Subskrybuj
Joseph Ratzinger jako arcybiskup Monachium w swojej rezydencji podczas udzielania wywiadu, 1980 r. fot. Rainer Binder / Ullstein Bild / Getty
Joseph Ratzinger jako arcybiskup Monachium w swojej rezydencji podczas udzielania wywiadu, 1980 r. fot. Rainer Binder / Ullstein Bild / Getty
Teolog, autor podręcznika Traktat o Trójcy Świętej, współautor (z T. Węcławskim) antologii teologii niemieckiej Praeceptores, badacz i tłumacz teologii H.U. von Balthasara, były wiceprezydent Europejskiego Stowarzyszenia Teologów Katolickich

Prymat litery. Kłopoty z teologią Josepha Ratzingera

W „Duchowym testamencie” Benedykt XVI nie wspominał swoich nauczycieli ani mistrzów, ale trzech protestanckich teologów, wybitnych przedstawicieli metody historyczno-krytycznej. Dlaczego?

Nie sposób w krótkim tekście o zmarłym w ostatni dzień 2022 r. papieżu Benedykcie XVI ważyć się na jakiekolwiek teologiczne podsumowanie. To zadanie na najbliższe lata. Można co najwyżej spróbować dotknąć fundamentalnego rysu jego teologii. Nie ulega bowiem wątpliwości, że Joseph Ratzinger / Benedykt XVI był jednym z najwybitniejszych teologów katolickich przełomu wieków. Przyszłość pokaże, czy będzie to myśl wpływająca na wiarę Kościoła i dająca asumpt do teologicznej debaty, czy też jej recepcja będzie polegać na powtarzaniu pochwał i oczekiwaniu na ogłoszenie nowego świętego i doktora Kościoła. Dzisiaj dominuje ta druga tendencja.

Teologiczno-naukowa kariera Josepha Ratzingera / Benedykta XVI była niesłychanie błyskotliwa. Wygrany w czasie studiów w Monachium konkurs na pracę z teologii zagwarantował mu możliwość pisania doktoratu, ukończonego w 1953 r. Habilitacja, obroniona w wieku 31 lat, pozwoliła na objęcie stanowiska profesora na Katolickim Uniwersytecie w Bonn, a później w Münster, Tybindze i Ratyzbonie. Teologiczne zdolności młodego profesora docenił kard. Joseph Frings, biskup Kolonii, czyniąc go swoim soborowym doradcą. To pozwoliło przyszłemu papieżowi na nawiązanie kontaktów z największymi teologami tamtego czasu i wywarcie realnego wpływu na kształt i treść najważniejszych dokumentów soborowych.

Przez 70 lat teologicznej aktywności Joseph Ratzinger / Benedykt XVI zapisał kilkanaście tysięcy stron, wypowiadając się praktycznie na każdy ważny dla chrześcijaństwa temat. Nawet proste ich wyliczenie zajęłoby sporo miejsca. Czas pokaże, które z nich staną się na tyle ważne i nośne, że będą oddziaływać na myślenie potomnych o Bogu i człowieku, Kościele i świecie, teraźniejszości i przyszłości. Teologicznym problemem okazuje się także abdykacja Benedykta XVI w 2013 r. Mówiąc o tym, kard. Gerhard Ludwig Müller, jego następca na stanowisku prefekta Kongregacji Nauki Wiary, nie był wcale przekonany, że mamy do czynienia z nowym standardem, lecz raczej z sytuacją wyjątkową. Pojawiają się też pytania, czy forma emerytury Benedykta XVI stanie się modelową. Idzie nie tylko o białą sutannę, którą nosił papież emeryt, ale o wyrażanie przez niego opinii, publikowanie tekstów i udzielanie wywiadów.

