowy. A potem się dziwiłem, czemu mi wszystkie włosy wypadają i skóra swędzi. Okazuje się, że wysokie spożycie cukru sprzyja łysieniu. Odkrywałem wiedzę, pracując nad książkami. Na sobie stosowałem to, co potem zalecałem pacjentkom. Odstawiłem kazeinę i zobaczyłem, że już nie budzę się ze wzdętym brzuchem. Przeszedłem na biowarzywa, odstawiłem alkohol. I to dopiero był czad!
Te rezygnacje nie są łatwe, ale korzyści z nich – wielkie i ja nie tęsknię za wcześniejszym stylem życia.
Teraz bardzo ciężko pracuję nad tym, żeby mniej pracować. Obiecałem sobie, że będę się szanował. Więc choć chciałem na nasze spotkanie biec, żeby się nie spóźnić, to jednak się powstrzymałem i szedłem normalnym tempem. A lubię, jak mi się napinają mięśnie, lubię wysiłek. To mi zostało ze szkoły sportowej, jestem za ten nawyk bardzo wdzięczny. Ostatnio zacząłem chodzić na siłownię i ćwiczę z trenerem. Teraz na sobie sprawdzam, jak ważne jest jedzenie białka i tłuszczu, bo z tego jesteśmy zbudowani i to są nasze główne zasoby energetyczne. Uczę się dbać o siebie, staram się pamiętać, że moja świadomość mieszka w ciele, ono jest domem, o który warto dbać.
Nasze kłopoty ze zdrowiem to często tylko objawy, ale też mogą prowadzić do złudnych nadziei, że dietą rozwiążemy wszystkie, także dużo głębsze, problemy życiowe.
Na pewno brakuje nam dobrej edukacji. Pogoń za kasą wpędza w straszne kołowrotki. Ściema się dobrze sprzedaje, w USA jest już 10 tys. rozmaitych dodatków do żywności zaaprobowanych przez FDA (Food and Drug Administration) i mniej więcej tyle samo sposobów, jak nie napisać na opakowaniu, że znajdują się w jedzeniu. Widzi Pani tego faceta z papierosem? To proszę sobie wyobrazić, że on nie tyle pali, ile małymi porcjami łyka śmierć.
Przecież na pudełku papierosów ma jasną informację i jeszcze odrażające zdjęcie zmian nowotworowych.
Ale jest uzależniony. I znów mówimy o sytuacji pozornego wyboru. Dlaczego te substancje w ogóle są dostępne? Dlaczego można produkować soczki z fruktozą dla dzieci, gdy wiemy już, że ona uzależnia? I buduje znakomite podglebie dla nałogu alkoholowego w dorosłości, bo ten mały człowiek wytwarza w sobie mechanizm wywołujący wyrzuty dopaminy?
Dania jako jedyna w Unii Europejskiej uchwaliła prawo, które nakazuje, by 60% żywności w placówkach publicznych pochodziło z rolnictwa ekologicznego, i według własnego planu zwiększa powierzchnię uprawianą rolnictwem ekologicznym.
A u nas rolnicy ekologiczni są w maleńkiej mniejszości i jeszcze się im na różne sposoby dokucza. Tylko przebudzeniem świadomości i oporem mamy szansę starać się o lepsze życie.
A może Pan też sprzedaje obietnicę lepszego życia? Jest pan medyczną gwiazdą, dziewczyny jadą do pana spod Rzeszowa, robią na Pana zlecenie kosztowne pakiety badań, wizyta u Pana jest droga – widziałam na stronie internetowej cenę 850 zł. A potem mówi Pan, że to działa, bo pacjentki i pacjenci chudną, piszą Panu o sukcesach. A inni może nie chudną, nie zdrowieją i idą od Pana do innych lekarzy.
