Agata, ale jeśli ja mam to zrozumieć, jeśli coś ma się zmienić, ja muszę móc wypowiedzieć, co myślę, i w rozmowie z tobą wspólnie się zastanowić, co z mojego myślenia ma sens – powiedział mój przyjaciel w desperacji. Ja też byłam zdesperowana, w gniewnym retorycznym ferworze, na serio moralnie poruszona. Właśnie spadałam w przepaść: przepaść między wyobraźnią mężczyzn i kobiet obnażoną przez #MeToo.
A jednak musiałam się w tym locie zatrzymać. Bo choć miałam rację, on również ją miał – jeśli mamy zdementować patriarchalną wyobraźnię, której nosicielami i nosicielkami w różnym stopniu jesteśmy wszyscy, ale która dla mężczyzn jest wygodniejsza, a więc i bardziej przezroczysta, to tu, w kontekście długiej znajomości, gdy wiem, że on naprawdę próbuje zrozumieć, musimy stworzyć sobie jakąś safe space na wyrażenie niepoprawnych wątpliwości. Odetchnęłam głęboko, starając się wziąć w nawias moje słuszne oburzenie.
Bastiony pychy
Od #MeToo i tamtej rozmowy minęły już niemal cztery lata. Harvey Weinstein trafił do więzienia, Bill Cosby już z niego wyszedł. Kolejne sprawy ujawnionej przemocy przelatywały jak meteory przez przestrzeń publiczną – płonąc w gwałtownym rozbłysku zbiorowych emocji, wypalając się na salach sądowych, w gąszczach procedur, by spaść – nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie, bez morału.
#MeToo nie przyniosło zbiorowego katharsis: rozpoczęło burzliwy proces bez realistycznego scenariusza jego zamknięcia.
Jak bowiem odnosić się do ludzi, którzy zostali oskarżeni, ale sprawy się przedawniły albo trzeba było zamknąć śledztwo z braku dowodów? Jak miałyby wyglądać działania naprawcze wykraczające poza skazanie konkretnych przestępców? Czy po odsłonięciu rozmiarów seksualnej przemocy kobiety i mężczyźni nie muszą wypracować jakiejś wizji pojednania?
Z tymi problemami mierzy się Martha Nussbaum w swojej najnowszej książce Citadels of Pride. Sexual Abuse, Accountability, and Reconciliation (Bastiony pychy. Molestowanie, odpowiedzialność i pojednanie). Autorka, która jeszcze przed #MeToo pisała publicznie o swoim doświadczeniu dyskryminacji i gwałtu, stawia zdecydowaną tezę: środowiskowe piętnowanie oskarżonych nie jest zgodne z demokratycznymi standardami i nie stanowi najskuteczniejszej metody walki z przemocą. Podkreśla, że w USA rewolucyjne zmiany w ostatnich dekadach dokonały się dzięki żmudnej i niespektakularnej pracy prawniczek i prawników: interpretacja po interpretacji (prawo precedensowe!) zmieniano sposób rozumienia gwałtu i stworzono nową gałąź prawa związaną z molestowaniem seksualnym w pracy. Prawo i procedury – argumentuje Nussbaum – dają oskarżonym prawo do uczciwego procesu, ale też zmieniają powszechną świadomość, modelują zachowania. Dlatego to na ich zmienianiu powinniśmy się skupić.
Punktem wyjścia ma być diagnoza emocjonalnego podłoża przemocy seksualnej. Zdaniem Nussbaum za uprzedmiotowianiem kobiet stoi kulturowo podtrzymywana pycha mężczyzn (czyniąca ich podobnymi do czyśćcowych dusz z Boskiej komedii odpokutowujących ten grzech z twarzami zwróconymi do wewnątrz siebie). Lekarstwem na nią nie może być jednak zawstydzanie (wstyd nie może być karą w społeczeństwie demokratycznym, bo jest emocją opartą na nierówności), ale przyjmowanie takich reguł instytucjonalnych, by posiadający władzę mężczyźni nie mogli czuć, że są ponad prawem. Filozofka przedstawia szczegółowe projekty reform środowisk, w których obowiązująca ochrona prawna przed molestowaniem okazuje się w praktyce za słaba – do „bastionów pychy” należą praktyki studenckie u sędziów federalnych, sztuki performatywne i sport akademicki.
