Jak wygląda Twój dzień nad Czarną Hańczą?
Każdy jest inny. Wstaję wcześnie, koło czwartej, szczególnie gdy w sierpniu pojawiają się pierwsze mgły. Poranek to czas fotografowania, czytania, kąpieli w rzece. A kąpię się w niej codziennie, bez względu na pogodę i porę roku. No, chyba że jestem w podróży. Potem wyszykowujemy z Agnieszką dzieci do szkoły nad Wigrami. Ona zwykle je podwozi, sama jedzie do pracy do Suwałk. W tym czasie ja robię to, co akurat potrzeba – a to rąbię drewno, a to wykonuję roboty budowlane w gospodarstwie, coś w naszej galerii i Muzeum Mongolii. Czasem wyjeżdżam do pracy – także fizycznej, pracuję przy ogrodach, przy drzewie, nawet budki dla ptaków budowałem; rok temu byłem brygadzistą w rafinerii ropy. Prowadzę warsztaty fotograficzne, jeżdżę na plenery i w podróże jako przewodnik, do Kirgistanu, do Mongolii. Tylko jesienią i zimą mam więcej czasu, żeby posiedzieć i pisać książki. W To kim wśród tych wielu ról jesteś najbardziej? Najsilniej czuję się związany z obrazem fotograficznym. Cały czas tak patrzę na świat – przez fragmenty, kadruję i fotografuję. Ostatnio mocniej skupiam się na detalach, na obiektach tak małych, że przestają być oczywiste – zmieniają się w abstrakcję.
Jakie na przykład?
A choćby odbicie w wodzie, krople rosy. Poprzez skupienie na wycinku to, co rzeczywiste, przemienia się.
I staje się sztuką?
Definicji sztuki jest tyle, ilu ludzi nią się zajmujących. Część moich zdjęć uchodzi za fotografię artystyczną, ale ja wolę mówić o fotografii przyrodniczej. Bo nie są to zdjęcia przetworzone.
Pokazuję rzeczywistość bez obróbek i ulepszeń.
Oczywiście decyduję, co fotografuję, a tym samym jakoś stwarzam świat. Bo te ukazane elementy czasem trudno rozpoznać, choć są wyjęte spod nóg, z pobliskiej kałuży, z rzeki. Szukać nie muszę daleko, za to im dłużej fotografuję, tym rzadziej jestem zadowolony. W ciągu półrocza robię może kilka zdjęć, z których się naprawdę cieszę. Nie szkodzi, bo już samo chodzenie, szukanie, bycie z przyrodą to jest radość.
Jak się Twoje fotografowanie zmieniło z czasem?
Zaczynałem od fotografii analogowej, bardziej wymagającej, w której trzeba było cenić każdą klatkę. Wyjeżdżałem na miesiąc na Syberię, miałem do dyspozycji trzy tysiące ujęć i okazywało się, że to bardzo mało. Jako młody człowiek zachwycałem się dziką przyrodą, fotografowałem zwierzęta, wielki pejzaż na Suwalszczyźnie, na Syberii. Z czasem nasyciłem się tym, zacząłem opowiadać i obrazem, i tekstem. A potem skupiłem się na maleńkich obiektach. Pierwsze były pajęczyny, wnikałem w ich struktury, szukałem ostrości i nieostrości. Makrofotografia pozwala mi w miejscach „brzydkich” i przy „złej” pogodzie znajdować piękne międzyświaty. Tak doszedłem do fascynacji wodą. Do tego, co widać na niej, w jej odbiciach i pod nią.
Fotografowałeś nawet lód na Bajkale.
A wcześniej dzięki fotografowaniu wody uwolniłem się od typowych pojęć piękna i brzydoty. Każda pogoda sprzyja przyglądaniu się powierzchni wody i temu, co się w niej odbija, co kryje się pod taflą – w świecie trochę faktycznym, a trochę w złudzeniu. Oczywiście nie interesują mnie odbicia dosłowne, tylko to, co woda z nich tworzy.
