Napisałeś doktorat o Martinie Heideggerze w czasach, kiedy był on w Polsce myślicielem bardzo mało znanym. Wiem, że zmagałeś się nie tylko z materią filozoficzną, ale także z językiem, bo na Heideggerze uczyłeś się niemieckiego. Jak trafiłeś na Heideggera? Czy zafascynowałeś się jego myślą?
W rzeczywistości punktem wyjścia wcale nie była fascynacja, ale zwyczajna zgoda na propozycję tematu pracy doktorskiej, który lekkomyślnie podsunął mi Władek Stróżewski. Ja nie miałem żadnego specjalnego stosunku do Heideggera, ale rzuciłem się na ten temat, bo po pierwsze taki był wybór Stróżewskiego, po drugie wiele sobie obiecywałem po myślicielu, którym wówczas zajmował się Tischner i Michalski.
Moja fascynacja Heideggerem zrodziła się po części stąd, że olśniła mnie niesłychanie zwarta konstrukcja Sein und Zeit. To książka niezwykle logiczna, dobrze zbudowana i rzeczywiście otwierająca perspektywy wcześniej chyba nieodsłaniane. Po raz pierwszy spotkałem się z tak wyraźną koncepcją podmiotu, ale nie podmiotu świadomości, a więc tego który pojawił się w filozofii Kartezjusza (pisałem o nim pracę magisterską), później Ingardena (nim także się zajmowałem), a przede wszystkim Husserla. W przypadku Heideggera zstępujemy do jakichś głębi, które są w pewnym sensie poniżej progu świadomości i pokazują człowieka zanurzonego w świecie i otwartego na śmierć. Moja lektura Heideggera była rzeczywiście obszerna, bo przeczytałem bodaj wszystkie jego, dostępne wówczas, pisma, przestudiowałem bardzo dokładnie tzw. zwrot (die Kehre), który wyznacza rozprawa O istocie prawdy, ale w mojej pracy doktorskiej ograniczyłem się wyłącznie do wczesnego Heideggera i problematyki faktyczności. Pojęcie faktyczności rzeczywiście bardzo…