W propozycji Nussbaum inspiruje mnie poszukiwanie naprawczego rozwiązania na poziomie konkretu, analiza mechanizmu uprzedmiotowienia, próba wpisania walki z dyskryminacją w język troski o dobro wspólne, odwrócenie oświeceniowego patriarchalnego argumentu przez pokazanie, że to nie uprzedmiotowiane kobiety, ale uprzedmiotowiający mężczyźni nie dorastają do ideału liberalnej podmiotowości. A jednocześnie książka ta wywołuje we mnie silną irytację: z ustawieniem perspektywy w Citadels of Pride jest coś fundamentalnie nie tak.
Skalpel i siekiera
W ramach ruchu #MeToo kobiety zaczęły mówić o uczuciach i doświadczeniach wcześniej spychanych w sferę milczenia, tym samym przeciwstawiając się kulturowo podtrzymywanemu mechanizmowi automatycznego utożsamienia się z mężczyznami („dlaczego jeden błąd młodości ma mu zniszczyć życie”, „zrobiła karierę przez łóżko, a teraz go szantażuje”). Nussbaum, jak wielu innych, boi się odchylenia wahadła: że teraz będziemy automatycznie wierzyć ofiarom, nie słuchając oskarżonych. Wydaje się, że rozwiązaniem byłoby etycznie zaangażowane prezentowanie głosów kobiet i mężczyzn, krytyczne zderzanie perspektyw, dekonstruowanie zastanych dyskursów – tak, by żadna strona sporu nie została zinstrumentalizowana. Nie jest to jednak podejście stosowane przez autorkę Citadels of Pride.
Filozofka rekonstruuje kariery konkretnych mężczyzn, rozpracowuje procedury zatrudnienia i drabinę zarobków, rozwodzi się nad „zwinnością i ekspresywnością” kontratenorów czy pięknem sportu – tymczasem tezę o resentymencie #MeToo stawia bez jednego konkretnego przykładu, opierając się na etycznej refleksji o moralności ofiar… i analizie Hekabe Eurypidesa. Pokazując, jak mężczyźni dokonujący seksualnej przemocy sami są instrumentalizowani w ramach struktury organizacyjno-biznesowej, otwiera pole dla empatii wobec nich – np. tych młodych czarnych chłopców, którym przyznaje się stypendia studenckie i których przestępstwa się kryje, by reprezentowali uczelnię w futbolu amerykańskim, a potem zostawia się ich bez wykształcenia i perspektyw na przyszłość. Jeśli jednak autorka „ze swojej strony życzy dobrze” Jameisowi Winstonowi, któremu udało się zostać rezerwowym rozgrywającym w New Orleans Saints, to dlaczego nigdzie nie zdobywa się na wyrażenie emocjonalnego stosunku do Eriki Kinsman, która wskazała go jako jednego ze swoich gwałcicieli, była zastraszana i musiała zmienić uczelnię, a policja zrobiła wszystko, żeby chronić podejrzanego (łącznie z ostrzeżeniem prawników zajmujących się przykrywaniem skandali drużyny uniwersyteckiej)? Ma się zatem wrażenie, że w zależności od płci zmienia się precyzja narzędzi Nussbaum: mężczyzn operuje skalpelem, kobiety – siekierą.
Ale ta nierówność dyskursu – przeskakiwanie między empirycznym konkretem, grubo ciosaną metaforą, językową kliszą, filozoficznym konceptem – ma również konsekwencje merytoryczne. W XXI w. media społecznościowe da się analizować subtelniej niż na podstawie średniowiecznych kategorii („dyby”, „pręgierz”, „tłuszcza”). Wobec rozwoju antropologii i socjologii emocji traktowanie pychy jako ahistorycznej i uniwersalnej, działającej w późnym feudalizmie tak samo jak w późnym kapitalizmie, jest po prostu anachroniczne. Jeśli sama Nussbaum pisze, że to, co późnośredniowieczny poeta nazywa pychą, dziś nazwalibyśmy „narcyzmem”… to dlaczego przy tym terminie nie zostać?
