Zło jest w każdym z nas.
Zło robimy sami.
Maria Peszek, Modern Holocaust
René Girard był myślicielem zwodniczym – wbrew swojej niechęci do postmodernizmu i wielości nieostatecznych interpretacji. Był również pisarzem nowoczesnym – dzięki uzależnieniu od aporii, paradoksów i ambiwalencji, które innym bezlitośnie wypominał. Nie dopatrywałbym się w tym niespójności: on sam poważał tylko tych, którzy potrafili przyznać się do awersji i animozji; postępował więc podobnie, pokazując, że nie był wolny od tego, co chciał przewalczyć. Jego tematem życia stała się przemoc oraz ściśle z nią powiązany mechanizm mimetyzmu. W rok po śmierci Girarda jego mroczne proroctwa o nadciągającej apokalipsie nabierają coraz większej istotności. Przemoc wróciła do Europy, a wraz z nią pragnienie odwetu, panika i bezradność. Girard z właściwą sobie bezpośredniością twierdził, że jego teorie mogą wyjaśnić również obecny kryzys, ponieważ opisują ni mniej, ni więcej jak tylko „prawdziwą zasadę losu ludzkiego”[1]. Mimo wszelkich zastrzeżeń, jakie sam wobec nich wysuwam, pozostaje we mnie niezwalczone poczucie, że za tym człowiekiem stała słuszność. W każdym razie jego rozmyślania krążyły wokół rdzenia rzeczywistości, czegoś niepowątpiewalnego, co nadawało jego pisarstwu niebywałą śmiałość, wręcz arogancką prowokacyjność, której zawdzięcza ono wiele uroku. Skoro przyznaję analizom Girarda, choć niekiedy wbrew sobie i warunkowo, tak duże znaczenie, to wolno mi dociekać, kiedy i dlaczego ów myśliciel…