A co tworzy?
W połączeniu ze światłem i wiatrem – wzory, faktury, zaskakujące abstrakcje. W zależności od technik albo od czasu naświetlania powstają nieprzewidywalne obrazy. Bardziej malarskie niż fotograficzne.
Takich wzorów i opowieści z wody szukam choćby w kałuży. W portach, przy kanałach, gdzie stoją paskudne garaże albo magazyny. W poruszonej wodzie obiekty dostają drugie życia.
Czerwona blacha odbija się, tworząc fascynujące widoki. A gdy nagle słońce zajdzie za chmury, obraz kompletnie się zmieni.
To co jest dla Ciebie piękne, a co brzydkie?
Ostatnio najpiękniejsza jest cisza.
Da się ją sfotografować?
Tak, widzę ją na wielu zdjęciach. Czy ktoś inny ją tam dostrzega, tego nie wiem. Kiedyś do naszej galerii, stworzonej za domem w drewnianym budynku dawnego chlewu, weszła dwójka ludzi. Na ekspozycji była akurat wystawa zdjęć kolegi. Fotograficzne haiku w dużym formacie, czarno‑białe obrazy mgły, z której wystawał fragment pomostu, drzewo lub zarys budynku. Goście stanęli w progu, rozejrzeli się pobieżnie i stwierdzili: „Ooo, mgła. To nic nie widać”.
Mgła to też woda. Gonisz ten sam żywioł w wielu postaciach.
Mgła tworzy fenomenalne pejzaże. Kiedyś przy naszej czarnej bani dostrzegłem parującą od rzeki mgłę utworzoną przez drobniutkie krople wody. I wtedy jedyny raz w życiu udało mi się uzyskać pięknie zmiękczony, niezwykle delikatny obraz tego, na co patrzę przecież codziennie. Zawsze jest szansa na zadziwienie. Szczególnie że mgła wiele ukrywa. A gdy widać mniej, to zwykle lepiej.
A co widać w lodzie?
Najpierw fotografowałem go na tutejszych jeziorach, na Wigrach, które jeszcze dwa lata temu zamarzały solidnie. Czasem lodową pokrywę zalewały deszcze, tworzące na powierzchni zamarzające kałuże, a w nich co dzień tworzyły się zupełnie inne faktury: nieforemne elipsy, potem zygzaki i kreski, pęknięcia skomplikowane jak neurony, a jeszcze następnego dnia wszystko znikało.
Przez 11 lat spędzałem zimy nad Bajkałem, zwykle wędrując z namiotem i saniami. Powierzchnia lodu zmienia się tam nieustannie.
Jak mówią mieszkańcy, Bajkał żyje, jęczy, dyszy i śpiewa. W marcu przy dziennych różnicach temperatur od minus 30 do plus 20 stopni w słońcu powstają ogromne naprężenia. Rodzą się szczeliny, które pękają z hukiem, lód się wypiętrza. Zamarzają fale, powstają oblodzenia nabryzgowe wysokie na kilkanaście metrów.
To jakby zamrozić eksplozję.
Trochę tak, choć zwykle proces jest dużo subtelniejszy – te oblodzenia to zamarznięte drobinki wody unoszone przez wiatr. Najcudowniejsze jest to, co pod stopami, w lodzie. Co kilka kroków inny obraz, inny świat. W zależności od światła i kąta jego padania zmienia się kolorystyka – od czerni po błękity, czerwienie i złoto. Lód jest bardzo czysty, bo woda w Bajkale jest bliska destylowanej. Najlepiej położyć się na brzuchu, dłońmi osłonić oczy od słońca i spoglądać w dół. A tam, w głębi, niesamowite pęknięcia, kształty. Albo zjawiskowe rybki nazywane Aniołami Bajkału – oglądane pod światło, są przezroczyste. Mogą żyć w wodzie o temperaturze nie wyższej niż siedem stopni, wypływają pod powierzchnię tylko zimą. A radzą sobie w największej głębi, 1636 m pod powierzchnią, wśród innych istot. To fenomen Bajkału, bo w innych słodkowodnych jeziorach życie ustaje na głębokości już 200 m.