Wszak #MeToo wpisuje się w mechanizm narcyzmu kulturowego opisanego przez Richarda Sennetta, czyli traktowania świata społecznego nie jako sfery działania, ale projekcji własnego życia wewnętrznego. Należąca do pokolenia millenialsów Jia Tolentino w Trick Mirror: Reflections on Self-Delusion (Zwodnicze lustro. Refleksje o samooszukiwaniu się) zauważa, że w mediach społecznościowych łatwo o utożsamienie autoekspresji z emancypacją, wyrażania oburzenia – z aktywizmem. „Ludzie piszą o kobietach »zabierających głos« z modlitewną czcią, jak gdyby sama mowa mogła im przynieść wolność – jak gdyby lepsza polityka, ekonomiczna redystrybucja i prawdziwe zaangażowanie ze strony mężczyzn nie były również konieczne” – zauważa Tolentino. Z większym wyczuleniem na medium wskazuje zatem na tę samą, co Nussbaum, słabość #MeToo: traktowanie go jako ersatzu działania politycznego.
W tym kontekście można czytać Citadels of Pride jako brutalne skonfrontowanie nas z realnością. #MeToo dało złudzenie, że ujawnienie przemocy będzie działaniem naprawczym i uwalniającym, podczas gdy w rzeczywistości – wobec niemożliwości dowiedzenia większości krzywd przed sądem – pozostawia tak oskarżające, jak i oskarżonych w zawieszeniu. Kobiety powinny więc pogodzić się z tym, że nie dojdą sprawiedliwości za czyny z przeszłości, i skupić się na tym, by prawo zabezpieczało je na przyszłość.
Czy znaczy to jednak, że świadectwa przemocy, które nie są zeznaniem sądowym, nie powinny ujrzeć światła dziennego?
Zapomnij o prawie
Rok 1968, czas erotycznego wyzwolenia. On był czterdziestoletnim sławnym aktorem, ona dwudziestoletnią studentką. „Miała jakieś seksualne doświadczenie, ale nie za dużo”, pragnęła „stać się częścią tej kultury”, więc po paru randkach zaprosiła go do domu. „Z pewnością chciałam się zgodzić na stosunek seksualny – po wielu latach pisze ona. – Nie zgodziłam się jednak na makabryczną, przemocową i bolesną napaść, w którą on zamienił ten stosunek”.
Dalej następuje opowieść, którą tak dobrze znamy: kobieta nie zgłosiła gwałtu – wstydziła się, nikt by jej nie potraktował poważnie, przecież zgodziła się na seks. Nawet dziś prawo nie radzi sobie z takimi sytuacjami: „Zgoda jest zwykle rozumiana w kategoriach »wszystko albo nic«”, choć przecież istnieje „olbrzymia różnica między tym, na co zamierzałam się zgodzić, i tym, co mi się przydarzyło”. Ale i zmiana prawa nie byłaby wystarczająca: on był sławny, oskarżenie go zrujnowałoby jej życie.
Co zatem zrobiła? Zamiast zgłaszać akces do kontrkultury, wybrała monogamię, urodziła dziecko, wiodła szczęśliwe życie. Publiczny entuzjazm dla swojego prześladowcy obserwowała z „ironicznym dystansem”. Gdy po 30 latach on kandydował na urząd publiczny, rozważała nagłośnienie sprawy. Przyjaciele odwiedli ją od tego – przecież zostałaby oskarżona o oszczerstwo lub uznana za szantażystkę. „Pocieszyłam się faktem, że mimo wszystko był demokratą startującym przeciw mocno zwietrzałemu republikaninowi. Nawet dziś, kiedy nie żyje, nie ujawniam jego imienia, ponieważ (…) ochrona prywatności może przetrwać śmierć i kto wie, co jakiś sąd mógłby orzec o ochronie reputacji”.