Małe „tak” i duże „nie” dla krytycznej lektury Biblii

Trudno rozstrzygnąć o miejscu, w którym należałoby rozpocząć namysł nad teologią Josepha Ratzingera / Benedykta XVI. On sam jednak zdaje się taki klucz wskazywać. Otóż, wraz z jego śmiercią i w związku z nią, we wszystkich agencjach prasowych pojawiają się nazwiska (Adolf von) Harnack, (Adolf) Jülicher i (Rudolf) Bultmann. To teologowie przywołani przez Benedykta XVI w jego Duchowym testamencie, napisanym w 2006 r. Ani słowa w nim o mistrzach i nauczycielach, są tylko protestanccy rodacy Benedykta XVI, a zarazem wybitni przedstawiciele metody historyczno-krytycznej. Owa metoda właśnie, której Joseph Ratzinger / Benedykt XVI był konsekwentnym krytykiem, sprawiła, że na całe wieki ci trzej (a także ich teologiczni wspólnicy) będą wiązani z 265. następcą św. Piotra.

Metoda historyczno-krytyczna należy niewątpliwie do największych osiągnięć nowożytnej teologii. Odkrycie, że teksty tak Starego, jak i Nowego Testamentu powstały w konkretnym środowisku i mają swoją historię, że spisane księgi poprzedza okres tradycji ustnej, że często są one kompilacją mniejszych jednostek (historia form), że były wielokrotnie redagowane (historia redakcji) itp., stało się trwałą wartością nowożytnej biblistyki. To doprowadziło do przekonania, iż teksty nowotestamentalne, zwłaszcza Ewangelie, są przede wszystkim wyrazem wiary wspólnoty w Jezusa jako Mesjasza, Zbawiciela i Pana. Oznacza to, że trzeba się liczyć z dużymi różnicami pomiędzy tym, co się faktycznie wydarzyło, a tym, co miało się wydarzyć wedle opisów biblijnych. W konsekwencji pod znakiem zapytania stanęła historyczna wartość ewangelijnych relacji o życiu Jezusa. To z tego właśnie powodu przez stulecia Kościół bronił się przed uznaniem nowoczesnych metod badania tekstu Pisma, opowiadając się za lekturą dosłowną i historyczną interpretacją biblijnych (zwłaszcza nowotestamentalnych) opisów wydarzeń.

W roku 1968 ukazała się książka Josepha Ratzingera Wprowadzenie w chrześcijaństwo (wydana w Polsce przez Znak już w 1970 r.; tłum. Z. Włodkowa). Wielu czytelników uznało ją za głos odważny i rozwijający refleksję teologiczną. I rzeczywiście, można w niej znaleźć wiele śmiałych intuicji. W Polsce ucieszył się nią kard. Karol Wojtyła, zaś kard. Stefan Wyszyński przyjął ją ponoć z daleko posuniętą rezerwą. Ci czytelnicy, którzy dokładnie zapoznali się z tą pierwszą głośną publikacją przyszłego papieża, mogli w niej znaleźć krytykę metody historyczno-krytycznej. Tej krytyce pozostawał on wierny przez cały okres swojej teologicznej działalności. Nie była to jednak krytyka totalna, lecz ukryta w charakterystycznej dialektyce, w której teza i antyteza były w jakiejś mierze na swój sposób prawdziwe, choć oczywiście jedna bardziej. Poglądy Ratzingera w tej materii oddają treść i ducha oficjalnych wypowiedzi Kościoła, w których jest jednocześnie „tak” i „nie”, tzn. coraz wyraźniejsze „tak” dla metody historyczno-krytycznej jako takiej oraz „nie” dla jej (najczęściej zbyt śmiałych) owoców.

Warto przypomnieć, że już pod koniec XIX w. Leon XIII w encyklice Providentissimus Deus (1893) pozwolił katolickim teologom na korzystanie z metody historyczno-krytycznej, choć poczynił przy tym tak daleko idące zastrzeżenia, że w praktyce nic się nie zmieniało. Papież napomniał tam teologów, że Biblia nie zawiera nieprawdziwych historii czy mitów, a Ewangelie i pisma apostolskie napisali ci, którym to autorstwo się przypisuje. W egzegezie na pierwszym miejscu stawiać należy sens literalny tekstów, zaś badania historyków, kwestionujące prawdziwość opisanych w Biblii wydarzeń, trzeba uznać za atak na prawdę objawioną.

