Od kilkudziesięciu lat myśl Karola Gustawa Junga rzuca cień na moje życie. Ten cień ma trzy smugi. W pierwszej leżą koncepcje, które mnie kiedyś zafascynowały i porwały, lecz kiedy chciałem je pojąć i zgłębić, umykały memu zrozumieniu, pozostawiając osad wątpliwości; w drugiej skryły się rozważania o cieniu, w pewnej mierze trafne, lecz w ostatecznym rachunku złudne i niebezpieczne; w trzeciej zaś natrafiam dziś coraz częściej na przybrane w maskę nauki empirycznej wizje metafizyczne, których zaakceptować nie jestem w stanie. Ale zacznijmy od początku. Junga poznałem, kiedy miałem niespełna dziewiętnaście lat i rozpoczynałem studia na Uniwersytecie Warszawskim. Poznałem go, rzecz jasna, nie osobiście, lecz za pośrednictwem Jerzego Prokopiuka. To pośrednictwo było na tyle sugestywne, że Jung zdał mi się patronem wszelkiej głębszej myśli i przewodnikiem w świecie prawdy. Jego wyrzeźbiona bruzdami mądrości twarz patrzała na mnie z okładek książek rozrzuconych w pokoju Jerzego. Raz na jakiś czas gromadziła się w tym pokoju niewielka grupa młodych ludzi, spragnionych prawdy o człowieku i świecie, odbiegającej od dostępnych wówczas w Polsce wzorców marksistowskiego, pozytywistycznego lub katolickiego myślenia. Grupa przyjęła nazwę „Temenos”, co przywodziło na myśl sprawy głębokie, święte i owiane tajemnicą. Wszak Temenos w starożytnej Grecji to odgrodzona od świata przestrzeń, w której znajdowała się poświęcona jednemu z bóstw świątynia. Rzeczy święte, choć wiedzieliśmy o nich tyle co nic, miały dla nas smak zakazanego owocu; garnęliśmy się do nich, choć traktowaliśmy je przede wszystkim poznawczo. Interesowało nas zjawisko religii w ludzkim świecie; wiele godzin zatem poświęciliśmy dyskusjom nad Złotą gałęzią Frazera, Szkicami z socjologii religii Wacha czy zbiorem uczonych tekstów religioznawczych wydanych pod redakcją Eliadego. Poza tym pociągały nas zjawiska tajemnicze i niewyjaśnione, podejmowaliśmy więc wyprawy w rejony parapsychologii, ezoteryki czy mistyki. Na dobrą jednak sprawę nikt – może poza Jerzym – nie miał pojęcia, dokąd te poszukiwania miały nas prowadzić. Kierowała nami naturalna dla młodych ludzi ciekawość i pragnienie dotarcia do prawdy, skrywanej – jak byliśmy przekonani – za oficjalną wykładnią nauki,…