A co poza lodem?
Przestrzeń, cisza, pustka. I powietrze. A ono buduje każdy pejzaż. Także dym jest przejawem obecności powietrza. Jak rozpalam drewnem pod kamieniami w czarnej bani, to z komory wychodzi dym. A ponieważ nie ma komina, dym podnosi się i zawisa płasko w powietrzu. Jeśli kucnę pod nim i spojrzę w górę, to we wpadającym przez okienko świetle słonecznym zobaczę obrazy – tańczące kłęby, chwilowe i niepowtarzalne.
A wiesz, że gorącą parę unoszącą się w czarnej bani nazywa się „duchem”?
Mówisz: „Posyp wody na kamienie, a duch będzie dobry”. Albo pytasz: „Jak bania?”, zaś odpowiedź brzmi: „Duch jest dobry, można iść”. Ta gorąca, ulotna para jest symbolem obecności piątego, duchowego żywiołu, w który wierzy się na Wschodzie.
To chyba musisz opowiedzieć o czarnej bani. Tej, która stoi za Twoim domem nad rzeką.
Dawniej w każdym gospodarstwie staroobrzędowców była bajnia, czyli łaźnia. Biała bajnia miała komin, a czarna nie. Była prostsza, łatwiejsza do zbudowania. Ogniskiem rozgrzewa się kamienie, a dym ucieka przez drzwi, ściany, sufity i je okopca, stąd nazwa. Po napaleniu i rozgrzaniu kamieni wyciąga się żar, wywietrza resztki dymu. Przy paleniu nagrzewa się wodę w wiadrach albo beczkach. I tą gorącą wodę skrapia się kamienie winnikiem, czyli namoczonymi witkami brzozowymi lub brzozowo‑dębowymi. To daje zapach i działa prozdrowotnie. Tak właśnie na chwilę rodzi się ulotny parowy duch. W bajni się siedzi, nagrzewa ciało, a potem biegnie do rzeki.
A element duchowy?
Wierzący staroobrzędowcy chodzili i chodzą do bani, by oczyszczać ciało i duszę. Przed niedzielnym pójściem do molenny, czyli do świątyni. Bez sobotniej bani trzeba było wykonać kilkadziesiąt pokłonów i odmówić modlitwy, żeby Bóg przebaczył grzechy. Bania oczywiście była także po prostu od mycia się, prania ubrań czy pościeli. Ale nawet współcześnie aspekt duchowy się pojawia. Posiedzisz, nagrzejesz się, pójdziesz do rzeki, z czasem rozmowy ucichną.
To zderzenie żywiołów – ognia, gorąca, pary – powoduje, że coś się z człowieka wymywa.
Głowa się uspokaja, ustaje gonitwa myśli, ciało wypoczywa. Uwielbiam banię późną jesienią. Niesamowicie jest wchodzić do rzeki przez unoszącą się nad nią mgłę. Kładziesz się na wodzie, podnosisz wzrok, a nad sobą masz rozgwieżdżone niebo. Albo pada deszcz, a ty nurkujesz i nie słyszysz nic, tylko uderzenia kropel o taflę.
Jak znalazłeś to swoje miejsce na ziemi?
