Artur Madaliński: Pamięta Pani pierwszy numer „Znaku”?
Józefa Hennelowa: Pierwszy „Znak” ukazał się na początku lipca 1946 r., a dokładnie wtedy zaczęło się dla mnie odkrywanie nowej Polski, gdyż wówczas opuściłam Wilno. Wtedy naprawdę używało się słowa „repatriacja”, po dwukrotnym przeżyciu w Wilnie okupacji sowieckiej. Przypomnijmy: Związek Radziecki wkracza na Kresy i do Litwy 17 września, na krótko Wilno oddaje Litwie. W czerwcu 1940 r. tworzy się sowiecka Republika Litewska, a rok później Hitler atakuje ZSRR i zajmuje Wilno, w lipcu 1944 r. Armia Czerwona jest w natarciu, Litewska Republika zostaje przywrócona. Od roku 1945 trwa opuszczanie Kresów przyłączonych do Związku Sowieckiego. Dlatego kiedy wyjeżdżaliśmy z Wilna, mieliśmy poczucie, że do dawnego porządku nie ma już powrotu. I choć odbywało się to za przyzwoleniem władzy, to przede wszystkim przy udziale nieprawdopodobnej ilości ludzi dobrej woli – począwszy od kolejarzy, a skończywszy na ludziach, którzy w tym pomagali.
Z Wilna przyjechała Pani od razu do Krakowa?Najpierw planowaliśmy zostać w Białymstoku. Lokomotywa odwiozła już nasz wagon, żebyśmy mogli wyładować swoje rzeczy na rampie. Ale po kilku godzinach zmieniliśmy decyzję, bo jakoś ten Białystok nie rysował się bardzo optymistycznie. I wtedy ci sami kolejarze przyprowadzili lokomotywę, żeby zabrać wagon i z powrotem podczepić go do pociągu. Do Krakowa dotarłam więc równo z…