Subskrybuj
Ilustracje: Aleksandra Stanglewicz fot. Wojciech Olszanka/East News
Ilustracje: Aleksandra Stanglewicz fot. Wojciech Olszanka/East News

Netsuke z szylkretu

Widziałam, jak zagraniczna studentka w hidżabie odchodzi z laleczką kokeshi przyciśniętą do piersi, widziałam nowego właściciela kobaltowego wazonu, a także młodego człowieka w okularach lenonkach usiłującego zmieścić w koszyku rowerowym kilkadziesiąt płyt z zachodnią muzyką sprzed pół wieku, ale mnie interesował tylko ten jeden przedmiot. Musiał tu być. Łudziłam się, że znajdę to, czego nie pamiętam.

Nie pamiętam, co jeszcze stało w witrynie starej tokijskiej kawiarni oprócz wazonu ze zmieniającą się kompozycją kwiatową, porcelanowej filiżanki wypełnionej plastikową kawą o zmętniałej powierzchni i laleczki kokeshi z prefektury Gunma. Filiżanka, kokeshi w czer­wonym kimonie i kobaltowy lśniący wazon w stylu europejskim, który uważaliśmy za raczej brzydki, ale jednocześnie pasujący do reszty w ten przedziwny sposób, w jaki, co do czego zgadzaliśmy się oboje, obiekty wchodzą w estetyczną relację tylko w Japonii. Przedmioty z róż­nych bajek i ludzie, którzy nigdzie indziej by na siebie nie wpadli. Tak było. Ustawione obok siebie, patrząc od lewej: kokeshi, lekko schowana za nią filiżanka i na pierwszym planie wazon, w którym w zależności od pory roku umieszczano inne bukiety. Obojgu nam najbardziej podobały się kwitnące śliwy, które pojawiały się w lutym, kiedy na nagich gałęziach pękały powoli różowe pąki, drob­niejsze od sakury i pachnące miodem, najpiękniejsze, gdy pokrywał je szybko topniejący tokijski śnieg. Te kwiaty nie opadały w pełni rozkwitu jak celebrowane wiosną wiśnie, lecz powoli zamierały, kurcząc się i brą­zowiejąc w wilgotne grudki martwej materii. Mówiłeś, że tak oto, a nie jak sakura, umiera większość ludzi, i był to jeden z naszych ironicznych żartów na temat gejsz, samurajów, hanami i kamikadze, dzięki którym oswajaliśmy codzienną niezwykłość życia, jakie nas tam spotkało. Jakiekol­wiek umieranie wydawało się kwestią przyszłości dalszej niż linia horyzontu widziana z wież Tokyo Tower.

Gdy w witrynie pojawiała się nowa kompozycja kwiatowa, przysta­waliśmy, by na nią popatrzeć. Kiedyś napijemy się tu kawy, mówiliśmy, stojąc naprzeciw naszych niewyraź­nych odbić, zaprzyjaźnieni z nimi jeszcze i bez trudu się rozpoznający w młodości głodnej wszystkiego, co zdarzy się tego dnia, tej nocy. Laleczka kokeshi, filiżanka z mokapem kawy i kobaltowy wazon zlewały się z naszymi sylwetkami i życiem przepływającym z tyłu w nieprzerwanym ciągu rowerów, dzieci z tornistrami, małych piesków, mężczyzn w ciemnych garniturach i studentów z pobliskiego kampusu, kupujących bento. Może nawet jutro, mówiłeś. Koniecznie, powtarzałam, podziwiając kwitnące śliwy, liliowe irysy, sakurę, mięsiste kwiatostany opitych deszczem hortensji, gałązkę klonu i znów śliwę, bo tyle czasu spędziliśmy razem – od jednego kwitnienia ume do następnego. Lecz było tam coś jeszcze. Między kokeshi a filiżanką spoczywał jakiś drobiazg. Na pewno. Drobiazg, który umknął pamięci, dręcząc mnie nadal swoją nieobecnością jak mały cichy duch o zagadkowej naturze. Kiedy myślę o tej kawiarni i wszystkim, co się z nią wiąże, kiedy przypomina mi się w nagłych rozbłyskach otwartych przez jakieś podobieństwo tekstury, zapachu albo obrazu, tę nieobecność czuję najwyraźniej.