Minęło już prawie ćwierć wieku. Płynąłem Czarną Hańczą kajakiem z kolegą i z wody poznałem Andrzeja Strumiłłę, artystę, który w Maćkowej Rudzie stworzył swój dom oraz pracownię. To było dzień przed Wielkanocą, akurat grabił liście nad brzegiem. Zaprosił nas. Byliśmy chłopaczkami ledwie po dwudziestce, a przyjął nas jak znaczących gości. Pokazał gospodarstwo, konie. Pozwolił przenocować. Byłem zauroczony. Wspaniała drewniana architektura pogranicza polsko‑litewskiego, otoczona kamieniami, na środku podwórza niesamowity krąg z głazów narzutowych, który Strumiłło sam ustawił. Ogród z masą ciekawych gatunków roślin i drzew z całego świata. Zapytałem, czy będę go mógł odwiedzać, pomóc w robocie, a przy okazji fotografować rzekę. Zgodził się, zacząłem przyjeżdżać, zaprzyjaźniliśmy się. Konsultował moje zdjęcia – zwykle krytycznie i boleśnie, ale uczył mnie wychodzić dalej, patrzeć inaczej, brać się za tematy, których jeszcze nie próbowałem. Wracałem tak przez dwa lata.
Znajomy powiedział mi, że w Budzie Ruskiej jest do kupienia gospodarstwo po starowierach.Pojechaliśmy na rowerach.
Zobaczyłem ponadstuletni dom drewniany przy drodze, obok niego chlew i glinobitkę. Wszystko od kilkunastu lat niezamieszkane. A mnie nagle naszło, że w budynku chlewu można by zrobić galerię. Dziwna myśl, bo wcześniej właściwie nie bardzo zależało mi na prezentowaniu fotografii. Kupiłem dom i obejście, aż do rzeki.
Co remontowałeś najpierw?
Chlew, żeby robić wystawy. Pierwszej nawet nie świętowałem, bo trzeba było od razu przebudować dom – była dziura w dachu, wypadały belki podwalinowe. Robiłem to sam i z pomocą majstra. Wcześniej nigdy nie planowałem mieć domu. Urodziłem się w Malborku, gdzie mój ojciec – inżynier budownictwa – pracował przy remoncie zamku. Szkołę zacząłem w Olecku, skończyłem w Suwałkach. Mieszkałem w Augustowie, studiowałem fotografię w Poznaniu. Byłem w ruchu. Uważałem się za włóczęgę.
Kto chciał przychodzić na wystawy zdjęć do dawnego chlewu w jednym z najrzadziej zaludnionych zakątków Polski?
Pierwszy wernisaż zrobiliśmy po warsztatach fotograficznych. Rozwieźliśmy zaproszenia po okolicy. Zjawiło się 70 osób. Na kolejną wystawę przybiegła od sąsiadki nawet świnka z małymi. A kury przechodziły przez płoty, takie były ciekawe. Potem zaczęliśmy organizować spotkania ze staroobrzędowcami.
Nie wszyscy oni mieli o swojej kulturze pełną wiedzę, wiele obyczajów i wierzeń po prostu praktykowali, przy czym chętnie dyskutowali, polemizowali z wykładowcami.
Potem były spotkania z książkami, wreszcie dziesięć lat temu – pierwszy Festiwal Patrząc na Wschód. Aż do pandemii wszystko to działo się na małym podwórku między domem a chlewem. Dopiero konieczność utrzymania większych odległości podsunęła pomysł, aby spotykać się na łące nad rzeką. I tak zostało.
Dom odnowiłeś zgodnie z tradycją?
Był zbudowany z grubych sosnowych belek. Ujął mnie starym gankiem z okiennicami i nadokiennikami, na których znać jeszcze było ślady kolorowych farb. Wszystko to chciałem zachować, choć trzeba było wymienić dach i szczyty, ocieplić i zaimpregnować. Dom jest pomalowany na niebiesko, brązowo i czerwono, bo takie barwy pojawiały się w gospodarstwach starowierskich.
A piec?
Piec jest wciąż ten sam – to serce domu. Kaflowy, z dwoma przypieckami i niszą do suszenia butów czy wkładania smolniaka. Tym piecem ogrzewamy dom, wodę, na nim gotujemy, przysiadamy, można się i na nim przespać.
Mieszkasz tu z żoną Agnieszką i trojgiem dzieci. Zastanawiam się, jak to miejsce Cię określa, czy zdefiniowało Wasze życie.