W 1906 r. Papieska Komisja Biblijna autorytatywnie stwierdziła, że to Mojżesz był autorem (a przynajmniej tym, który tekst zaakceptował) pięciu pierwszych ksiąg Starego Testamentu. Było to w oczywistej sprzeczności z badaniami, jakie od dwóch stuleci prowadzili teologowie, także katoliccy.

Ponad 200 lat wcześniej np. katolicki duchowny Richard Simon opublikował pracę Histoire critique du Vieux Testament (Krytyczna historia Starego Testamentu), w której dowodził, że Pięcioksiąg jest dziełem zbiorowym. Książka Simona niemal natychmiast znalazła się na Indeksie ksiąg zakazanych. Co ciekawe, w dokumencie Interpretacja Pisma Świętego w Kościele (1993), sygnowanym przez Josepha Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, możemy przeczytać: „Krytyka literacka sięga swoimi początkami wieku XVII, a dokładnie: działalności Richarda Simona, który jako pierwszy zwrócił uwagę na zjawisko dubletów, rozbieżności tekstów oraz różnic stylu tak bardzo widocznych w Pięcioksięgu”. Zabrakło tu jednak jakiegokolwiek odniesienia do tego, jak potraktował Simona ówczesny Kościół.

Idźmy jednak dalej. W roku 1907 Święte Oficjum w dekrecie Lamentabili stwierdziło, że wiara Kościoła nie pozostaje w sprzeczności z historią (tzn. z historycznym zaistnieniem wydarzeń będących treścią wiary), że teksty Ewangelii nie zawierają żadnych zmyśleń i że Jezus Chrystus miał świadomość mesjańską. Zmartwychwstanie uznane zostało za fakt historyczny, który można wręcz udowodnić, a przekazana przez św. Pawła opowieść o ustanowieniu Eucharystii mówi o wydarzeniu historycznym. Dzisiaj wszystkie te „fakty” są przedmiotem teologicznego namysłu. Encyklika Piusa X Pascendi Dominici gregis (1907) arbitralnie wykluczyła możliwość konfliktu pomiędzy nauką a wiarą, ponieważ – jak napisano – ich drogi nigdy się nie krzyżują; ponadto filozofia ma być wciąż służebnicą teologii, a nie jej panią. Papież potępił także badania biblijne odtwarzające historię powstawania poszczególnych ksiąg biblijnych (historię redakcji). Sytuacja ta zmieniła się nieco w encyklice Piusa XII Divino afflante Spiritu (1943), która uznała literacką krytykę tekstu i możliwość badania życiowego środowiska biblijnego jego autora (Sitz im Leben). Pojawiła się tam również myśl o możliwym „przybliżonym” charakterze biblijnych relacji, mimo to jednak – zdaniem papieża – nie ma żadnych wątpliwości co do autentyczności, czasu powstania ksiąg i ich historycznej rzetelności, tzn. faktyczności opisanych tam wydarzeń.

Papieska Komisja Biblijna w dokumencie z 1964 r. O historycznej prawdzie Ewangelii pozwoliła (mamy tu kolejne pozwolenie!) wprawdzie teologom na korzystanie z metody historycznej, ale mieli to czynić „bardzo oględnie”. Chodziło o to, by z pobudek racjonalistycznych nie kwestionować porządku nadprzyrodzonego „ani osobistej interwencji Boga w losy świata”, „ani możliwości i rzeczywistości cudów”, ani też historycznego charakteru dokumentów Objawienia. Można było, co najwyżej, przyjmować, że ewangeliści zmienili kolejność opisu poszczególnych wydarzeń i nie cytowali dosłownie słów Jezusa, co w żaden sposób nie sprzeciwia się prawdzie Ewangelii. Osiągnięcia biblistyki – jak zaleca ów dokument – należy podawać słuchaczom „ostrożnie”.

„Naciąganie obszaru pewności”

Z powyższego zarysu wyraźnie wynika, że metoda historyczno-krytyczna wciąż pozostaje dla teologii niemałym problemem, z którym radzono sobie w sposób dość specyficzny.