Pisząca sama ocenia tę postawę jako „samolubną i nakierowaną na ochronę siebie”. Zastanawia się, czy nagłośnienie napaści nie zapobiegłoby innym potencjalnym atakom. Jednak przeciągające się postępowanie sądowe zorganizowałoby jej życie wyłącznie wokół doznanej krzywdy, a to wydaje się „poświęceniem, którego moralność nie wymaga”. Ważne zatem, by kobiety nie stawały się zakładniczkami daremnego dążenia do sprawiedliwości. „Skup się na swoim własnym dobrostanie, co w tej sytuacji znaczy: zapomnij o prawie”.
Paradoks polega na tym, że autorką cytowanego wyżej artykułu Why Some Men Are Above the Law (Dlaczego niektórzy mężczyźni są ponad prawem), opublikowanego w 2016 r. na fali oskarżeń Billa Cosby’ego, jest… Martha Nussbaum.
Uwikłania
Autorka Citadels of Pride odsyła do tego artykułu w przypisie (podając przy tym imię i nazwisko napastnika – Ralph Waite) i zaznacza, „że nie widzi potrzeby opowiadania tych doświadczeń znowu”. Problem w tym, że jej własne świadectwo i przedstawiona przez nią filozoficzna propozycja pozostają w niepokojącym napięciu .
Dlaczego Nussbaum tak usilnie zaleca działania prawne, skoro sama wie, jak radykalnie teoria może się rozmijać z praktyką policyjną i sądową i jak trudno stworzyć prawo chroniące ofiary gwałtów randkowych?
Czy łatwość, z jaką przypisuje #MeToo rys resentymentalny, nie wynika z tego, że osobiście wybrała inną strategię – strategię, która w niej samej wzbudza etyczne wątpliwości? Jeśli uznaje, że publiczne oskarżanie mężczyzn poza procedurą sądową pozbawia ich prawa do uczciwego procesu i obrony, to dlaczego sama opublikowała swoje świadectwo po śmierci napastnika (w oryginalnym tekście argumentując niepodanie personaliów lękiem przed procesem, a potem je jednak ujawniając)? I czy szukanie pocieszania w argumencie, że gwałciciel demokrata mógł pokonać „mocno zwietrzałego” republikanina, nie jest z punktu widzenia ideałów demokracji przerażające?
Wykazawszy te sprzeczności, łatwo by było Nussbaum moralnie zdyskredytować i potępić… ale ja nie będę tego robić. Jeśli filozofka jest logicznie i etycznie niekonsekwentna, to dlatego, że pisze o sprawie, która ma dla niej olbrzymią, nawet jeśli nie w pełni uświadomioną, osobistą stawkę. Nie mam zamiaru przelewać swojej złości na patriarchat na kobiety, które padły jego ofiarą, w szczególności te, które dorastały w trudniejych niż moje czasach i przeszły rzeczy znacznie gorsze ode mnie. Chciałabym raczej próbować zrozumieć jej uwikłanie, wpisując je w przestrzeń, której stworzenie sama postulowałam w artykule Wielogłos i przemilczenia na łamach „Dwutygodnika”: przestrzeń, „w której – nie zawieszając etyki – będziemy mogli mierzyć się z naszymi emocjonalnymi odruchami, błędami, konformizmami, brakiem wyobraźni”.
W tamtym tekście pokazywałam, że o #MeToo nie da się pisać z pozycji meta, bo taka pozycja nie istnieje. Czy znaczy to jednak, że każda analiza toksycznych mechanizmów powinna być opatrzona personaliami? Pozwolę sobie wybrać inną drogę i z góry uprzedzam: to nie jest call out ani opis gwałtu czy molestowania.