Gdy tylko wychodzę z domu, jestem w pejzażu, który kocham. On się codziennie zmienia, jest jakąś tajemnicą. Dawniej uwielbiałem szczególnie jesień i zimę – nikogo na polach, tylko ja się włóczyłem. A sam dom, owszem, dyktuje każdy dzień. Wymaga pracy i czasu, bo ma swoje życie. Jest ogień, a więc trzeba drzewa. Kupić, porąbać, wysuszyć, ułożyć, sprawdzić, czy gotowe. Ogień jest w domu obecny od października codziennie aż do wiosny, dzieci i palą w piecu, i rozpalają ogniska, dla nich też jest to czymś naturalnym.
Z żywiołami ognia i smartfona radzą sobie równie dobrze?
Najstarszy syn już tak. Cieszy mnie, że poza telefonem lubi też książki. A dzieci młodsze nie mają smartfonów, tylko dostęp do komputera przez określony czas. Przez większość roku są na podwórku. Najmłodszemu synowi śnieg, deszcz ani zima w zabawach nie przeszkadzają. I oby tak zostało jak najdłużej. Widzę, jak technologia wchłania ludzi, i wiem, że to nieuniknione.
A Ty tu jesteś, żeby się przed współczesnym światem trochę ochronić?
Nie chowam się tu. Przed niczym też nie uciekałem. U mnie to był naturalny proces. I wcześniej spędzałem dużo czasu w terenie, fotografując. Mieszkałem np. we wsi bocianiej, na granicy z obwodem kaliningradzkim. Raptem sześć gospodarstw, wtedy miejsce nikomu nieznane, cudowny czas. Włóczyłem się, robiłem zdjęcia, pomieszkiwałem to tu, to tam, a wszędzie, gdzie byłem, pomagałem. Znałem więc pracę w obejściu, przy domu, w polu.
Nie idealizowałem ani wsi, ani miejsc, ani ludzi.
I jak tu zamieszkałem, to najbardziej cieszyłem się, że mam przyrodę na wyciągnięcie ręki. Dom był dodatkiem. Przez dwa lata była sławojka, rzeka i bania. I to mi wystarczało. Żyłem tu sam przez jedenaście lat. Pewnego razu odwiedził mnie sąsiad, który się sprowadził z miasta. Pyta, czy nie czuję się samotny, bo on tak. Ale on większość życia spędził wśród ludzi, miał inną osobowość. A mnie pochłaniały pasje – przyrodnicza, fotograficzna, do tego zawsze lubiłem być sam. Ci, którzy tu przyjeżdżają, nie zdają sobie sprawy, że ludzie w okolicy nie mają dużej potrzeby spotykania się i odwiedzania.
To jakie jest to Wasze sąsiedztwo?
Proste – wzajemna życzliwość i pomoc. Aż do wejścia do Unii Europejskiej zimą ludzie spotykali się częściej, przesiadywali u siebie. Do 2004 r. w okolicy były raptem ze trzy samochody. Jak drogą jechało auto, to się chłopy rzucały do okien. Najpierw się z tego śmiałem, potem sam chodziłem sprawdzić, kto przyjechał. Jak się zaczęły dopłaty, nastała nowa epoka. Ludzie zaczęli remontować i budować domy, kupować samochody, maszyny rolnicze – to była zdecydowanie zmiana ich życia na plus. Oczywiście zaczęli też więcej pracować, zmieniać pejzaż, tradycyjne rolnictwo odeszło. Nie ma już koni na polach ani w furmankach, zostały tylko hodowlane. Znikło arfowanie zboża, zbieranie siana luzem, znikło siano w kostkach i snopowiązałki, teraz są już tylko wielkie bele. No i dawniej od jesieni ludzie mieli czas, a teraz już wszyscy są zajęci przez okrągły rok. Choć zdarza się jeszcze, że sąsiad zawoła: „Chodź, poopowiadaj, gdzie ostatnio byłeś i co widziałeś”, i zaparza herbatę.
No to poopowiadaj, gdzie ostatnio byłeś.