Ponieważ z jednej strony trudno z niej zrezygnować, nie narażając się przy tym na zarzut nienaukowości, to z drugiej – stawiano jej takie warunki brzegowe, że z kościelnej perspektywy stawała się niegroźna. I tak Joseph Ratzinger deklarował, że metoda ta odpowiada wymaganiom teologii i trzeba z niej korzystać, a jednocześnie obawiał się jej (czasami dla katolickiej wrażliwości gorzkich) owoców. I tak będzie w całej jego teologicznej twórczości.

Pierwszą przeszkodą we właściwym spożytkowaniu owej metody są – zdaniem Ratzingera – racjonalistyczne założenia, które przyjęło wielu teologów. Obraz Jezusa wyłaniający się z takich (według niego „zdegenerowanych”) badań, które podnoszą szereg teologicznych wątpliwości (m.in. co do dziewiczych narodzin Jezusa czy powstania wiary w Jego zmartwychwstanie), ma charakter „wulgaryzacji współczesnej teologii”. Chodzi tu przede wszystkim o „zbyt wygodne próby pominięcia wiary w tajemnicę potężnego działania Bożego w tym świecie” (Wprowadzenie…).

Dokonując we Wprowadzeniu… oceny wartości hipotez, wysuwanych przez metodę historyczno-krytyczną, Joseph Ratzinger stwierdził: „Opierając się jedynie na historii, chętniej i łatwiej mogę uwierzyć w to, iż Bóg stał się człowiekiem, aniżeli w możliwość takiego konglomeratu hipotez”.

W wydanej w 1989 r. książce o problemach współczesnej egzegezy Joseph Ratzinger opublikował tekst zatytułowany Kontrowersje wokół interpretacji Pisma. Problem podstaw i drogi egzegezy dzisiaj (tłum. W. Szymona), w którym stwierdził, że mówienie o kryzysie metody historyczno-krytycznej jest niemalże truizmem. Powód owego kryzysu stanowi fakt, że homofonię tradycyjnej interpretacji przysłoniła polifonia historii. Pojawiające się hipotezy rozgałęziały się tak bardzo, że stały się murem oddzielającym Pismo od wiernych. Wtajemniczeni badacze nie czytali już Biblii, lecz ją dekonstruowali, dążąc do usunięcia nieracjonalnych pozostałości. W konsekwencji – zdaniem kardynała – „wiara nie stanowi części składowe metody, a Bóg nie jest autorem procesu historycznego, którym ona się zajmuje”. Z pewnym przekąsem stwierdza on również, że „zamiast opisanej [w Biblii] historii trzeba skonstruować inną, »prawdziwą«”. Pojawiają się wówczas kolejne hipotezy, które stają się „dżunglą pełną sprzeczności” i „nie wiadomo już, co mówi tekst”. Poznanie procesu powstawania biblijnego tekstu wcale bowiem nie oznacza, że ów tekst został należycie zrozumiany.

Mimo – wspomnianego wcześniej – deklaratywnego odcinania się Ratzingera od radykalnego fundamentalizmu, odrzucającego metodę historyczną w podejściu do Biblii, wydaje się jednak, że to właśnie ten inkryminowany fundamentalizm jest mu dużo bliższy. Niemiecki myśliciel postuluje co prawda konieczność harmonijnej syntezy analiz historycznych z właściwą hermeneutyką – tej jednak stawia pewne warunki. Uważa przy tym, że główną wadą metody historyczno-krytycznej jest jej zależność od założeń filozoficznych. Pierwszym winnym takiej sytuacji jest – przywołany powyżej – Rudolf Bultmann, który – zdaniem przyszłego papieża – dał filozofii Martina Heideggera decydujący głos w rekonstruowaniu orędzia Jezusa. „Czy jednak sama ta rekonstrukcja nie stanowiła już produktu jego filozofii? – pyta Ratzinger. – Czy przy takim rozumieniu słyszymy w końcu Jezusa czy Heideggera?” Stąd też pojawiających się interpretacji nie można traktować poważnie, gdyż najczęściej nie pytają one o prawdę. Metoda historyczna staje się „przykrywką” dla rozkładania Biblii na pojedyncze, niepowiązane ze sobą fragmenty i umożliwia czynienie z nich nowych kolaży. Sięganie do psychologii głębi prowadzi np. do tego, że Biblia – wbrew jej własnym intencjom – okazuje się „zachodnią postacią odwiecznego mitu odkupienia”. Taka tendencja, według Ratzingera, „jest być może znakiem bardzo poważnego kryzysu, w jakim się dziś znalazły egzegeza i teologia”.