Złudzenia naiwnego kłusownictwa
Rok 2005, mam dwadzieścia parę lat. W ramach wyjazdu studenckiego mam pojechać do Ośrodka Praktyk „Gardzienice”. Nic o tym miejscu nie wiem, ponad to, że jest alternatywne, performatywne, na moich studiach otoczone swoistym kultem. Krążą ni to plotki, ni żarty, że będziemy musieli biegać nago po lesie. Uznaję, że to nie może być prawda – to w końcu praktyki uniwersyteckie.
No i rzeczywiście: nikt nic takiego nie robi. Żadnej nagości, narkotyków, czy eksperymentów seksualnych. Program jak dla wycieczki szkolnej: jakaś pogadanka, jakieś przedstawienie… niewiele z tego pamiętam prócz faktu, że nie mogłam znieść narcystycznego faceta ciągnącego na scenie mętny monolog okraszany agresywnymi prowokacjami. Czy ten koleś jest pijany?! Dlaczego wszyscy siedzimy jak gdyby nigdy nic? Rozumiem nas, studentki i studentów onieśmielonych renomą miejsca, ale dlaczego nikt inny nic nie zrobi? Nie mogłam tego wytrzymać, więc w końcu wstałam i wyszłam – pod drzwiami spotkałam inną uciekinierkę, młodą wykładowczynię nerwowo zapalającą papierosa.
Przypomniałam sobie to zdarzenie, gdy aktorki związane z Gardzienicami ujawniły wieloletnią przemoc i mobbing dokonywany przez Włodzimierza Staniewskiego. Miejsce, w którym ówcześnie studiowałam, wydało wtedy oświadczenie, deklarując współodpowiedzialność za osoby, które zainspirowane studiami podjęły indywidualną współpracę z ośrodkiem, a także wzywając środowisko do autorefleksji i czujności etycznej. W oświadczeniu podkreśla się jednak, że w czasie gdy organizowano tam studenckie praktyki i staże, nie było żadnych skarg, „ani sygnałów o sytuacjach opartych na przemocy”. „Wyjeżdżające (…) z naszej rekomendacji grupy studentów i studentek spotykały się (…) z modelem działania [opartym na »centralnej figurze lidera-mistrza« – przyp. A.S.], ale nie z przemocą fizyczną”. Czy znaczy kim razie, że „model działania oparty na figurze mistrza” jest eufemizmem na przemocową aurę, którą wyczuwałam, nawet jeśli nie umiałam jej nazwać? Jak i co miałabym zgłosić, skoro kadra brała w tej sytuacji udział? I czy brak reakcji na zachowanie Staniewskiego nie wynikał z faktu, że na uniwersytecie „liderów-mistrzów” nie brakowało?
„Tylko się nie popłacz, jego to tym bardziej rozjusza” – dostałam życzliwą radę od starszych kolegów, gdy szłam powiedzieć jednemu profesorowi, że nie będę u niego pisać doktoratu. Wtedy byłam jeszcze szczerze zdumiona: dlaczego miałabym płakać, wybierając promotora (przecież mam do tego prawo!). Wkrótce literalne rozumienie moich praw i zadań stało się świadomą taktyką. Jeśli zachowujesz się tak, jakbyś naiwnie wierzyła w oficjalną wykładnię wolności uniwersyteckiej (wspólnota poszukiwania wiedzy, w której hierarchia służy tylko temu, by bardziej zaawansowani byli przewodnikami początkujących), i potrafisz zignorować nieformalne presje (spojrzenia, gesty itp.), czasem możesz obronić się przed tymi, którzy stoją wyżej na drabinie akademickich bytów (np. odpowiedzieć „nie” na „propozycję” napisania z dnia na dzień merytorycznego opisu dużego wniosku grantowego, w którym masz być szeregową wykonawczynią; „przyjaźnie” wspomnieć, że w artykule starszego „kolegi” brakuje przypisu do twojej wypowiedzi).