W Mongolii, przez dwa tygodnie, jako przewodnik.
Konno?
Tym razem nie. Ale wcześniej jeździłem tak z moim przyjacielem. Kupiliśmy trzy konie i wędrowaliśmy przez ponad miesiąc. Piękna to była podróż przez krainę pustki, koczowników i nieba. Nasze jest niebieskie, a tam błękitno‑granatowe.
Niebo też fotografujesz?
Niebo i chmury. Na stepie czy pustyni wszystko jest inne, niebo i gwiazdy sięgają po horyzont. Śpisz bez namiotu, głowa przy ziemi, otwierasz oczy, a gwiazdy leżą z tobą. Jest cicho, a przejrzystość powietrza jest taka, że widać góry oddalone o 100 km.
I tego czas nie zmienia?
Wystarczy odjechać od Ułan Bator, od miejsc zaludnionych.
O ile można je tak w ogóle nazwać, bo na terenach pięciokrotnie większych od Polski mieszka w Mongolii ledwie 3,5 mln osób.
Milion z nich to koczownicy. Jak pojedziesz na południe, na step pustynny albo na pustynię Gobi, znajdziesz niezmienionej przestrzeni pod dostatkiem. Choć w kraju pojawiło się już górnictwo, odkryto wielkie złoża miedzi i złota, działają największe na świecie odkrywkowe kopalnie węgla. Na szczęście te działania zajmują tylko ułamek przestrzeni. Mam nadzieję, że nienaruszona i poruszająca przyroda będzie tam jeszcze długo sama sobie królować.
Co się z Tobą dzieje, gdy tak przemierzasz tę nicość?
Czuję się świetnie. Całymi dniami widzę tylko ziemię i niebo. Te dni są proste, nie ma planu – budzisz się, zjadasz śniadanie, zwijasz obóz i wędrujesz. I tak do zmroku. Wszystko pomiędzy jest niewiadomą. Wyostrzają się zmysły, bo w skromnym pejzażu każdy element ma znaczenie. Dostrzegasz więcej, doceniasz kolory, kontrasty. Pustynia Gobi po stronie mongolskiej ma różne smaki i barwy. Zachowały się suche koryta rzek, góry wysokie na 2 tys. m, solniska. Pustynia jest miejscami czarna, czerwonawa, szarawa, z zielonymi głazami, w barwie gliny albo piasku, z dolinami górskimi, gdzie w szczelinach przez większość roku leży lód. Może być i biała – tam gdzie wysychają jeziora solne. Wbrew pozorom pustynia nie jest monotonna, zmienia się i fascynuje.
Co jest dobrym tempem do przemierzania takiego świata?
Najlepiej iść pieszo. Bo jak się idzie, to można zajść w gościnę. Na przykład Mongołowie są ciekawi innych, zapraszają do jurty – na posiłek, na nocleg. Odmawiać nie wypada. Nigdy nie miało znaczenia, czy znali rosyjski ani czy mieliśmy jakiś wspólny język. Wystarczała chęć poznania się, radziliśmy sobie gestami, rysunkami.
Podczas sierpniowego festiwalu Patrząc na Wschód, który organizujecie razem z Piotrem Brysaczem, rozmawia się nie tylko o Wschodzie – bliższym, dalszym, faktycznym i wyobrażonym, lecz też o samym podróżowaniu. O zadeptywaniu świata, o postkolonialnych wymiarach współczesnych wypraw, o masowej turystyce, o kryzysie podróżowania. Czy Ty masz pewność, że jest wciąż dokąd i po co jechać?
Jeszcze tak. Na Suwalszczyźnie przyrody i otwartej przestrzeni wciąż mamy dużo, no, ale te uroki przyciągają ludzi. A ludzie chcą stawiać domy. I czy to park narodowy, czy krajobrazowy, pejzaż się zmienia. Nic nie stoi w miejscu, przyroda też nie. Trzeba jechać dalej, żeby znaleźć pustkę i przestrzeń. Stąd moja słabość do Kirgistanu, Mongolii, gdzie wciąż jest ich pod dostatkiem, bo też przyroda jest mniej przychylna człowiekowi.