Temu kryzysowi nie zapobiegł II Sobór Watykański (konstytucja o Objawieniu Bożym Dei Verbum), choć z jednej strony uznał on konieczność metody historycznej w badaniach biblijnych (uwzględnienie gatunków literackich, środowiska historycznego oraz Sitz im Leben), z drugiej zaś – podkreślał konieczność traktowania „wiary Kościoła jako właściwego klucza hermeneutycznego”. W konsekwencji oznacza to, że przy wyjaśnianiu Biblii decydujący głos mają urzędowe organy Kościoła. Mimo soborowych założeń aktualnie panuje głęboki rozziew pomiędzy egzegezą a dogmatyką.

Wobec powyższego Ratzinger postuluje samokrytykę metody historyczno-krytycznej, co oznacza jej samoograniczenie i oczyszczenie. Nie zgadza się przy tym z Martinem Dibeliusem (ewangelickim teologiem i biblistą) i Rudolfem Bultmannem, którzy usiłowali prześledzić proces powstawania tekstów nowotestamentalnych. Obaj ci teologowie wskazują na pierwszeństwo słowa przepowiadania wobec „biblijnego wydarzenia”, które jest mitycznym zobrazowaniem owego słowa. Kardynał prefekt protestuje przeciwko propagowanej przez współczesną egzegezę idei przenoszenia modelu ewolucyjnego nauk przyrodniczych na historię ducha, w której nie sposób mówić o ciągłym postępie. Współczesna egzegeza grzeszy – jego zdaniem – wysokim stopniem subiektywności i arbitralnym charakterem przyjmowanych kryteriów. Dla przykładu: Bultmann bez problemu uznaje opis cudów za niehistoryczny, natomiast prawdziwym pytaniem pozostaje dla niego to, w jaki sposób owe opisy powstawały. W naukowo-przyrodniczym obrazie świata istnieje to, co jest zawsze. Inne rzeczy wymagają historycznego wyjaśnienia. Według Ratzingera tu objawia się fundamentalny problem i tu rodzi się jego niezgoda na niezależną metodę historyczno-krytyczną. Winę za taki stan ludzkich umysłów ponosi Immanuel Kant i jego filozoficzny przełom, zgodnie z którym – jak to ujmuje Bawarczyk – „do człowieka nie może dotrzeć głos bytu samego w sobie” i dlatego „bezpośrednie ukazanie rzeczywistości Boskiej może być tylko mitem, a prawa rządzące jego rozwojem można odkryć”. Stąd pochodzi przekonanie współczesnej egzegezy, która – jak twierdzi kard. Ratzinger – jest „pewna, że tak jak o tym mówi Biblia, być nie mogło, i znajduje metody, z pomocą których należy wykazać, jak w rzeczywistości na pewno było”. Trzeba więc poszukiwać nowej filozofii, która pozwoli przezwyciężyć kryzys współczesnej egzegezy, osiągającej szczegółowe wyniki, a gubiącej jednocześnie swój właściwy przedmiot. Egzegecie nie wolno „a priori wykluczać tego, że Bóg może sam przemawiać w świecie ludzkimi słowami. Nie wolno wykluczać tego, że Bóg może sam działać w historii i że może w nią wkraczać – choćby mu się to wydawało nieprawdopodobne”.

To właśnie takie „nieprawdopodobne wydarzenia” skrywają i jednocześnie objawiają sens. One wyprzedzają słowo – uważa Ratzinger. Twierdzi także, iż „egzegeza sama musi uznać siebie za dyscyplinę historyczną”. A nie chodzi mu o historyczną weryfikację biblijnych faktów, lecz o to, że historia egzegezy jest jej integralną częścią, tzn. że musi ona uwzględniać poglądy głoszone przez pokolenia egzegetów w przeszłości. Wszystko po to, by lepiej rozumieć biblijny przekaz i zachowywać żywą świadomość własnej ograniczoności.