Ja tę cenę wpisałem, żeby ludzie już nie dzwonili i nie próbowali się umówić. I chyba wpiszę jeszcze wyższą. Podałem tam informację, że nie prowadzę zapisów. W jedynej przychodni, w której pracuję, ustawiam grafik i zapisy prowadzą panie recepcjonistki. Próbuję powstrzymać zalew osób, które szukają pomocy. Proszę spojrzeć na mój telefon, to z dziś, widzi Pani?
Widzę: 312 nieodebranych maili, 35 nieodebranych wiadomości.
I one wszystkie brzmią: „Doktorze, kiedy mogę do Pana przyjść?”. A ja się nie pokroję i nie rozmnożę. Dlatego napisałem książki z jasnymi wskazówkami, co robić, co badać. Mnie się zdarza przyjmować za darmo, nie mam czasu pilnować, czy pacjentka po wizycie na pewno zrobiła mi przelew. Jak prosi o rezygnację z wizyty i chce zwrotu pieniędzy, to zwracam.
Ta popularność jest przeciążająca, ale chyba też łechce.
Gdybym miał 35 lat, to na pewno by mi odbiło. Ale mam 62 i za stary jestem. Prowadzę kanał na Instagramie i wiem, że moje materiały oglądają 3 mln osób miesięcznie. Liczby robią wrażenie. Ja mam z tego tyle, że w Sztynorcie w sklepie spożywczym ktoś się nagle do mnie uśmiecha i pozdrawia albo chce sobie ze mną zrobić zdjęcie. Ja tej całej ekscytacji nie czuję, popularność nie zrobi ze mnie nadąsanego pajaca, to po prostu nie moja bajka.
Kiedy się Pan czuł najzdrowszy?
Teraz. Szczególnie że zacząłem z tą siłownią – raz w tygodniu ćwiczę z trenerem, a raz chodzę na pilates. I pracuję coraz mniej. Opracowuję też taki system konsultacji, w którym pacjent będzie mógł się ze mną spotkać dopiero na końcowym etapie, już z wynikami, gdy naprawdę będę mógł pomóc. Sam jednak wykonuję np. USG.
I nie wpadnie Pan w schemat, jak NFZ?
Niekoniecznie. W ok. 80% sam proces diagnozy i zaleceń jest powtarzalny, natomiast 20% faktycznie zależy od unikalnych cech, aspektów życia każdego z nas. Na podstawie wyników kwasu moczowego naprawdę można prognozować ryzyko zawału, udaru, nadciśnienia. I będę z pacjentem tego wskaźnika pilnował.
Pan jest jeszcze ginekologiem czy raczej dietetykiem? Jak nazwać tę specjalizację?
Jak Pani wspomniała, jestem ginekologiem holistą.
Przychodzą do Pana również mężczyźni.
Dziś było kilku. Kobiety radzą sobie z opieką nad swoim zdrowiem lepiej, bo mają lekarza przeznaczonego dla siebie – ginekologa właśnie. To oznacza częstsze kontrole, jakieś wskazania i badania towarzyszące. Jak uda mi się zaopiekować kobietą w menopauzie, to ona po czasie przyjdzie prosić o pomoc dla męża, który zasiadł w fotelu i nie robi nic, nie ma w nim życia tak, jak nie było w niej przed leczeniem.
Bo mężczyźni zostawieni są sami sobie. I częściej, skuteczniej niż kobiety popełniają samobójstwa.
Dziewczyny mają z kim pogadać. Te ich przyjaciółki i spotkania napędzają do życia jak elektrownia jądrowa. A chłopaki udają przed sobą, ukrywają, wyśmiewają, bagatelizują. I gdzie mają pójść?
Kobiety i mężczyźni starzeją się inaczej?