Jeździłeś wielokrotnie i tam, i do Tuwy, nad Bajkał. Znasz różne oblicza Wschodu. Czy wyrządzamy tej części świata krzywdę, określając ją jednym wspólnym mianem, czy – przeciwnie – oddajemy jej sprawiedliwość, bo jest to wspólna przestrzeń krajobrazowo‑duchowa, tylko podzielona granicami państwowymi?
Dla mnie Wschód to olbrzymi tygiel, skomplikowana mieszanka, zróżnicowana etnograficznie, kulturowo i przyrodniczo. Nie ma sensu upychać jej w jednym worku.
Gdyby zapytać dziesięciu ludzi, z czym im się Wschód kojarzy, byłoby dziesięć różnych odpowiedzi.
Dla jednych to Podlasie, dla innych Uzbekistan, dla Ciebie pewnie Indie. Poznaniacy żartują, że dla nich wszystko na wschód od Wisły to już Azja. Wschód jest tajemnicą, nie ma wyraźnych krawędzi.
W mentalności Europejczyków żywa jest tendencja do przesuwania granic Wschodu jako symbolicznej przestrzeni dzikości, niebezpieczeństwa, niedorozwoju. Ta granica wędruje w zależności od potrzeb, interesów i intencji. Wszystko, co leży za nią, jest postrzegane jako gorsze.
Ale i wciąż orientalizowane. Bo Wschód jest nadal pokazywany we fragmentach jako piękny, ciekawy, inny. Tak powstają małe fikcje. Ludzie Zachodu jadą na Wschód przekonani, że znajdą tam tę barwną esencję, tymczasem Azja się zmienia. Sam wracam do tych samych miejsc i widzę. W 2002 r. Ułan Bator było pełne ludzi w strojach tradycyjnych, a dziś te tradycyjne noszą wyłącznie starsi, nawet na stepie. Chcemy od Wschodu egzotyki. Chcemy, żeby Mongołowie jeździli konno, a nie samochodami.
A Ciebie co ciągnie na Wschód?
Pasjonuje mnie Azja Środkowa. Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan, Turkmenistan… to społeczności niesłychanie skomplikowane. Tam panuje nieskończona złożoność uwarunkowań w relacjach. Mogę tam jeździć wiele razy i wciąż się uczyć. Na Wschodzie nie ma linii prostych ani bezpośrednich przełożeń. Odległości są wielkie i nie wiadomo, kiedy ani czy uda się je przebyć. Tam jest czasoprzestrzeń, a nie podlegający zegarkom czas.
Biegnie tak, jak przyroda pozwoli.
Jako przewodnik staram się oswajać podróżnych z niewiadomą. Pokazuję, że pytania o kilometry i o to, ile zajmie droga, nie mają sensu. Odpowiedź przyjdzie, lecz bez naszego wpływu, nie można jej udzielić z góry. Podczas ostatniej podróży w Mongolii przydarzyła się nam cudowna okoliczność, bo na pustyni co drugi dzień padał deszcz, więc wszystko zakwitło, pachniało czosnkiem, było zielono‑różowo. Pięknie. Ale jeszcze trochę deszczu, a droga zmieniłaby się w rzekę błota, uwięziłaby nas na wiele dni.
Gdzie dla Ciebie zaczyna się Wschód?
W sercu i w głowie. A dosłowniej – czuję go na Suwalszczyźnie i tuż za granicą Litwy, Białorusi. Każda podróż tam oznacza, że trzeba się oswoić z niepewnością i nieznanym.
Otwiera się sfera nieprzewidywalności, spowolnienia i porzucenia planów.
Im dalej na wschód, tym silniej czas i przyroda rządzą nami, a nie odwrotnie.
Na Zachodzie czas to pieniądz. Jakie miejsce pieniądze zajmują w Twoim życiu?
