Czy zimowe wejście na Everest, którego dokonaliście z Krzysztofem Wielickim 45 lat temu, w lutym 1980 r., zmieniło Pana życie?
Trzeba pamiętać, że to nie był nasz pierwszy rok wspinania. Na tamtej wyprawie, kierowanej przez Andrzeja Zawadę, należeliśmy co prawda do najmłodszych, ja miałem skończone 29 lat, ale za sobą już 10 lat chodzenia w góry wysokie. Wcześniej byłem na Shispare, Gaszerbrum II, na K2 i Makalu. Naszemu pokoleniu, czyli tym, którzy zaczęli wspinać się na początku lat 70. XX w., przydarzył się wspaniały moment historyczny, bo wtedy w Himalaje i Karakorum jeździły razem trzy generacje – ci, którzy zaczynali jeszcze przed wojną, ci, którzy po wojnie osiągnęli wiele w Alpach i Hindukuszu, no i my, którzy przecieraliśmy nowe drogi himalajskie.
Wejście na Everest nastąpiło dla mnie w samą porę. Nie było ukoronowaniem, bo później jeszcze przez wiele lat jeździłem – i wciąż jeżdżę – w Himalaje i inne góry.
Niedawno byłem w Peru na sześciotysięczniku Chachani i po raz trzydziesty któryś prowadziłem wyprawę na Kilimandżaro. Niby nie są to szczyty bardzo ambitne, lecz wysokość i warunki wymagające. Słowem, ja na Evereście ani nie zacząłem, ani nie skończyłem.
Ale to osiągnięcie będzie Panu zapamiętane. To ma znaczenie?Bez wątpienia ono było najgłośniejsze i…