Do 35. roku życia wszyscy idziemy w górę. Od tej pory facetom sił życiowych pomalutku i stopniowo ubywa, to się dzieje niezauważalnie. Delikatna równia pochyła. U kobiet sporo energii utrzymuje się do pięćdziesiątki, a potem łup w dół – menopauza, spadek estrogenów w ciągu roku czy trzech lat. I to jest moment, w którym obie płcie się rozjeżdżają. Bo kobiety przechodzą zmianę szokowo: mają depresje, problemy ze stosunkami, zaburzenia snu, bóle serca czy piersi. Szukają poprawy i odpowiedzi. A dla mężczyzn nie ma prasy, portali ani książek z wiedzą. Na 100 kobiet zgłasza się do mnie kilku mężczyzn, ten procent trochę rośnie. To wciąż mało, ale widać dobrą tendencję. Dostrzegam ją też wśród lekarzy, sami kardiolodzy zaczęli ćwiczyć i inaczej jeść, żeby nie dostać zawału!
Czy da się ludzi nauczyć lepszego stylu życia albo odżywiania na TikToku? Krótkie filmy w internecie to dla coraz większej liczby z nas podstawowe źródło wiedzy.
Da się. Nie możesz schudnąć? Wyrzuć z diety wszystko, co słodkie, alkohol i pieczywo. Nie oszukuj przez dwa tygodnie i wtedy pogadamy. Powiedzenie tego zajmuje 10 sek.
To spełnienie marzeń wielu ludzi. Marzymy o prostych odpowiedziach. Ale trochę trudno w to uwierzyć, bo brzmi jak magiczna formuła.
To nie magia. To działa. Sprawdziłem na sobie i co dzień dostaję potwierdzenia od pacjentów.
A co Pan dzisiaj jadł, skoro Pan tyle pracował?
Rano wypiłem podwójne espresso i zjadłem bagietkę z wołowiną. Kiedy szedłem z nagrania do gabinetu, to zajrzałem do baru mlecznego. Dostałem talerz pysznej szczawiowej z jajkiem. Szkoda, że zabielona śmietaną, ale niech tam. I jeszcze wątróbkę z indyka z dużą porcją kapusty kiszonej. Było pyszne, zapłaciłem 34 zł. A jak skończymy rozmowę, pójdę do domu, około godziny będę szedł, tam zjem biopłatki kukurydziano-owsiane, no i odżywkę białkową.
Chodzi Pan do lekarzy?
Robię sobie regularne badania z krwi. Szwagier radiolog wykonuje mi USG prostaty. Sprawdzam ciśnienie. Kolonoskopię raz zrobiłem, onkopakiet mam w porządku, mutacji genów nie mam. Czyli jest dobrze.
Bardzo szybko Pan myśli i szybko pan mówi. Ma Pan momenty wyciszenia?
Bardzo je lubię. Mózg pracuje, żeby potem nic nie robić. Z pacjentkami muszę się spieszyć, więc proszę, żeby włączyły nagrywanie w telefonie. Z bliskimi rozmawiam wolniej. Z wnukiem lubię pogadać, niesamowity trzylatek, dużo się od niego uczę, jego dziecięca dobroć i akceptacja bardzo mnie uspokajają. Budujemy razem tramwaje z mebli i koców. Kończę też budować dom w Puszczy Knyszyńskiej. Gdybym miał drugie życie, byłbym architektem, bo czuję i lubię przestrzeń. Patrzę tam na drzewa i w niebo, niczego mi wtedy nie brakuje. Ale nie przestanę pracować, za bardzo mnie to cieszy. Teraz chcę pisać o endometriozie i otyłości.
W zaskakujące miejsce zaprowadziło Pana to mamine zaklęcie.
Nie było lekko. Ale i nie był to przypadek. W teście Gallupa wychodzi mi, że mam zdolność strategicznego myślenia o przyszłości. Odczuwam to tak: tu już nie ma sensu być, pójdę gdzieś dalej, zrobię co innego. Patrząc z boku, można powiedzieć, że jestem ryzykant albo nie umiem się podporządkować. A ja się lubię uczyć nowych rzeczy, chcę traktować pacjentów dobrze i im pomagać, tylko w zgodzie ze sobą. Może trzewia mnie prowadzą. A jelita to potężny narząd!