Kiedy żyłem sam albo tylko z Agnieszką, potrzeby mieliśmy bardzo małe. U mnie to się zresztą nie zmieniło. Wystarczy mi para spodni i gumofilce. Latem chodzę boso. Dawniej pieniędzy potrzebowałem tylko na podróże, na remont domu. Jak pojawiły się dzieci, to już wyzwań przybyło. Muszę więcej i intensywniej pracować, czasem robiąc rzeczy, które niekoniecznie mnie fascynują. Jak to jest praca przy drzewie, w czyimś ogrodzie, w ziemi, to dla mnie przyjemność. Nie boję się ciężkiego wysiłku.
Czy to, że umiesz wiele rzeczy zrobić własnymi rękami, daje poczucie bezpieczeństwa?
Tylko po części. Nie mógłbym siebie i rodziny utrzymać z jednego zajęcia. Jak tu zaczynałem i ciężko było zarabiać na fotografii, to chodziłem po sąsiadach i mnie karmili. Przyzwyczaiłem się, że muszę robić różne rzeczy. A to poprowadzić warsztaty, a to być przewodnikiem, a to podjąć się robót fizycznych, coś zbudować albo naprawić. I na razie tak sobie radzimy, choć koszty utrzymania domu wzrosły znacząco. Jakąś odpowiedzią jest mniej chcieć i mniej wymagać.
Pracujesz nad książką o Suwalszczyźnie. O czym to będzie opowieść?
O tej ziemi, moich doświadczeniach. I o ludziach, którzy znikają. Umierają ci, którzy mieli czas obcego z drogi zaprosić na posiłek. Ci, z którymi co dzień po świcie piłem kawę. Ludzie, którzy nie znali pragmatyzmu. Świadomie czy nie, inaczej rozumieli wartość człowieka. Przeprowadzam rozmowy z najstarszymi mieszkańcami okolicy, którzy poznali albo zapamiętali tamto życie. Zebrałem fotografie z ponad 20 lat. Będzie o Czarnej Hańczy i o czarnej bani, o staroobrzędowcach i Andrzeju Strumille, o naszych rzeczkach i strumieniach, i o kamieniach, które tu rodzi ziemia. Mówimy, że w niej rosną.
Powiedziałeś wcześniej, że dla Ciebie pięknem jest cisza. Co w niej znajdujesz?
Doceniam ją szczególnie w tej jesienno‑zimowej odsłonie, gdy nastaje po letnim czasie wizyt, rozmów, festiwali. Idę nad rzekę, słucham wiatru, roślin i zwierząt. Jak nie nad rzeką, to siedzę w lesie albo w przydomowej pracowni, zapalę kadzidełko, czasem mysz zachrobocze. Wyostrzam uwagę na dźwięki i na samego siebie, uspokajam się. Cisza daje mi zatrzymanie, które pozwala zapytać, co jest ważne, co warto robić. Bo czasu zostało mi już nie tak dużo, z każdym dniem coraz go mniej. Cisza jest też rozeznaniem, jak niewiele potrzebuję. Dzięki niej uświadamiam sobie, że mam coraz mniej nie tylko potrzeb, lecz i oczekiwań. Strumiłło mówił, że można być zachłannym na pieniądze, ale i na sztukę, na samo życie. Nie tak łatwo jest nie chcieć.
Piotr Malczewski Fotograf, podróżnik i przewodnik. Mieszka z rodziną w Budzie Ruskiej, w ponadstuletnim domu po staroobrzędowcach, gdzie prowadzi galerię fotografii i jedyne w Polsce Muzeum Mongolii. Podróżował nad Bajkał, na Spitsbergen i do Azji Środkowej – konno, kajakiem, żaglowozami, pieszo, z saniami. Opublikował kilka książek, łączących fotografię i opowieści z podróży, m.in. Kolej Transsyberyjska i Bajkał. Opowieść o świętym morzu. Jest współorganizatorem festiwalu literackiego Patrząc na Wschód