We wspomnianym wyżej watykańskim dokumencie z 1993 r. (Interpretacja Pisma Świętego w Kościele) znalazło się ważne sformułowanie, że nie wszystkie „opowiedziane w [biblijnym] tekście wydarzenia rzeczywiście miały miejsce”. Niestety, trudno szukać w wypowiedziach Urzędu Nauczycielskiego Kościoła przykładów takich „nierzeczywistych” wydarzeń.

W 2003 r., w przemówieniu na 100-lecie Papieskiej Komisji Biblijnej, Joseph Ratzinger jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, a co za tym idzie, szef rzeczonej Komisji, usprawiedliwiał interwencyjne ograniczanie wolności badaczy i błędne rozstrzygnięcia (boleśnie dotykające konkretnych teologów, w tym także jego nauczycieli) podejmowane przez Komisję, nazywając je eufemistycznie „naciąganiem obszaru pewności”.

Nie padły wówczas słowa zdecydowanej krytyki, lecz pojawiła się jedynie wzmianka o – jakoby koniecznym – elemencie procesu poznawczego. Miast rozliczenia dokonanego na własnym podwórku Ratzinger rozliczał liberalny zamęt wywołany przez teologów protestanckich. Pojawiła się tam również sprawa Galileusza, która – zdaniem prefekta – nie okazała się bynajmniej przestrogą przed pychą teologii, lecz nauką mówiącą o tym, że nie wolno sprowadzać kwestii pochodzenia świata i człowieka do przyczyn wyłącznie materialnych.

Próby skazane na porażkę

Kard. Ratzinger dochodzi do iście „skandalicznego realizmu” (jak brzmi tytuł jego książeczki wydanej w 2004 r. w Niemczech – Skandalöser Realismus?), kiedy domaga się przyznania wierze kompetencji historycznych. Bo – jak mówił dalej w przemówieniu na 100-lecie Papieskiej Komisji Biblijnej – „przekonanie, że wiara jako taka nie ma wiedzy na temat faktów historycznych i musi tę kwestię pozostawić w całości historykom, jest gnostycyzmem”, czyli kompletną herezją. Dla wiary faktyczność, „realizm wydarzeń jest wewnętrznie konstytutywny. Bóg, który nie może wkraczać w historię i w niej się ukazywać, nie jest Bogiem Biblii”. Dlatego też teolog ten nie ma wątpliwości, że z tego tytułu „realność narodzenia Jezusa z Dziewicy Maryi, rzeczywiste ustanowienie Ostatniej Wieczerzy przez Jezusa, Jego cielesne zmartwychwstanie z martwych (…) są elementem wiary jako takiej, których można i trzeba bronić przed pozornie lepszym poznaniem historycznym”.

W 2008 r. w papieskiej adhortacji Verbum Domini powraca twierdzenie, że „fakt historyczny jest konstytutywnym wymiarem wiary chrześcijańskiej. Historia zbawienia nie jest mitologią, ale prawdziwą historią”, domaga się więc faktów bezsprzecznie historycznych. Jednak to od studiów historycznych, a nie – jak wcześniej – od wiary, papież oczekuje ich potwierdzenia. Przy okazji przypomina też, że tradycja kościelna zawsze miłowała literę, czyli stawianie na pierwszym miejscu sensu dosłownego.