Długo wydawało mi się, że jestem wystarczająco dobra merytorycznie, „sprytna” i psychicznie odporna, by „przechytrzyć system”… co świadczy tylko o tym, że gdy wierzyłam, że gram naiwną, w istocie nią byłam. Zbyt późno zrozumiałam, że umiejętność radzenia sobie z grą na poczuciu mojej wartości nie zabezpiecza mnie w sytuacji, gdy na szali stoi przyszłość kariery i zatrudnienie. To, co mnie spotkało, było toksycznym nadużyciem władzy (nie o charakterze seksualnym) i absolutnie nie powinno się wydarzyć, ale nie sądzę, by dało się to podciągnąć pod jakiś paragraf karny. Prawo może nas chronić przed konkretnymi czynami, ale nie przed samym mechanizmem uprzedmiotowienia. Istota dominacji tkwi w dynamice międzyludzkiej relacji zapośredniczonej przez struktury społeczne, a nie w konkretnych aktach, w których ta dominacja się realizuje (to dlatego ofiary opowiadające historie przemocy „niefizycznej” często drobiazgowo rekonstruują szeroki kontekst, co bywa odbierane jako obsesyjne przeżywanie „nieznaczących” detali).
Odeszłam z uczelni, bo zdałam sobie sprawę, że to nie jest problem personalny, tylko strukturalny. Że nawet jeśli udałoby mi się tę konkretną sprawę „rozegrać”, byłabym w miejscu, w którym takie sytuacje są na porządku dziennym. I że nawet jeśli udałoby mi się zająć wyższe miejsce w hierarchii, sama musiałabym tę dynamikę – chociażby przez swoją bierność – reprodukować.
Nie piszę tego, by analizować wpływ instytucjonalnych ram na podtrzymywanie przemocowych mechanizmów – zostało to po tysiąckroć zanalizowane na znacznie bardziej drastycznych przykładach. Interesują mnie raczej konsekwencje poczucia, że procedury są fikcją (która jednak zawsze może zostać wykorzystana przeciw tobie), że nie ma instytucji odwoławczej (pamiętam śmiech wspierającej mnie osoby, gdy zaproponowałam pójście do ombudsmana) i że nie mam alternatywy, jeśli chcę robić to, co mnie fascynuje. Taka sytuacja prowadzi do wykształcenia indywidualnych strategii unikania strukturalnej przemocy opartych na iluzji, że próbując rozgrywać ambiwalencje systemu, nie internalizuje się jego logiki. Dopiero #MeToo uświadomiło mi, że tam, gdzie jedyną obroną są (indywidualne bądź grupowe) praktyki kłusownicze, nie da się prowadzić realnych działań naprawczych – nie istnieje bowiem płaszczyzna komunikacyjna, na której perspektywy osób zależnych i mających władzę mogą się realnie spotkać.
Nie czuję więc żadnej moralnej wyższości wobec reprezentantek starszych pokoleń nie dość konsekwentnie przeciwstawiających się logice przemocy – sama też grałam na wymknięcie się strukturalnym siłom, a nie na zmianę ich ekonomii. Z podziwem natomiast obserwuję pokolenie młodsze – dwudziestolatki, które potrafią poza tę logikę wyjść.
Renegocjowanie ram zbiorowej wyobraźni
Nussbaum widzi #MeToo przede wszystkim jako dochodzenie sprawiedliwości, które – wobec niemożliwości jej uzyskania – osuwa się w resentyment. Tymczasem kobiety, których posty zalały moje media społecznościowe pod koniec 2017 r., raczej nie podawały nazwisk agresorów; opisując lęk przed dzieleniem z mężczyzną windy, nie domagały się ani sprawiedliwości, ani zemsty. Ich celem było raczej uzmysłowienie sobie samym, sobie nawzajem, mężczyznom – nam wszystkim – że poczucie zagrożenia przemocą seksualną jest codziennym, powszechnym doświadczeniem.