Mijaliśmy kawiarnię w stylu epoki Shōwa w drodze na stację. Wtedy jeszcze na każdą kawiarnię mówiono kissaten, bo te nowe, jasne i chłodne dopiero wyrastały w prze­strzeni miasta, wabiąc przechod­niów swoją modną ofertą. To był tymczasem zniszczony drewniany budynek wciśnięty między zakład fryzjerski i dwie nowe jednorodzinne konstrukcje, które wyrosły na lek­kich szkieletach tam, gdzie jeszcze niedawno stały sklep ze słodyczami i nieczynny już zakład krawiecki. Przy tych nowych budynkach kawiarnia jakby zmalała, skurczyła się, robiąc miejsce młodym rodzinom, które wkrótce się tu wprowadziły. Jednak wtedy, gdy przechodziliśmy prawie codziennie w jedną i w drugą stronę, kissaten nadal cieszył się powodze­niem wśród seniorów z sąsiedztwa i zmęczonych sararymenów. Zaglą­dały tam głównie gospodynie domowe i emeryci w podobnych wiekowych garniturach, a ich rowery i pełne zakupów wózki na kółkach tkwiły przed wejściem, wspierając się nawzajem w oczekiwaniu. Przez otwarte nagle drzwi docierał do nas szmer rozmów, zapach kawy i obłok tytoniowego dymu, bo wtedy jeszcze palenie w staroświeckich kawiarniach było dozwolone. Musimy tam kiedyś pójść! Tak, koniecznie! Pójdźmy tam kiedyś. Dlaczego nie? Może nawet jutro? Wiele razy to sobie obiecy­waliśmy w drodze, ale ostatecznie wybieraliśmy jasne nowe miejsca, gdzie nie można było palić, przez duże okna widać było uliczny ruch, a nasze komputery bez problemu łączyły się z siecią. Na przykład w sąsiedniej dzielnicy Jiyugaoka, gdzie kawiarnia w nowym stylu zachodnim serwowała kawę w ogromnych kubkach, a młodzi jak my ludzie z całego świata jedli do niej bajgle, nowojorski sernik i cze­koladowe babeczki. Ty zamawiałeś wielkie wzmocnione americano i sypałeś do niego mnóstwo cyna­monu, a ja modną nowość, mrożoną matchę z mlekiem i bitą śmietaną, której słodko­gorzki smak, już nie do odnalezienia, wciąż pamięta mój język. Może następnym razem, obie­cywaliśmy sobie więc, może jutro albo jesienią, gdy minie sto dni białej chmury, jak mówi się o upalnym i wilgotnym lecie na Honsiu, gdy całe Tokio rozbrzmiewa śpiewem cykad i liściastym szelestem wachlarzy. Lato minęło, a po nim jesień z powie­trzem tak przejrzystym, że prawie codziennie widać było z moich okien górę Fudżi, powoli zmieniała się w wilgotną i chłodną zimę, gdy kwitną tylko kamelie, a my nadal nie odwiedziliśmy starej kawiarni aż do dnia, w którym nagle musiałeś wyjechać na kilka tygodni. Nigdy nie wróciłeś do Tokio.

Ja wyjeżdżałam i wracałam, nie mogąc się zdecydować, czy to życie tak daleko od wszystkiego, co znałam wcześniej, jest nadal chwi­lową przystanią, czy już nabrało cech codzienności, w której powinnam zadomowić się na dobre.

Kawiarnia mimo zmniejszania się liczby klientów ciągle działała, a w jej witrynie te same obiekty przyciągały mój wzrok, chociaż nie zatrzymywałam się tu już tak jak z tobą. Już nie łudziłam się, że w końcu pójdę tam napić się kawy i zjeść staroświeckie śniadanie złożone z dwóch grubych pucha­tych tostów z masłem, jajka i sałatki z cienko pokrojonej kapusty. Czasem nawet odwracałam specjalnie oczy, przyspieszałam i teraz tego żałuję, bo któregoś dnia, to pewnie było wczesne lato, pora deszczowa, bo zapamię­tałam jednak bukiet hortensji w nie­zwykłym kolorze indygo, kawiarnię zamknięto. Właściciele, którzy miesz­kali na jej tyłach, między lokalem a murem kampusu, pozbywali się przez kolejne dni swoich rzeczy, które wystawiono na zewnątrz na stołach i wieszakach. Przechodnie przebierali w stosach tekstyliów wrzuconych w dwa wiklinowe kosze, w skrzyn­kach z naczyniami i płytami analo­gowymi, w kartonowych pudłach kipiących durnostojkami zachod­nimi i japońskimi, pojedynczymi sztućcami, serwetkami haftowanymi w kwiaty i liście, plikami komiksów, plastikową biżuterią w stylu księżnej Diany, apaszkami i paskami, nale­żącymi do właścicielki albo może przez lata gubionymi przez klientów. Zaczęłam grzebać w tych rupieciach w poszukiwaniu czwartego, zapo­mnianego obiektu z witryny, ale mimo mojego uporu nic nie wpasowało się w puste miejsce pamięci. Widziałam, jak zagraniczna studentka w hidżabie odchodzi z laleczką kokeshi przyciś­niętą do piersi, widziałam nowego właściciela kobaltowego wazonu, a także młodego człowieka w oku­ larach lenonkach usiłującego zmieścić w koszyku rowerowym kilkadziesiąt płyt z zachodnią muzyką sprzed pół wieku, ale mnie interesował tylko ten jeden przedmiot. Musiał tu być. Łudziłam się, że znajdę to, czego nie pamiętam.

Netsuke z szylkretu było w tym skłębionym chaosie jak złoty samo­rodek. Zbierałeś netsuke, właśnie takie, przedstawiające zwierzęta, i potrafiłeś na pierwszy rzut oka odróżnić podróbki od obiektów wiekowych i cennych. Zamknęłam drobiazg w dłoni i puste miejsce w mojej pamięci wypełniło się na chwilę. Laleczka kokeshi, filiżanka, kobaltowy wazon i netsuke, tak mogło być, tak właśnie było? Dopiero teraz poczułam zapach kawiarni nagro­madzony przez lata we wszystkich rzeczach przygarnianych powoli przez nowych właścicieli. Papiero­sowy dym, kawa, ciepłe pszenne tosty, roztopione masło. Czy mówiłeś, że netsuke z szylkretu są rzadkie? Stare? Bo dziś nie wolno wykorzystywać do tego skorup chronionych żółwi? Czy wymyśliłam to sobie, stojąc 20 lat później przed starą kawiarnią, której życie kończyło się tu i teraz na zawsze? W witrynie nie było już nic, a zaku­rzone okno odbijało samotną postać, którą z trudem rozpoznawałam. Spoj­rzałam na nią ostatni raz i odłożyłam netsuke na samo dno pudła pełnego rupieci. Kiedy przechodziłam tamtędy kilka tygodni później, na miejscu starej kawiarni w stylu epoki Shōwa było puste miejsce uporządkowane pod budowę.

Artykuł pojawił się w numerze: Cieszyć się kruchością życia