Także papieska trylogia Jezus z Nazaretu (tłum. W. Szymona) krytykuje metodę historyczno-krytyczną, która coraz bardziej drobiazgowo badała warstwy tradycji, niemniej sama postać Jezusa „była coraz mniej wyraźna i jej kontury coraz bardziej zamazane”. Na pierwszym miejscu pozostaje więc przekonanie, że biblijna wiara ze swej istoty „musi się odnosić do autentycznie historycznego wydarzenia”, „zasadza się na historii, która toczyła się na naszej ziemi”, a factum historicum – powtórzmy – „stanowi jej konstytutywną podstawę”. Nadprzyrodzony charakter Biblii wcale nie umniejsza „znaczenia historycznych badań, lecz je powiększa”. Aby nie było jednak żadnych wątpliwości, Benedykt XVI zastrzega: „Dziewicze narodzenie i rzeczywiste powstanie z grobu stanowią kamienie probiercze wiary. Jeśli Bóg nie ma władzy również nad materią, wtedy nie jest Bogiem. Ale On ma tę władzę i przez poczęcie i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa inauguruje nowe stworzenie”. Papież jest także przekonany, że wiedza o faktach z Jezusowego dzieciństwa – jak to ujmuje – „pochodzi z tradycji rodzinnej”. I mimo że po raz kolejny deklaruje gotowość uznania badań historyczno-krytycznych, równocześnie nie godzi się na przyjęcie ich wyników. Nawet jeśli stoją za nimi – jak sam przyznaje – wybitni przedstawiciele współczesnej egzegezy, którzy dowodzą, że miejscem faktycznych narodzin Jezusa był Nazaret, natomiast Betlejem jest – ich zdaniem – miejscem o znaczeniu nie historycznym, lecz teologicznym (Rudolf Pesch). To jednak, zdaniem Benedykta XVI, efekt nietrzymania się źródeł i powoływania się na własne pomysły. Konsekwentnie za historyczne papież Ratzinger uważa także opowiadania o mędrcach przybyłych ze Wschodu i o rzezi niewiniątek. Wbrew przekonaniom „wybitnych” egzegetów, którzy nie widzą sensu w mieszaniu teologii z astronomią, podejmuje on wielce karkołomną i skazaną na niepowodzenie próbę dowodu na istnienie Gwiazdy Betlejemskiej, która „prowadzi”, „gaśnie” i „znowu przyświeca mędrcom”.

W kontekście dziewiczych narodzin Jezusa warto przypomnieć, że Joseph Ratzinger już jako autor Wprowadzenia… napisał, iż nic by się nie stało, gdyby Jezus począł się w sposób tradycyjny, gdyby „pochodził On z normalnego ludzkiego małżeństwa”. I choć zaraz dodał, że stało się tak, jak się stało (narodził się z Dziewicy), to jednak tego rodzaju nieortodoksyjna teza wzywa do zastanowienia.

Duchowy testament papieża Benedykta XVI może okazać się zachętą dla teologów, by zajęli się ponownym (czy wręcz ciągłym) badaniem fundamentów chrześcijańskiej wiary. Przywołane tam nazwiska twórców metody historyczno-krytycznej przypominają o konieczności powrotu do pytań o początki wiary, o ustalenie możliwego czy też prawdopodobnego przebiegu wydarzeń, które miały miejsce w pierwszym stuleciu chrześcijaństwa. Można oczywiście zżymać się na niepewność tkwiącą w takiej sytuacji, ale bez wątpienia jest ona lepsza od pozornej pewności, której broni wielu teologów, często wbrew oczywistym danym historycznym czy antropologicznym. Roszczenie wiary do orzekania o historyczności wydarzeń niehistorycznych, które wciąż znajduje teologiczną akceptację, nie prowadzi ani do koniecznego jej zrozumienia, ani też nie przekonuje ludzi formułujących swoje wątpliwości.

Poznanie tego, co się rzeczywiście stało, dotarcie do „nagich faktów” pozwala zbudować narrację, która nie musi obawiać się nawet najbardziej nieprawdopodobnych odkryć współczesnej historii i nauk jej pokrewnych. Wydaje się, że papież Benedykt XVI zachęca, nawet jeśli czyni to wbrew sobie, do sięgania po teksty ojców nowożytnej biblistyki. Warto wypełnić jego testament i podjąć to interesujące wyzwanie, pamiętając przy tym o ostrzeżeniu św. Augustyna: „Nie powinniśmy pośpiesznie i jednostronnie upierać się przy czymś, co zostanie podważone przez dalszy postęp w poszukiwaniu prawdy, a wtedy i my wraz z tym – upadniemy”.

Artykuł pojawił się w numerze: Jak wzmacniać odporność psychiczną