Nazywając rzeczy po imieniu, wywołały zbiorowy szok. Wspólnie otworzyły pole do konfrontacji z przemocą – tą, na którą są paragrafy, i tą, na którą ich nie ma i być nie może. Tym samym uruchomiły burzliwy proces renegocjacji sensów i reinterpretacji ram, w których widzimy społeczne doświadczenie. Proces ten toczy się w łóżkach, w parkach, w kinach, kuchniach i przy stołach – nie za zamkniętymi drzwiami kancelarii prawniczych i sal sądowych. Uruchamia osobiste emocje i doświadczenia, stawia pod znakiem zapytania własne automatyzmy. Jest trudny, frustrujący, owocuje najróżniejszymi emocjami. Pozwala jednak spojrzeć na dotychczasowe wyobrażenia z poziomu meta i wpisać perspektywy osób strukturalnie słabszych w nową definicję rzeczywistości. Innymi słowy: otworzyć pola dla ich subiektywności – co według samej Nussbaum jest warunkiem traktowania kogoś, jak podmiot, a nie przedmiot.
Oto jak może to wyglądać w praktyce.
Mały przewrót kopernikański
Rok 2019. Mój przyjaciel prowadzi na wydziale humanistycznym konwersatorium, tego tygodnia tematem jest przemoc wobec kobiet. Coś wymyka się spod kontroli – kilku studentów żywiołowo polemizuje z feministycznymi diagnozami i hasłami #MeToo, zazwyczaj aktywne studentki późno przebijają się do głosu, część w ogóle się nie odzywa. Następnego dnia jedna z nich pisze do wykładowcy, że była to dla niej trudna do zniesienia sytuacja i jeśli tak ma wyglądać problematyzowanie przemocy, to wolałaby nie brać w nim udziału – w tej formie przynosi to więcej szkód niż pożytku.
Prowadzący musi się skonfrontować z faktem, że podjął próbę zmierzenia się z tematem „feministycznym” na zajęciach „ogólnoludzkich”, ale okazało się, że nie umie tego dobrze zrobić. „To było jak z tym obrazem królikokaczki – powiedział mi później. – W zależności od tego, jak czytałem tego maila, widziałem w nim albo atak, albo próbę wytłumaczenia mi czegoś. No i postanowiłem sobie, że niezależnie od automatyzmów nie będę tego odbierał jako ataku”.
Korespondencja trwała kilka dni. Pod jej wpływem na kolejnych zajęciach mój przyjaciel powrócił do tematu, biorąc odpowiedzialność za zły kierunek, w którym poszła dyskusja, i zachęcając grupę do zastanowienia się nad tym, jak konstruować przestrzeń rozmowy, żeby nie replikowała strukturalnych nierówności. Sam zapowiedział, że w przyszłości do współprowadzenia zajęć na ten temat będzie zapraszał ekspertki, by zapobiec sytuacji, w której jego płeć i związana z nią niewiedza mogłaby – choćby w sposób nieuświadomiony – wpływać na ich przebieg. Ta deklaracja nie doprowadziła do upadku szacownych murów ani budowy improwizowanego pręgierza: atmosfera się ożywiła, po skończonych zajęciach grupa długo jeszcze ze sobą rozmawiała.
Słuchając tej opowieści, byłam ogromnie dumna ze studentki, która odważyła się uwierzyć, że w tej sytuacji ma inny wybór niż ucieczka, instytucjonalna skarga czy zignorowanie własnego dyskomfortu – że może potraktować posiadającego władzę mężczyznę jako człowieka, który będzie otwarty na jej krytykę. Byłam też dumna z mojego przyjaciela, że był gotowy widzieć kaczki, mimo kulturowego treningu widzenia królików, i wyciągnąć z tego konstruktywne wnioski. I troszeczkę także z siebie – że kiedyś podczas rozmowy z nim nie dałam się ponieść moralnemu oburzeniu i dzięki temu może dorzuciłam swój kamyczek do tego małego-wielkiego wydarzenia, które jeszcze tak niedawno było nie do pomyślenia.
Tekst powstał w ramach pracy nad książką eseistyczną poświęconą kategorii troski. Projekt jest realizowany w ramach stypendium artystycznego m. st. Warszawa